piątek, 15 grudnia 2023

Entombed - DCLXVI: To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth (1997)

 

Czwóreczka w dyskografii Entombed w moim płytowym życiu równa się dość zawiła historia. Wydana zaledwie rok przed Same Difference, a będąca w skrótowym, lecz nie kompletnie niezgodnym z rzeczywistością spostrzeganiu kontynuacją kultowej Wolverine Blues, tyle że pojawiająca się na rynku dopiero po długich czterech lat od premiery rzeczonej. Przyjmując zatem retorykę powszechną, to To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth była opóźniona, lecz brzmiała podobnie do poprzedniczki, a nie wydaje mi się by produkcja była podobna, bo ja wyraźna różnicę w wykręconym dźwięku pomiędzy nimi słyszę i być może to powoduje, że tak jak Wolverine Blues uwielbiam, to z jej następczynią zawsze miałem pod górkę. Pragnę w tym miejscu zaznaczyć, że w moim przekonaniu pomimo przeczącej sugestii wyraźnej w tytule, więcej w aspekcie tak brzmienia jak formy wspólnego ma paradoksalnie album z 1993 roku z krążkiem z 1998 (Same Difference), ale też te numery które posiadają znacznie bardziej klarowne konstrukcje (bo jednak wydany na jesieni 1997 roku album jaki poddaje w tym miejscu głównej refleksji zawierał indeksy uderzające z tożsamą dla charakterystycznie melodyjnego, bardzo brudnego rocka siłą), to jednak nie były to akurat kompozycje określające najtrafniej charakter To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth. Są tutaj przedstawiciele fajnego flowu w typie wałka tytułowego, miażdżąco mocarnego They i kapitalnie death'roll'owego Damn Deal Done, które gdyby wbite zostały w program Same Difference odnalazłby się tam wybornie, jak i Boats, Somewhat Peculiar czy Like This With The Devil, które z kolei mam wrażenie że tak samo pasowałby do wspomnianego, jak urozmaiciłby i tak znakomity Uprising. Reszta numerów to jednak nie bujające groove'm death metalowe rockery, ale sunące na pełnej k***** punkiem zainfekowane ciosy, pośród jakich usłyszeć też można ten eksperymencik w postaci DCLXVI, zmieniający kompletnie w połowie płyty jej klimat - dodający aury mroku i tajemniczości, jednak nie wiem czy potrzebnie. Nie w tym motywie tkwi jak domniemam mój dystans do czwóreczki, a dostrzegam go raczej w jakimś bałaganie czy chaosie, a może nie do końca odpowiedniej pewności jaka być może istniała co do wartości całego materiału, który przecież kopie solidnie i nie można by mu zarzucić, chociażby ktoś nie potrafił go słuchać,  jest zrobiony na odwal się. Ja mimo to nie czuję całościowo chemii z To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth i żałuję, iż wymienione bujające zdrowo kompozycje nie znalazły się w zasugerowanym powyżej towarzystwie, a program omawianego krążka nie ograniczył się do siarczystego wygaru w postaci mini albumu. Wiem że wówczas spięcia na linii grupa wytwórnia istniały i że Szwedzi próbowali ewakuować się z wytwórni Digby Persona - jak widać jeszcze wtedy nieskutecznie. Stąd ta czteroletnia przerwa pomiędzy Wolverine Blues, a To Ride... i chyba promocja słaba, bo jak dokładnie kojarzę zupełnie różne okoliczności wydania Same Difference, to rzeczona wyszła bez większego rozgłosu i trochę miałem przez chwile takie wrażenie, że nic w tym 97 roku w kategorii studyjny Entombed się nie pojawiło. Wciąż w sumie uważam jak napomknąłem, iż lepiej by było gdyby bezpośrednio po kapitalnej Wolverine odnotowana jako long została Same Difference i ewentualnie jakiś format mniejszy, w jaki przecież Entombed u początków często z sukcesem celował, niżby takiego czternastoindeksowego longa, jaki zawartością bardziej pasowałby do zbioru materiału nieopublikowanego, w sensie takiego co na studyjne produkcje się nie dostał, bo czegoś mu uznaję zawsze w kategorii spójności brakowało. DCLXVI: To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth w sumie obiektywnie zapewne nic nie brakuje prócz może jednolitej tożsamości, ale też ja oczyma wyobraźni widzę sugerowany mini i sześć najbardziej bujających kawałków w innym towarzystwie. Upieram się iż w przypadku tego krążka większej spójności mu potrzeba.

czwartek, 14 grudnia 2023

Eyes Wide Shut / Oczy szeroko zamknięte (1999) - Stanley Kubrick

 

