czwartek, 23 grudnia 2021

King Richard / King Richard: Zwycięska rodzina (2021) - Reinaldo Marcus Green

 

Gigantyczny respekt za wykonaną pracę, za siłę, wytrwałość, cierpliwość - hard ducha i uparte wyważanie drzwi od których się naturalnie systematycznie odbijał. Wreszcie za zdrowy rozsądek, którym jak się okazuję potrafił wykazać, nie wpadając w sidła manii czy w złości palenia za sobą mostów. Szacun tym jeszcze większy, że udało mu się rodzinę wyrwać z ganguskiej dzielni i że dziewczyny zarobiły miliony bez zniżania się do sprzedawania raperskiej nawijki o ciężkim życiu w podłym miejscu. :) Bowiem innych uczuć (prócz oczywiście uznania dla wielkich sióstr Williams) film Reinaldo Marcusa Greena we mnie nie pobudza. Opowieść o kapitanie Richardzie i sterowanej przez niego łodzi jest niewątpliwie od początku do końca wykalkulowana pod z góry założony cel, a nim rzecz jasna laury festiwalowe, a w konsekwencji wór pieniędzy jakie one najczęściej otwierają. Stąd domniemam iż reżyserem całego przedsięwzięcia z tylnego siedzenia jest sam King Richard, który w podeszłym wieku nie stracił zapewne swojej charyzmy i nie odpuścił sobie szansy na kolejne podgrzanie emocji wokół własnej i córek legendy. WYKALKULOWANY bezsprzecznie, lecz ja akurat nie miałem z tym żadnego problemu i nawet brak ciemnej strony marszu do sławy (tutaj ograniczony jedynie do kilku nieco udramatyzowanych familijnych scen) nie wpłynął na moje przekonanie, iż jest to doskonała filmowa robota i kawał świetnej motywacyjnej historii. Kwestii przemilczenia kosztów jakie same tenisistki ponieść musiały, także nie odbieram jako wady wykluczającej uznanie filmu za niezwykle wartościowy, bowiem skupia się on przede wszystkim na osobie ojca sukcesu, więc naturalnie gdyby każdy wątek rodzinny do miana współdominującego podnosić, to na czytelności i przede wszystkim na wymowie mógłby stracić. Tak dostajemy bardzo zgrabną opowieść jak to czarnemu chłopcu nie pozwalano marzyć i ten sam chłopiec jako okolicznościami zahartowany ojciec rodziny, postanowił przekornie i uparcie wprost sięgnąć gwiazd i to mu się cholera udało! Hollywoodzka publiczność takie feel good movie lubi, a oscarowi decydenci dostrzegając manipulacyjny rys kochają też doceniać obrazy o potencjale większym niż ten kończący się na kinach studyjnych. Tak się zatem dobiera tematy i w taki sposób się kręci, by zainteresowaniem pogodzić widza i krytyków, a ja podkreślam iż w tym przypadku nie mam z tym problemu. Kino musi sprzedawać odpowiednio spreparowane bajeczki i jeśli robi to na podstawie historii tak przekonującej i nie oddalając się nazbyt od żywej prawdy, to jest ok. Trzeba oczywiście posiłkować się sprawdzonymi schematami, należy wyciągać trafne wnioski i posiadać umiejętności. Dobrze dobrać obsadę, scenariusz dopracować i ciutkę podrasować. Wziąć się skumać z odpowiednim środowiskiem i znaleźć wsparcie promocyjne. Bo temat jakim by nie był samograjem, to zawsze możne być spartaczony i naturalny jego potencjał tym samym sromotnie zaprzepaszczony. Tu jest wszystko co być powinno i zarazem nie ma jednego. Nie ma o czym pamiętać po latach. Ale w sumie ilu oscarowych triumfatorów pamiętamy bardziej przez wyjątkowość, niż przez konsekwentne ich w telewizyjnych kanałach sprzedawanie? Sport natomiast, mimo że coraz bliższy branży rozrywkowej, to wciąż kapitana kuźnia charakterów, a sukces równocześnie to też ogromna pokusa. Pracujesz jak wół na triumfy, no i oczywiście masz prawo i ochotę spijać tą zasłużoną śmietankę - czasem zbyt obfitą. O sekretach wykuwania sportowych mistrzów niech jednak napiszą inni. Wstukują w klawiaturę mądrości ci co się znają lub ci którym się wydaje że wiedzą co i jak. Ja nie mam o tym pojęcia, więc będę milczał. Dodam tylko na finał, że rodzinie Williams się udało i według popularnego przysłowia może być rozpatrywana jako wyjątek potwierdzający niestety mniej optymistyczną regułę. Apeluje zatem, by dla koniecznej równowagi zrealizować fabularne historie o tych którym z mnóstwa drobnych powodów się nie udało. Myślę, że jest z czego wybierać. 

środa, 22 grudnia 2021

Coma - Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków (2006)



 
Minus ledwie lat piętnaście, a ja mam uczucie jakby wieki minęły od czasu wydania drugiego albumu Comy, kiedy to ich kariera (wciąż tak myślę) zasłużenie na polskim rynku eksplodowała. Nie przestaje bowiem czuć mięty do zawartości Zaprzepaszczonych sił wielkiej armii świętych znaków i także tym samym (szeroki uśmiech) nie poczuwam się do odpowiedzialności za błędy młodości, czy nie odczuwam wstydu (ironia) z jakim pozostawanie fanem Comy wówczas się wiązało, gdy oto tak bezczelnie przywrócili popularność polskiego rocka młodzieży absolutnie nie mogącej pamiętać boomu z początku lat dziewięćdziesiątych. Faktycznie to uważam, iż czas akurat z tym krążkiem obszedł się zdecydowanie łagodnie, bowiem odtwarzany dziś, bez kontekstu historycznego zawiera uniwersalny przekaz liryczny i muzycznie jest zawieszony w równie odpornym na korozję gatunkowym uniwersum. Znakomite kompozycje tworzą tą ponad siedemdziesięciominutową całość i tak samo czerpią inspirację z grunge'owej spuścizny (okładka i czas trwania, czy to nawiązanie do Superunknown Soundgarden? ;)), jak i determinanty świadczące o fanowskim uczuciu do Audioslave i Rage Against the Machine - akurat w naszym rodzimym, znacznie uboższym wydaniu crossoverowym spod logo Flapjacka czy Illusion (System, wyrywająca z butów Tonacja, Nie ma joozka i najbardziej odjechana Schizofrenia). Z progresywnym poza tym sznytem, bo rozbudowany numer tytułowy, to kapitalnie rozpisana na czternaście minut kompozycja, fantastycznie rozwijająca tematy i obok Listopada najbardziej ambitnie udana próba nawiązania do najlepszych "epickich" wzorców. Mam ja ponadto fantastyczne wspomnienia związane z koncertami Comy i pamiętam, że nawet w niegrzeszących dobrą akustyką częstochowskich klubach potrafili zabrzmieć selektywnie i potężnie. Zasługa człowieka (osób) stojących za konsoletą, ale też z pewnością właściwościom stylistyki w jakiej obrębie Coma wówczas się poruszała. Riff konkretny, basowe figury i bębnienie z groove'm plus jakieś elektroniczne ornamenty - bez kotłowania się dźwięku dla samej efektownej pozy, tylko w zamian dobrze rozumiane korzystanie z potencjału względnej prostoty. Nie napiszę więc o dwójce Comy złego słowa, bo wciąż czuję z nią więź emocjonalną i nadal porywa mnie jej wewnętrzna dramaturgia. Stwierdzę nawet, że od czasu Comy w takiej jakościowo kapitalnej artystycznej formule, nie zaistniał w naszym polskim grajdołku żaden przedstawiciel rocka mainstreamowego, który mógłby śmiało z ekipą Roguckiego konkurować. Bo co dzisiaj w polskim rocku piszczy? Bida Panie piszczy! Sama Coma się pogubiła, a takie akcje jak Cochise Małaszyńskiego to żart na poziomie Braci, rodzeństwa Cugowskich. 

