piątek, 15 kwietnia 2022
Dziewczyny z Dubaju (2021) - Maria Sadowska
czwartek, 14 kwietnia 2022
Another Woman / Inna kobieta (1988) - Woody Allen
Przenikliwy Woody Allen, ale w tym przypadku maksymalnie poważny, bez charakterystycznego poczucia humoru. Tematycznie nie odbijający od kwestii psychologicznych relacji dalej niż zwykle, lecz poddający je tym razem bardziej dramatycznej wiwisekcji. Terapeutyczny dramatyzm przejmuje dominację, ale jest w nim też jakaś liryczna poświata, która ratuje go przed pełnym emfazy hiperintelektualizmem. Broni się dzięki temu przed zakalcowym charakterem, choć nie ma mowy aby osoba uczulona na przegadane sceny i uwznioślone treści uznała, że podczas seansu doskonale się bawiła. To akurat (jeśli mogę tak napisać) taki Allen almodovarowy - oczywiście pozbawiony tej kolorowej, fikuśnej scenografii wprost z obrazów hiszpańskiego mistrza. Ale tak widzę naturę Innej kobiety, jako bardzo wnikliwą, chwilami zbyt ofensywnie filozoficzną, jednakże też równie mocno rozgrzebującą problemy, których pozostawienie w spokoju wyrządziłoby mniej szkody. Wrażliwi intelektualiści jednak nie potrafią inaczej. :)
środa, 13 kwietnia 2022
El buen patrón / Szef roku (2021) - Fernando León de Aranoa
Wagi Blanco - jedna wielka rodzina. Szef jak ojciec, dba naturalnie nie tylko o kondycję firmy, ale jak zatroskany patriarcha firmowego rodu otacza opieką pracowników, martwiąc się oczywiście aby coś nie przeszkodziło tej wielkiej familii w funkcjonowaniu. Tak się składa że szefuńcio spodziewa się ważnej komisji, a kilka trybów ludzkich w maszynie zaczyna szwankować. Komplikuje się sytuacja, bo zwolniony pracownik robi zamieszanie protestując przed bramą wjazdową, bo stary pracownik nie radzi sobie z synem, którego towarzystwo na złą drogę sprowadza, bo wreszcie pracujący bez dotychczas jakichkolwiek problemów na kluczowym stanowisku przyjaciel z dzieciństwa ma akurat skomplikowane relacje z żoną. Bo to i tamto i szef aby spokój zapewnić i zadbać o wizerunek biznesu coraz głębiej w tematy nie tylko prywatności kumpla się zagłębia, odkrywając kolejne tajemnice powiązań. Ponadto szef jak to szef, który ma pozycję i kasę także dostaje to na co ma ochotę i ściąga tym samym na siebie konsekwencje romansiku. Wówczas robi się mega zabawnie, akcja jeszcze mocniej przyspiesza i po drodze dramatycznie gęstnieje, kończąc mimo wszystko kosztownym, ale jednak zaprowadzonym porządkiem. Chyba? :) To co się dzieje sporo zabawy widzowi dostarcza i zapewnia intrygująco spędzone dwie godziny podczas projekcji. Kilka odrobinę już wytartych schematów z popularnego ostatnio kina zapętlanych i napędzających katastrofę interakcyjnych emocji oraz dobre paliwo dla uniknięcia mega powagi w postaci ironii na pierwszym planie, a w tle wyjściowy dla historii mały świat relacji opartych na zależności w kapitalistycznym systemie dobrowolnego wyzysku. Bardzo solidna czarna komedia i do tego Javier Bardem w formie, więc git!
