Gigantyczny respekt za wykonaną pracę, za siłę, wytrwałość, cierpliwość - hard ducha i uparte wyważanie drzwi od których się naturalnie systematycznie odbijał. Wreszcie za zdrowy rozsądek, którym jak się okazuję potrafił wykazać, nie wpadając w sidła manii czy w złości palenia za sobą mostów. Szacun tym jeszcze większy, że udało mu się rodzinę wyrwać z ganguskiej dzielni i że dziewczyny zarobiły miliony bez zniżania się do sprzedawania raperskiej nawijki o ciężkim życiu w podłym miejscu. :) Bowiem innych uczuć (prócz oczywiście uznania dla wielkich sióstr Williams) film Reinaldo Marcusa Greena we mnie nie pobudza. Opowieść o kapitanie Richardzie i sterowanej przez niego łodzi jest niewątpliwie od początku do końca wykalkulowana pod z góry założony cel, a nim rzecz jasna laury festiwalowe, a w konsekwencji wór pieniędzy jakie one najczęściej otwierają. Stąd domniemam iż reżyserem całego przedsięwzięcia z tylnego siedzenia jest sam King Richard, który w podeszłym wieku nie stracił zapewne swojej charyzmy i nie odpuścił sobie szansy na kolejne podgrzanie emocji wokół własnej i córek legendy. WYKALKULOWANY bezsprzecznie, lecz ja akurat nie miałem z tym żadnego problemu i nawet brak ciemnej strony marszu do sławy (tutaj ograniczony jedynie do kilku nieco udramatyzowanych familijnych scen) nie wpłynął na moje przekonanie, iż jest to doskonała filmowa robota i kawał świetnej motywacyjnej historii. Kwestii przemilczenia kosztów jakie same tenisistki ponieść musiały, także nie odbieram jako wady wykluczającej uznanie filmu za niezwykle wartościowy, bowiem skupia się on przede wszystkim na osobie ojca sukcesu, więc naturalnie gdyby każdy wątek rodzinny do miana współdominującego podnosić, to na czytelności i przede wszystkim na wymowie mógłby stracić. Tak dostajemy bardzo zgrabną opowieść jak to czarnemu chłopcu nie pozwalano marzyć i ten sam chłopiec jako okolicznościami zahartowany ojciec rodziny, postanowił przekornie i uparcie wprost sięgnąć gwiazd i to mu się cholera udało! Hollywoodzka publiczność takie feel good movie lubi, a oscarowi decydenci dostrzegając manipulacyjny rys kochają też doceniać obrazy o potencjale większym niż ten kończący się na kinach studyjnych. Tak się zatem dobiera tematy i w taki sposób się kręci, by zainteresowaniem pogodzić widza i krytyków, a ja podkreślam iż w tym przypadku nie mam z tym problemu. Kino musi sprzedawać odpowiednio spreparowane bajeczki i jeśli robi to na podstawie historii tak przekonującej i nie oddalając się nazbyt od żywej prawdy, to jest ok. Trzeba oczywiście posiłkować się sprawdzonymi schematami, należy wyciągać trafne wnioski i posiadać umiejętności. Dobrze dobrać obsadę, scenariusz dopracować i ciutkę podrasować. Wziąć się skumać z odpowiednim środowiskiem i znaleźć wsparcie promocyjne. Bo temat jakim by nie był samograjem, to zawsze możne być spartaczony i naturalny jego potencjał tym samym sromotnie zaprzepaszczony. Tu jest wszystko co być powinno i zarazem nie ma jednego. Nie ma o czym pamiętać po latach. Ale w sumie ilu oscarowych triumfatorów pamiętamy bardziej przez wyjątkowość, niż przez konsekwentne ich w telewizyjnych kanałach sprzedawanie? Sport natomiast, mimo że coraz bliższy branży rozrywkowej, to wciąż kapitana kuźnia charakterów, a sukces równocześnie to też ogromna pokusa. Pracujesz jak wół na triumfy, no i oczywiście masz prawo i ochotę spijać tą zasłużoną śmietankę - czasem zbyt obfitą. O sekretach wykuwania sportowych mistrzów niech jednak napiszą inni. Wstukują w klawiaturę mądrości ci co się znają lub ci którym się wydaje że wiedzą co i jak. Ja nie mam o tym pojęcia, więc będę milczał. Dodam tylko na finał, że rodzinie Williams się udało i według popularnego przysłowia może być rozpatrywana jako wyjątek potwierdzający niestety mniej optymistyczną regułę. Apeluje zatem, by dla koniecznej równowagi zrealizować fabularne historie o tych którym z mnóstwa drobnych powodów się nie udało. Myślę, że jest z czego wybierać.