P.S. O naczelnym temacie przy omawianiu twórczości Comy (przy wznoszącej krzyk herbacie) nie napiszę więcej, niż zdążyłem napisać dotychczas. Jakie są teksty Roguckiego każdy widzi. Bierzesz i identyfikujesz się albo nie. Proste.

wtorek, 21 grudnia 2021

Padrenostro (2020) - Claudio NoceI

 

Tak się składa że ostatnio wszystko co filmowe włoskie, co akurat do mnie dociera, to kino znakomite albo przynajmniej bardzo przyzwoite. e baśnie (Favolacce), Najlepsze lata (Gli anni più belli), Życie przed sobą (La vita davanti a sé), W domu wszystko ok. (A casa tutti bene), Piranie (La paranza dei bambini), Sole, a wcześniej głównie Suburra i Zdrajca (l traditore), to kino bezdyskusyjnie warte zauważenia. Tak się też składa i na marginesie dodam, że bardzo często w tych obrazach pojawia się Pierfrancesco Favino i za każdym razem uważam jest to doskonały wybór castingowy, bo facjata i styl gry jego idealnie predestynują człowieka do tych kreacji. Padrenostro, to oczami dziecka opowiedziana historia oparta na autentycznych wydarzeniach i poza tym że sama w sobie interesująca, to jeszcze ze znakomicie prowadzoną i w ujęciach artystycznym szlifem potraktowaną narracją, ambitna kinowa propozycja. Przez to jak domniemam bardzo osobisty film Claudio NoceI ucieka od tylko poprawności formy na rzecz jej wyrazistości, mimo że nie jest przecież sensu stricto oryginalny. Ogląda się z nieustającym zadumą, a momentami ta dramatyczna historia pełna interwałów i podskórnie odczuwalnego napięcia wręcz dech w piersi zapiera. Oczywiście zdarzy się tak, jeśli oczekiwania widza odpowiednio pod temat sprofilowane i widz potrafił będzie smaczki psychologiczne docenić. Bowiem to film o uczuciach, a dokładnie o poświeceniu i strachu z nim związanym. Także o traumatycznych wydarzeniach, wzbudzonych nimi lękach i wreszcie o radzeniu sobie z ich konsekwencjami. W zależności od punktu spojrzenia - dziecka czy dorosłego. Jednak przede wszystkim o dziecięcej miłości do ojca. Miłości dzięki kreacji tego blond smarkacza autentycznie przeżywanej. Miłości z dramatycznym twistem w finale.

poniedziałek, 20 grudnia 2021

Dianas bryllup / Ślub Diany (2020) - Charlotte Blom

 

Życiowa historia, zatem w niej dużo śmiechu i też łez sporo. Wzloty i upadki dwóch par i ich rodzin, z których (fajny pomysł scenarzystek) jedna wzięła ślub w tym samym dniu co książę Karol z księżną Dianą, więc gdzieś w tle za sprawą telewizyjnych relacji ich losy symbolicznie się stykają. Mamy więc oczywiste i nieoczywiste konteksty oraz ciekawe smaczki związane z kilkoma ostatnimi dekadami, a wszystko z perspektywy pozbawionej nadęcia. Z lekkością narracyjną, niewysilonym aktorstwem, ale i z wyrazistym akcentem na te momenty, które w związkach czy życiu mogą być newralgiczne. Przez to jednak że bardziej z frywolną obyczajową niźli dramatyczną nutą i bez cech o wyjątkowości przesądzających, to jeden pewnie z wielu takich obrazów. Choć niepozbawiony prób podkręcenia emocji, to udaje się je rozgrzać jedynie połowicznie. Właśnie ze względu na w istocie zdystansowaną i zabawną konwencję, stąd zapewne taka to radośnie twórcza misja skazana na niepowodzenie. Nie przeszkadza mimo to dobrze podczas seansu się bawić i jednocześnie odnaleźć kilka uniwersalnych odniesień do własnych doświadczeń i uderzyć się w pierś w lustrze krytycznie przeglądając. Wydaje się także, iż łatwo rozkminić o co reżyserowi z tą akcją w kierunku Brytyjskiej monarchii chodziło. Bo te dwa odniesienia, raz do życia przeciętnych rodzin (do siebie nawzajem) i do życia rodziny królewskiej, jasno dają do zrozumienia że bogaci czy biedni, ze sfer zwyczajnych czy arystokratycznych, to jednak z podobnymi życiowymi zakrętami, przystankami i często długimi spokojnymi prostymi oraz że życie szczęśliwe, to kosztowanie wszelkich emocji - na dobre i na złe. Bowiem to co ludzi ze sobą trwale wiąże, to zazwyczaj tylko oni sami czują i widzą. Żadne inne oczy tego nie dostrzegą, co ludzi przy sobie i ze sobą utrzymuje. Mimo to każdy ma prawo spekulować i czas na takie domniemania marnować. :)

niedziela, 19 grudnia 2021

Evergrey - Recreation Day (2003)

 


Heavy metal, rock progresywny plus gotyk mroczny i pop ambitny. Z tych składników powstał on - powstał Recreation Day i powstały też wszystkie inne albumy Evergrey. Różnica pomiędzy nimi tkwi tylko w proporcjach, a ostatnio to albumy Szwedów w zasadzie od siebie nic nie odróżnia. Bowiem kiedy na przełomie wieków każdy z krążków przynosił znamiona ambitnej ewolucji i stanowił zawsze jakiś krok w przód, tak kilka ostatnich materiałów zachowując wysoką jakość oraz dostarczając doskonale zaaranżowane przeboje, jednocześnie zamknęło Evergrey na jakiekolwiek większe niż tylko minimalne przeobrażenia. Reacreation Day z 2003 roku w konfrontacji z najlepszymi materiałami nie powinien być odbierany jako znacząco mniej ekscytujący, jednako zawieszony pomiędzy epicko rozpasanym In Search of Truth, a już szeroko otwartym na korzystanie z wysuniętego na przód rwanego riffu, przyozdabianego art rockową ornamentyką The Inner Circle, robi wrażenie jeszcze pomostu. W kompozycjach nowe wrzeć zaczyna, lecz ono z pełną mocą wyeksponowane zostanie za rok już zaledwie. Tutaj oczywiście dzieje się wiele i w czasie kiedy Reacreation Day na rynku zaistniał, zdecydowanie album ten wyrastał ponad dotychczasową stylistykę, jednak czas pokazał, że wkrótce przyszło coś jeszcze dokładniej przemyślanego i dopracowanego. Niemniej jednak to RD przede wszystkim w tandemie z The Inner Circle wciąż wypada bardzo przekonująco, łącząc w sobie znakomite rzemiosło, wyrazistą produkcję i talent kompozytorski. Dlatego mimo że współczesne wcielenie jest milsze dla ucha, to ja odczuwam więcej satysfakcji z kontaktu z tym z przełomu wieków. Rzekłem. :)

sobota, 18 grudnia 2021

Led Zeppelin - I (1969)

 