Kubricka nie ma już w naszym wymiarze od prawie ćwierćwiecza, ale pozostała może nie nazbyt obfita, ale za to jakiej jakości spuścizna - bez względu na ten drobiazg, że nie wszystko co w jego twórczości tak nie łatwo ogarniane, ja tak bezdyskusyjnie zaraz kupuje. Jaka to z Oczu szeroko zamkniętych kontrowersyjna produkcja była doskonale pamiętam, kiedy było się wówczas jeszcze piękniejszym, bo najzwyczajniej młodszym. Kiedy wchodziło się na pełnej w dorosłość i kiedy mentalnie wiele brakowało, aby wgłębić się w ostatni, freudowski do szpiku kości jak się okazało obraz intuicyjnego fenomenu w sztuce wybierania obiecującego materiału książkowego do adaptacji. Mistrza niekwestionowanego w sposobie przez obiektyw spostrzegania rzeczywistości i poddawania jej erudycyjnej autopsji, a nie tylko z tej wstydliwej perspektywy zapamiętując Oczy szeroko zamknięte, jako cholernie niegrzeczny, bo ociekający perwersyjnym seksem thriller erotyczny, co bardziej od niby przekornie prostej puenty młodzieńca interesowało. Za produkcją stoi też totalna historia jej realizacji - że wspomnę tylko przedłużający się w nieskończoność czas i utrata w związku z tym cierpliwości części z obsady, a wszystko podobno przez nieznośną perfekcję Kubricka i ciągłe majstrowanie przy każdym detalu, a przy scenariuszu to nawet wybitnie. Głębokie psychologiczne kino Kubricka dzięki praktyce obsesyjnej dokładności i psychicznej wręcz udręki dla aktorów, zapewne też tak samo zdatne jest do bicia pokłonów w kierunku warsztatowych osiągnięć ludzi z planu, jak wieloaspektowej analizy. W tym przypadku pokrótce idzie o ZAZDROŚĆ! Od niej się zaczyna, bo później są już tylko następujące liniowo konsekwencje obsesyjnych myśli, pokusy i ciekawości, bowiem kłopoty człowieka nie szukają, to człowiek jakoś tak na nie w pogoni za króliczkiem wpada! Nowojorska elita głównym bohaterem zbiorowym i tejże poziom najbardziej zaawansowany, bo mówimy tutaj o posiadaczach niemalże bizantyjskich majątków, władzy niemal nieograniczonej oraz monumentalnego wtajemniczenia sekciarskiego przedstawicieli. Znudzeni życiem na mięciutko poszukują podniet ekstrawaganckich, bowiem jak jest nadczłowiek obrzydliwie bogatym i potwornie zobojętniałym, to dla własnego dobra wymyśli sobie rozrywkę nie dla pierwszych lepszych i ma do tego prawo - a precyzyjniej on decyduje co jest prawem. Kończące karierę Kubricka dzieło może nie jest tym najbardziej epickim i też filozoficznie rozbuchanych, lecz posiada klimat nie wyłącznie dzięki kapitalnej oprawie muzycznej niezwykły, stąd hipnotyzuje i przeraża zarazem, a najsilniej oddziałującym momentem, pomimo wielu scen zasługujących na zapisanie się złotymi zgłoskami w dziejach kinematografii jest sekwencja „mszy”. Jest ta wypieszczona atmosfera magnesem zapewniającym uwagę, a doskonale budowana mroczna tajemnica skupienie przed ekranem również gwarantuje, chociażby nie było na nim IDEALNEJ w tym okresie Nicole Kidman i wciąż będącego na fali Toma Cruise’a, którego chłopięcy czar, a jeszcze bardziej ten gen wiecznej młodości, to wciąż dla miłośników tematów z pogranicza teorii spiskowych intrygująca kwestia. Podsumowując mocna rzecz w sensie merytorycznej deliberacji (seks tak jako towar, jak i spoiwo relacji) oraz wizualnej materii oraz prowokująca do pewnej hipotezy, jakiej nie omieszkam na finał poddać uwadze. Mianowicie nie znając rzecz jasna prawdy, nie wiem jak było naprawdę, ale domniemam że się zdarzyło, iż dość wiekowy Kubrick w towarzystwie na planie takich towarów (przepraszam, tak ponętnych kobiet) mógł nieco na zdrowiu podupaść, patrząc jako mężczyzna przecież na ich wdzięki niewątpliwe. To też nie doczekał oficjalnej Oczu szeroko zamkniętych premiery i zastanawiające czy pomógł mu w tym może ten film i szersze z nim związane okoliczności, bądź za dużo podniet rodzaju żeńskiego, bo nie ma przecież musu aby w wieku 70 lat przez serce opuszczać to podobno najpiękniejsze miejsce we wszechświecie - ten cholera ogród ziemskich rozkoszy dla co niektórych.

środa, 13 grudnia 2023

My Left Foot: The Story of Christy Brown / Moja lewa stopa (1989) - Jim Sheridan

 

Zasłużone wyróżnienie w postaci nominacji dla Daniela Day Lewisa, choć Oscar myślę niekoniecznie w ówczesnej stawce z Robinem Williamsem, Tomem Cruise'm czy Morganem Freemanem jednoznacznie należny. Jednako bez względu na subiektywne opinie dał Daniel niewątpliwie popis warsztatowy oraz wykazał się znakomitym zmysłem obserwacyjnym, aby tak autentycznie oddać mimikę i ruchy ciała pierwowzoru w osobie Christy’ego Browna. Człowieka dotkniętego kalectwem fizycznym, wychowanego w ubogiej ale uczciwej i dumnej wielodzietnej robotniczej rodzinie z Dublina. Przysposabianego do dorosłego życia w atmosferze surowych zasad przez ciepłą kochająca matkę oraz ojca na zewnątrz twardego i wymagającego, ale też silnie z nim emocjonalnie związanego (jeśli to nie jakieś wybielanie). Oklaski zatem zasadne dla Daniela - przyszłego niekwestionowanego wzorca konsekwentnego budowania swego aktorskiego emploi za zinternalizowanie całej gamy zniuansowanych ale i bezpośrednich cech fizycznych i osobowościowych malarza amatora, cierpiącego na porażenie mózgowe, który posiadając pełną świadomość ograniczeń (gdyż w jego popsutym ciele mieszka intelektualna bystrość), emocje nie tylko przenosi na obrazy malowane tytułową lewą stopą, ale też niekoniecznie dobrze radzi sobie z nimi w kontaktach z otoczeniem. Historia dramatyczna i poruszająca ogromnie – rzewna u fundamentu, lecz zachowująca pomimo swojego charakteru wzruszającego trafiony balans, bowiem poprowadzona harmonijnie tak z dramatyczną jak i zabawnie ciepłą nastrojowością. Oparta na biograficznej książce bohatera, zrealizowana z drobiazgowym odtworzeniem klimatu miejsca i czasu, w nieco teatralnym bo raczej skromnym klimacie - te domy, te uliczki, wreszcie Ci ludzie żywcem wyjęci ze środowiska. Może nieco ograniczona budżetowo, ale kapitalnie dzięki temu przybliżający ducha niezwykłego postaci, jak i jego ludzkiego otoczenia, z naciskiem na wspomniany robotniczy sznyt dzielnicy.

P.S. Ten Jim Sheridan to zaczął z wysokiego C całą tzw. „trylogią irlandzką” i dołożył jeszcze podobno (nie widziałem, czytałem o niej) równie dobrą opowieść autobiograficzną, a potem chyba coś się zacięło i nie wiem, może lepiej żeby od tamtej pory zajął się czymś innym, bo zdarzały mu się realizacje zdecydowanie wstyd przynosząca dla kogoś kto w bardzo późnym, ale jednak w debiucie przytulił osobiście oscarowe nominacje i pomógł dwie aktorskie zgarnąć.

wtorek, 12 grudnia 2023

Killers of the Flower Moon / Czas krwawego księżyca (2023) - Martin Scorsese

 