wtorek, 12 kwietnia 2022
Furioza (2021) - Cyprian T. Olencki
Podsumowując od razu, to ewidentne, że dla gówniarzy będzie to film, który w dosłowny sposób im zaimponuje i doda plus sporo do poczucia bycia w ich mniemaniu prawdziwym mężczyzną. Dla naładowanych wyłącznie testosteronem troglodytów także będzie filmem instruktażowym i w ogóle wysoko notowanym tematem w "towarzystwie". Zupełnie inaczej odbiorą go ci, którzy prócz oferowanych szczodrze fizycznych objawów własnej pewności siebie (co się kurwa lampisz?), dysponują też potencjałem na świadome racjonalne i krytyczne spostrzeganie rzeczywistości i oni "dokopią" się tutaj do sedna, bo Furioza nie jest li tylko prostackim perfidnym zbijaniem kasy na patologicznych sytuacjach, które miast promować, powinno się wszelkimi dostępnymi narzędziami zwalczać i chociażby w przestrzeni szeroko rozumianej kultury piętnować. Poza tym to konkretnie nakręcone, mocne, a nawet naturalnie brutalne kino, oparte na dynamice akcji i stale podbijanym poziomie adrenaliny, które mimo kilku warsztatowych zalet, chyba przez nie do końca uporządkowaną jednak narrację, nie wciąga jakby ambicje miało (wierciłem się na kanapie, a robaków nie mam). Doskonale zagrane (ale tylko role główne, naturszczycy jak naturszczycy robili swoje), bo trzeba przyznać robota castingowa w aktorskim środowisku zawodowym znakomicie została wykonana i ryje "znanych i lubianych" kapitalnie obrobione, aby strona wizualna była wiarygodna ("wydziarany" henną Damięcki bardzo dobry i cieszę się że nie tak groteskowy jak Gierszał w Najmro). Obejrzałem z niemałym zainteresowaniem i bez poczucia niesmaku jakiego mogłem się spodziewać, ale nie wiem czy to dobrze, że w tych dzikusach ludzi zauważyłem oraz tą braterską więzią się wzruszyć pozwoliłem? Dostrzegłem mimo to przede wszystkim takich wojowników z mocno poharatanymi psychikami, którzy powinni się jednak w średniowieczu urodzić, by w tych znacznie mniej cywilizowanych czasach rozwiązywać konflikty zupełnie wówczas niewyróżniającym się napierdalaniem białą bronią. Dzisiaj to patusowe wszystko przez ziomalstwo, poczucie wspólnoty i mentalność stadną, ale także chciwość i zwyczajne wysysane z ekranów smartfonów od dzieciństwa zamiłowanie do przemocy.
poniedziałek, 11 kwietnia 2022
Jack White - Fear of the Dawn (2022)
niedziela, 10 kwietnia 2022
The Card Counter / Hazardzista (2021) - Paul Schrader
Oscar Isaac, to jest dzisiaj najwyższej klasy aktorski wymiatacz, bowiem w czym on by nie zagrał i z jakimi wymaganiami tam gdzie się pojawił by nie zderzył, zawsze kapitalnie dźwigał ciężar kreacji. W parze z takim wyjadaczem jak Paul Schrader, który już na emeryturze przeżywa prawdziwy renesans swojej kariery, bo wciska się w niszę kina nietuzinkowego, zamiast jak koledzy po fachu zapętlać się w sentymentalnym odgrzewaniu kotletów z młodości - razem w tym tandemie mogą/mogli wszystko. Tak sobie już pomyślałem, kiedy pierwsze informacje odnośnie tej współpracy do mnie dotarły, a niemal utwierdziłem w przekonaniu, gdy pierwsze opinie po premierze entuzjazmem tryskały. Solidny rylec bani, mocny głos w sprawie (tutaj proszę sobie wpisać wiedzę dotyczącą praktyk torturowania więźniów przez administrację USA, po atakach na WTC) i dobitna, pełna wyraźnych symboli przypowieść o zadośćuczynieniu w atmosferze sadystycznego przebaczenia