czwartek, 23 grudnia 2021
środa, 22 grudnia 2021
Coma - Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków (2006)
wtorek, 21 grudnia 2021
Padrenostro (2020) - Claudio NoceI
Tak się składa że ostatnio wszystko co filmowe włoskie, co akurat do mnie dociera, to kino znakomite albo przynajmniej bardzo przyzwoite. Złe baśnie (Favolacce), Najlepsze lata (Gli anni più belli), Życie przed sobą (La vita davanti a sé), W domu wszystko ok. (A casa tutti bene), Piranie (La paranza dei bambini), Sole, a wcześniej głównie Suburra i Zdrajca (l traditore), to kino bezdyskusyjnie warte zauważenia. Tak się też składa i na marginesie dodam, że bardzo często w tych obrazach pojawia się Pierfrancesco Favino i za każdym razem uważam jest to doskonały wybór castingowy, bo facjata i styl gry jego idealnie predestynują człowieka do tych kreacji. Padrenostro, to oczami dziecka opowiedziana historia oparta na autentycznych wydarzeniach i poza tym że sama w sobie interesująca, to jeszcze ze znakomicie prowadzoną i w ujęciach artystycznym szlifem potraktowaną narracją, ambitna kinowa propozycja. Przez to jak domniemam bardzo osobisty film Claudio NoceI ucieka od tylko poprawności formy na rzecz jej wyrazistości, mimo że nie jest przecież sensu stricto oryginalny. Ogląda się z nieustającym zadumą, a momentami ta dramatyczna historia pełna interwałów i podskórnie odczuwalnego napięcia wręcz dech w piersi zapiera. Oczywiście zdarzy się tak, jeśli oczekiwania widza są odpowiednio pod temat sprofilowane i widz potrafił będzie smaczki psychologiczne docenić. Bowiem to film o uczuciach, a dokładnie o poświeceniu i strachu z nim związanym. Także o traumatycznych wydarzeniach, wzbudzonych nimi lękach i wreszcie o radzeniu sobie z ich konsekwencjami. W zależności od punktu spojrzenia - dziecka czy dorosłego. Jednak przede wszystkim o dziecięcej miłości do ojca. Miłości dzięki kreacji tego blond smarkacza autentycznie przeżywanej. Miłości z dramatycznym twistem w finale.
poniedziałek, 20 grudnia 2021
Dianas bryllup / Ślub Diany (2020) - Charlotte Blom
Życiowa historia, zatem w niej dużo śmiechu i też łez sporo. Wzloty i upadki dwóch par i ich rodzin, z których (fajny pomysł scenarzystek) jedna wzięła ślub w tym samym dniu co książę Karol z księżną Dianą, więc gdzieś w tle za sprawą telewizyjnych relacji ich losy symbolicznie się stykają. Mamy więc oczywiste i nieoczywiste konteksty oraz ciekawe smaczki związane z kilkoma ostatnimi dekadami, a wszystko z perspektywy pozbawionej nadęcia. Z lekkością narracyjną, niewysilonym aktorstwem, ale i z wyrazistym akcentem na te momenty, które w związkach czy życiu mogą być newralgiczne. Przez to jednak że bardziej z frywolną obyczajową niźli dramatyczną nutą i bez cech o wyjątkowości przesądzających, to jeden pewnie z wielu takich obrazów. Choć niepozbawiony prób podkręcenia emocji, to udaje się je rozgrzać jedynie połowicznie. Właśnie ze względu na w istocie zdystansowaną i zabawną konwencję, stąd zapewne taka to radośnie twórcza misja skazana na niepowodzenie. Nie przeszkadza