Nie trudno sobie wyobrazić jak ogromne wrażenie w momencie premiery wejście z Good Times Bad Times mogło wywoływać. W czasach kiedy soulowy Motown, wespół z elvisowymi rock'n'rollami jeszcze prym w muzyce popularnej wiodły. Przy tych subtelnych piosenkach, nawet jeśli Król swego czasu rewolucję swoim frywolnym zachowaniem i brzmieniem ekspresyjnym wywołał, a Stonesi równolegle uważani byli za najgłośniejszy band w historii, to potężny sound The New Yardbirds - sorry jedynki Led Zeppelin, z pewnością wywracał figury na branżowej szachownicy i wraz z wkrótce nadciągającymi diabłami z Black Sabbath przynosił światu nowego muzycznego pomiota, którego wpływ na rozwój rocka i metalu absolutnie nie do przecenienia. Domino zostało w ruch wprawione przy dźwiękach kompozycji w większości zapożyczonych, jednak tak genialnie w nowej formule zaaranżowanych, że te plagiaciki powinny być z miejsca Brytyjczykom wybaczone. Wspomniany, genialnie wybębniony i ze żwawymi riffami Good Times Bad Times, a za nim zaraz fenomenalny wyciszacz Babe I'm Gonna Leave You, który za sprawą fantastycznej chrypki Planta i budowie opartej na kontraście przedzierzga się w eksplodujący emocjami fajerwerk - by tak pięknie jak rozbłysnął tak znikł na nieboskłonie. Dalej rozpoznane standardy bluesowe (You Shook Me i głębiej I Cant't Quit You Baby), fenomenalnie zinterpretowane wokalnie i pozostałe numery, które już na debiucie tak wyraźnie ukazują i antycypują wszystkie możliwe twarze muzyki zeppelinów. Pośród nich dwa kawałki pomniki, czyli chyba już wówczas mocno inspirujący nadciągających ziomalów pod przywództwem Tony'ego Iommiego Communication Breakdown oraz finezyjny Dazed and Confused. Ten pierwszy, numer z doskonałym pulsem swingującej nieco perkusji (tak przecież będzie grał Bill Ward) i ten drugi, który stanie się niedoścignionym wzorem szeroko otwartych oczu, godnej podziwu odwagi eksperymentatorskiej i wreszcie gigantycznej muzycznej wyobraźni nie tylko Jimmyego Page'a. Fundament tkwiący w klasycznych bluesach i progresywny rozmach, dzielący przestrzeń z psychodelicznymi motywami. Dla takiego gówniarza jak ja, czas ten zamierzchłą przeszłością, a opowieści o ówczesnym rock'n'rollowym życiu na krawędzi niemal nie do ogarnięcia przez pryzmat własnej spokojnej młodości, ale i zupełnie przecież innej rzeczywistości lat 90-tych, które swoje młode ofiary zebrawszy, jednak latom siedemdziesiątych i życiu na pełen gwizdek nie mogą się jednak równać. Do czterech pierwszych krążków legendy dorosłem już dość dawno. Do reszty chyba nie chcę dorastać, bowiem póki co jestem nazbyt żywy i żwawy aby w ich częstych mieliznach brodzić. Już zdecydowanie wolę starcze popisy jakie w ostatniej dekadzie na solowych albumach Plant cyklicznie dostarcza. Nawet jeśli dziadek Robert nie ma już w głosie tej pary, jaka robiła robotę przed pięćdziesięciu laty, to ma na tam wciąż gigantyczną charyzmę, kapitalne wyczucie muzycznej faktury i szacunek do siebie.  

piątek, 17 grudnia 2021

Cream - Disraeli Gears (1967)

 


Wyobraźmy sobie że jest rok 1967. Przywdziewamy więc fikuśne ciuszki, których składowymi buty na koturnach, spodnie szerokawe u dołu i wzorzyste koszule przyozdobione dodatkowo wisorkami z paciorków i kładziemy płytę winylową na gramofon. Album pierwszy z brzegu i rzucający się w oczy, za sprawą kolorowej okładki. To na czarnym krążku nagrany drugi album supergrupy Cream, a na kopercie wydawnictwa pomarańczowo-żółto-zielona grafika z twarzami ówczesnych boheterów, rozpalających emocje wśród fanów rocka z lekka psychodelicznego i wyraziście bluesującego. Na tym kończymy sesję na symbolicznym kwasie na chwilę przenoszącą w przeszłość i wracamy do teraźniejszości z której perspektywy dzisiaj możemy w pełni ocenić rolę albumu jaką niewątpliwie odegrał, tak dla samej formacji Bakera, Bruce'a i Claptona, jak i dla rozwoju gatunku. Dla krótkiej, bo zaledwie trzypłytowej studyjnej przygody Cream (Goodbye wiadomo) Disraeli Gears jest początkiem końca lub końcem początku, a na pewno materiałem na który fani z wypiekami na twarzy czekali i jak kroniki podają, na nim się nie rozczarowali, a jeszcze przyniósł on im i grupie największy hit jakim dali radę swoich miłośników obdarzyć. Sunshine Of Your Love znają oczywiście nie tylko zatwardziali rock'n'rollowcy, ale charakterystyczny puls jakim obdarzony słyszało, choć niekoniecznie jest w stanie zidentyfikować z nazwy chyba większość populacji ludzkiej od tamtej chwili ten zazwyczaj łez padół zasiedlającej. Tego mogę się domyślać, zaś niemal pewnym mogę być faktu, iż na późniejszą największą gwiazdę gatunku tak samo twórczość Cream jak i naturalnie The Yardbirds miała i bez między innymi trzech wyjątkowych albumów Cream, Led Zeppelin nie brzmiałby tak jak miał szczęście wybrzmiewać. Cream dał sygnał do podkręcenia wzmacniaczy i określenia nowego ciężkiego soundu, zaś zeppelini na to zawołanie już w trzy lata później z przytupem odpowiedzieli, nagrywając płytę która z kolei nakręciła kolejnych ojców przyszłego hard rocka i w konsekwencji heavy metalu. Dlatego to znajomość twórczości Cream jest obowiązkiem każdego metalucha, który rzecz jasna w tych dźwiękach nie tak z miejsca odnajdzie to co go kręci we współczesnym gitarowym mieleniu, lecz z pewnością jeśli z odpowiednim nastawieniem spojrzy, to (he he) w nich usłyszy motywy, z których cała potężna scena rockowo-metalowa wyrosła. Piszę to z własnego punktu widzenia, na który zaś oddziałuje sposób poznawania klasyków blues-rocka jakiego sam miałem okazję doświadczyć i przyznaje, iż nie było to naturalnie takie łatwe, a wręcz stanowiło pamiętną lekcję pokory. Odrzucałem, bo nie w pełni rozumiałem, ale w którymś momencie po upartym drążeniu tematu załapałem, a obecnie nie mam najmniejszego problemu czerpać ogromnej przyjemność, tak z obcowania z legendarnymi materiałami sprzed już pięciu dekad, jak i z płytami obecnie rozsadzającymi stylistyki i poszerzającymi moje gusta. 

P.S. Nawijając o inspiracji, należy tylko podrzucić jedno skojarzenie. Monster Magnet - Negasonic Teenage Warhead i creamowy Tales Of Brave Ulysses! Prawda? He he.

czwartek, 16 grudnia 2021

Le Butcherettes - A Raw Youth (2015)

 


Jeżeli mnie znaleziona notka biograficzna w błąd nie wprowadza, A Raw Youth to trzeci krążek Teri Gender Bender nagrany pod szyldem Le Butcherettes. Na artystkę trafiłem swego czasu za sprawą zapoznania i z czasem pozostania już na stałe fanem ekipy Crystal Fairy, prowadzonej przez legendarnego Buzza Osborne'a. Ta historia szerzej opowiedziana przy okazji refleksji wokół jak dotąd ostatniej płyty Le Butcherettes, jak i oczywiście debiutanckiego albumu Crystal Fairy została, więc w tym miejscu błyskawicznie szoruje w kierunku sedna nawijki, zamiast plątać się w powielanych wstępach. A Raw Youth rozpoznaję z pozycji znajomości zaledwie dwóch krążków LB i ta ograniczona wiedza pozwala mi napisać wyłącznie, że nagrany w cztery lata po tutaj omawianym materiale bi/MENTAL jawi się jako bardziej okrzepła wersja A Raw Youth, gdyż nie stroniąc od osobliwych eksperymentów brzmieniowych i wokalnych nie zawiera w swoim programie tak bardzo żywo oddziaływujących dziwów, a opiera się przede wszystkim na aranżacyjnym opanowaniu chaosu. Stąd listę indeksów poprzednika wypełnia taki o punkowej proweniencji bezpośredni strzał jak otwierający Shave the Pride, wsparty syntezatorowym jazgotem My Mallely czy Sold Less Than Gold, dalej urozmaicany rytmicznie funkowym pulsem i wokalizami przywodzącymi na myśl Kate Bush Stab My Back, sączący mrok, dramaturgię i napięcie, najlepszy na płycie Witchless C Spot, czy uroczo płynący, z "pikającym" motywem klawisza Lonely & Drunk. Ale też (i oto mi chodzi) kilka dziwactw, w tym zaśpiewany w duecie z Iggym Popem dysonansowy La Uva. Właśnie akurat mnie te kilka niepotrzebnych rodzynków w dobrze wypieczonym serniczku przeszkadza, ale ja nie jestem jeszcze lub nigdy mi nie będzie pisanym być koneserem garażowego rocka, tudzież jak w tych "krytykowanych" fragmentach pancurskiego noise'u. Mimo że mam świadomość, iż on w tej akurat postaci nie straszny tak jak noise z programowo popuszczonymi lejcami, dla mnie jednak Le Butcherettes z bardziej wypolerowanymi, bądź po prostu względnie tradycyjnie rockowymi aranżacjami jest paradoksalnie ciekawszy i aspirujący, bo dający sobie szansę na wyjście poza mocno ograniczony underground. Za to coraz bardziej lubię bi/MENTAL i cenię też wymienione w tonie poczucia satysfakcji te akurat chwytliwsze numery z omawianego krążka. 

