wtorek, 30 sierpnia 2016

Heartbreak Ridge / Wzgórze złamanych serc (1986) - Clint Eastwood




Typowy jak na lata osiemdziesiąte, podług wzoru twardziel plus humor, równa się kino rozrywkowe z odrobiną wartościowego przesłania, lecz w formie banalnej o naiwność się ocierającej. Bez głębi i przenikliwości jaką Eastwood na swych najlepszych produkcjach osiągał. Jednak żeby być uczciwym i ciotą czy gorzej jajogłowym nie zostać nazwanym, to Clint jako syczący półgębkiem weteran z niecenzuralnym językiem, sarkastyczną ripostą (te teksty, o rany, na kolana!), surową miną i bezkompromisową postawą, jednak legenda. Wyszkolił sierżant Highway zgraję ignorantów w niekonwencjonalny sposób, hartując im charaktery, prawdziwych mężczyzn z ich czyniąc. Przeprowadził pouczającą lekcję jak na szacunek pośród testosteronowych młodzieńców sobie zasłużyć. Niestety pomysł na wojsko z przymrużeniem oka, w lajtowej wersji do mnie nie przemawia - trudno mi obok zawodu żołnierza, tym bardziej wojny termin komedia postawić, a tutaj siłą rzeczy muszę. 

P.S. Eastwood całą karierę gra jedna rolę, ale za to jak wdzięcznie to robi i rozumiem znakomicie dlaczego za to przywiązanie do wizerunku jest uwielbiany. :) 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Money Monster / Zakładnik z Wall Street (2016) - Jodie Foster




Jodie Foster jest lepszą aktorką niż reżyserem! Żebyśmy się dobrze zrozumieli, żadna z jej dotychczasowych prób gniotem nie była, lecz do poziomu aktorskiego warsztatu jej umiejętności reżyserskie nie sięgają i pewnie już nie sięgną, gdyż prócz wiedzy na praktykę przełożonej szef wszystkich szefów na planie musi posiadać intuicję i ten błysk co ruchome obrazy w artystyczny majstersztyk przemieni. Aktorka z niej genialna, a reżyserka wyłącznie rzemieślnicza! Taki właśnie jest Money Monster - wszystko niby gra, ale tak podręcznikowo, bez duszy i głębi. Niby o dramacie człowieka sfrustrowanego miało być, ale bez głębszego weń wglądu. Niby o mediach i finansjerze, ale bez przenikliwości, która to na światło dzienne wyrwałaby coś czego zwykły przeciętnie inteligentny pożeracz telewizyjnej, prasowej czy internetowej papki by nie wiedział, ewentualnie by się nie domyślał czytając wprost lub pomiędzy wierszami (marzenie ;)). Bez przekutych na czyny ambicji, ograniczając się wyłącznie do przesłania o typowo naiwnym jankeskim charakterze - jak na dynamiczne kino akcji wystarczająco intensywnie, jednakże myślę, że tutaj o coś więcej ponad pustą rozrywkę z dużą dawką adrenaliny chodziło? Technicznie (jakby gość bez wykształcenia branżowego miał prawo takie oceny ferować) film był do bólu poprawny, taki jak od sztancy, lecz mocniejszych emocji pomimo wyraźnych, nieudolnych niestety prób nie wywołał. Jeżeli już w scenie gwałtownej artykulacji ciężarnej partnerki bohatera, znaczy tego co tam jej na sercu leży, a co hormony w błogosławionym stanie wypluć pomagają, one się pojawiły, ale były jakieś takie nienaturalnie wymuskane i sterylne, że szpitalnej nomenklatury użyję. One bez tego ładunku który wewnątrz człowieka eksploduje i sporych zniszczeń w obrębie psychiki dokonuje, pozwalając często na zgliszczach urodzić całkiem nowe, wartościowe przemyślenia. To trochę jak z reklamą - niby na człowieka działa, jest skuteczna, jednak człowiek zdaje sobie sprawę, że jest szyta na miarę, celowana w punkt, stanowi beznamiętny akt egoistycznej potrzeby zaspokajania potrzeb producenta, nie klienta. Może się mylę, fakt bezsporny, że aż kilka razy w życiu nie mieć racji mi się zdarzyło. ;)