mimo to dobrze podczas seansu się bawić i jednocześnie odnaleźć kilka uniwersalnych odniesień do własnych doświadczeń i uderzyć się w pierś w lustrze krytycznie przeglądając. Wydaje się także, iż łatwo rozkminić o co reżyserowi z tą akcją w kierunku Brytyjskiej monarchii chodziło. Bo te dwa odniesienia, raz do życia przeciętnych rodzin (do siebie nawzajem) i do życia rodziny królewskiej, jasno dają do zrozumienia że bogaci czy biedni, ze sfer zwyczajnych czy arystokratycznych, to jednak z podobnymi życiowymi zakrętami, przystankami i często długimi spokojnymi prostymi oraz że życie szczęśliwe, to kosztowanie wszelkich emocji - na dobre i na złe. Bowiem to co ludzi ze sobą trwale wiąże, to zazwyczaj tylko oni sami czują i widzą. Żadne inne oczy tego nie dostrzegą, co ludzi przy sobie i ze sobą utrzymuje. Mimo to każdy ma prawo spekulować i czas na takie domniemania marnować. :)
niedziela, 19 grudnia 2021
Evergrey - Recreation Day (2003)
sobota, 18 grudnia 2021
Led Zeppelin - I (1969)
piątek, 17 grudnia 2021
Cream - Disraeli Gears (1967)
czwartek, 16 grudnia 2021
Le Butcherettes - A Raw Youth (2015)
środa, 15 grudnia 2021
Language Lessons / Lekcje języka (2021) - Natalie Morales
Jak na film w którym przez 90 minut rozmawiają na Skypie lub innym tego typu ustrojstwie, to zaskakująco ciekawie wyszło. Dialogi nie są bowiem czerstwe, brzmią bardzo naturalne i zawierają w sobie mnóstwo interesujących i angażujących emocji. W dodatku ciekawie ukazują różnice światów z jakich pochodzą bohaterowie, a kwestie psychologiczne zgłębiają przystępnie i co kluczem, znakomicie utrzymując napięcie portretują współczesnego człowieka. Człowieka nowoczesnego i empatycznego, aspirującego ciepło i sympatycznie do otwartości wobec innych. Równocześnie człowieka jako jednostki potrzebującej zrozumienia, wsparcia i takiej zwykłej obecności kogoś kto bezinteresownie i naturalnie jest. Jednostki współodczuwającej ale i ostrożnie, z niejaką wstydliwą obawą pozwalającej odsłaniać kolejne kurtyny ukrywające złożoność własnego oblicza. Aktorsko bardzo wysoko zawieszono poprzeczkę, bo dwójka postaci grająca wprost do kamery, której uwaga skupiona jest wyłącznie na ich twarzach musi idealnie wcielać się w role zarówno mimicznie jak i werbalnie - gdyż oszukanie widza w takiej formule realizacyjnej w grę myślę nie wchodzi. Nie da się oszukać, można jedynie zrobić przekonujące wrażenie, co niniejszych Natalie Morales i Mark Duplass czynią znakomicie. Trudno też scenariuszem ograniczonym do "skype’owego" dialogu utrzymać uwagę widza, a tu jedno i drugie się udało. Aktorzy byli swoimi postaciami, a realizacyjny szlif nie ograniczył emocjonalnej strony obrazu, a nawet wręcz pomógł skoncentrować się celnie na odczuciach, uczuciach i reakcjach, nie odciągając w międzyczasie uwagi od celu pomysłu. Sugeruje zatem powyższym sprawozdaniem że warto sprawdzić, bowiem miałem właśnie do czynienia ze świetnym rasowym komediodramatem, a nie żadną stylistyczną popierdółką. Co czyni Lekcje języka w moich oczach sporym na plus zaskoczeniem.