środa, 15 grudnia 2021

Language Lessons / Lekcje języka (2021) - Natalie Morales

 

Jak na film w którym przez 90 minut rozmawiają na Skypie lub innym tego typu ustrojstwie, to zaskakująco ciekawie wyszło. Dialogi nie są bowiem czerstwe, brzmią bardzo naturalne i zawierają w sobie mnóstwo interesujących i angażujących emocji. W dodatku ciekawie ukazują różnice światów z jakich pochodzą bohaterowie, a kwestie psychologiczne zgłębiają przystępnie i co kluczem, znakomicie utrzymując napięcie portretują współczesnego człowieka. Człowieka nowoczesnego i empatycznego, aspirującego ciepło i sympatycznie do otwartości wobec innych. Równocześnie człowieka jako jednostki potrzebującej zrozumienia, wsparcia i takiej zwykłej obecności kogoś kto bezinteresownie i naturalnie jest. Jednostki współodczuwającej ale i ostrożnie, z niejaką wstydliwą obawą pozwalającej odsłaniać kolejne kurtyny ukrywające złożoność własnego oblicza. Aktorsko bardzo wysoko zawieszono poprzeczkę, bo dwójka postaci grająca wprost do kamery, której uwaga skupiona jest wyłącznie na ich twarzach musi idealnie wcielać się w role zarówno mimicznie jak i werbalnie - gdyż oszukanie widza w takiej formule realizacyjnej w grę myślę nie wchodzi. Nie da się oszukać, można jedynie zrobić przekonujące wrażenie, co niniejszych Natalie Morales i Mark Duplass czynią znakomicie. Trudno też scenariuszem ograniczonym do "skype’owego" dialogu utrzymać uwagę widza, a tu jedno i drugie się udało. Aktorzy byli swoimi postaciami, a realizacyjny szlif nie ograniczył emocjonalnej strony obrazu, a nawet wręcz pomógł skoncentrować się celnie na odczuciach, uczuciach i reakcjach, nie odciągając w międzyczasie uwagi od celu pomysłu. Sugeruje zatem powyższym sprawozdaniem że warto sprawdzić, bowiem miałem właśnie do czynienia ze świetnym rasowym komediodramatem, a nie żadną stylistyczną popierdółką. Co czyni Lekcje języka w moich oczach sporym na plus zaskoczeniem.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Idles - Crawler (2021)

 


Gwałtu rety! Drugi krążek w przeciągu trzynastu miesięcy i czwarty w zaledwie cztery i pół roku, a co za tym w sukurs bieży - ogromny wzrost statusu na scenie i nie dużo mniejszy popularności wśród maniaków. Zaprawdę powiadam wam jest to powód do dumy i ja tego szacunku dla bristolskiej ekipy nie zamierzam skąpić. Widać jednakże ciekawą różnicę (o samej muzyce, choć w podobnym tonie za chwilę), bo względnie długie oczekiwanie, a dokładnie przeciąganie premiery Ultra Mono, przez oczywiste wówczas zaskoczenie wybuchem globalnej pandemii odbiło się na zwiększonym zainteresowaniu branży i prasy bardziej huczną celebracją wydarzenia. Okładki magazynów i wywiadów masa, a dzisiaj gdy czwórka błyskawicznie dyskontuje trójkę ciszej zdecydowanie. Przecież Crawler na podobną Ultra Mono uwagę nie mniej zasługuje, bowiem przynosi materiał może trochę inny, ale równie wysokiej jakości. Dokładnie to jest bardziej różnorodnie, a w tej idlesowej różnorodności sporo klimatu do nowych numerów zostaje zaaplikowane. Nie brak rzecz jasna też pancurskiej rebelii i charakterystycznej dla stylistyki Brytyjczyków bardzo temperamentnej swady. Mnie jednak Crawler bardziej kręci w tych momentach, kiedy intrygująco hipnotyzuje niż bezkompromisowo chłoszcze. Podoba mi się wielce ten refleksyjny ton i złożona konstrukcja płyty, w której napięcie zostaje znacząco wyeksponowane. Nie zmienia to jednakże mojego stabilnego przekonania, że to co dotychczas nagrali, to poziom potężny, lecz jak słychać nie zaporowy. Crawler utwierdza mnie w powyżej powziętym zdaniu i dodatkowo sugeruje, iż neo punk absolutnie nie ogranicza ich potencjału na wielkość. Wielogatunkowej inspiracji w nich na tyle dużo, że o brak pomysłów na przyszłość nie trzeba się martwić. Słuchać i oczekiwać więcej i może wciąż lepiej i lepiej. Skupiając się teraz na obrazkach do The Beachland Ballroom i potężnej pasji w nich zawartej jestem skłonny napisać, że Idles na tym już wciąż początkowym etapie, to cud i miód. Kapitalny album nagrali, album uciekający do przodu, jednocześnie tereny wokół z wyobraźnią przeczesując. Muzycznie i lirycznie nie eksplodowali, ale przekornie implodowali. Do wewnątrz z zewnątrz lub jak ktoś woli z zewnątrz do wewnątrz. Za swoim głosem podążyli!

niedziela, 12 grudnia 2021

Warrior / Wojownik (2011) - Gavin O'Connor

 

Lubię barrrdzo bokserskie historie i potrafię się rozkoszować ich często prostymi fabułami. Jednak najlepiej jeśli opowiadanymi tak bardzo autentycznie i dosadnie, iż pozorna prostota nabiera wciąż oczywistych, aczkolwiek cholernie wartościowych walorów i tworzy naprawdę ekscytującą formę. Tym bardziej kiedy raz obsada jest kapitalnie dobrana i dwa (uwaga!), kiedy okładanie sobie ryjów nie jest jedyną atrakcją. Wojownik Gavina O’Connora (chociaż nie jest he he o boksie) spełnia obydwa warunki i to śmiem twierdzić że z nawiązką. Bowiem nazwiska i przekonujące twarze Toma Hardy'ego, Joela Edgertona i giganta ekranu w osobie Nicka Nolte, dają tu eksplozywny koncert umiejętności, jak i kwestie rywalizacji sportowej mam przekonanie, to tylko pretekst by pokazać skomplikowaną relację rodzinną. Swoisty węzeł więzi totalnie splątany, w którym trudne charaktery zaangażowane etiologii obecnej sytuacji słusznie upatrują w ciążeniu ku alkoholowemu uzależnieniu seniora, a potem zbyt późnej jego próbie odkupienia win i uzyskania przebaczenia. To jest właśnie to co w amerykańskim kinie kocham chyba najbardziej. Jako że można naturalnie uważać, iż ci „zabawni” Jankesi to ze wszystkiego show zrobić zdołają ale jednocześnie też żadna chyba nacja nie potrafi tak skutecznie na ekranie sprzedać i tak głęboko brutalnie wgryzać się w rodzinne gówno i pokazywać tym samym świat daleki od tego, który ogólnie jako wizerunkowa wizytówka Ameryki funkcjonuje. Oferować rzeczywistość z bieguna nie tylko biedy, ale też życia zwyczajnego - do pierwszej i kolejnej koniecznej krwi prawdziwego. Są w filmie O’Connora takie sceny, że się w człowieku kotłuje - już na otwarcie cios, a potem nawet na moment pasjonująco być nie przestaje. Adrenalina, męski wycisk, a sama bizonia Hardy'ego postura i sfilmowanie ringowych walk potrafią wybić ząbki. Wojownik przy wszystkich swoich warsztatowych, fabularnych i społecznych atutach, jest też (he he) rodzajem współczesnego Krwawego sportu, który każdy smarkacz dysponujący magnetowidem w okresie transformacji ustrojowej doskonale pamięta. Tylko że obydwa tytuły łączy zaledwie pomysł na turniejowe emocje. Więcej punktów stycznych brak na całe szczęście, bo spektakularny film o właściwościach niejako terapeutycznych, momentami wręcz porywająco rozgrzebujący ludzkie traumy i autentycznie poruszający do żywego, stałby się tylko tanią rozrywką. A to byłby dla moich wygórowanych oczekiwań cios nokautujący.  