środa, 24 sierpnia 2016

Death of a Salesman / Śmierć komiwojażera (1985) - Volker Schlöndorff




Zwięźle napiszę, w kontraście do merytorycznej zawartości sztuki, której filmowej adaptacji w roku 1985 podjął się eksportowy niemiecki mistrz reżyserskiej profesji. Nie chcę w tym miejscu wyłącznie na treści dzieła Arthura Millera się skupiać, bo ona w formie telewizyjnej czy przede wszystkim wielokrotnie na deskach teatralnych goszcząc, zapewne tylko nielicznemu gronu nieznana. Ogólnie to istotą są relacje z najbliższym środowiskiem, podstarzałego obwoźnego sprzedawcy, kogoś na kształt mniej zaawansowanego technicznie, bo bez laptopa, komórki i innych gadżetów tzw. przedstawiciela handlowego. Więzi z rodziną, a przede wszystkim z synami oraz z kręgiem zawodowym, z którym od lat z konieczności związany. Problem polega na tym, że gość jest nieefektywny w robocie, wskaźniki jego obrotu spadły poniżej kreski, a utrzymywanie pracownika, który kokosów nie przynosi mija się z celem - nie spina się ze strategią firmy. Dodatkowo, a może w pierwszej kolejności ten przywiązany do branży biedak przeżywa frustrację związaną z synami, którzy w jego przekonaniu nie spełniają pokładanych w nich nadziei, a tak obiektywnie rzecz biorąc to są ojcu oddani i rokujący, tylko że ich wizja własnej przyszłości rozjeżdża się z tą zrodzoną w ciasnym niestety umyśle odlatującego psychicznie i skrajnie już sfrustrowanego (bo materialnie nic nie osiągnął) ojca. Hmmm... zresztą swym obłędem sam ich od siebie nieświadomie odpycha. Sytuacja ciekawa i jako fundament dla literackiego rozwinięcia przez błyskotliwego dramaturga obiecująca. Arthur Miller stworzył dzieło przenikliwe psychologicznie i głęboko emocjonalne, a tylko od talentu reżysera zależało czy materiał źródłowy o ogromnym potencjale zostanie przekonwertowany na obraz, który nic na tym procesie w stosunku do oryginału nie straci. W tym miejscu chciałbym napisać, że szanuje ogromnie i odkrywam stopniowo na bieżąco, w miarę możliwości dorobek Volkera Schlöndorffa i zadaję sobie teraz chyba retoryczne pytanie. Czy ta popisówka Dustina Hoffmana jest wyłącznie jego zasługą, czy może właśnie jeżeli aktor znakomity trafi na reżysera wybitnego to ten potrafi ze zdolniachy wydobyć w pełnej krasie całe zasoby. Jest w tym zdaniu zawarta prawda uniwersalna, a potwierdza ją także kapitalny w roli syna John Malkovich. Chemia jaką prezentują dialogi ojca i syna to absolutna aktorska magia i wystarczający powód by z tą ekranizacją się zapoznać, nawet gdy pośród tych walorów pewne minusy można dostrzec. Zgadzam się poniekąd z zarzutami kierowanymi w stronę obrazu, że nie do końca udało się przełożyć sztukę na język filmu, że przytłaczały nieco zbyt statyczne ujęcia, klaustrofobiczne pomieszczenia i przerażająca dominacja dialogów. Zakładam, że był to celowy zabieg zastosowany przez Schlöndorffa, który niestety, biorąc pod uwagę 130 minutową projekcję doprowadzał mnie poniekąd do znużenia. 

P.S. Chyba nie wyszło zwięźle. ;)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Truth / Niewygodna prawda (2015) - James Vanderbilt