Ziemia czarne złoto ukrywała latami, ale przyszedł jednak czas że ziemia ów skarb swój w ludzkie ręce oddaje, bo człowiek łapskami własnymi wyszarpuje je ziemi i tak sobie bogactwa przysposabiając luksusy ogromne zapewnia, jak i kłopoty zarazem na siebie ściągając, bo tam gdzie czysty pieniądz z wnętrza wydobywany, tam zrazu niebezpieczeństwo czyha, bo dla konkretnego grosza (tak, nic odkrywczego) człowiek na wszystko gotowy! Tak w zupełnie nie oddającym pełnego zakresu podjętych kwestii, w skrócie widzę fabułę Czasu krwawego księżyca, na historycznych faktach opisanych może nie dosłownie, a raczej z elementami uatrakcyjniającej fikcji opartą i zamknięta w bagatela około 210 minutach projekcji, na podstawie powieści... doczytajcie gdzieś sobie. :) Wiedząc to i owo o kontekstach spodziewać się należało grubej sagi, a ten ze wstępu tegoż opis treści rzecz jasna rozpisany na potężny scenariusz, który w tych niecodziennych dla kina hollywoodzkiego rozmiarach w adaptacji Mistrza Scorsese ani odrobinę nie męczy, a wręcz oderwać oczu od ekranu (tak oglądałem w streamingu na kanapie) nie pozwala. Pieniądz płynący wartkim nurtem prowokują rozlew krwi, a jej rozlew z kolei stanowi znakomity fundament dla opasłej, ale przede wszystkim porywającej opowieści o destrukcyjnej sile pokusy i hipokryzji infekującej ludzkie serca, zdolnej tym raczyskiem zaatakować zdrową tkankę jakiejś tam kompletnie niedostosowanej do wyzwań czasu szlachetności i uczciwości. Bo biały człowiek to jednak potrafił i trudno dyskutować być może ze stwierdzeniem wciąż zna sposoby jak wybielić nawet gówno, jeśli ma w tym interes. Mieli tym ozorem i stosuje podłe sztuczki, a jak tego nie starczy to znajdzie inną, bez znaczenia że kryminalną metodę - ważne że skuteczną. Scorsese zawsze miał nosa do barwnych (dobra, złe słowo, brawurowo tragicznych) wydarzeń z historii Ameryki, że wspomnę tylko Gangi Nowego Jorku. Historii które niby nie tajemnicą, a jednak raczej nie stanowią wiedzy ogólnej, gdyż nie dają powodu do dumy dla patosem przesiąkniętej i hipokryzją przeżartej tożsamości amerykańskiego narodu, ukonstytuowanej w miejscu, gdzie prawdziwa, a nie udawana duchowość czy wspólnotowa świadomość rdzennych szczepów i plemion zbrukana. Bierze Scorsese taką prawdę historyczną i obrabia ją charakterystycznym dla siebie językiem filmowym, tworząc pełnokrwiste dzieło sztuki. Oferuje ekscytujące przeżycia dla widza oczekującej rozrywki i harmonijnie, synchronicznie fascynujące doznania dla audytorium wymagającego od kina czegoś więcej ponad tylko dobrą popcornową zabawę. Czas krwawego księżyca to film pasujący do repertuaru multipleksów, ale i złożony, wielopoziomowy erudycyjny obraz, choć sama podstawa zawarta w skrypcie historycznym ograniczona przecież do jednego, zdaje się oczywistego wniosku. Ona skompresowana myślę do postaci okrutnej, pozbawionej wszelkich granic moralnych chciwości i w sensie puenty porzekadle, iż „historię piszą zwycięzcy”. Poczynając od zawiązującej tekst scenariusza kwestii morderstw na plemieniu Osedżów, przez traktowanie rdzennych mieszkańców Ameryki jako naiwnych, prymitywnych, „niekompetentnych”, a przez to potrzebujących białego człowieka, aby nie roztrwonić wielkiego bogactwa jakie nieświadomie on im przecież zapewnił, ograniczając w swoim dobrodziejstwie ich znacznie bardziej pierwotnie rozległe tereny w administracyjnej formule tzw. Rezerwatu (sick!). Po głębsze znaczniej analizy dotyczące manipulacyjnego oddziaływania za pośrednictwem technik socjometrycznych czy konkretnie zniewalania fałszywą troską, tudzież wręcz miłością i lojalności, którą (co nieprawdopodobne otrzymuje) ponad zdrowy rozsądek wymagając. Stąd Czas krwawego księżyca to gatunkowo osadzony w ramach historycznych kryminał, jak i szeroko rozbudowany dramat psychologiczny z socjologicznym rzecz znaczy głębszym kontekstem, w szczególności sugerujący sekciarskie i mafijne konotacje w ukazanej mentalność tej „lepszej” części społeczeństwa. To wreszcie dzieło wybitne ze względu na warsztatowe popisy wszystkich specjalistów jacy zostali przez głównodowodzącego do realizacji tego fenomenalnego przedsięwzięcia zaangażowani i ja nawet jeśli nie będę wystawiał tutaj świadectw najwyższego poziomu KOMPETENCJI wszystkim z osobna przywołując ich nazwiska, to nie mogę dopuścić, aby obok majstersztyka aktorskiego drugiego planu wybitnej tutaj Lily Gladstone (z miejsca przyznać Oscara jej!), nie podkreślić ponownie kim dla współczesnego kina są Robert De Niro i Leonardo DiCaprio. Nie będę tutaj robił subiektywnego przeglądu ich najlepszych dokonań w ich przebogatych przecież karierach, ale jeśli nie są tu sobą w najdoskonalszej, czysto epickiej formie, to ja nie wiem. Brawo dla Scorsese za wykrzesanie maksa z obsady, za te dialogi kapitalne współtworzone z niekwestionowaną legendą scenariuszowego Hollywood w osobie Erica Rotha. Oklaski też na stojąco za podjęcie rozdrapującego rany tematu i po prostu za to że wciąż jest i to na pełnej świadomości, bowiem człowiek z niego już mocno wiekowy, a wciąż czyniący dobro filmowe, ale też rozkręcający debatę publiczną w wielkim stylu.

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Postcards from the Edge / Pocztówki znad krawędzi (1990) - Mike Nichols

 

Meryl Streep z początku ekstremalnie niewyjściowo wyglądająca i Shirley MacLain mająca na karku 56 wiosen i dla odmiany z wizerunkiem olśniewającym, w filmie wieloletniej legendy hollywoodzkiego opowiadania o ludzkich perypetiach. Dwie ikony które na koniec filmu swymi wizerunkami się zamieniają, co stanowi symboliczną myślę tak klamrę dla skomplikowanych osobowościowych powiązań odtwarzanych postaci i konsekwencji poddawania systematycznej presji. Mike Nichols od Absolwenta (a jak obejrzę sobie w końcu Kto się boi Virginii Woolf?, to uznam że od debiutu) był na fali, a lata leciały i wciąż kręcił doskonałe obyczajówki, z lekko podanym, lecz poważnym dramatyzmem. Pocztówki znad krawędzi to pół szałowo komediowa, pół patetycznie dramatyczna wiwisekcja relacji rodzinnych, z wytłuszczeniem tej pomiędzy córką, a matką – aktorkami w sensie charakterku maniaczkami. Córka uzależniona od narkotyków, matka uzależniona od przywilejów sławy. Mamusia częściej niż okazjonalne zagląda do kieliszka, co czyni ją równie silnie zniewoloną przez wspomagacze jak córeczkę. Wszystko na podstawie autobiograficznej powieści Carrie Fisher (tak tak, Księżniczka Leia) opowiadającej o własnych zmaganiach z legendą sławy swojej matki Debbie Reynolds - jednej z największych ikon najwspanialszych lat w historii kina. Historii która miała swój tragiczny rzeczywisty finał pod sam koniec roku 2016-ego, kiedy dzień po dniu obie bohaterki opuściły ten ziemski padół – Carrie 27, a Debbie 28 grudnia. Ale nie o tym w sumie, nie o tym, bo o tym co doprowadziło być może do tego dramatycznego finału, czyli życiu w środowisku hollywoodzkiej fabryki snów i samotności niby w pluszowych okolicznościach funkcjonowania oraz właśnie zaburzanym z pozoru gigantycznym ego intensywnie emocjonalnym związku córki z matką. Kręcony już w latach dziewięćdziesiątych, pachnący jednak ejtisowym leciutkim kiczusiem, ale tak uroczym, że się wybacza i fajnie jest obejrzeć klimacik jaki już w obyczajowym wydaniu nie ma szans we współczesnym kinowym wydaniu spotkać. Posiada zapewne dla wielu kinomanów wartość sentymentalną i jako taki jest ważny. Jeśli jednak ja nigdy do tej pory nie miałem przyjemności, a znać tytuł znalem, to jako obejrzany premierowo dopiero teraz jawi się, jako dobra robota reżyserska, aktorska lepsza i scenariuszowo dość może nie zachowawcza ale też nie błyskotliwa, bez względu na to jak niesamowita tkwi za nim geneza realnych wydarzeń. Nie powiem żebym nie czuł się całą tą otoczką po uświadomieniu teraz zafascynowany.

