piątek, 15 kwietnia 2022

Dziewczyny z Dubaju (2021) - Maria Sadowska

 


Ja po drodze wysiadłem, poddałem się, ale jakimś cudem podpierając się przewijaniem dotrwałem mimo to do końca. Męczyłem się potwornie i za cholerę nie byłem w stanie docenić tego niby intensywnego pomysłu na narrację (litości Sadowska chciała chyba jak Sorrentino), ani nawet odrobinę zdolny, aby zauważyć w nim coś intrygującego. Widziałem tylko jakieś kolorowe obrazki, fotki z blichtrem na papierze kredowym w magazynie o życiu w luksusie drukowane, a głębiej nic, bez względu jakie intencje Sadowska miała i jak wiele oraz jak bardzo szlachetnego przesłania próbowała tu przemycić. Zamiast tragicznie zakończonej historii o wyrwaniu się z powiatowej Polski w wielki świat drogą kurewstwa, za które hojnie możni tego świata płacą (ale w finale to jednak psychicznie trzeba znacznie więcej zapłacić)powstało coś na kształt mdłej opowieści Jana Hryniaka o Zenku Martyniuku - tylko tutaj bez happy endu. Ponadto zatrudnienie celebryckich twarzy które miały ubarwiać jednolitość dominujących młodych kobiecych ideałów urody oraz indywidualnie na sto procent fatalny występ coraz bardziej żenującej, niegdyś (miliony lat temu) przecież przeuroczej Katarzyny Figury - to wszystko razem wzięte = totalna porażka. Nie wierzę teraz, iż takim gniotem się zainteresowałem i że miast słuchać intuicji uwierzyłem że Maria Sadowska po zabawnej i pouczającej biografii Michaliny Wisłockiej, będzie potrafiła już seryjnie dobre kino tworzyć i w tym konkretnym przypadku zupełnie w innych okolicznościach rozgrywaną ale także opartą na prawdziwych wydarzeniach i autentycznie dramatyczną historię ciekawie opowiedzieć. Był w niej potencjał, który kompletnie zaprzepaściła i nawet puenta o księżniczce której pałace szczęścia nie dały, a ona przecież tylko marzyła o życiu jak w bajce nie mogła jej w takiej chaotycznej formule uratować. Po prostu! Zwyczajnie! Bez taryfy ulgowej! Lipa straszliwa, nie chce mi się o niej gadać! 

P.S. Weźcie zresztą sami sprawdźcie, miejcie własne, odmienne radykalnie zdanie, jeśli w okresie premiery do kina was zwabiono, ale mnie dupy dyskusjami w tym temacie nie zawracajcie.

czwartek, 14 kwietnia 2022

Another Woman / Inna kobieta (1988) - Woody Allen

 

Przenikliwy Woody Allen, ale w tym przypadku maksymalnie poważny, bez charakterystycznego poczucia humoru. Tematycznie nie odbijający od kwestii psychologicznych relacji dalej niż zwykle, lecz poddający je tym razem bardziej dramatycznej wiwisekcji. Terapeutyczny dramatyzm przejmuje dominację, ale jest w nim też jakaś liryczna poświata, która ratuje go przed pełnym emfazy hiperintelektualizmem. Broni się dzięki temu przed zakalcowym charakterem, choć nie ma mowy aby osoba uczulona na przegadane sceny i uwznioślone treści uznała, że podczas seansu doskonale się bawiła. To akurat (jeśli mogę tak napisać) taki Allen almodovarowy - oczywiście pozbawiony tej kolorowej, fikuśnej scenografii wprost z obrazów hiszpańskiego mistrza. Ale tak widzę naturę Innej kobiety, jako bardzo wnikliwą, chwilami zbyt ofensywnie filozoficzną, jednakże też równie mocno rozgrzebującą problemy, których pozostawienie w spokoju wyrządziłoby mniej szkody. Wrażliwi intelektualiści jednak nie potrafią inaczej. :) 

środa, 13 kwietnia 2022

El buen patrón / Szef roku (2021) - Fernando León de Aranoa

 

Wagi Blanco - jedna wielka rodzina. Szef jak ojciec, dba naturalnie nie tylko o kondycję firmy, ale jak zatroskany patriarcha firmowego rodu otacza opieką pracowników, martwiąc się oczywiście aby coś nie przeszkodziło tej wielkiej familii w funkcjonowaniu. Tak się składa że szefuńcio spodziewa się ważnej komisji, a kilka trybów ludzkich w maszynie zaczyna szwankować. Komplikuje się sytuacja, bo zwolniony pracownik robi zamieszanie protestując przed bramą wjazdową, bo stary pracownik nie radzi sobie z synem, którego towarzystwo na złą drogę sprowadza, bo wreszcie pracujący bez dotychczas jakichkolwiek problemów na kluczowym stanowisku przyjaciel z dzieciństwa ma akurat skomplikowane relacje z żoną. Bo to i tamto i szef aby spokój zapewnić i zadbać o wizerunek biznesu coraz głębiej w tematy nie tylko prywatności kumpla się zagłębia, odkrywając kolejne tajemnice powiązań. Ponadto szef jak to szef, który ma pozycję i kasę także dostaje to na co ma ochotę i ściąga tym samym na siebie konsekwencje romansiku. Wówczas robi się mega zabawnie, akcja jeszcze mocniej przyspiesza i po drodze dramatycznie gęstnieje, kończąc mimo wszystko kosztownym, ale jednak zaprowadzonym porządkiem. Chyba? :) To co się dzieje sporo zabawy widzowi dostarcza i zapewnia intrygująco spędzone dwie godziny podczas projekcji. Kilka odrobinę już wytartych schematów z popularnego ostatnio kina zapętlanych i napędzających katastrofę interakcyjnych emocji oraz dobre paliwo dla uniknięcia mega powagi w postaci ironii na pierwszym planie, a w tle wyjściowy dla historii mały świat relacji opartych na zależności w kapitalistycznym systemie dobrowolnego wyzysku. Bardzo solidna czarna komedia i do tego Javier Bardem w formie, więc git!