sobota, 11 grudnia 2021

Volbeat - Servant of the Mind (2021)

 


Trudno nie ulec wrażeniu, że Servant of the Mind jest nową wersją Rewind, Replay, Rebound. Bliźniacza budowa, koncepcja i sporo urozmaicenia w obrębie całości programu. Bo kompozycje mimo że nie odbiegają od volbeatowych standardów są bardzo różnorodne i nie mam tym samym prawa używać przymiotnika sugerującego monotonność. Poszczególne numery również trzymając się aranżacyjnego reżimu zwrotka refren i tam gdzie należy solówka i bridge, wprowadzają w swoją strukturę rozmaitości, gęsto korzystając z wielorakich rockowych inspiracji. Niby to samo, a jednak słychać wyraźnie że pancurskie rockabilly Wait A Minute My Girl, to nieco inna bajeczka od motorycznego i a'la thrashowego Shotgun Blues, a cudnie epicko heavy metalowy The Sacred Stones (w dodatku we fragmentach tak fajnie puszczający oczko do Heaven and Hell :)) ma się nijak (gdyby to nie ten sam Volbeat) do słodziutko przy wsparciu niejakiej Stine Bramsen zaśpiewanego Dagen Før. Tych rozjazdów jest jednak tyle ile trzeba i tak jak nadmieniłem, te skrajności zawsze trzymają charakterystyczny ton stylistyczny ekipy Michaela Poulsena. Nie dziwią więc opinie o systematycznym wyciskaniu materiału z tej samej tubki, lecz co raduje wciąż z tej tubki która utrzymuje świeżość. Ja akurat jestem taką sytuacją kontent, bo poprzedni album bardzo mnie pozytywnie zaskoczył, w zasadzie (he he) niewiele zaskakując. Volbeat jest jedyny w swoim rodzaju, stąd wybaczam pierwotnie wyłącznie duńskiej ekipie grzech wtórności, przypisując jej bez uczucia wyrozumiałości znamiona oryginalności, którą należy pielęgnować z troską zarówno o jego wyjątkowy charakter brzmieniowy oraz duże właściwości plastyczne. Tak sobie kombinuje na ile mi wyobraźni starcza, że czego by nie zaprzęgnęli do własnego stylu, zawsze to zabrzmi tak jak od lat brzmi Volbeat, a ja to kupię i rączki ucałuję, bowiem w lidze wyśmienitej rockowej chwytliwości to sorry, ale cholera jasna konkurencja im tego daru pisania kopiących hitów może zazdrościć. Michael Poulsen każdy pomysł zamienia w złoto i jedno co nie pozwala mu stać się super gwiazdą mainstreamu, to czas akcji. Gdyby człowiek produkował takie petardy w latach osiemdziesiątych, dziś opływałby w niewyobrażalny dostatek. 

piątek, 10 grudnia 2021

Zabij mnie glino (1987) - Jacek Bromski

 

Tak patrzę na Zabij mnie glino i mam od pierwszej sceny refleksję natury ogólnej, że te sensacyjne filmy z chudych lat osiemdziesiątych cierpią naturalnie na wyraźne braki budżetowe i nie wiem czy przez to wyłącznie rażą tą nieporadnością, ale z pewnością surowością produkcyjną. Ślepo chyba wówczas zapatrzony był Bromski w hollywoodzką szkołę filmu sensacyjnego, a przynajmniej próbował przeszczepić konwencję na polski grunt, dostosowując ją do rodzimych warunków lub na tyle na ile było można amerykańską manierę wcisnąć w czasy schyłkowego jak się już wkrótce okaże peerelu. Dał myślę tym samym sygnał, który z powodzeniem komercyjnym Pasikowski już w wolnej Polsce rozwinął, a skojarzenia pomiędzy Psami, a Zabij mnie glino nie tylko do udziału wyniesionego w owym czasie na piedestał Bogusia Lindy się ograniczają. Mimo, iż to kino chwilami koślawo zamerykanizowane, to charakteryzuje się niepodrabianym klimatem i w wielu przypadkach sporym potencjałem, który mógłby w pełni rozkwitnąć gdyby współcześnie można je było jeszcze raz nakręcić. Ale Polska to nie amerykańska fabryka snów i tutaj nie praktykuje się drugiego życia filmowego kotleta (burgera). Może i dobrze, bo co oryginał to oryginał, a praktyka zza oceanu pokazuje że rzadko na zdrowie nowemu to wychodzi i często tylko utwierdza kult archaicznego kosztem nowoczesnego. Ok, tyle przydługiego wstępu, teraz do rzeczy. Zabij mnie glino broni się doskonale samą historią, a jak wspomniałem razi realizacją dynamicznej części, zatem stanowi doskonały zapis prawdy czasu przeniesionej na ekran. Aktorstwu nie można zbyt wiele zarzucić i w takim układzie dobrej pracy warsztatowej obsady i bardzo przyzwoitego scenariusza, daje nawet po latach niezłą rozrywkę. Trudno mi jednak uznać, że to film na nasze ówczesne warunki wybitny, a specyficzny kult jakim otoczony jednak chyba mu na wyrost przypisany. Mimo że stare i często groteskowe, to jednak całkiem dobre gówno. ;) Bo dobrze zagrane, wdzięku staromodnego niepozbawione i z takimi naturalnie atrakcyjnymi babeczkami jak szczególnie Maria Pakulnis i Jolanta Piętek-Górecka.

czwartek, 9 grudnia 2021

Lana Del Rey - Blue Banisters (2021)

 


Czuję się zaskoczony i zdezorientowany, gdy wpadam właśnie na Blue Banisters. Przecieram oczy ze zdziwienia, gdyż tak około marca tego roku odsłuchiwałem i wyrażałem swoją refleksję w przedmiocie Chemtrails over the Country Club, a już dostaje okazję do oddania się zawartości kolejnego albumu. Zakładam więc w obecnych okolicznościach całkowicie naturalnie, iż wystarczająco dobrego materiału bogactwo, spowodowane zostało przerwą od koncertowania i przymusową izolacją, inspirująco wpływającą na artystkę. Nie mam jednak po kilku intymnych spotkaniach z Blue Banisters przekonania, iż to bezdyskusyjnie dobrze, iż cykl wydawniczy Lana tak mocno zintensyfikowała. Bowiem album z początku tego roku już odbierałem jako mniej wyrazisty, od myślę jak dotąd najbardziej przekonującego i w mojej skromnej opinii znakomitego Norman Fucking Rockwell!. Podobne odczucia towarzyszą kontaktom z także Blue Banisters, jednocześnie nie stawiając tegorocznych płyt w pozycji bliźniaczej - posiadają bowiem one tak samo zbieżne, jak i różniące je cechy. Nie ma jednak na tym najnowszym nut wprost kojarzących się z NFR!, a co za tym idzie przeboju totalnego, i to jest ta różnica zasadnicza. Obydwa tegoroczne materiały nie przynoszą też wokalistce absolutnie powodu do wstydu, a jej fanom obaw o jej aktualną kondycję kompozytorską, jako że w jej osobistym dream popie niewiele uległo przeobrażeniom i tak prawdę mówiąc, wszystko co nagrywa to nagrywa w swojej już przewidywalnej lidze aranżacyjnej i lirycznej. To co jako mało obsłuchany w stylistyce mogę dostrzec, to obecne zatopienie dźwięków w skromniejszej formule i chwytliwości ograniczonej do coraz bardziej subtelnych melodii i ornamentyki stonowanej. Utwory z Blue Banisters nie ekscytują mnie na tyle mocno, jak większość materiału ze wspomnianego krążka sprzed dwóch laty. Być może, a może mam pewność, iż mniejsza intensywność, w powiązaniu z minimalizacją środków i typową przebojowością wyłącznie śladową, wpływa na ograniczony potencjał zadowolenia takiego jak ja "niedzielnego" słuchacza. To też tymczasem impuls do głębszego odkrywania smaczków (a są tu, niewątpliwie - na przykład dęciaki w If You Lie Down With Me, czy zaskakujące zaśpiewy w Dealer) i dopiero z biegiem czasu docenieniu otulonego szczelnie rozmarzeniem melodycznym mistrzowskiego warsztatu. Mądrzejsi ode mnie piszą, że wyczuwają odniesienia do surowszego Ultraviolence, a ja nie potrafię się do takich sugestii odnieść, bo zwyczajnie wciąż nie odnalazłem czasu by poznać całą dyskografię Lany - tak od samego początku. Niezależnie od powyższego pewny jestem, iż drugi tegoroczny album artystki nie jest zbiorem na siłę wydanych numerów, tylko świadomą i pełnowartościową kompilacją tego co w ostatnim czasie napisała lub współtworzyła. Nawet jeśli w moim odczuciu wciąż jeszcze nie odkrytą w pełni, co tym bardziej powoduje, iż na uwagę Blue Banisters zasługuje. 