samemu sobie. Bowiem za zbrodnię musi być kara surowa, a odkupienie przyjść dopiero po serii cierpień odczuwanych konsekwentnie tak fizycznie, jak i na własnej duszy. Potwornych rzeczy się człowieku dopuściłeś, sprawiedliwość wymaga abyś nie tylko z tymi cierniami, przypominającymi ci i uświadamiającymi grzechy przeszłości egzystował, ale aby pokuta nie ograniczyła się li tylko do tego nękającego krzyku sumienia. O brzmieniu moralnym, którego nie sposób się pozbyć ta historia dość pokrętnie promowana fasadą podbijania kasyn i jak poprzedni film Schradera to było jednak prawdziwe odjechane objawienie i nie do uwierzenia sytuacja, że to weteran stoi za takim wysublimowanym kinem dalekim od standardów mainstreamowych, to The Card Counter nawiązując poniekąd do formuły pokręconego traktatu psychologiczno-filozoficznego jakim był First Reformed, nie sięga oczekiwanego spójnego poziomu intelektualnej filmowej rozkminy. Tak jak w tym drugim pomimo „bujania w obłokach” i sterylnej oprawy wizualnej wszystko kleiło się znakomicie, tak casus najnowszego obrazu Schradera nie wywołał we mnie porażających emocji i zadając istotne pytania, nie jest w stanie nawet torturami zmusić mnie do długich głębokich przemyśleń. Uderzył oczywiście obuchem w moją potylicę, ale nie dokonał w przekonaniach zniszczeń, abym na ich gruzach musiał budować nową osobistą narrację dla problemu, a i Oscarowi Isaacowi rola nie pozwoliła rozwinąć skrzydeł. Zrobił co mógł i utrzymał w moich oczach status wymiatacza.
P.S. Trudno mi w tym "wojennym" kontekście nie odnaleźć z perspektywy "od 24 lutego" współczesnych odniesień do potwornych praktyk ruskich sołdatów w stosunku do cywilnej ukraińskiej ludności, czy uniwersalnej i zrozumiałej w warunkach konfliktu zbrojnego i ekstremalnych przeciążeń psychicznych przecież praktyki stosowania najokrutniejszej przemocy. Przemoc rodzi przemoc i przemocą się karmi, a frustracji z solidnym podłożem ideologicznym nie utrzymasz na wodzy, kiedy presja kamratów i pokusa dominacji nad bezbronnym. Trudno też jednak nie mieć przekonania, że jakby poczucie winy oprawców, kiedy huk pocisków ucichnie nie męczyło i tym samym powodowało wyrzuty sumienia, to brak dla nich litości jest właściwym odruchem. Niech sczezną skurwysyny i będzie choć trochę po sprawie.
sobota, 9 kwietnia 2022
Puscifer - „V” is for Vagina (2007)
piątek, 8 kwietnia 2022
The American / Amerykanin (2010) - Anton Corbijn
Anton Corbijn to jest ktoś! Nawet kiedy jego styl opowiadania sporą grupę widzów może wręcz zanudzić i oni tym samym zawiedzeni, że seans wymęczyć musieli, niezbyt pozytywnie przysłużyć się promocji są gotowi, zawsze może liczyć na wierną publikę, która w atmosferze skupienia jaką zawsze jest w stanie skutecznie na ekran przenieść się lubuje. Wchodzi gość fabularnie w buty biograficzne i buty thrillerowe, z powodzeniem też w dokumencie muzycznym się odnajduje i robi w tych gatunkach doskonałe filmy swoje i po swojemu. To zaś cecha tylko twórców wybitnych, aby korzystając ze stylistycznych szablonów zbudować atmosferę immanentną i od razu rozpoznawalną, kojarzącą się z konkretnym z imienia i nazwiska twórcą. Nie jest to w przypadku Holendra może poziom artystyczny taki jak WIELKIEGO Paula Thomasa Andersona, ale ten sam poziom autonomii reżyserskiej i często bardzo bliski jeśli chodzi o finałowe