poniedziałek, 13 grudnia 2021
Idles - Crawler (2021)
niedziela, 12 grudnia 2021
Warrior / Wojownik (2011) - Gavin O'Connor
Lubię barrrdzo bokserskie historie i potrafię się rozkoszować ich często prostymi fabułami. Jednak najlepiej jeśli opowiadanymi tak bardzo autentycznie i dosadnie, iż pozorna prostota nabiera wciąż oczywistych, aczkolwiek cholernie wartościowych walorów i tworzy naprawdę ekscytującą formę. Tym bardziej kiedy raz obsada jest kapitalnie dobrana i dwa (uwaga!), kiedy okładanie sobie ryjów nie jest jedyną atrakcją. Wojownik Gavina O’Connora (chociaż nie jest he he o boksie) spełnia obydwa warunki i to śmiem twierdzić że z nawiązką. Bowiem nazwiska i przekonujące twarze Toma Hardy'ego, Joela Edgertona i giganta ekranu w osobie Nicka Nolte, dają tu eksplozywny koncert umiejętności, jak i kwestie rywalizacji sportowej mam przekonanie, to tylko pretekst by pokazać skomplikowaną relację rodzinną. Swoisty węzeł więzi totalnie splątany, w którym trudne charaktery zaangażowane etiologii obecnej sytuacji słusznie upatrują w ciążeniu ku alkoholowemu uzależnieniu seniora, a potem zbyt późnej jego próbie odkupienia win i uzyskania przebaczenia. To jest właśnie to co w amerykańskim kinie kocham chyba najbardziej. Jako że można naturalnie uważać, iż ci „zabawni” Jankesi to ze wszystkiego show zrobić zdołają ale jednocześnie też żadna chyba nacja nie potrafi tak skutecznie na ekranie sprzedać i tak głęboko brutalnie wgryzać się w rodzinne gówno i pokazywać tym samym świat daleki od tego, który ogólnie jako wizerunkowa wizytówka Ameryki funkcjonuje. Oferować rzeczywistość z bieguna nie tylko biedy, ale też życia zwyczajnego - do pierwszej i kolejnej koniecznej krwi prawdziwego. Są w filmie O’Connora takie sceny, że aż się w człowieku kotłuje - już na otwarcie cios, a potem nawet na moment pasjonująco być nie przestaje. Adrenalina, męski wycisk, a sama bizonia Hardy'ego postura i sfilmowanie ringowych walk potrafią wybić ząbki. Wojownik przy wszystkich swoich warsztatowych, fabularnych i społecznych atutach, jest też (he he) rodzajem współczesnego Krwawego sportu, który każdy smarkacz dysponujący magnetowidem w okresie transformacji ustrojowej doskonale pamięta. Tylko że obydwa tytuły łączy zaledwie pomysł na turniejowe emocje. Więcej punktów stycznych brak na całe szczęście, bo spektakularny film o właściwościach niejako terapeutycznych, momentami wręcz porywająco rozgrzebujący ludzkie traumy i autentycznie poruszający do żywego, stałby się tylko tanią rozrywką. A to byłby dla moich wygórowanych oczekiwań cios nokautujący.
sobota, 11 grudnia 2021
Volbeat - Servant of the Mind (2021)
piątek, 10 grudnia 2021
Zabij mnie glino (1987) - Jacek Bromski
Tak patrzę na Zabij mnie glino i mam od pierwszej sceny refleksję natury ogólnej, że te sensacyjne filmy z chudych lat osiemdziesiątych cierpią naturalnie na wyraźne braki budżetowe i nie wiem czy przez to wyłącznie rażą tą nieporadnością, ale z pewnością surowością produkcyjną. Ślepo chyba wówczas zapatrzony był Bromski w hollywoodzką szkołę filmu sensacyjnego, a przynajmniej próbował przeszczepić konwencję na polski grunt, dostosowując ją do rodzimych warunków lub na tyle na ile było można amerykańską manierę wcisnąć w czasy schyłkowego jak się już wkrótce okaże peerelu. Dał myślę tym samym sygnał, który z powodzeniem komercyjnym Pasikowski już w wolnej Polsce rozwinął, a skojarzenia pomiędzy Psami, a Zabij mnie glino nie tylko do udziału wyniesionego w owym czasie na piedestał Bogusia Lindy się ograniczają. Mimo, iż to kino chwilami koślawo zamerykanizowane, to charakteryzuje się niepodrabianym klimatem i w wielu przypadkach sporym potencjałem, który mógłby w pełni rozkwitnąć gdyby współcześnie można je było jeszcze raz nakręcić. Ale Polska to nie amerykańska fabryka snów i tutaj nie praktykuje się drugiego życia filmowego kotleta (burgera). Może i dobrze, bo co oryginał to oryginał, a praktyka zza oceanu pokazuje że rzadko na zdrowie nowemu to wychodzi i często tylko utwierdza kult archaicznego kosztem nowoczesnego. Ok, tyle przydługiego wstępu, teraz do rzeczy. Zabij mnie glino broni się doskonale samą historią, a jak wspomniałem razi realizacją dynamicznej części, zatem stanowi doskonały zapis prawdy czasu przeniesionej na ekran. Aktorstwu nie można zbyt wiele zarzucić i w takim układzie dobrej pracy warsztatowej obsady i bardzo przyzwoitego scenariusza, daje nawet po latach niezłą rozrywkę. Trudno mi jednak uznać, że to film na nasze ówczesne warunki wybitny, a specyficzny kult jakim otoczony jednak chyba mu na wyrost przypisany. Mimo że stare i często groteskowe, to jednak całkiem dobre gówno. ;) Bo dobrze zagrane, wdzięku staromodnego niepozbawione i z takimi naturalnie atrakcyjnymi babeczkami jak szczególnie Maria Pakulnis i Jolanta Piętek-Górecka.