środa, 8 grudnia 2021

Mistrz (2020) - Maciej Barczewski

 

Tadeusz Pietrzykowski - ten mniej znany, albo wprost powszechnie nieznany bokser o sławnym w środowisku pięściarskim nazwisku. Bez osiągnięć na arenie międzynarodowej, porównywalnych z karierą boksującego dwie dekady później Zbigniewa. Postać jednakże znacznie bardziej tragiczna, której legenda wykuta pracą, wytrwałością i pragnieniem przetrwania w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Historia o nim prawdziwa i inspirująca - pozbawiona tymczasem w ujęciu fabularnym kompletnie koniecznej ikry, szczątkowego nawet artyzmu i jakiejkolwiek oryginalności czy chociażby wyrazistości formy. Zduszona użyciem sterylnych filtrów, jak i nieudolnie skupiona na bezpośrednim epatowaniu cierpieniem, które momentami ociera się o karykaturę. To jak można było się spodziewać wymierzony na efekt patosu i wstrząsu oraz identyfikacji narodowej dramat biograficzny. Coś w rodzaju nasz bohater, nasza duma. Jak się nie wzruszysz to trzymasz stronę Niemców. Niestety na jej podstawie nakręcono film tylko w przypływie dobrej woli mogący zostać nazwany solidnym. Jeśli można było maksymalnie spłaszczyć wątki, tutaj to zrobiono. Jeśli można było użyć łopatologii, z ochotą ją wciśnięto. Jeśli można było zaoszczędzić na statystach, to na nich zaoszczędzono. Wreszcie jeśli można było odrzeć ujęcia walk z dynamiki i realizmu, dokonano tego bez skrupułów. Nie jestem więc w stanie o filmie Macieja Barczewskiego myśleć ciepło, a tym bardziej stawiać go w miarę wysoko w układzie odniesienia pośród innych produkcji o podobnej okołowojennej tematyce. Dlatego że między innymi ogromnie brakuje mu charakteru, a dzisiaj tylko takie kino o charakterystyce mistrzowskiej ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Niemniej jednak postać Tadeusza Pietrzykowskiego zasługiwała na pamięć i hołd, ale akurat ten sygnowany nazwiskiem producenta, który zapragnął być reżyserem, to taka licha technicznie i merytorycznie robota. Bez znamion ambicji i jakiegoś pomysłu, wychodzącego ponad nawet półprzeciętność.

P.S. A jaki jest ten boks, każdy widzi. Współczesny, w świetle potencjału finansowego przeżarty przez układy i szołmeńskie sztuczki. Jaki był kiedyś, to poniekąd właśnie charakter Pietrzykowskiego pokazuje. Dzięki tym przedwojennym zasadom nabytym w sali treningowej przetrwał i pomógł przetrwać.

wtorek, 7 grudnia 2021

The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott

 


Na wstępie zaznaczę, iż ogromnie oczy moje się radują, widząc tak wyborną realizację lokacyjno-scenograficzną i z tego miejsca swój od lat niezachwiany szacunek dla fachowego oka Ridley’a Scotta wyrażam. Bywały tymczasem w wieloletniej historii pracy nestora reżyserii przypadki, że za wyśmienitą stroną wizualną, nie do końca ekscytująco prowadzona historia stała i być może za dużo niewątpliwy mistrz władania filmowym orężem w swojej karierze prób praktycznych raczył podejmować. Na szczęście nie przydarzały się klęski totalne - obrazy, które radykalnie na moment jego status reżyserski obniżały. W tym roku także obfitością mnie obdarowuje, bowiem dziś Ostatni pojedynek mam przyjemność poddać rozważnej ocenie, a za czas już niedługi Dom Guccich poddam mniej lub bardziej wnikliwej analizie. Jak ten drugi z wymienionych się udał - już jakieś niepokojące sygnały do mnie dotarły. Jednako rzecz oczywista, dopiero gdy sam będę miał sposobność z tematem się zapoznać, to absolutnie we własnym sumieniu prawdę subiektywną przepracuję i nie omieszkam podzielić się jej wynikami. Jak natomiast wyszedł epos rycerski, już teraz wartko donoszę. Wyszło zacnie, w szczególe zarówno odnoszącym się do wizualnego efektu, jak i najbardziej do historii bogatej w niuanse i subtelności oraz w stosunku do przyjętej konwencji tejże historii widzowi przekazania i objaśniania. Historia jest zajmująca i ze względu na mnogość detali pomiędzy wierszami i nazbyt śpieszne, krótkimi scenami w powtarzalnym rytmie prześlizgiwanie się przez rozbudowaną fabułę, wciąż pomimo to przejrzysta i z racji z trzech perspektyw narracji, nie wymagająca dopisywania faktów z marginesu wyczytywanych. Nie jest także aż tak niemożebnie dokuczliwe, to bardzo wartkimi ujęciami widza karmienie i nawet ekspozycja, bez obecności myślę mimo wszystko dla dobra estetycznego koniecznych dłuższych fragmentów (przyjęta formuła perspektywy spojrzenia i śledzenia nie zdołała tego zapewnić), nie odbierała ochoty na obserwację męskiej rywalizacji o zaszczyty, honor, władzę i fundamentalną w scenariuszu kwestię męskiej dominacji nad kobiecymi walorami. Pomiędzy dwoma druhami konfrontacji i kulminacyjnego brutalnego znieważenia białogłowy, które doprowadzi finalnie do efektownego pojedynku na ubitej ziemi. Skupionym bowiem raczy być Scott nie na tanim kuglarstwie, a na solidnym rzemiośle, które zręcznie praktykowane, także szlachetny efekt potrafi osiągnąć i emocji wzniosłego przeżywania nie szczędzić.

P.S. A inaczej, a wprost - bez wydziwiania. :) Ogromne przeżycie - wzruszenie i poruszenie szczególne, kiedy opowieść systematycznie nabiera rumieńców. Wielki film, godny porównań z największymi dziełami gatunku. Sceny brutalnych walk bitewnych to bardzo sugestywne doznania, kiedy szczęk żelaza, gruchot łamanych kości i rozbryzgi krwi na ekranie dominują. Finałowy pojedynek spostrzegam natomiast, jako wręcz operatorski i montażowy majstersztyk. Zapierający dech pokaz kunsztu na wielu płaszczyznach filmowej sztuki. To technicznie, a merytorycznie? Role społeczne jako konstrukty czasu i okoliczności - powiązane z poziomem wiedzy oraz potrzebą pielęgnowania poczucia władzy i dominacji. Krytyka ekstremalnego patriarchatu i kobiety jako milczące ofiary, bądź ofiary stanowczego forsowania prawdy. Bardzo inspirujący temat, można by napisać że też współcześnie zaskakująco aktualny. Jednak na czoło wysuwa się jeszcze inny wniosek. Wniosek którego bym się z jednej strony nie spodziewał, a z drugiej jest on logicznie wytłumaczalny. Stwierdzam (uwaga!), iż Ben Affleck trafnie obsadzony, potrafi sobie na pochwały zasłużyć. Chociaż nie na taką lawinę komplementów jak pięknowłosa Jodie Comer!