niedziela, 10 grudnia 2023

Gladiator (2000) - Ridley Scott

 

Nadarza się idealna okazja by pójść w jego klasykę, kiedy to Ridley Scott pokazał właśnie batalistycznego Napoleona (recenzje wstrząsająco niepochlebne i trzeba z tym żyć) oraz z tego co donoszą media, kręci dalsze losy rzeczonego Gladiatora. Stąd trafiona to pora, aby odświeżyć spektakularne i przede wszystkim heroiczne przygody Maximusa Decimusa Meridiusa i najlepiej zdać z tego doświadczenia relację, choć może wypadałoby aby w innej formule, niż mnóstwo dostępnych – może dajmy na to po trosze żartobliwie o filmie poważnym niczym miny zatroskanych polityków, a może też robiąc rodzaj porównania ze Spartakusem wiadomo kogo i nie do końca jestem przekonany niby akurat dlaczego. ;) Gladiator wyrywa z butów już od pierwszych ujęć, bo takiej sytuacji z pola boju w sensie rozmachu wizualnego i realistycznego odczucia, to tylko w najlepszych produkcjach z zakresu historia-przygoda można szukać i choćby nie wiem jak za czasów największej świetności (lata 50-te) hollywoodzkich widowisk historycznych, a szczególnie eposów rzymskich ojcowie gatunku nie mogli osiągnąć, bo nie ta technika i narzędzia dostępne. Stąd pewnie wizjoner w osobie Kubricka nie poszedłby wprost tą drogą, gdyby był w pełni przygotowany, bo wiemy w jakich okolicznościach objął stery w tej mega produkcji i że to właściwie nie jego, a Kirka Douglasa był film. Nieważne, oglądam teraz przecież Gladiatora, a nie Spartakusa i muszę jasno rzec że Ridley w butach speca od widowiska zamaszystego, to zawsze albo wóz albo przewóz i nawet jeśli bywało że nie sięgał w kwestii ekscytowania widza poziomów ponad zasięgami (Królestwo niebieskie), to tutaj niech mnie gromy że człowiek takiego sięga - oj sięga. Nie zawsze przecież kiedy są pieniądze, jest wizja i nawet jest talent z warsztatem predysponującym do realizacji znakomitej, to są wykrzesane konieczne emocje i ich ładunek idealnie trafia, niczym współczesne terapie celowane we właściwe miejsce - w tych okolicznościach wprost do serduszka. W tym przypadku precyzja jest mistrzowska i seans systematycznych ekscytujących uniesień jest zawsze gdy Polsat w paśmie mega hitu Gladiatora powtórzy, gwarantowany. Stąd myślę bierze się ta legenda nadal niegasnąca Gladiatora i miejsce w historii kinematografii na szczycie, bowiem Gladiator to uczucia wyższe plus non stop miejsce w ramówkach największych telewizyjnych graczy. Tak w kategorii blockbustera, jak filmu jednocześnie szlachetnego, bo oprócz produkcyjnego rozmachu oferuje także niesamowicie wciągającą intrygę ze szczytów władzy, z szarpiącymi powszechnie kręgosłupy moralne uczuciami. Konkretne widowicho o wszystkich tych od tysięcy lat targających cywilizacjami ludzkimi pasjach i namiętnościach. Knowaniach dla władzy, upojenia władzą - najohydniejszą niemal ludzką obsesja i dla sprawiedliwej równowagi najprostszą drogą do klęski. Honor, uczciwość - dobro przeciwko złu! Wielkie dramaty, wzruszenia silne, vendetta, zwycięstwo determinacji i finał jaki zostaje z człowiekiem, bo też muzyka z tła nie pozostaje absolutnie obojętna. Po to myślę wynaleziono kino! Być może z perspektywy upływu lat (jeśli się czepić) to ta w tle architektura, wprost wygenerowana przez ówczesne możliwości przeliczeniowe komputera, lekko nadgryziona zębem czasu, lecz ona nie stanowi o największej fundamentalnej sile Gladiatora. Gladiator zwycięża napięciem i intensywnością kluczowych scen, a tego waloru nie odbiera mu czas.

sobota, 9 grudnia 2023

All Them Witches - Dying Surfer Meets His Maker (2015)

 

All Them Witches, a dokładnie czas jaki musiał minąć zanim oni się w moją głowę skutecznie wwiercili, to wciąż dla mnie rzecz niepojęta. Nazwę kojarzę niemal od zawsze, czyli gdzieś być może od wysokości drugiej płyty i pamiętam,  od tego momentu byli w środowisku zachwalani jako autorzy nuty, która w teorii akurat powinna mnie z miejsca zainteresować, ale wsiąkłem w nią dopiero na wysokości Nothing as the Ideal. Całkiem radio friendly psychodeliczny z lekka, blues z progresywnym rockowym zacięciem. Inaczej retro granie, takie organiczne okładanie klasycznego instrumentarium z wokalistą na czele, który jednocześnie kapitalnie brzmi używając własnego głosu, jak i buduje wraz z perkusistą kręgosłup rytmiczny, bowiem obsługuje w międzyczasie także stylowy basik. Dying Surfer Meets His Maker to trzeci long w ich dyskografii i (ja tego do końca nie wiem, korzystam z opinii fanów od zarania) pierwszy taki który oferuje więcej piosenkowości w miejsce odlotów w stylistyce, w uproszczeniu stonerowej. Rzecz jasna tego stonera jest na trójeczce wciąż mnóstwo i on kapitalnie ożeniony właśnie z psychodelią nieprzesadzoną i tym bluesowym duchem. Plumkania niczym z Delty Missisipi może nie pod korek nabite, ale nad całością unosi się ten klimacik i wiąże również z redneckowym luzem charakter muzyczny, unikający na szczęście jakichkolwiek skojarzeń z miałką najczęściej country stylistyką. Jeśli już cokolwiek w te mańkę nawiązań, to tylko z najbardziej surowymi, a może i ambitnymi odnogami gatunku, ale to tylko tak myślę, gdy czuję się do podobnych porównań przymuszonym. Dying Surfer Meets His Maker to muza twardych i jednocześnie wrażliwych typów, którzy czują po męsku, ale siedzi w nich emocjonalność refleksyjna, a poza tym kochają wolność i z szacunku dla mało przecież współcześnie popularnego grania robią takie muzyczne perełki, że kapelusze z głowy. Grają to co czują i są farciarzami, że trafili z pasją w to co potrafią robić doskonale. Proszę posłuchać Open Passageways, a najlepiej to wpierw Blood and Sand/Milk and Endless Waters i spróbujcie nie potwierdzić tego co napisałem. :)