czwartek, 9 grudnia 2021
Lana Del Rey - Blue Banisters (2021)
środa, 8 grudnia 2021
Mistrz (2020) - Maciej Barczewski
Tadeusz Pietrzykowski - ten mniej znany, albo wprost powszechnie nieznany bokser o sławnym w środowisku pięściarskim nazwisku. Bez osiągnięć na arenie międzynarodowej, porównywalnych z karierą boksującego dwie dekady później Zbigniewa. Postać jednakże znacznie bardziej tragiczna, której legenda wykuta pracą, wytrwałością i pragnieniem przetrwania w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Historia o nim prawdziwa i inspirująca - pozbawiona tymczasem w ujęciu fabularnym kompletnie koniecznej ikry, szczątkowego nawet artyzmu i jakiejkolwiek oryginalności czy chociażby wyrazistości formy. Zduszona użyciem sterylnych filtrów, jak i nieudolnie skupiona na bezpośrednim epatowaniu cierpieniem, które momentami ociera się o karykaturę. To jak można było się spodziewać wymierzony na efekt patosu i wstrząsu oraz identyfikacji narodowej dramat biograficzny. Coś w rodzaju nasz bohater, nasza duma. Jak się nie wzruszysz to trzymasz stronę Niemców. Niestety na jej podstawie nakręcono film tylko w przypływie dobrej woli mogący zostać nazwany solidnym. Jeśli można było maksymalnie spłaszczyć wątki, tutaj to zrobiono. Jeśli można było użyć łopatologii, z ochotą ją wciśnięto. Jeśli można było zaoszczędzić na statystach, to na nich zaoszczędzono. Wreszcie jeśli można było odrzeć ujęcia walk z dynamiki i realizmu, dokonano tego bez skrupułów. Nie jestem więc w stanie o filmie Macieja Barczewskiego myśleć ciepło, a tym bardziej stawiać go w miarę wysoko w układzie odniesienia pośród innych produkcji o podobnej okołowojennej tematyce. Dlatego że między innymi ogromnie brakuje mu charakteru, a dzisiaj tylko takie kino o charakterystyce mistrzowskiej ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Niemniej jednak postać Tadeusza Pietrzykowskiego zasługiwała na pamięć i hołd, ale akurat ten sygnowany nazwiskiem producenta, który zapragnął być reżyserem, to taka licha technicznie i merytorycznie robota. Bez znamion ambicji i jakiegoś pomysłu, wychodzącego ponad nawet półprzeciętność.