Spotlight zdobywając Oscara i nagłaśniając skandale pedofilskie w kościele katolickim, dokonał jeszcze jednej pożądanej rzeczy. Mianowicie przywrócił do łask klasyczne kino, gdzie osią wydarzeń dziennikarskie śledztwo. Po tej właśnie linii idzie debiut reżyserski scenarzysty Basic i Zodiacka, a ja mam przekonanie po seansie, iż pod względem jakości Spotlight i Truth mógłbym śmiało umieścić w tej samej lidze. Doskonale bowiem Niewygodna prawda trzyma tempo, dynamika skutecznie napięcie podkręca, a intryga czy jak kto woli tajemnica jest czytelnie widzowi w aptekarsko wymierzonych dawkach aplikowana. Tyle chyba w kwestii czysto technicznej, bo jak domniemam, nikt nie spodziewał się po Cate Blanchett słabej kreacji, a Robert Redford pomimo zasuszonego już oblicza wraz z dojrzałym Dennisem Quaidem raczej również z góry poziom wysoki gwarantowali. Ogólnie brak słabej roli zarówno wśród weteranów jak i młodszej ekipy, wzlotów ponad poziom także nie dostrzegłem, zatem tyle w temacie. Do sedna przeć zamierzam, a w centrum moich refleksji po projekcji obraz kulis manipulacyjnych przekrętów. Czasy wydajnego odkrywania prawdy już dawno za nami. Obecnie to określenie, po pierwsze drastycznie zdeprecjonowane, po drugie w gąszczu wszelkiej maści kombinacji, zarzucania tropicieli hipokryzji masą oskarżeń, zaszczuwania w atmosferze polowania na czarownice, niemal niemożliwe jest bez poniesienia ponad miarę ofiary dokonanie cudu ukazania istoty rzeczy w obiektywnej formie. I nie jest to wina wyłącznie specjalistów od brudnej socjotechniki, należy się wręcz uderzyć w pierś i przyznać, że oni wyłącznie bogactwo naszych fobii wykorzystują, a to że egoistycznie okopujemy się we własnych często bezrozumnie budowanych przekonaniach opartych na stereotypach czy wręcz strachu to do jasnej cholery nasza osobista wina - każdego z osobna i wszystkich razem. Świat zawsze był skomplikowany w swej naturze, jednak poziom jaki teraz osiągnął to już zagmatwanie na krytycznym poziomie. Zarzucani jesteśmy gąszczem informacji z różnorakich źródeł, które na potęgę wpływają na nasze nastroje, przekonania i decyzje. Jeśli natomiast ktoś twierdzi, iż jest na tą nachalność odporny to gratuluję zadziwiającej znajomości ludzkich słabości. Na koniec dodam jeszcze, iż koniec śledztwa, poszukiwań materiału kres i finałowa emisja, puszczenie owocu w obieg to dopiero początek wysiłku i problemów. Afera jest grubymi nićmi szyta, cholera jednak wie kto igłę trzyma, kto tu komu ma coś finezyjnym ściegiem udowodnić. :) Prowokacją mocno śmierdzi, spiskiem który może minę w szczwany sposób rozbroi i upiecze kilka pieczeni przy jednym ogniu? Ha! Zaciekawiłem? 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Tomahawk - Tomahawk (2001)




Gdzieś u początków swej działalności Tomahawk przeszedł mi koło ucha, nie obijając się wystarczającym echem bym pogrążony wciąż w żałobie po dekonstrukcji Faith No More mógł chociaż po części ukoić smutek. To zadziwiające zwłaszcza, że Mike Patton to dla mnie przewodnik i wyrocznia, bohater dorastania i ikona, niemal świętość do dnia dzisiejszego i pewnie już po kres. Współcześnie, kiedy to Oddfellows i Mit Gas (Anonymous to jeszcze wciąż księga nieodkryta) przegryzione i rozgryzione, rozłożone na części składowe zanalizowane szczegółowo i na powrót zsyntetyzowane, na poważnie i z odpowiednią świadomością powróciłem do debiutu. Stało się to również za sprawą dwóch klipów sprzed lat (God Hates a Coward i Flashback) zarejestrowanych podczas występu w bodajże australijskim telewizyjnym programie. To co tam wyczyniał Patton to jakaś metafizyka, rodzaj głębokiego uniesienia i stopienia się z muzyką w jednolitą całość - porywające i inspirujące doświadczenie. Z tej perspektywy odkrywanie na nowo zawartości pierwszego albumu projektu pochłonęło mnie bezgranicznie i teraz bogatszy w wiedzę ze szczegółowej autopsji pochodzącą napiszę, iż w większości te kompozycje śmiało mogłyby się odnaleźć na kolejnym albumie Faith No More i dziwi fakt, że w projekcie wyłącznie Patton zaangażowany, a towarzyszący mu zacni muzycy w żadnym stopniu z autorami Album of the Year niepowiązani. Takie numery jak Pop 1, Point and Click, 101 North, Jockstrap, Honeymoon, Laredo czy chyba najmocniej z bujającym klimatem znanym z krążków FNM spokrewniony Sweet Smell of Success to perełki i dowód na geniusz i dominację osobowości Pattona. Mimo, że inicjatorem jak wieść niesie powołania Tomahawk był Duane Denison znany przede wszystkim z The Jesus Lizard, a obok niego w ekipie równie charyzmatyczne postaci to duszę grupie zaszczepił wielki Mike. Czuć w każdym dźwięku jego ogromną muzyczną wyobraźnię i nie mam tutaj na myśli wyłącznie siły oddziaływania niesamowitego głosu, lecz wpływ na intrygującą robotę aranżerską. Po trosze eksperymentów brzmieniowych, niepokojącego, dusznego, chwilami schizofrenicznego klimatu, lecz i sporo dość miękkich, takich pluszowo-przytulnych kreowanych aksamitnym tembrem głosu momentów. I tylko jeden fragment mocno mnie zaniepokoił, tak, że z przekonania o drobniutkiej inspiracji, do myśli o plagiacie mnie pchnęło. To motyw z końcówki Molocchio, dokładnie zaczynający się w drugiej minucie i ósmej sekundzie - jednoznacznie kojarzący się riff z jednym z numerów Clawfinger. Jakim, nie pamiętam dokładnie tytułu, może ktoś mi podpowie?