piątek, 8 grudnia 2023

Blue Jean (2022) - Georgia Oakley

 

Sto na sto punkciorów dla speców od scenografii i przygotowania strojów oraz stylizacji i charakteryzacji, mimo że ona nie tak odległa i dla mojego pokolenia przedstawicieli, z dalekiej młodości wciąż doskonale pamiętana. Obraz w sensie wizualnym jest doskonały także za sprawą konkretnego/trafionego człowieka od operatorki, który kapitalnie zdołał wychwycić te poszarzałe, często wręcz brudne pastele, będące rodzajem symbolu epoki. Koniec lat osiemdziesiątych w Wielkiej Brytanii i schyłkowe czasy rządów konserwatystów pod przywództwem „Żelaznej Damy”, czyli dzięki "thatcheryzmowi" tak właściwe dla jej premierowstwa przełomy w polityce gospodarczej z kluczowymi bolesnymi reformami jak i w kwestiach obyczajowych zdecydowanie podłe prawodawstwo nastawione na zwalczanie społeczności gejów i lesbijek. Blue Jean to mnóstwo kapitalnych detali, drobiazgów w zasięgu wzroku, które budują autentyzm miejsca i czasu, ale też właśnie uświadamiają z jak wyśmienitymi fachowcami reżyserka współpracowała. Sporo w Blue Jean też scen intymnych, łóżkowego baraszkowania, bo dziewczynki niegrzeczne, a to nie jest wszystko i nie jest też to figlowanie najważniejsze, gdyż to co sercem tej opowieści, to potrzeby, ale te wyższego rzędu, czyli bezpieczeństwa ponad potrzeby ciała. Potrzeba uwolnienia się od wstydu, jaki obiektywnie nie istnieje, gdyby nie obsesje religijno-kulturowe większości. Ciągła walka z lękiem przed wyjściem na jaw tajemnicy jaka przecież nie musiałaby być sekretem, gdyby nie histeria konserwatystów, którzy od zawsze widzą większe zagrożenie w homoseksualizmie, niż (pozwolę sobie na stanowcze porównanie) wojnie, bo akurat jej potrafią przypisać cechy bohaterstwa i ją usprawiedliwiać. Potrzeba uwolnienia od bycia w niezgodzie ze sobą, od ciągłego oszukiwania pod wpływem swoistego szantażu, o czym kapitalne opowiada kluczowa przełomowa scena z symbolicznych płaczo-śmiechem i przebitką wolnych kłusujących koni. Pod względem aktorskim, wizualnym i też konstrukcyjnym rzadka subtelna perełka, którą naturalnie powinni dalekim łukiem omijać zakompleksieni prawoskrętni ideolodzy.

czwartek, 7 grudnia 2023

Limbo (2023) - Ivan Sen

 

Dziwna ta spalona przez słoneczny żar australijska ziemia w czerni, szarościach i bieli. Bez dominujących odcieni złota, jednak bardziej zimna, co dobrze z charakterem opowieści koresponduje i tym samym szczególnie w ujęciach nocnych piasek upodabnia do śniegu, gdzie okiem sięgnąć zalegającego, więc gdyby tu nawijali po fińsku, to też wyszłoby co najmniej przez wzgląd na obraz wiarygodnie. Limbo poza tym to naprawdę dobry kryminał - stara sprawa z długim cieniem, rozwikływana w małej społeczności podzielonej na białych osadników i rdzennych “czarnych”. Dobry nie znaczy że z ostro skomplikowanym zapleczem intelektualnym, ale dobry, bo z wyszukanym klimatem i postaciami, które zostały mimo iż od sztancy dość stereotypowo skrojone, to autentyczne jak cholera. Limbo też jest takim kinem drogi, mimo że tylko ze względu na fakt iż bohater, śledczy przydzielony do rozgrzebania na nowo sprawy zniknięcia i zabójstwa aborygeńskiej dziewczynki, spędza sporo czasu w klasycznej amerykańskiej gablocie. Dobry, a nie ekscytująco fascynujący, bo się snuje, bo ciągnie się i wije niemożebnie, a mimo to utrzymuje w pewnej hipnozie przed ekranem, gdyż mozolne równomierne tempo odkrywa co jakiś czas istotne dla wyjaśnienia sprawy wątki, lecz jednak robi to tak przy okazji, bo zdaje się że to nie jest film o zbrodni, tylko film skierowany do maniaków obrazów o ludzkich dramatach daleko od głównej drogi. Dramat ukazujący ludzi i konteksty życia w jakiejś zapyziałej dziurze, bez jakichkolwiek perspektyw, w poczuciu bezsensu lub co gorsza żyjąc już tylko w poczuciu winy przeszłymi tragicznymi zdarzeniami i zapętlając się w kompulsywnych myślach o nich. A tu trzeba sobie pozwolić na przełamanie i jakiś przełom bez jednak gwarancji że wszystko już będzie kurde dobrze. Nie będzie, bo życie jest kur E wsko parszywe.

P.S. Bombowa motelowa lokacja w jaskini, czy tam grocie skalnej w mojej pamięci po seansie pozostanie. Jak ją zwał tak zwał – też się nią na stówę zaciekawicie.