wtorek, 12 kwietnia 2022

Furioza (2021) - Cyprian T. Olencki

 

Podsumowując od razu, to ewidentne, że dla gówniarzy będzie to film, który w dosłowny sposób im zaimponuje i doda plus sporo do poczucia bycia w ich mniemaniu prawdziwym mężczyzną. Dla naładowanych wyłącznie testosteronem troglodytów także będzie filmem instruktażowym i w ogóle wysoko notowanym tematem w "towarzystwie". Zupełnie inaczej odbiorą go ci, którzy prócz oferowanych szczodrze fizycznych objawów własnej pewności siebie (co się kurwa lampisz?), dysponują też potencjałem na świadome racjonalne i krytyczne spostrzeganie rzeczywistości i oni "dokopią" się tutaj do sedna, bo Furioza nie jest li tylko prostackim perfidnym zbijaniem kasy na patologicznych sytuacjach, które miast promować, powinno się wszelkimi dostępnymi narzędziami zwalczać i chociażby w przestrzeni szeroko rozumianej kultury piętnować. Poza tym to konkretnie nakręcone, mocne, a nawet naturalnie brutalne kino, oparte na dynamice akcji i stale podbijanym poziomie adrenaliny, które mimo kilku warsztatowych zalet, chyba przez nie do końca uporządkowaną jednak narrację, nie wciąga jakby ambicje miało (wierciłem się na kanapie, a robaków nie mam). Doskonale zagrane (ale tylko role główne, naturszczycy jak naturszczycy robili swoje), bo trzeba przyznać robota castingowa w aktorskim środowisku zawodowym znakomicie została wykonana i ryje "znanych i lubianych" kapitalnie obrobione, aby strona wizualna była wiarygodna ("wydziarany" henną Damięcki bardzo dobry i cieszę się że nie tak groteskowy jak Gierszał w Najmro). Obejrzałem z niemałym zainteresowaniem i bez poczucia niesmaku jakiego mogłem się spodziewać, ale nie wiem czy to dobrze, że w tych dzikusach ludzi zauważyłem oraz tą braterską więzią się wzruszyć pozwoliłem? Dostrzegłem mimo to przede wszystkim takich wojowników z mocno poharatanymi psychikami, którzy powinni się jednak w średniowieczu urodzić, by w tych znacznie mniej cywilizowanych czasach rozwiązywać konflikty zupełnie wówczas niewyróżniającym się napierdalaniem białą bronią. Dzisiaj to patusowe wszystko przez ziomalstwo, poczucie wspólnoty i mentalność stadną, ale także chciwość i zwyczajne wysysane z ekranów smartfonów od dzieciństwa zamiłowanie do przemocy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Jack White - Fear of the Dawn (2022)

 