efekty. Ja przynajmniej dotychczasowe prace twórcy filmowej biografii Iana Curtisa łykam na bieżąco bez popity i tylko do Amerykanina długo się przekonywałem, bo lawina nieprzychylnych recenzji nawet mnie potrafiła skutecznie odstraszyć. To jest tak, iż po seansie nie miałem już wątpliwości, one jedynie skutkiem wertowania netu przed się pojawiały i stąd opóźniona znacznie premierowa projekcja nastąpiła. Dzięki reżyserskiej wnikliwości z niezłego jak myślę tylko scenariusza, powstał znakomity portret psychologiczny, mam jednak sceptyczne nastawienie do głównej kreacji i zastanawiam się czy w tej wyciszonej roli Clooney akurat sprawdził się równie dobrze, jak tam gdzie mógł dać się ponieść dynamice wpisanej w charakter postaci. Myślę iż konieczność zatrudnienia intensywnie eksploatowanej gwiazdy, nie musiała się wiązać z takim oczywistym przez pryzmat urody wyborem, aby finalnie cechy charakterystyczne jej aktorstwa kłóciły się może z potrzebami roli, a tylko fizyczne walory świadczyły na korzyść. Mam więc takie drobne pretensje i wyrażam swoją obiekcję, upierając się że mógł to zagrać ktoś inny, bo Clooney jako introwertyczny zabójca, to jednak szkoda dla obrazu. Być może to tylko mój problem i niewielu poza mną obecność "twarzy" Clooney'a w kontekście roli przeszkadza. Nie chodzi też o brak sympatii, bo tak samo na przykład Seana Connery'ego jako aktora szanuję, ale nie w każdej roli go widziałem. Tak spostrzegam warsztat Clooney'a, iż on jest dobry, ale nie wszędzie musi pasować. Tyle o nim, więcej już tylko o właściwościach samej produkcji. Klimat, znaczy atmosfera, sposób narracji, opowiadania historii i w końcu sama historia, czyli fabuła. Niezły w zasadzie w większości milczący portret psychologiczny i aura jaka powiązana z sennym włoskim miasteczkiem. Fiat Tempra i skutery w uliczkach, pomiędzy uroczymi kamieniczkami. Jakiś sekret w człowieku, jego względnie otoczona tajemnicą profesja i presja z którą ona powiązana. Zlecenie, znaczy robota do wykonania i chyba też mimo wszystko rozterki, a przede wszystkim tęsknota za innym życiem i spełnieniem naturalnej potrzeby latami tłumionej. Nie jest to szczyt scenariuszowych możliwości i melodramatyczny kontekst w nim zawarty nieco banalnością trąca, ale ogólnie ma swój czar, a między wierszami największy to ta Włoszka której doskonałości fizycznej nie ma się co dziwić, że taki nawet przeprzystojny podobno Clooney ulega. :)
czwartek, 7 kwietnia 2022
No Sudden Move / Bez gwałtownych ruchów (2021) - Steven Soderbergh
środa, 6 kwietnia 2022
CODA (2021) - Sian Heder
Niskobudżetowa koprodukcja francusko-amerykańska, która z ogromnym powodzeniem walczyła na ubiegłorocznym festiwalu Sundance i jak już teraz wiemy okazała się angielskojęzyczną wersją tytułu pierwotnie dość już dawno nakręconego we Francji, zdobyła właśnie Oscara w kategorii najlepszy film. Podniosło się zatem oburzenie poczynając od podkreślania faktu iż to od strony produkcyjnej niżej niż wczesne netflixowe filmy, a wręcz nawet coś a'la typowo telewizyjne zapchajdziury kręcone dla publiczności nastoletniej, po nawet oskarżenia wprost o plagiat. Dlatego dość nieufnie ją przed seansem traktowałem, mając na uwadze, że nawet jeśliby nie wszystkie pretensje miały coś wspólnego z rzeczywistością, to jednak prawda rzekomo praktycznie bywa po środku, więc werdykt