środa, 6 grudnia 2023

House of Harm - Playground (2023)

 

Brytyjskie granie ale from Boston, Massachusetts! Ponadto quasi brytyjskie granie z odległych lat osiemdziesiątych, z urokiem uskuteczniane w roku 2023! Brzmi intrygująco taka wizytóweczka, ale może mogłoby to być coś zadziwiającego, gdyby na pełnej od latek kilku nostalgiczne parapetowo-gitarowe plumkanie na modłę pomysłów (najprostsze skojarzenie) ekipy Roberta Smitha nie było uskuteczniane. Sprowadzając istotę muzyki House of Harm do epigonizmu totalnego byłbym jednak nieuczciwy i za takie mam co niektóre wzmianki o bostończykach, jednak gdyby nie porównania do ikonicznej nazwy, być może jeszcze mniejsza grupa słuchaczy do przesłuchania ich propozycji by się dała przekonać. Szufladki i porównywanki są niestety zasadniczo konieczne i zasadne poniekąd aby się spośród mnóstwa dobra najpierw wyróżnić, a być może kiedyś ponad nie wybić. Wracając jednak do uwagi o względnej niesłuszności sprowadzania Playground do kalki The Cure, stwierdzam stanowczo, że House of Harm to rodzaj hybrydy i mostu pomiędzy brytyjską falą post punkowego gotyku, a obecną od znacznie późniejszego czasu bardziej lajtową emo estetyką, jaka nota bene uważam sporo zawsze miała wspólnego właśnie z wyspiarstwem przez wzgląd na oczywiście stylizację wizualną, ale i muzyczno-wokalne podobieństwa. W wykonaniu amerykańskich wnuczków stylistyki cure'owskiej i być może już synów (czas zapier D Ala) soft emo przynudzania, granie z Playground całkiem łatwo da się podzielić na to bardziej i mniej uwspółcześnione, a ja przychylam się do wniosku, że fajniej by było gdyby mniej niedawnego wczoraj, a więcej wczoraj dalekiego tutaj wciskali, a najlepiej gdyby inspiracje zaczęły ustępować miejsca własnemu charakterowi, na który jeśli miałbym jeszcze kiedyś uwagę na House of Harm zwrócić muszą zapracować. Dzisiaj przyznaję że jestem lekko zawiedziony całokształtem nowej płyty, bo taki Two Kinds przykładowo jest tak straszliwie słodziutki, że  trudno mi się zgodzić na ten kierunek, szczególnie że krążek poprzedni chyba oznak wieszczących skręt w tandetę nie wróżył. Na szczęście to nowe, to częściej takie fajne jak Endlessly, Place It Back czy Roseglass, zbilżające ich nutę współcześnie do tego co w bardziej milusich numerach robią The Black Queen fantastycznego w każdym wcieleniu Grega Puciato. Tak to widzę, znaczy słyszę. :)

wtorek, 5 grudnia 2023

Dumb Money / Inwestorzy amatorzy (2023) - Craig Gillespie

 

Wszystko wokół pieniądza się obraca, od tego większego do gigantycznego lub każdego innego subiektywnie dla indywidualnej osoby rozmiarami na tyle atrakcyjnego, że można zdecydować się na ryzyko według porzekadła, że kto nie ryzykuje ten szampana nie pije. Craig Gillespie (ten między innymi od I, Tonya) znalazł temat z potencjałem, temat taki co dla zainteresowanym inwestycjami w papiery wartościowe przez echo jakim się w branży odbił znany i dobrą łapą do filmu intensywnie atrakcyjnego obrobił go sprawnie. Rzecz się ma do sytuacji sprzed dwóch lat w Ameryce zasadniczo się dziejącej, kiedy to jakiś nerd z wykształceniem ekonomicznym, będący co kluczowe youtuberem hobbystą, tak nakręcił hajp wśród swoich followersów na pewne akcyjki, że tłuste kocury z Wall Street konkretnie w gacie narobiły. Inaczej to film o współczesnych możliwościach wpływania na decyzje poprzez pokrótce łącza internetowe i coś w rodzaju charyzmy telewizyjnej, choć o tv coraz częściej myślę będzie się mówić, jako o medium umierającym, kiedy pchełki nadające z własnych piwnic potrafią przed kompami czy smartfonami zebrać większą ilość odbiorców, niż nadawany w "prajmtajmie" mega hit polsatu. Film mocno rozrywkowy (poczucie humoru i łatwość nawiązywania sympatycznej relacji imponująca) o wielkiej ekonomii i rynku na którym zmieniają się role i jakby się wydawało niepodważalne status quo, opierające się na dojeniu indywidualnych frajerów. Frajerów wchodzących w trampeczkach z naiwnymi nadziejami na zysk w świat wypastowanych mokasynów i przez tychże zawodowych sprzedawców marzeń - speców od manipulacji trendami golonych. Płotki w ilości wielomilionowej kontra grube ryby, których zaś liczba w ocenie finansjery ograniczona albo kierując się z żartem loginami kicia vs. kocury tłuściochy. Kicia zbudowała lojalną społeczność przeciwko gigantom, a i tak giganci mimo sukcesu kocurka finalnie górą, bo w łapach gigantów wszelkie instrumenty szantażu i takich innych jakich mnóstwo pazurki przez lata także aparatowi państwowemu wydrapały. Strasznie fajne mimo wszystko to obnażenie reguł na jakich opiera się ta współczesna kapitalistyczna ekonomia, ale film tylko bardzo dobry, momentami przyznaję iż porywający (postawiłbym obok Big Short na przykład i dał maxa za aktorskie popisy), jednak od Gillespiego to ja wymagam wciąż więcej i więcej (Miłość Larsa mógłbym tonami). Chyba że ja merytorycznie nic z tego nie zrozumiałem, a to możliwe, bowiem hazardem i kultem mamony się brzydzę, więc nie interesuję.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

The Quiet Girl / Cicha dziewczyna (2022) - Colm Bairéad

 

Bardzo archetypicznie artystyczna wizja, bardzo kontrowersyjnej z punktu widzenia etyki sytuacji. Sytuacji wstrząsająco-przygnębiającej, całkiem jednak pomimo moralnego wzburzenia wdzięcznej do opowiedzenia, jako historii wzruszającej, bowiem dotyczącej bezbronnej niewinności w starciu z okrutnymi realiami zaawansowanego dziecioróbstwa w rodzinach nie bardzo mogących robić za wzór. Mało ciekawa praktyka oddawania własnych dzieci obcym ludziom na chwilowe wychowanie, do wakacyjnej pracy, by sobie ulżyć w znoju, kiedy prokreacyjny ciąg doprowadza do niemalże taśmowej produkcji, a jego natężenie kompletnie odwrotnie proporcjonalne do okazywanej dziatwie czułości, a nawet podstawowego zainteresowania. Niby film o dramacie, ale jednocześnie też o szansie, tudzież jednocześnie niesprawiedliwości, bo wiadomo, ci którzy na dzieci nie zasługują płodzą je jak króliki, a Ci którzy na odpowiedzialne rodzicielstwo gotowi, jakimś niefartem w kwestii płodności dotknięci lub co gorsza dramatem oraz otwarcie pisząc, że lepiej u obcych niż u własnej rodziny. Instynkt macierzyński, dar elementarnego poczucia bezpieczeństwa i opieka troskliwa i z drugiej perspektywy nieporadność, bądź może wprost egocentryzm, kompletny brak uwagi, obojętność i lęki wdrukowywanie dziecku od kołyski ustawiczne. Piękny dopieszczony obraz, ze szczególną dbałością o wizualne aspekty doskonałego statycznego kadru i z tym trafionym rodzajem uroczej dojrzałej wrażliwości oraz kontekstów wystarczająco sugestywnie by wrażliwi przede wszystkim przeżyli zarysowaniem. To jest kino bezpośrednio prawdziwe, sprawiające wrażenie ani odrobiny dla efektu podkolorowywania, niby surowe, a jednocześnie głębokie, tak w sferze emocji jak i w ilustracyjnym wymiarze. Niewiele się dzieje tylko pozornie, bo w rzeczywistości emocje aż buzują, tylko że we wnętrzach, świadomie są tam więzione, ale małe gesty, symboliczne afirmacje tak wiele dobrego mówią. Bez fałszywej nuty, bez najmniejszego twardego tonu, także rezygnując z uczuciowego oszustwa z jakimś okropnie oczywistym szantażem emocjonalnym, jaki kompletnie mógłby popsuć cudownie trafiający do serca klimat wiarygodności. Pięknie z całą mocą subtelności i szczerze o autentycznych ludziach i jeszcze ta jedna z najbardziej wzruszających scen pożegnań. Wstyd gadać, przyznać wstyd jak się pobeczałem.