Kiedy nie słyszę nuty White'a, nie tęsknię i tym bardziej za jej obecnością w moim życiu nie płaczę. Zmysłów też nie tracę, kiedy od czasu do czasu z czymś co skomponował i nagrał się "zobaczę". ;) Tak to już jest, że The White Stripes oprócz tego co znają chyba wszyscy, to resztę znam bardzo wybiórczo. Krążki The Dead Weather dla odmiany mam całkiem dobrze rozpracowane i akurat do nich czuję większą miętę, zaś to co firmuje pod szyldem The Raconteurs szanuję, ale ponad miarę ogólnie takiego post beatlesowskiego grania nie propsuję. Solowym dorobkiem natomiast potrafi typ mnie kupić, a jeśli nie kupić tak wprost, to chociażby na tyle mocno zaintrygować, że mielę przykładowo zawartość  Boarding House Reach z roku 2018 tak długo aż jego eksperymentalny charakter i potwornie chaotycznie z początku porozrzucane klocki, zaczną tworzyć w miarę przyswajalną konstrukcję jako całość. Nie ukrywałem kiedy właśnie ten album poddawałem refleksji, iż "nawet jeżeli kilka utworów cieszy ucho sprawną, czasem nawet genialną żonglerką analogowymi brzmieniami organów, czy różnej maści innych elektronicznych wynalazków, wraz z soczystymi gitarami przywołującymi ducha bogatego muzycznie przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku - interesującej fuzji rocka, bluesa, soulu, jazzu i funku, to ciężar niezgrabności pozostałych ściąga krążek jako całość, w otchłań z dużym jaskrawoczerwonym napisem nosz kurwa mać, p-r-z-e-k-o-m-b-i-n-o-w-a-n-e” i w sumie uznałem, że ok, ale takie poszukiwanie kompromisu pomiędzy sentymentem do klasycznych analogowych brzmień, a odjazdami w kierunku większej ekscytacji, badającej granice akceptacji słuchacza, w tym konkretnym ujęciu nie wypełniło znamion koniecznej spójności. Dzisiaj jednak mogę śmiało po kilku podejściach do nowego materiału napisać, że te ograniczone do co najwyżej połowy tuzina odsłuchy wystarczają, aby złożyć puzzle w całość i cieszyć się względnie błyskawicznie oddanymi do recenzji kompozycjami, na takim poziomie jak to miało miejsce kiedy Lazaretto rozdziewiczałem. Zwyczajnie Fear of the Dawn łapie taki przelot, który wpada w ucho, ale i nie nudzi natychmiast, bo groove i drive tych numerów, mimo użycia masy różnorakich syntezatorowych efektów i natłoku przesterów gitarowych trzyma je w ryzach łatwiejszej przyswajalności. Stąd już dzisiaj efekt odsłuchowy jest dla mnie atrakcyjny i nie zakładam też że przez to, ten tuzin nowych kawałków szybko starci na świeżości. 

niedziela, 10 kwietnia 2022

The Card Counter / Hazardzista (2021) - Paul Schrader

 

Oscar Isaac, to jest dzisiaj najwyższej klasy aktorski wymiatacz, bowiem w czym on by nie zagrał i z jakimi wymaganiami tam gdzie się pojawił by nie zderzył, zawsze kapitalnie dźwigał ciężar kreacji. W parze z takim wyjadaczem jak Paul Schrader, który już na emeryturze przeżywa prawdziwy renesans swojej kariery, bo wciska się w niszę kina nietuzinkowego, zamiast jak koledzy po fachu zapętlać się w sentymentalnym odgrzewaniu kotletów z młodości - razem w tym tandemie mogą/mogli wszystko. Tak sobie już pomyślałem, kiedy pierwsze informacje odnośnie tej współpracy do mnie dotarły, a niemal utwierdziłem w przekonaniu, gdy pierwsze opinie po premierze entuzjazmem tryskały. Solidny rylec bani, mocny głos w sprawie (tutaj proszę sobie wpisać wiedzę dotyczącą praktyk torturowania więźniów przez administrację USA, po atakach na WTC) i dobitna, pełna wyraźnych symboli przypowieść o zadośćuczynieniu w atmosferze sadystycznego przebaczenia samemu sobie. Bowiem za zbrodnię musi być kara surowa, a odkupienie przyjść dopiero po serii cierpień odczuwanych konsekwentnie tak fizycznie, jak i na własnej duszy. Potwornych rzeczy się człowieku dopuściłeś, sprawiedliwość wymaga abyś nie tylko z tymi cierniami, przypominającymi ci i uświadamiającymi grzechy przeszłości egzystował, ale aby pokuta nie ograniczyła się li tylko do tego nękającego krzyku sumienia. O brzmieniu moralnym, którego nie sposób się pozbyć ta historia dość pokrętnie promowana fasadą podbijania kasyn i jak poprzedni film Schradera to było jednak prawdziwe odjechane objawienie i nie do uwierzenia sytuacja, że to weteran stoi za takim wysublimowanym kinem dalekim od standardów mainstreamowych, to The Card Counter nawiązując poniekąd do formuły pokręconego traktatu psychologiczno-filozoficznego jakim był First Reformed, nie sięga oczekiwanego spójnego poziomu intelektualnej filmowej rozkminy. Tak jak w tym drugim pomimo „bujania w obłokach” i sterylnej oprawy wizualnej wszystko kleiło się znakomicie, tak casus najnowszego obrazu Schradera nie wywołał we mnie porażających emocji i zadając istotne pytania, nie jest w stanie nawet torturami zmusić mnie do długich głębokich przemyśleń. Uderzył oczywiście obuchem w moją potylicę, ale nie dokonał w przekonaniach zniszczeń, abym na ich gruzach musiał budować nową osobistą narrację dla problemu, a i Oscarowi Isaacowi rola nie pozwoliła rozwinąć skrzydeł. Zrobił co mógł i utrzymał w moich oczach status wymiatacza.