Akademii po raz enty mógł okazać się nie tylko kompletnym pudłem ale i strzałem w stopę coraz już marniejszej reputacji najbardziej rozbuchanej nagrody w światowym środowisko filmowym. Czas powiedzieć to wprost, że mimo iż cześć faktów się zgadza, to i tak ludzie ch*** się znają i oceniają po okładce, pozorami się kierując i nie dostrzegając kompletnie tego co głębiej pod niewątpliwą warstwą lukru ukryte. Wartość bowiem największa tego filmu, to jego kluczowa wada jednocześnie, obciążająca go niewątpliwie już na starcie w kontekście konfrontacji z kinem artystycznie ambitnym. Zgadzam się, iż to konwencjonalne, ale niezaprzeczalnie uczciwe kino o ludziach i relacjach, lecz też faktycznie kino chwilami nieznośnie „hallmarkowo-disneyowskie”, które przed programową przeciętnością, poniekąd ratuje spora doza, jednak pasującego do formuły niewyszukanego poczucia humoru. Staram się zrozumieć intencje stojące za kulisami "oscarowej" decyzji, próbuję się również przekonać, że czegoś ważnego nie wyłapałem i tym samym nie dotknąłem w pełni jego istoty. Na ten moment wymyśliłem coś takiego, iż nierzadko te proste historie korzystające z szablonowo powielanych metod i narzędzi, bez wydumanej pozy ale z szlachetnym przesłaniem są równie ważne dla sztuki filmowej jak skupione na estetyce formy i treści nabrzmiałe od megalomanii ich twórców dzieła, przez profesjonalną krytykę ostro promowane. Szkopuł tkwi w tym, iż proste nie równa się prostackie, a łatwo przyswajalne to nie zawsze banalne. CODA (Child Of Deaf Adults) ma to pierwsze i drugie i ma to w tym dobrym tych słów znaczeniu. Ok, napisałem o niej dobrze, bo zasługiwała, ale prawda też jest taka że umówmy się, w oscarowej stawce były tytuły warte bezdyskusyjnie jeszcze więcej. Uprę się przykładowo przy tych Psich pazurach!
wtorek, 5 kwietnia 2022
Licorice Pizza (2021) - Paul Thomas Anderson
Licorice Pizza płynie przed siebie niby tylko bez wyraźnego celu, tak przypadkowo, spontanicznie łącząc wątki, bowiem za tą swobodną narracją kryje się zarówno doskonale nakreślona bez pretensji irytującej koncepcja oraz w niej najszczersza prawda nawiązująca do miejsca i czasu oraz nostalgiczna tęsknota za czystą duchowo młodzieńczą miłością, w której fizyczny pociąg, to tylko i aż pielęgnowany pulsujący magnetyzm i podniecająca elektryczna aura. Pięknie zatem Anderson wodzi za noski widza romantyka, a ten widz akurat w mojej osobie kupuje bez jakichkolwiek zbędnych tutaj pytań tą chwilową, bo przecież ulotną rozkosz, poddając się niezwykle inteligentnie wrażliwej wizji, w której można do woli czytać między wierszami i nasycać zmysły obrazem, dźwiękiem oraz wręcz czuć zapachy i smaki jego amerykańskiego dzieciństwa. Ja czuję się zakochany w tej nieoczywistej opowieści o miłości, ale i w tle zarysowanym filmowym eseju o konfrontacji świata sukcesu rządzonego przez pieniądz i wręcz bezczelnie groteskowej pewności siebie z poddaną weryfikacji praktycznej naiwną wizją sukcesu, bowiem raz jest ona przenikliwa, dwa łebska, trzy zmysłowa i cztery tak cudnie nawiązująca do najlepszej historii hollywoodzkiego kina. Anderson poniekąd zrobił to co niedawno Tarantino, tylko jak Tarantino zrobił to maksymalnie i naturalnie ekstremalnie po swojemu, tak Anderson zrobił to na własnych subtelnych zasadach, z perspektywy która mnie jeszcze bardziej odpowiada.