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Black Label Society - Doom Crew Inc. (2021)

 


Ten sam w sumie, poniekąd od pierwszego albumu odgrzewany kotlet, który do momentu wydania Mafii w roku 2005, był na tyle dobrze doprawiany brzmieniowymi, aranżacyjnymi wprawkami i żarem wykonania, że to co w zasadzie podobne, a nawet bliźniacze, potrafiło się od siebie odróżnić. Jeszcze dwa kolejne albumy (Shot to Hell i Order of the Black) mogą być podciągnięte pod fazę wzrostową i szczególnie do pierwszego z nich mam sentyment wielki. Lecz później, kiedy wręcz sam siebie przekonywałem, że Grimmest Hits i trochę mniej Catacombs of the Black Vatican jest w zasadzie tak dobry jak każdy je poprzedzający, to podświadomie czułem, że nie ma już nadziei dla ekipy prowadzonej przez brodatego Jankesa i przyjdzie niewątpliwie taki moment, kiedy powiem dość! Dziś następuje przełom - wystarczy kredytu zaufania, który zakładał, iż muzyce tworzonej przez Zakka Wylde'a zastrzyk świeżości zostanie zaaplikowany. Nie może bowiem BLS stawać w jednym rzędzie z AC/DC czy Motörhead i nagrywać wciąż to samo, mając zagwarantowane iż zostanie to przyjęte zawsze z gigantycznym entuzjazmem przez zagorzałego fana. Wróć, może i nic nie stoi na przeszkodzie, aby BLS trwał przez kolejne lata z grupą oddanych maniaków i oni nie mieli pretensji o stagnację, a nawet wstecznictwo. Jednak jak mnie takie miałkie mielenie z Doom Crew Inc. nie wzrusza, to aby pozostać wciąż związanym z krążkami jakie wywołują u mnie pozytywne emocje, trzeba radykalną decyzję podjąć i już nie zacierać ich wrażenia bieżącą sromotą. Bo ja chwalić chciałem, źle się nie nastawiałem i kilka fragmentów z najnowszego longa mnie tak mini mini na plus zaskoczyło, lecz większość materiału brzmi tak ospale i nijako że litości. W śpiewie Zakka nie ma ani mocy, ani entuzjazmu, a to próżne do mikrofonu mamrotanie i riffy ciągnące się niemożebnie wypełniające proste/przewidywalne konstrukcje sprawiają, iż nie przysypiam z nudów, ale wręcz życia mi się odechciewa. A to nie jest przecież żadna stylistyka dołująca, tylko hard rock siarczysty co ma napędu dostarczyć, a nie resztek napędu pozbawiać. Stąd zamiast się męczyć po raz piąty, tego piątego odsłuchu sobie nie zaaplikuje. Wrócę jednak do starszych rzeczy i nie ma obaw, jak Zakk nagra łebską płytę komplementów nie będę szczędził. 

niedziela, 5 grudnia 2021

The Lurking Fear - Death, Madness, Horror, Decay (2021)

 

Tak się cieszę, tak się bardzo donieść spieszę, że dwójka The Lurking Fear jest jeszcze bardziej przekonująca od jedynki i tym samym pobudzone zostało we mnie skojarzenie, iż to sytuacja bliźniaczo podobna do tej, której bohaterem niedawno był inny „gwiazdorski” skład. Reluctant Hero formacji Killer Be Killed mam na myśli i w takim oto sensie, że dalekim od stylistycznych podobieństw, a bliskim w istocie sprowadzonej do zawarcia w kompozycjach kontynuacji stylistyki z debiutu, lecz z jeszcze obfitszym wyeksponowaniem znamion wyrazistości, atrakcyjnie ożenionej z chwytliwością motywów i tematów. Cechy powyżej nadmienione, czynią galopadę The Lurking Fear znacząco bardziej przystępną, ale i ciekawszą, bowiem urozmaiconą niezbędnym w szwedzkim brzmieniu groove’m i co lubię bardzo, klasycznym akcentowaniem brzmieniem talerzy. Kręci mnie więc jako fana solidnie, takie akurat masywne thrash-deathowe okładanie mięsistym riffem i perkusyjnym cykaniem. Bardziej mimo wszystko wściekłe niż epickie, gdyż oprócz korzystania z monumentalnych zwolnień i melodycznej ornamentyki, to w zasadzie emblematyczne skandynawskie chłostanie. Przede wszystkim jednak obcowanie z drugim materiałem ekipy stworzonej z rozpoznawalnych w metalowym środowisku nazwisk, to intensywne dźwiękowe doznanie, podbite kapitalnym mrocznym nastrojem dla balansu i równowagi. Debiut jak pamiętam (a przypominam sobie ostatnio Out of the Voiceless Grave często) grzeszył przykładnie nie tylko deathowym „bluźnierstwem”, ale też niestety jednowymiarowością, w podobieństwie poszczególnych kompozycji dostrzegalną. Death, Madness, Horror, Decay grzeszy już tylko tym, czego po zdeklarowanych grzesznikach mogłem oczekiwać. :)

sobota, 4 grudnia 2021

Wolfmother - Rock Out (2021)

 


Zaczęli w 2005 roku, od razu ze sporym na scenie uprzywilejowaniem, bo doskonałe przyjęcie debiutu przez posiadających posłuch w mainstreamie dziennikarzy i promotorów dało wsparcie i wysunęło ich z miejsca na czołowe lokaty w rankingach popularności i sprzedaży. Kiedy dwójka się pojawiła, tylko potwierdziła, że splot w drodze po sukces przyjaznych okoliczności to jedno, a drugie to oczywiście znakomita jakość przemawiająca za poparciem fana. Cosmig Egg dawał bowiem uzasadnione przekonanie, że Wolfmother to będzie wielka nazwa, lecz w mgnieniu oka sypać w obozie się zaczęło i tak dobrze o kolejnych albumach nie miałem powodu by napisać, mimo iż na przykład Victorious kręcił znacznie bardziej od poprzedzającego New Crown. Od kilku lat jednak Wolfmother odbiera mi wszelką nadzieję, na coś więcej, niż tylko odnotowywanie że nowy krążek pojawił się w sieci, gdyż zespół nie jest już zespołem, a tylko rodzajem solowego projektu jego lidera, zatrudniającego znajomych muzyków do obsługi instrumentów, bądź samemu rejestrującego ich ścieżki w studiu. Rozumiem że Andrew Stockdale rozmyślnie wybrał taką drogę, manifestując swoją rezygnację z mainstreamowej popularności, nagrywając w surowych warunkach równie surowego rock'n'rolla. Dla zasady pokazał środkowy palec machinie biznesowej, za co szacunek myślę powinien mu się należeć. Natomiast wiem, że jedno funkcjonowanie w zgodzie ze sobą, najlepiej według własnych reguł, drugie to status dziwaka i po trzecie (najgorsze) praktyczne osłabienie tym samym własnej muzyki, poprzez ugrzęźnięcie w bańce i to z przekonaniem że jest zajebiście, kiedy obiektywnie tak nie jest. Tak to wygląda przynajmniej w mojej opinii - nic nie znaczącej nie tylko na Antypodach. :)

P.S. Krótko - głupio chłopak robi, bo nagrywa wesołe, lecz miałkie albumy. Ale może jest szczęśliwy, lub tylko się tak oszukuje. Cóż. 

piątek, 3 grudnia 2021

The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion

 