P.S. Trudno mi w tym "wojennym" kontekście nie odnaleźć z perspektywy "od 24 lutego" współczesnych odniesień do potwornych praktyk ruskich sołdatów w stosunku do cywilnej ukraińskiej ludności, czy uniwersalnej i zrozumiałej w warunkach konfliktu zbrojnego i ekstremalnych przeciążeń psychicznych przecież praktyki stosowania najokrutniejszej przemocy. Przemoc rodzi przemoc i przemocą się karmi, a frustracji z solidnym podłożem ideologicznym nie utrzymasz na wodzy, kiedy presja kamratów i pokusa dominacji nad bezbronnym. Trudno też jednak nie mieć przekonania, że jakby poczucie winy oprawców, kiedy huk pocisków ucichnie nie męczyło i tym samym powodowało wyrzuty sumienia, to brak dla nich litości jest właściwym odruchem. Niech sczezną skurwysyny i będzie choć trochę po sprawie. 

sobota, 9 kwietnia 2022

Puscifer - „V” is for Vagina (2007)

 


Jaki ja mało rozgarnięty byłem, że już w 2007 roku na tej "pochwie" się nie skoncentrowałem i nawet wówczas gdy popadałem zachwyty nad kolejnymi albumami Puscifer, wciąż przekonania do zaprzyjaźnienia się z pierwszym albumem nietuzinkowego projektu przekozaka Jamesa Maynarda Keenana nie miałem. Może to przez tą grafikę, tylko w cudzysłowie zdobiącą kopertę LP, a może dlatego, iż dopiero od niedawna do zabawy z syntezatorami w ambitnej nucie się przekonałem? Teraz nie ma to znaczenia, czasu szkoda na wytykanie sobie paluchami błędów przeszłości, bo trzeba nadrabiać to co gdzieś w międzyczasie się idiotycznie zignorowało i arogancko bez właściwej analizy skazało na z dupy krytykę. Zasysam teraz bardzo intensywnie debiut Puscifer i ciągle mi mało, bo w każdej sekwencji akordów i każdym muśnięciu elektroniki, nie mówiąc już o genialnych wokalnych interpretacjach, których czar to raz za razem smaczek za smaczkiem, a ja w nich systematycznie odnajduję coś nowego fascynującego. To nie jest zwyczajna muzyka, to rodzaj szamanizmu opartego na hipnotycznym rytmie, obleczonego w eksperymentalne poszukiwania, jak i dla równowagi popową estetykę względnie chwytliwego przeboju i z przykładowo (Sour Grapes) kompletnie zaskakującymi, lecz idealnie wpasowanymi gospelowymi chórkami, czy innymi akcjami angażującymi bogaty dorobek światowej kultury muzycznej. Gdy słucham „V” is for Vagina, to nawet nie potrzebuję odważnie zagłębiać się w liryki, bo nie dotykając nawet ich treści i sedna czuję iż jest to materia daleka od konwencjonalnej. Tak tak! To jest duchowa przygoda, która muzycznie i lirycznie każe mi przyklękać na zmianę z wznoszeniem rąk ku niebu, w poczuciu dotknięcia jakiegoś niezidentyfikowanego absolutu. Mnie ta nuta onieśmiela, niczym kontakt z bardzo interesującą kobietą, w której spotyka się magnetyzm podniecającej mieszanki urody i intelektualnej przewrotności. Jako samiec i odkrywca chciałbym się zbliżyć, ale nie bardzo wierzę iż moje zainteresowanie może cokolwiek znaczyć dla tak wyjątkowej istoty. A może ja w ogóle tak traktuje wszystkie muzyczne dzieła, w których swój udział miał Maynard? W sumie nie spodziewałem się że ten gość mnie jeszcze czymś zaskoczy, tym bardziej że zaskoczy mnie czymś z przeszłości. 

piątek, 8 kwietnia 2022

The American / Amerykanin (2010) - Anton Corbijn

 