P.S. Nie wyczerpałem rzecz jasna tematu w głównym tekście, nie dodałem, że między innymi kadrowaniem, wyeksponowaniem dynamiki w montażu, prowadzeniem kluczowej narracji, ale i aktorów oraz każdym niuansem z pietyzmem dopracowanym, zawsze Anderson trafia w punkt - gdyż to w sumie kumaci wiedzą, a niekumaci niech tacy pozostaną, skoro do tej pory ich nie olśniło. :) Napiszę zaś jeszcze w formie suplementu, że gigantycznie podoba mi się, iż jego bohaterowie to nie są jakieś wypudrowane i wycacane z żurnala postacie, a ich magia nie wynika z powszechnie podobającej się urody, a z tego rodzaju charyzmy, która wiąże aurę fizyczności z błyskiem intelektu i osobowości. Napiszę że przyklękam z wrażenia kiedy widzę jakie ma Anderson wyczucie do wyborów castingowych i jak wielce ich wartość przełożona na efekt filmowy trafia wprost w moją wrażliwość estetyczną i jakie to są naturalnie autentyczne kreacje, bez cienia nawet fałszu w geście czy mimice. Dodam że całe środowisko wizualne w jakim one działają oraz właściwości pomysłu przełożonego na scenariusz, a dalej na realizację całej złożonej koncepcji fenomenalnie zaspokajają za każdym razem potrzeby i oczekiwania jakie z jego kolejnymi dziełami wiąże. Podkreślę tym samym jak bardzo w pamięci mojej zawsze utkwić potrafią konkretne rozwiązania stylistyczne oraz sceny i z jaką łatwością zaprzyjaźniam się z nimi, scalając emocjonalnie, nawet jeśli zdarza się, iż tematyka poruszana nie dotyka mnie szczególnie osobiście. Jeśli miałbym wybierać artystę z kategorii reżyser, który nigdy mnie nie rozczarował, ale który też za każdym razem podnosi sobie poprzeczkę i paradoksalnie nie zaspokajając wyobrażeń wprost jeden do jednego, jednocześnie ani odrobinę nie zawodzi (bowiem tak w rzeczywistości zaspokaja je w inny, nowy, zaskakujący sposób, a ja nie potrafię po seansie dłuższy czas o filmie zapomnieć), to jednym z bardzo niewielu takich byłby właśnie Paul T. Anderson. DZIĘKUJĘ że jest!
poniedziałek, 4 kwietnia 2022
Insomnia / Bezsenność (2002) - Christopher Nolan
Surowy klimat alaskańskiej przyrody w filmowym wydaniu, wymusza doznanie letargu na kanapie i dodaje wizualnie pierwiastka mrocznego, którego można by się ewidentnie spodziewać po tak dobranej lokacji w rasowym thrillerze psychologicznym. Sama fundamentalna sprawa morderstwa, to nic wielce szczególnego - ot typowa kryminalna akcja z dość banalnym finałem, ale bardziej liczy się to co pozornie wątkiem pobocznym, jednak konsekwentnie gęstniejącym i kluczowa dla niego paranoja wywołana długotrwałym pozbawieniem snu jednego z bohaterów. Śledzimy sobie jego robotę gliniarską, ale bardziej niż znalezienie sprawcy (wiemy natychmiast kto) interesuje nas stan psychiczny detektywa, przeżywającego katusze przez w tej szerokości geograficznej towarzyszące całą dobę światło. Dodatkowego smaczku dodaje interesująca relacja z mordercą, który znając grzechy detektywa inicjuje i uparcie prowadzi wyczerpującą emocjonalnie grę. Gdyby nie te smaczki, metodyczne psychologiczne grzebanie we łbach bohaterów - dylematy, wybory i decyzje. Jeśli by też nie znakomita gliniarska twarz aktorska Pacino wyszłoby przeciętnie, a przynajmniej znacznie mniej atrakcyjnie. Christopher Nolan może nie jest artystą wyrastającym ponad rzemieślniczą sprawność i ja przynajmniej nie kojarzę jego produkcji, która tą tezę by jakoś przekonująco podważyła, ale wciskać zagadkę i rozsiewać klimat tajemnicy potrafi i jeśli ma okazję, to dobrze podkręcić tempo i napięcie też jest zdolny. Jest w Insomnii zatem i miałko i ekscytująco, a taka mieszanka w tym akurat wypadku zdaje egzamin, kiedy odpowiednio nad rytmem reżyser panuje oraz ma mocnych aktorskich graczy. Tutaj akurat Nolan nad względnie zajmującym pulsem panuje fachowo, a gracze z łatwo kojarzonymi nazwiskami na szczęście jakiejś wyjątkowej fuszerki nie odwalają.









.png)