niedziela, 3 grudnia 2023

Tiamat - Skeleton Skeletron (1999)

 

Obiektywnie mniej, ale subiektywnie sporo czasu od premiery Skeleton Skeletron minęło, a ja przyznam że wciąż nie mam o szóstym studyjnym albumie Tiamatu jednoznacznego zdania. Czepia się wpierw duszy fajnie bujającym Church of Tiamat i zaraz uderza klasycznym dla czasów rockowo gotyckiej prosperity na mainstreamowych scenach, konkretnie jakby napisanym przez Andrew Eldritcha  Brighter Than The Sun, by później żadnym z numerów nie wzbudzić podobnie rozkręconych emocji - no może oprócz poniekąd jeszcze For Her Pleasure i Sympathy for the Devil. Nie mówię tu o sytuacji, że Skeleton Skeletron nudzi po całości, ale odrobinę niestety przynudza, a ja na potrzebę zarchiwizowania sobie o nim zdania na bloga stronach zajrzałem do jednego z wywiadów z tamtego okresu i tak sobie pomyślałem też, że skoro ja mam o nim niewiele do powiedzenia, to niech Johan nawija, a ja sobie kilka z istotniejszych jego wypowiedzi tu sparafrazuję, bądź wprost je fragmentami zacytować pozwolę. Szóstka mimo że nie wywraca stylu i jak każdy krążek Tiamat posiada depresyjny i mroczny charakter (bowiem tak siebie widział jego lider), to jednak skręca w nieco inną przecznicę niż rozmarzony i psychodeliczny A Deeper Kind of Slumber i jest skonstruowany nie tylko z klimatów kołyszących, ale osadzony na klasycznych fundamentach, gdzie inspiracje płyną z kierunku The Sisters of Mercy i Depeche Mode, więc nie mogę się teraz oprzeć pokusie, by nie w stu procentach poważnie zauważyć, iż Tiamat już w roku 1999 zapoczątkował trend na syntezatorowe ejtisy, których renesans widoczny w całej krasie od lat kilku. Teksty tutaj traktują o "mrocznych sprawach - złych myślach, przemocy, perwersjach seksualnych i innych diabelskich sprawkach", a ten wyłuszczony powyżej cover The Rolling Stones, gładko w program płyty wtłoczony, zagrany został ze względu bardziej właśnie na treść, niż muzykę, bowiem jak gadał Johan "Diabeł to najlepszy symbol tego czego oczekuję od życia. Chcę się dobrze bawić, chcę być zaspokojony... a diabeł doskonale reprezentuje to wszystko, co w życiu najprzyjemniejsze...". Dodam że Tiamat na scenie zawsze byli oryginalni i kontrowersyjni, a za sprawą "odlotu" Johana od kilku lat ostatnich są już po prostu dziwaczni, bo jednak piętno lider na tkance zespołu zawsze największe odciska. 

sobota, 2 grudnia 2023

Zielona granica (2023) - Agnieszka Holland

 