Anton Corbijn to jest ktoś! Nawet kiedy jego styl opowiadania sporą grupę widzów może wręcz zanudzić i oni tym samym zawiedzeni, że seans wymęczyć musieli, niezbyt pozytywnie przysłużyć się promocji są gotowi, zawsze może liczyć na wierną publikę, która w atmosferze skupienia jaką zawsze jest w stanie skutecznie na ekran przenieść się lubuje. Wchodzi gość fabularnie w buty biograficzne i buty thrillerowe, z powodzeniem też w dokumencie muzycznym się odnajduje i robi w tych gatunkach doskonałe filmy swoje i po swojemu. To zaś cecha tylko twórców wybitnych, aby korzystając ze stylistycznych szablonów zbudować atmosferę immanentną i od razu rozpoznawalną, kojarzącą się z konkretnym z imienia i nazwiska twórcą. Nie jest to w przypadku Holendra może poziom artystyczny taki jak WIELKIEGO Paula Thomasa Andersona, ale ten sam poziom autonomii reżyserskiej i często bardzo bliski jeśli chodzi o finałowe efekty. Ja przynajmniej dotychczasowe prace twórcy filmowej biografii Iana Curtisa łykam na bieżąco bez popity i tylko do Amerykanina długo się przekonywałem, bo lawina nieprzychylnych recenzji nawet mnie potrafiła skutecznie odstraszyć. To jest tak, iż po seansie nie miałem już wątpliwości, one jedynie skutkiem wertowania netu przed się pojawiały i stąd opóźniona znacznie premierowa projekcja nastąpiła. Dzięki reżyserskiej wnikliwości z niezłego jak myślę tylko scenariusza, powstał znakomity portret psychologiczny, mam jednak sceptyczne nastawienie do głównej kreacji i zastanawiam się czy w tej wyciszonej roli Clooney akurat sprawdził się równie dobrze, jak tam gdzie mógł dać się ponieść dynamice wpisanej w charakter postaci. Myślę iż konieczność zatrudnienia intensywnie eksploatowanej gwiazdy, nie musiała się wiązać z takim oczywistym przez pryzmat urody wyborem, aby finalnie cechy charakterystyczne jej aktorstwa kłóciły się może z potrzebami roli, a tylko fizyczne walory świadczyły na korzyść. Mam więc takie drobne pretensje i wyrażam swoją obiekcję, upierając się że mógł to zagrać ktoś inny, bo Clooney jako introwertyczny zabójca, to jednak szkoda dla obrazu. Być może to tylko mój problem i niewielu poza mną obecność "twarzy" Clooney'a w kontekście roli przeszkadza. Nie chodzi też o brak sympatii, bo tak samo na przykład Seana Connery'ego jako aktora szanuję, ale nie w każdej roli go widziałem. Tak spostrzegam warsztat Clooney'a, iż on jest dobry, ale nie wszędzie musi pasować. Tyle o nim, więcej już tylko o właściwościach samej produkcji. Klimat, znaczy atmosfera, sposób narracji, opowiadania historii i w końcu sama historia, czyli fabuła. Niezły w zasadzie w większości milczący portret psychologiczny i aura jaka powiązana z sennym włoskim miasteczkiem. Fiat Tempra i skutery w uliczkach, pomiędzy uroczymi kamieniczkami. Jakiś sekret w człowieku, jego względnie otoczona tajemnicą profesja i presja z którą ona powiązana. Zlecenie, znaczy robota do wykonania i chyba też mimo wszystko rozterki, a przede wszystkim tęsknota za innym życiem i spełnieniem naturalnej potrzeby latami tłumionej. Nie jest to szczyt scenariuszowych możliwości i melodramatyczny kontekst w nim zawarty nieco banalnością trąca, ale ogólnie ma swój czar, a między wierszami największy to ta Włoszka której doskonałości fizycznej nie ma się co dziwić, że taki nawet przeprzystojny podobno Clooney ulega. :)

czwartek, 7 kwietnia 2022

No Sudden Move / Bez gwałtownych ruchów (2021) - Steven Soderbergh

 


Soderbergh konsekwentnie idzie ostatnimi laty w ilość na szczęście nie na full kosztem jakości, ale podtrzymuję ja w tym miejscu własne przekonanie, że gdyby kręcił mniej i jego projekty miały więcej czasu aby dojrzeć do fazy realizacji, to sięgałby poziomu tego co przed laty nakręcił najlepszego. Robi obecnie niewątpliwie zasłużony reżyser filmy na zamówienie platform i wygląda na to że mu się taka robota na quasi etacie opłaca, a koszty związane z nieco obniżeniem poziomu lotu naturalnie wpisuje świadomie w konieczne straty. Kasa z tej działalności się zgadza i kasa na realizację jest, bo przyciągając swoim oscarowym nazwiskiem gwiazdy pierwszej ligi, tym samym odpowiednio musi wynagrodzić ich zaangażowanie. Najnowsza jego robota może się podobać, bo jest fajnie stylistycznie ubrana i na przykład najbardziej rzucająca się w oczy operatorska koncepcja dobrze współgra z charakterem scenariusza. Coś niecoś zapożyczone konkretnie z tarantinowskiej miłości do groteskowo rzeźnickiego poczucia humoru i tego dobrze znanego ze Wściekłych psów postępującego zapętlenia relacji pomiędzy bohaterami, a jednocześnie też z drugiej mańki łamigłówka mafijnych powiazań niczym z powieści detektywistycznych i klimat jakby rodem z Hitchcocka oraz ogólnie gdyby nie praca kamery współcześnie osadzona w możliwościach technicznych, to ten gęsty klimat noir gangsterki precyzyjnie uderza w stronę klasyki. Postaci są wyraziste i przez to że zagrane przez znane twarze z łatwością kojarzone, ułatwiając ogarnięcie sytuacji, co nie stanowi marginalnego waloru w przypadku tak zagęszczonych twistów, a sama intryga wciąga niemal od startu. Widać doświadczenie obsady i reżyserską sprawność zbudowaną na kilometrach nakręconej i zmontowanej "taśmy" filmowej. Ponadto jak dowiadujemy się w finale, sama historia zapewne luźno, ale jednak oparta została na prawdziwych wydarzeniach i do tego jeszcze tymczasem zainteresowanie starą akcją w branży motoryzacyjnej sugeruje zatroskanie twórców stanem środowiska naturalnego. Niby dużo może za dużo, lecz bez problemu do dźwignięcia, jeśli widz zachowa stuprocentową koncentrację i wyłapie kto kogo i przez kogo na zlecenie kogo tutaj zrobił w tzw. bambuko. :)

P.S. Jeśliby jednak komuś aż tak bardzo jak mnie się nie podobało, to może się ze mną nie zgadzać, ale no cholera jasna nie powie, iż ta nutka z kontrabasem na kapitalnym groovie osadzona nie robiła klimaciku. 