P.S. A jaki jest ten boks, każdy widzi. Współczesny, w świetle potencjału finansowego przeżarty przez układy i szołmeńskie sztuczki. Jaki był kiedyś, to poniekąd właśnie charakter Pietrzykowskiego pokazuje. Dzięki tym przedwojennym zasadom nabytym w sali treningowej przetrwał i pomógł przetrwać.
wtorek, 7 grudnia 2021
The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott
poniedziałek, 6 grudnia 2021
Black Label Society - Doom Crew Inc. (2021)
niedziela, 5 grudnia 2021
The Lurking Fear - Death, Madness, Horror, Decay (2021)
Tak się cieszę, tak się bardzo donieść spieszę, że dwójka The Lurking Fear jest jeszcze bardziej przekonująca od jedynki i tym samym pobudzone zostało we mnie skojarzenie, iż to sytuacja bliźniaczo podobna do tej, której bohaterem niedawno był inny „gwiazdorski” skład. Reluctant Hero formacji Killer Be Killed mam na myśli i w takim oto sensie, że dalekim od stylistycznych podobieństw, a bliskim w istocie sprowadzonej do zawarcia w kompozycjach kontynuacji stylistyki z debiutu, lecz z jeszcze obfitszym wyeksponowaniem znamion wyrazistości, atrakcyjnie ożenionej z chwytliwością motywów i tematów. Cechy powyżej nadmienione, czynią galopadę The Lurking Fear znacząco bardziej przystępną, ale i ciekawszą, bowiem urozmaiconą niezbędnym w szwedzkim brzmieniu groove’m i co lubię bardzo, klasycznym akcentowaniem brzmieniem talerzy. Kręci mnie więc jako fana solidnie, takie akurat masywne thrash-deathowe okładanie mięsistym riffem i perkusyjnym cykaniem. Bardziej mimo wszystko wściekłe niż epickie, gdyż oprócz korzystania z monumentalnych zwolnień i melodycznej ornamentyki, to w zasadzie emblematyczne skandynawskie chłostanie. Przede wszystkim jednak obcowanie z drugim materiałem ekipy stworzonej z rozpoznawalnych w metalowym środowisku nazwisk, to intensywne dźwiękowe doznanie, podbite kapitalnym mrocznym nastrojem dla balansu i równowagi. Debiut jak pamiętam (a przypominam sobie ostatnio Out of the Voiceless Grave często) grzeszył przykładnie nie tylko deathowym „bluźnierstwem”, ale też niestety jednowymiarowością, w podobieństwie poszczególnych kompozycji dostrzegalną. Death, Madness, Horror, Decay grzeszy już tylko tym, czego po zdeklarowanych grzesznikach mogłem oczekiwać. :)
sobota, 4 grudnia 2021
Wolfmother - Rock Out (2021)
piątek, 3 grudnia 2021
The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion
czwartek, 2 grudnia 2021
Teściowie (2021) - Jakub Michalczuk
Jak seans startował, to
sobie pomyślałem, że pewnie tylko ten kapitalny i zapożyczony ze współczesnego
oscarowego kina patent na perkusyjne smaczki, zamiast typowej muzyki z tła
pochwale. Pomyślałem znając zwiastun, że będę się w zasadzie męczył bowiem
grad suchych żartów w dialogach bardzo mocno mnie poturbuje. Tyle, że tak sobie nonsensownie z d*** pomyślałem, bo ze mnie wróżka żadna i fusy z porannej kawy nic mi
nie mówią, więc w sumie nieco w przewidywaniach pobłądziłem. Fakt, dialogi nie zaskakują
i są niemal jeden do jednego takie, jakie już przed projekcją w głowie słyszałem.
Ale gdyby nie fajne (eee tam, genialne) aktorstwo (Dorociński hmmm… na plus, na
plus też bardzo) i doskonałe oko operatora, sunącego z kamerą na podobieństwo podpowiedzią
skojarzeniową wspomnianego powyżej
Birdmana to byłoby znacznie bardziej płasko niż okazało się być. Jest w rzeczywistości równie dobrze w sensie społecznej diagnozy (rodzice jedno, dzieci drugie), jak błyskotliwie w puencie i wystarczająco zabawnie przez całe 80 minut. Prawda ekranu
zawiera w sobie sporo prawdy z życia – relacje teściów oczywiście stereotypami są
przesiąknięte, ale nie mogło być inaczej, bo najbardziej schematy i skróty myślowe
bawią. Inspiracja z życia obserwacji bardzo dobrze została zagospodarowana i ewoluowała naprawdę
ekscytująco, a numerem jeden to bezdyskusyjnie była żona szlachcica z Sochaczewa. :) Długo milczała, ale jak się już odezwała, to k**** petarda. Mocno wątpiłem w efekt, tym samym wahałem
się przed jego sprawdzeniem, a nie było powodu. Dostałem bowiem (i nie oprę się
pokusie użycia wielkich słów) współczesny kameralny Kogel Mogel i esencjonalne
Wesele w jednym. Dziękuję!