Coraz słabiej (jak to starszy człowiek) znoszę filmy, które mocno emocjonalnie na mnie oddziałują - filmy może nie do końca wprost będące szantażem emocjonalnym, bo takie jeśli mam podejrzenie poparte dowodami, raczej z marszu odrzucam, ale obrazy które mocno serducho obciążają, nie czyniąc tego w nieakceptowalnym logopatologicznym jednoznacznym tonie. Zielona granica z początku, kiedy wchodziła już czas jakiś temu na kin ekrany mogła się kojarzyć z tym słabym, bo wprost określającym sposób spostrzegania percepcyjnym pogłosem, jednak wysokie noty u osób których nie podejrzewam o podatność na manipulację, uspokoiły mnie, szczególnie że twórczości Agnieszko Holland nie odbieram wyłącznie jako zawsze trafionej i stuprocentowo pewnej, że mogę się tak z punktem widzenia identyfikować, jak stroną artystyczną zmysły sycić. Poza tym (bądź M uczciwy!) jak mógłbym zignorować produkcję, która tak ogromną dyskusję często na poziomie dna rozpętała i co któryś (może i co czwarty dorosły) nawet Polak ją obejrzał, a każdy POLAK miał swoje własne, ekstremalnie osobiste zdanie w temacie! Zasiadłem więc do tego doświadczenia znając już obecnie lekko przyblakłe konteksty sprzed miesięcy kilku, zatem napisać wstrząśnięty silnie tak samo jak odrobine rozczarowany mogę, że serce mnie boli i jako człowiek dumny jestem, jeszcze kompletnie zobojętnieć na ludzki los nie zdążyłem, choć być może jedno wrażliwość na sztukę, gdzie społeczne zjawiska i ich echa dalsze lub bliższe bolą, a co innego skonfrontowanie się z tematem w surowych warunkach realów, bez czynnika artystycznie stymulującego. Agnieszce Holland pomimo pewnych potknięć (o jakich na końcu) myślę jednak udało się zarówno stworzyć obraz na poziomie wizualnej sztuki w miarę wysokim oraz też tak przybliżyć człowiekowi człowieka z krwi i kości, usunąć dystanse kulturowe i opanować strach, jak i pokazać rzeczywistość z różnych i niekoniecznie nabrzmiałych wyłącznie od stereotypów stron barykady. Bez większego tak mitologizowania, spłaszczania, tudzież popadania w histerię gigantyczną wynikającą z naturalnego stawiania się po oczywiście indywidualnej ze stron. To szanuje niezmiernie u artystów, że nie zawsze tylko i wyłącznie subiektywnie przestrzeń interpretowaną kreślą, ale nie unikając forsowania własnych poglądów, nie zaburzają perspektywy nimi jedynymi, a patrzą dla dobra intelektualnego rozwoju na całokształt ze stron wielu, wiedząc co oczywiste że punkt widzenia zależny od miejsca spoczynku zadka osobistego, ale też moralność jest uniwersalna, a etyka stała - trzeba tylko ludziom mądrze oczy otworzyć, a nie wkładać im na siłę paluchy do oczu. Technicznie Zielona granica nakręcona została bardzo sprawnie, aktorsko trudno mieć uwagi, ale też gdyby nie temat mocno kontrowersyjny, to nic więcej ponad szablonowości warsztatowej nie uświadczyłem. Ponadto wycieczki w kierunku ikonicznych dzieł (scena przenoszenia przez rów) oraz budowanie klimatu represji niczym z kina wojennego (między innymi też scena przenoszenia przez rów), także symboliczne ujęcia (rodzina siedząca na krawężniku pod grafiką z unijnymi gwiazdkami czy Ojcze Nasz podczas kontroli policyjnej), to tak dobre pomysły w zamyśle, ale gdzieś w języku filmowym Holland uderzające nazbyt dosłownie, bez subtelności o jaką takie manewry w kinie ambitnym błagają. W najistotniejszej jednak treści cierpienie uchodźców na pierwszym planie, ale i przeżywane psychiczne katusze co bardziej wrażliwych pograniczników, równa się potworne obciążenie dla widza, po to aby uruchomić empatię dla ludzi odartych z godności, jednostek którym przetrąca się kręgosłupy, w obu kategoriach grup wykorzystywanych cynicznie do walki politycznej. Bardzo boleśnie o całokształcie powyższym, po to aby naturalnie wywołać określone reakcje, uświadamiając, iż jeśli się o danym problemie milczy, to nie znaczy że ten problem znika, czy nic w ogóle poza naszym wzrokiem złego się nie dzieje. Stąd uważam ta histeryczna reakcja na ten wyrzut sumienia, bez względu na skomplikowane rzeczy sedno, film Holland uznaję za potrzebny, być może jednak idealnie w moment politycznie dla przyszłości kraju nie trafiony. Nie znaczy to że nie mam uwag, bo uwagi mam, a największa i jedyna o jakiej w tym za długim tekście wspomnę, to sytuacja która wprost oddziałuje na odbiór tej historii, że pomimo uniknięcia wprost etykietowania i naznaczania przez pryzmat zachowań i postaw, to znów postaci u Holland straszliwie są u fundamentu stereotypowe i sama reżyserka nie posiada dobrej ręki czy to do ich samodzielnego tworzenia, czy wybierania portretów przygotowanych dla niej przez autorów scenariuszy. Nie oszukujmy się i apeluję o to stanowczo, aby przestać w takim razie w środowisku anty pisreżimowym udawać, że w sumie Holland to nie prześlizguje się tylko po temacie. Film bardzo ważny, refleksje potrafiący wywołać, ale do miana dzieła intelektualnego lub zmieniającego światopogląd jemu daleko.

piątek, 1 grudnia 2023

High on Fire - Death Is This Communion (2007)

 

Za High on Fire mój wzrok podażą tak gdzieś od około roku 2013-ego, kiedy oto trafiłem za sprawą fantastycznie przyciągającej wzrok okładki i tym samym bardziej poważną uwagę zawracającej muzyki z De Vermis Mysteriis. Dziś jednak sytuacja wyglądając znacznie bardziej niejednoznacznie, ukazuje mój dość skomplikowany stosunek do owej, bo tak zawsze gdy cos świeżego ekipa Pike'a wyda, to chwalę za profesjonalizm i swojego rodzaju przywiązanie do heavy estetyki, dodatkowo dociążanej tak  sludge metalowym gruzem, jak i solidnie też nabitej punkowym szorstkim obliczem, ale żebym wiecie, z kropelkami potu na czole, z nerwówką o niej, to nie. Matt Pike zresztą dzisiaj, to takie poniekąd nowe wcielenie Lemmy'ego, a i muzyka raczej jak w przypadku legendy za jakiej sterami zasiadała ikona brudnego rock'n'rolla, pozbawiona silnego pierwiastka ewolucyjnego, tym samym przywiązana do sztampy, więc i jeśli człowiek lubuje się w nazwach które wciąż patrzą w przód z nowymi pomysłami, to może się znudzić. Tak właśnie odbieram dyskografię HoF i zgłaszam podkreślając, że z wypiekami na mordzie, to ja z pewnością nowego (jeśli wyjdzie) albumu rzeczonych nie będę przesłuchiwał. Zrobię to z szacunku, a może z rutyny i życzę sobie może tylko aby może tak wpłynął na mnie (jeśli to nie za wiele), abym na grupę Pike'a spojrzał znowu bardziej przychylnie, bo z entuzjazmem. Death Is This Communion poznany na biegu wstecznym, bo już w sześć lat po swojej premierze mógł mnie bez problemu zadowolić i daje temu tutaj właśnie wyraz podkreślając, iż podobało mi się jak te numery sunęły i jak oprócz średnich temp eksploatowania zazwyczaj od czasu do czasu uderzały siarczyście. Łbem rytmicznie można było pomachać, bowiem miarowa rytmika budująca klimat niby przetaczającego się mega ciężkiego sprzętu militarnego, mogła emocje w starym ale jarym jeszcze metaluchu wzbudzać. Marszowe niemal pochody to raz, a całkiem żwawe rockery to dwa i zerowy udział lajtowości, bo zdarte gardło Pike'a kompletnie nie nadaje się do wyśpiewywania wzruszających strof, czy wesołego popisywania się znakomitym warsztatem wzorem gitarowych wirtuozów spod szyldu power-heavy metalu.  Death Is This Communion jest niewątpliwie heavy, ale w tym bezczelnie grubiańskim stylu, w którym zamiast infantylnej mięty, czy melodii cukierkowej, melodie można usłyszeć, ale one koherentne z kolosalnym ciężarem. Przyznaję że rzadko ostatnio mam ochotę na taką gatunkową młóckę, bo do niej trzeba się odpowiednio dostroić jeśli z nią obcowanie ma nieść element przyjemności, mimo to nie przestaje myśleć o niej dobrze, gdyż respekt wzbudza między innymi przez ten fakt fundamentalny, iż nie ma w niej ziarna kalkulacji - jest pasja i potrzeba ekstremalnego eksploatowania instrumentów. Nie jest po to by schlebiać trendom czy wysublimowanym gustom i nie ma obaw że kiedykolwiek będę podchodził przykładowo do  Death Is This Communion z rezerwą granicząca z obojętnością, albowiem notuje u siebie momenty kiedy pragnę wrzucić na słuchawki "pike'owy" łomot. Przykładowo robię to właśnie teraz. :)

Drukuj