środa, 6 kwietnia 2022

CODA (2021) - Sian Heder

 

Niskobudżetowa koprodukcja francusko-amerykańska, która z ogromnym powodzeniem walczyła na ubiegłorocznym festiwalu Sundance i jak już teraz wiemy okazała się angielskojęzyczną wersją tytułu pierwotnie dość już dawno nakręconego we Francji, zdobyła właśnie Oscara w kategorii najlepszy film. Podniosło się zatem oburzenie poczynając od podkreślania faktu iż to od strony produkcyjnej niżej niż wczesne netflixowe filmy, a wręcz nawet coś a'la typowo telewizyjne zapchajdziury kręcone dla publiczności nastoletniej, po nawet oskarżenia wprost o plagiat. Dlatego dość nieufnie ją przed seansem traktowałem, mając na uwadze, że nawet jeśliby nie wszystkie pretensje miały coś wspólnego z rzeczywistością, to jednak prawda rzekomo praktycznie bywa po środku, więc werdykt Akademii po raz enty mógł okazać się nie tylko kompletnym pudłem ale i strzałem w stopę coraz już marniejszej reputacji najbardziej rozbuchanej nagrody w światowym środowisko filmowym. Czas powiedzieć to wprost, że mimo cześć faktów się zgadza, to i tak ludzie ch*** się znają i oceniają po okładce, pozorami się kierując i nie dostrzegając kompletnie tego co głębiej pod niewątpliwą warstwą lukru ukryte. Wartość bowiem największa tego filmu, to jego kluczowa wada jednocześnie, obciążająca go niewątpliwie już na starcie w kontekście konfrontacji z kinem artystycznie ambitnym. Zgadzam się, iż to konwencjonalne, ale niezaprzeczalnie uczciwe kino o ludziach i relacjach, lecz też faktycznie kino chwilami nieznośnie „hallmarkowo-disneyowskie”, które przed programową przeciętnością, poniekąd ratuje spora doza, jednak pasującego do formuły niewyszukanego poczucia humoru. Staram się zrozumieć intencje stojące za kulisami "oscarowej" decyzji, próbuję się również przekonać, że czegoś ważnego nie wyłapałem i tym samym nie dotknąłem w pełni jego istoty. Na ten moment wymyśliłem coś takiego, iż nierzadko te proste historie korzystające z szablonowo powielanych metod i narzędzi, bez wydumanej pozy ale z szlachetnym przesłaniem równie ważne dla sztuki filmowej jak skupione na estetyce formy i treści nabrzmiałe od megalomanii ich twórców dzieła, przez profesjonalną krytykę ostro promowane. Szkopuł tkwi w tym, proste nie równa się prostackie, a łatwo przyswajalne to nie zawsze banalne. CODA (Child Of Deaf Adults) ma to pierwsze i drugie i ma to w tym dobrym tych słów znaczeniu. Ok, napisałem o niej dobrze, bo zasługiwała, ale prawda też jest taka że umówmy się, w oscarowej stawce były tytuły warte bezdyskusyjnie jeszcze więcej. Uprę się przykładowo przy tych Psich pazurach!

wtorek, 5 kwietnia 2022

Licorice Pizza (2021) - Paul Thomas Anderson

 

Licorice Pizza płynie przed siebie niby tylko bez wyraźnego celu, tak przypadkowo, spontanicznie łącząc wątki, bowiem za tą swobodną narracją kryje się zarówno doskonale nakreślona bez pretensji irytującej koncepcja oraz w niej najszczersza prawda nawiązująca do miejsca i czasu oraz nostalgiczna tęsknota za czystą duchowo młodzieńczą miłością, w której fizyczny pociąg, to tylko i aż pielęgnowany pulsujący magnetyzm i podniecająca elektryczna aura. Pięknie zatem Anderson wodzi za noski widza romantyka, a ten widz akurat w mojej osobie kupuje bez jakichkolwiek zbędnych tutaj pytań tą chwilową, bo przecież ulotną rozkosz, poddając się niezwykle inteligentnie wrażliwej wizji, w której można do woli czytać między wierszami i nasycać zmysły obrazem, dźwiękiem oraz wręcz czuć zapachy i smaki jego amerykańskiego dzieciństwa. Ja czuję się zakochany w tej nieoczywistej opowieści o miłości, ale i w tle zarysowanym filmowym eseju o konfrontacji świata sukcesu rządzonego przez pieniądz i wręcz bezczelnie groteskowej pewności siebie z poddaną weryfikacji praktycznej naiwną wizją sukcesu, bowiem raz jest ona przenikliwa, dwa łebska, trzy zmysłowa i cztery tak cudnie nawiązująca do najlepszej historii hollywoodzkiego kina. Anderson poniekąd zrobił to co niedawno Tarantino, tylko jak Tarantino zrobił to maksymalnie i naturalnie ekstremalnie po swojemu, tak Anderson zrobił to na własnych subtelnych zasadach, z perspektywy która mnie jeszcze bardziej odpowiada.