Mocno mi Benedict tą kreacją zaimponował, trudno bowiem było mi go sobie wyobrazić, jako kawał rzutkiego cowboyskiego skurwiela, a on cyk - znokautował. Ale chyba nie trudno o kapitalne granie, kiedy za sterami zasiada reżyser/ka przywiązana obsesyjnie do każdego szczegółu i tym samym zapewne wymagająca koncertowo wykonanej roboty. Tak też wybornie każda z postaci z kart scenariusza na żywy ekran miała zaszczy zostać przeniesiona i trzeba za tak doskonałą robotę motywacyjną, twórczynię oscarowego scenariusza Fortepianu komplementować. Może poniesiony entuzjazmem za wysoko stawiam jej wpływ, porównując na przykład z mega mistrzostwem Paula Thomasa Andersona i jego oddziaływania na Daniela Day-Lewisa i Paula Dano w Aż poleje się krew, ale pal licho, niech ma, niech czuje się doceniona. :) Tym bardziej, że klimat jaki na potrzeby przygnębiającego dramatu osadzonego w westernowym anturażu wykreowała, to taka najbardziej soczysta atmosfera gatunkowa, z której sączy się kropelka po kropelce aromatyczna stylistyczna esencja. Obraz jest fenomenalnie dopieszczony grą światła, a muzyka z tła wychodząca często z cienia na pierwszy plan, raz dosadnie podkreślając epickość formy, dwa charakterystycznym brzmieniem strun banjo wyostrzając podskórny puls i napięcie w osobowościach bohaterów i relacjach pomiędzy nimi wrzące. Ciche spięcia i będące konsekwencją ich narastania burzliwe tąpnięcia. Coś tajemniczego i niepokojącego obejrzałem zarazem, także ciepłego i ludzkiego, bo to film nie tylko o złych ale i dobrych ludzkich emocjach. A o czym konkretnie ta historia? O dwóch braciach po przejściach i z różnicami charakteru oraz natury ich osobowości. O psychicznie niestabilnej kobiecie, z którą jeden z braci się związał oraz o jej synu o mało męskim usposobieniu i wątłej fizyczności. To kawał tematu i kawał dobrego kina z niego wyciśniętego. Długo na coś tak artystycznie wyrazistego i fabularnie intrygującego od Jane Campion czekałem. Zasysa i osacza. Zrobiło mi dobrze, gwarantuję, iż zrobi dobrze również zawodowej krytyce.

P.S. Już w czasie seansu do mnie dotarło, dlaczego Benedicta akurat do roli Phila Burbanka Campion potrzebowała. On się przecież znakomicie do niej nadawał, kiedy rola wymagała mizernego chłopczyka, który okolicznościami zahartowany, na zewnątrz, na pokaz twardym skurwielem się staje. I ja taki wybór castingowy bardzo popieram. 

czwartek, 2 grudnia 2021

Teściowie (2021) - Jakub Michalczuk

 

Jak seans startował, to sobie pomyślałem, że pewnie tylko ten kapitalny i zapożyczony ze współczesnego oscarowego kina patent na perkusyjne smaczki, zamiast typowej muzyki z tła pochwale. Pomyślałem znając zwiastun, że będę się w zasadzie męczył bowiem grad suchych żartów w dialogach bardzo mocno mnie poturbuje. Tyle, że tak sobie nonsensownie z d*** pomyślałem, bo ze mnie wróżka żadna i fusy z porannej kawy nic mi nie mówią, więc w sumie nieco w przewidywaniach pobłądziłem. Fakt, dialogi nie zaskakują i są niemal jeden do jednego takie, jakie już przed projekcją w głowie słyszałem. Ale gdyby nie fajne (eee tam, genialne) aktorstwo (Dorociński hmmm… na plus, na plus też bardzo) i doskonałe oko operatora, sunącego z kamerą na podobieństwo podpowiedzią skojarzeniową wspomnianego powyżej  Birdmana to byłoby znacznie bardziej płasko niż okazało się być. Jest w rzeczywistości równie dobrze w sensie społecznej diagnozy (rodzice jedno, dzieci drugie), jak błyskotliwie w puencie i wystarczająco zabawnie przez całe 80 minut. Prawda ekranu zawiera w sobie sporo prawdy z życia – relacje teściów oczywiście stereotypami są przesiąknięte, ale nie mogło być inaczej, bo najbardziej schematy i skróty myślowe bawią. Inspiracja z życia obserwacji bardzo dobrze została zagospodarowana i ewoluowała naprawdę ekscytująco, a numerem jeden to bezdyskusyjnie była żona szlachcica z Sochaczewa. :) Długo milczała, ale jak się już odezwała, to k**** petarda. Mocno wątpiłem w efekt, tym samym wahałem się przed jego sprawdzeniem, a nie było powodu. Dostałem bowiem (i nie oprę się pokusie użycia wielkich słów) współczesny kameralny Kogel Mogel i esencjonalne Wesele w jednym. Dziękuję!

P.S. Dzisiejsze wesela są takie wystawne i takie wykwintne. Wszystko jest na nich takie tip top. Goście tacy eleganccy i oni obowiązkowo tą bułkę przez bibułkę. Straszne! Już się boję, że kiedy przyjdzie dzień próby, to nie udźwignę. 

środa, 1 grudnia 2021

Adele - 30 (2021)

 


Wówczas, kiedy zjawisko zwane Adele na salony światowego popu z rozmachem za udziałem 21 wchodziło, ja również zauroczony zarówno aranżerską robotą autorów kompozycji z drugiej płyty wokalistki, jak i oczywiście brzmieniem jej głosu, do grona fanów żwawo przystąpiłem i niestety, gdy w cztery lata później trzeci krążek wydała, srogo rozczarowany zaledwie po kilku tygodniach obcowania z 25 się poczułem. O moich odczuciach, swoje i po swojemu napisałem, nie spodziewając się szczerze powiedziawszy, że Adele pozostająca pod wpływem speców od spieniężania własnego talentu, kiedyś jeszcze płytę z charakterem zdoła nagrać. W międzyczasie też moja uwaga w tym akurat segmencie muzycznym, na inny kobiecy głos została przekierowana, a wokalne możliwości Kovacs jednoznacznie zdopingowały mnie do wyrażenia przekonania, że to nie Adele może skutecznie pretendować do korony jaką w tragicznych okolicznościach Amy Winehouse pozostawiła, a właśnie dorównująca jej charyzmą głosu i osobowości Holenderka. Teraz jednak z czwartym longiem Brytyjka powraca i nie, nie zmieniam zdania, że Kovacs jest zjawiskiem o wyższym współczynniku możliwości, ale ukrywać nie będę, iż za sprawą 30 Adele na nowo we mnie do własnej twórczej ekspresji sympatię w serduchu rozpaliła. Póki co (a piszę z perspektywy zaledwie odrobinę więcej niż tygodnia od premiery) spostrzegam czwórkę jako album, który z powodzeniem zarówno Whitney Houston mogłaby nagrać, a nagrać nie nagrała, bowiem jazzującego pierwiastka pomysłom na nią brakowało, tak w świecie męskim Frank Sinatra - gdyby mistrz współcześnie na rynku popu debiutował. Wszystko mianowicie jest tu zwyczajnie nadzwyczajnie pięknie przez producentów splecione - tak że kompozycje utkane na najdoskonalszych muzycznych krosnach są zarówno zwiewne, wyraziste, jak właśnie tak cudnie przezroczyste, że cały talent Adele potrafią wyeksponować. Dodatkowym atutem, który z różnych perspektyw spojrzenia może być też delikatnie nazbyt grubymi nićmi szyty, to ten liryczny konspekt na najszczerzej najszczerszej spowiedzi oparty. Nie wszyscy wrażliwcy, z czym się zgadzam akurat takich "słów i emocji" potrzebują, ale myślę iż wszyscy którzy cenią znakomitą pracę kompozytorską, wokalną i w interpretacji zawarte uczucia potrafią z empatią odczuwać, z pewnością tegoroczny krążek docenią. Adele wyraźnie odbiła ze ślepej uliczki na jaką ją fachowcy na poprzednim albumie nakierowali i ten jej miks wielorakich wpływów od mocno popowego soulu, przez cudnie żywy r'n'b, po smooth jazz, funky i kameralne musicalowe quasi orkiestracje, mnie się znów podoba. Nie wyróżniam żadnego z utworów, bowiem moi faworyci dzisiejsi zapewne z czasem zostaną zastąpieni numerami wolniej osadzającymi się w świadomości, jako że 30 ma dużo więcej do zaoferowania niż klasyczne przeboje. Za co w stronę Adele kieruje ukłony. 

Drukuj