P.S. Dzisiejsze wesela są takie wystawne i takie wykwintne. Wszystko jest na nich takie tip top. Goście tacy eleganccy i oni obowiązkowo tą bułkę przez bibułkę. Straszne! Już się boję, że kiedy przyjdzie dzień próby, to nie udźwignę.
środa, 1 grudnia 2021
Adele - 30 (2021)
Wówczas, kiedy zjawisko zwane Adele na salony światowego popu z rozmachem za udziałem 21 wchodziło, ja również zauroczony zarówno aranżerską robotą autorów kompozycji z drugiej płyty wokalistki, jak i oczywiście brzmieniem jej głosu, do grona fanów żwawo przystąpiłem i niestety, gdy w cztery lata później trzeci krążek wydała, srogo rozczarowany zaledwie po kilku tygodniach obcowania z 25 się poczułem. O moich odczuciach, swoje i po swojemu napisałem, nie spodziewając się szczerze powiedziawszy, że Adele pozostająca pod wpływem speców od spieniężania własnego talentu, kiedyś jeszcze płytę z charakterem zdoła nagrać. W międzyczasie też moja uwaga w tym akurat segmencie muzycznym, na inny kobiecy głos została przekierowana, a wokalne możliwości Kovacs jednoznacznie zdopingowały mnie do wyrażenia przekonania, że to nie Adele może skutecznie pretendować do korony jaką w tragicznych okolicznościach Amy Winehouse pozostawiła, a właśnie dorównująca jej charyzmą głosu i osobowości Holenderka. Teraz jednak z czwartym longiem Brytyjka powraca i nie, nie zmieniam zdania, że Kovacs jest zjawiskiem o wyższym współczynniku możliwości, ale ukrywać nie będę, iż za sprawą 30 Adele na nowo we mnie do własnej twórczej ekspresji sympatię w serduchu rozpaliła. Póki co (a piszę z perspektywy zaledwie odrobinę więcej niż tygodnia od premiery) spostrzegam czwórkę jako album, który z powodzeniem zarówno Whitney Houston mogłaby nagrać, a nagrać nie nagrała, bowiem jazzującego pierwiastka pomysłom na nią brakowało, tak w świecie męskim Frank Sinatra - gdyby mistrz współcześnie na rynku popu debiutował. Wszystko mianowicie jest tu zwyczajnie nadzwyczajnie pięknie przez producentów splecione - tak że kompozycje utkane na najdoskonalszych muzycznych krosnach są zarówno zwiewne, wyraziste, jak właśnie tak cudnie przezroczyste, że cały talent Adele potrafią wyeksponować. Dodatkowym atutem, który z różnych perspektyw spojrzenia może być też delikatnie nazbyt grubymi nićmi szyty, to ten liryczny konspekt na najszczerzej najszczerszej spowiedzi oparty. Nie wszyscy wrażliwcy, z czym się zgadzam akurat takich "słów i emocji" potrzebują, ale myślę iż wszyscy którzy cenią znakomitą pracę kompozytorską, wokalną i w interpretacji zawarte uczucia potrafią z empatią odczuwać, z pewnością tegoroczny krążek docenią. Adele wyraźnie odbiła ze ślepej uliczki na jaką ją fachowcy na poprzednim albumie nakierowali i ten jej miks wielorakich wpływów od mocno popowego soulu, przez cudnie żywy r'n'b, po smooth jazz, funky i kameralne musicalowe quasi orkiestracje, mnie się znów podoba. Nie wyróżniam żadnego z utworów, bowiem moi faworyci dzisiejsi zapewne z czasem zostaną zastąpieni numerami wolniej osadzającymi się w świadomości, jako że 30 ma dużo więcej do zaoferowania niż klasyczne przeboje. Za co w stronę Adele kieruje ukłony.