P.S. Nie wyczerpałem rzecz jasna tematu w głównym tekście, nie dodałem, że między innymi kadrowaniem, wyeksponowaniem dynamiki w montażu, prowadzeniem kluczowej narracji, ale i aktorów oraz każdym niuansem z pietyzmem dopracowanym, zawsze Anderson trafia w punkt - gdyż to w sumie kumaci wiedzą, a niekumaci niech tacy pozostaną, skoro do tej pory ich nie olśniło. :) Napiszę zaś jeszcze w formie suplementu, że gigantycznie podoba mi się, iż jego bohaterowie to nie jakieś wypudrowane i wycacane z żurnala postacie, a ich magia nie wynika z powszechnie podobającej się urody, a z tego rodzaju charyzmy, która wiąże aurę fizyczności z błyskiem intelektu i osobowości. Napiszę że przyklękam z wrażenia kiedy widzę jakie ma Anderson wyczucie do wyborów castingowych i jak wielce ich wartość przełożona na efekt filmowy trafia wprost w moją wrażliwość estetyczną i jakie to naturalnie autentyczne kreacje, bez cienia nawet fałszu w geście czy mimice. Dodam że całe środowisko wizualne w jakim one działają oraz właściwości pomysłu przełożonego na scenariusz, a dalej na realizację całej złożonej koncepcji fenomenalnie zaspokajają za każdym razem potrzeby i oczekiwania jakie z jego kolejnymi dziełami wiąże. Podkreślę tym samym jak bardzo w pamięci mojej zawsze utkwić potrafią konkretne rozwiązania stylistyczne oraz sceny i z jaką łatwością zaprzyjaźniam się z nimi, scalając emocjonalnie, nawet jeśli zdarza się, iż tematyka poruszana nie dotyka mnie szczególnie osobiście. Jeśli miałbym wybierać artystę z kategorii reżyser, który nigdy mnie nie rozczarował, ale który też za każdym razem podnosi sobie poprzeczkę i paradoksalnie nie zaspokajając wyobrażeń wprost jeden do jednego, jednocześnie ani odrobinę nie zawodzi (bowiem tak w rzeczywistości zaspokaja je w inny, nowy, zaskakujący sposób, a ja nie potrafię po seansie dłuższy czas o filmie zapomnieć), to jednym z bardzo niewielu takich byłby właśnie Paul T. Anderson. DZIĘKUJĘ że jest!

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Insomnia / Bezsenność (2002) - Christopher Nolan

 

Surowy klimat alaskańskiej przyrody w filmowym wydaniu, wymusza doznanie letargu na kanapie i dodaje wizualnie pierwiastka mrocznego, którego można by się ewidentnie spodziewać po tak dobranej lokacji w rasowym thrillerze psychologicznym. Sama fundamentalna sprawa morderstwa, to nic wielce szczególnego - ot typowa kryminalna akcja z dość banalnym finałem, ale bardziej liczy się to co pozornie wątkiem pobocznym, jednak konsekwentnie gęstniejącym i kluczowa dla niego paranoja wywołana długotrwałym pozbawieniem snu jednego z bohaterów. Śledzimy sobie jego robotę gliniarską, ale bardziej niż znalezienie sprawcy (wiemy natychmiast kto) interesuje nas stan psychiczny detektywa, przeżywającego katusze przez w tej szerokości geograficznej towarzyszące całą dobę światło. Dodatkowego smaczku dodaje interesująca relacja z mordercą, który znając grzechy detektywa inicjuje i uparcie prowadzi wyczerpującą emocjonalnie grę. Gdyby nie te smaczki, metodyczne psychologiczne grzebanie we łbach bohaterów - dylematy, wybory i decyzje. Jeśli by też nie znakomita gliniarska twarz aktorska Pacino wyszłoby przeciętnie, a przynajmniej znacznie mniej atrakcyjnie. Christopher Nolan może nie jest artystą wyrastającym ponad rzemieślniczą sprawność i ja przynajmniej nie kojarzę jego produkcji, która tą tezę by jakoś przekonująco podważyła, ale wciskać zagadkę i rozsiewać klimat tajemnicy potrafi i jeśli ma okazję, to dobrze podkręcić tempo i napięcie też jest zdolny. Jest w Insomnii zatem i miałko i ekscytująco, a taka mieszanka w tym akurat wypadku zdaje egzamin, kiedy odpowiednio nad rytmem reżyser panuje oraz ma mocnych aktorskich graczy. Tutaj akurat Nolan nad względnie zajmującym pulsem panuje fachowo, a gracze z łatwo kojarzonymi nazwiskami na szczęście jakiejś wyjątkowej fuszerki nie odwalają.

niedziela, 3 kwietnia 2022

The Hellacopters - Eyes Of Oblivion (2022)

 


Nie widzę potrzeby aby wstrzymywać się z wyrażeniem opinii. Nie dostrzegam powodu aby o takich płytach nie pisać wprost na gorąco, natychmiast w dniu w którym zaczęły kręcić się w odtwarzaczu. Bowiem bezpretensjonalny rock'n'roll nie wymaga skwapliwego i systematycznego wgłębiania się w kościec aranżacyjny, studiowania zagrywek i tworzenia wydumanych tez, dla których to czas materiały dowodowego dostarcza i jest wiarygodnym miernikiem ich zasadności. The Hellacopters wrócili, chociaż akurat Nicke Andersson nigdzie daleko poza retro rockowe ramy gatunkowe na dłużej łba ostatnio nie wystawiał i podobne stylistycznie nuty praktykował tak w swoim zastępczym Imperial State Electric, jak i jako solidne wsparcie na garach z ekipą Lucifer. Jest to jednak mimo wszystko zaskoczenie, gdyż sprawa The Hellacopters wydawała się już oficjalnie zamknięta i wieść o ponownym zwarciu szyków była sporym zaskoczeniem. Wystartowali na nowo i uczynili to z wielka klasą za sprawą trzech kompozycji ubranych w świetne teledyski. Każdy inny, lecz równie doskonały wizualnie i co najważniejsze muzycznie kapitalny. Dwa skoczne rockery - numer tytułowy, wcześniej Reap A Hurricane oraz ten nieco bardziej się wyróżniający czyli  So Sorry I Could Die, co czyni całość tak potrzebnie bardziej zbilansowanym i zniuansowanym. Nie tak żwawy, nie aż tak "lekkoduszy", za to w pamięć zapadający chyba najmocniej. Nie dziwi więc mnie, że kręcący się od nastu godzin w całości Eyes Of Oblivion, te akurat kompozycje w mojej świadomości wyróżnia, co jednak nie pozostawia negatywnego śladu na pozostałych indeksach, bo przecież jak to w przypadku The Hellacopters piosenkowy charakter muzyki i przywiązanie do energicznego rytmu powodują, iż album zlewa się w jednolitą całość i przyrodzona przebojowość w mało wytłumaczalny sposób nie dodaje im z osobna większej niż tylko względnej wyrazistości. Mnie to może kiedyś przeszkadzało, ale lata praktyki uczyniły mniej krytycznym, więc na Eyes Of Oblivion patrzę już na świeżo z perspektywy oczywistych oczywistości. Dostałem zatem cholernie witalnego rocka, czyli wszystko to czego oczekiwałem i nawet więcej w postaci wspomnianego So Sorry I Could Die i jedyne czego mogę się czepić, to zbyt krótki czas trwania i ograniczona do dziesięciu tytułów lista. 35 minut to mało, więc przycisk repeat musi być zawsze w zasięgu ręki. :)

piątek, 1 kwietnia 2022

La mort de Louis XIV / Śmierć Ludwika XIV (2016) - Albert Serra

 


Albert Serra jak domniemam (jest nieco dalej niż początek 2022 roku i oglądam premierowo jego film), to szeroko doceniana, ale europejska awangarda kinowa, bowiem reżyser który kręci niewiele, kręci bardzo starannie z pełną premedytacją w stylu, który nie ma możliwości aby otworzył gwałtownie jego obrazy na szerszą widownię. Nuuudzi bowiem, zanudziłby każdego kto nie jest wystarczająco w ambitnym kinie zahartowany. Jak dostrzegłem, gdy jego dotychczasowe reżyserskie "emploi" przejrzałem, każdy z tych obrazów zamknięty w dopracowanej, lecz hermetycznej formie - stylowo i poetycko wyniosłej. Każdy o barokowym przepychu scenograficznym i kostiumowym charakterze, a ostatni jak dotąd (podkreślam nie widziałem prócz poddawanego refleksji dotychczas żadnego innego), to wielce odważna i kontrowersyjna koncepcja, przez jednego z krytyków określona wprost bardzo słabą pornografią. Śmierć Ludwika XIV sączy natomiast perwersję innego gatunku, bo to masochistyczna przyjemność czerpania satysfakcji filmowej z zasysania oczami obrazu ciągnącego się potwornie ociężale (z wyjątkowym nawet jak na warunki egzaltowanego dramatu kostiumowego mozołem), ale zawierająca jednocześnie prócz bogactwa "koronkowej" ornamentyki, nie tylko pomiędzy wierszami przebijające się psychologiczne prawdy o człowieku z piedestału i otaczającym go dworze. Ludwik XIV z namaszczeniem opuszcza ten padół, a wokół niego swoje "theatrum" odgrywają naskakujący dworzanie, w tym cała elita hien wszelakich, które swoje zyskując, tymczasem do tej wegetacji monarchy się przyczyniają. Groteskowe ploteczek popychanie i czasu zagospodarowywanie poprzez arystokratyczne paplanie w klimacie sztuki teatralnej. Statyczny malarski obraz cierpienia w dostatku. Męczy i atencje zyskuje - równolegle!

P.S. Gdybym znał na wyrywki filmy ikonicznej francuskiej Nowej Fali, to bym pamiętał kim jest Jean-Pierre Léaud i bym go rozpoznał w tej szałowej peruce. :)

Drukuj