piątek, 19 sierpnia 2016

Gojira - The Way of All Flesh (2008)




Obecnie Gojira to grupa w środowisku metalowym na tyle rozpoznawalna, iż większość fanów ostrych dźwięków jest w stanie prawidłowo ich nazwę wypowiedzieć. :) Za sprawą L'Enfant Sauvage i tegorocznej Magmy wskoczyli do ekstraklasy ostrego grania w tej nieco futurystycznej formule, lecz dla każdego kto już od dekady z nazwą się stykał i liznął ich dokonań było jasne, że ci utalentowani, choć nie w pełni zrozumiali dla wielu francuscy innowatorzy konsekwentnie krocząc dotrą do tego miejsca. From Mars to Sirius czyli krążek z 2005-ego roku pozwolił im wypłynąć, wychylić łeb z podziemia, lecz dopiero nagrany w trzy lata później The Way of All Flesh odnalazł się w działach z recenzjami większości muzycznych periodyków, a wywiady z jego autorami nie były już wyłącznie fanaberią zorientowanych w temacie redaktorów. Zachwyt przede wszystkim z perspektywy czasu zawartością The Way of All Flesh jest dla mnie absolutnie zrozumiały, bo ukrywać nie mam zamiaru, że w dniu premiery byłem krążkiem zaintrygowany, lecz niekoniecznie po wielokrotnych próbach przyswojenia materiału w pełni ogarniałem jego wartość. Szczęśliwie przyszedł moment przełomu i już z perspektywy fana oswajającego temat piszę co myślę o czwartym pełnowymiarowym owocu pracy braci Duplantier i Panów Andreu/Labadie. Po pierwsze w tej mechanicznej porcji konkretnego łojenia jest ogromna wyobraźnia, a kompozycje charakteryzują się różnorodnością wykorzystywanych patentów - posiadają iskrę i ikrę, że tak sobie pozwolę na taką brawurową frazę. Od gwałtownych i dynamicznych sekwencji z okazjonalnymi blastami po pełne przestrzeni klimatyczne pasaże. Od muskania strun, solówek wykorzystujących technikę tappingu po całą gamę sprzężeń, zgrzytów i pisków kojarzących się jednoznacznie z Bogami death metalu z Morbid Angel. Album wciąga i hipnotyzuje, lecz niestety (i tutaj pretensja moja) jest odrobinę zbyt długi. W tym natłoku numerów tkwi jego jedyny mankament, bo umówmy się 75-minutowy stuff jakby nie był sam w sobie interesujący to potrafi odbiorcę zmęczyć. Wolałbym po góra godzince wcisnąć przycisk repeat niż po finałowym dźwięku potrzebować przerwy. Mimo jednak tego minusa jest to krążek wybitny, a numery takie jak singlowy Vacuity, czy równe mu Oroborus, A Sigh to Behold, A Art of Dying, Esoteric Surgery czy Adoration of None to klejnoty bezdyskusyjnie. Jak twierdził Joe w jednym z wywiadów przeprowadzonych na okoliczność promocji The Way of All Flesh płyta była logiczną kontynuacją drogi i myślę, do dnia dzisiejszego każdy kolejny studyjny krok jest nią nadal, a sama Gojira może być nazwana jedną z najbardziej usystematyzowanych kapel na metalowej scenie. Konsekwencja jest ich dewizą, a nieograniczona wyobraźnia znakiem rozpoznawczym. 

środa, 17 sierpnia 2016

The Daughter / Powrót (2015) - Simon Stone




Tak jakbym dwa odmienne filmy oglądał - pierwszy trwający niemal godzinę, która była męką i nużyła okropnie, wytrwać do końca nie pozwalała. I drugi, ponad dwa kwadranse, gdzie wszystkie odpowiedzi systematycznie udzielane emocje bardzo silne wywołały. Natężenie smutku i dramatycznych reperkusji wydarzeń z przeszłości, ich wpływ na każdą postać tego dramatu to skrajnie przytłaczające dla widza doświadczenie. Trudno w tym momencie pisać o szczegółach warsztatowych i jakkolwiek oceniać wartość obrazu, kiedy intensywny finał tak sugestywnie druzgocący psychicznie obrót przybrał. Przyznaję, że absolutnie nie spodziewałem się, że taki z początku mdły zakalec okaże się gwałtownie  poruszającym dramatem. Ostrzegam jednak, że osiągnięty efekt dla części z widzów może okazać się szczwaną manipulacją wykorzystującą z premedytacją i bez jakichkolwiek hamulców telenowelowe wzorce, tutaj akurat podane w surowej oprawie, autentycznym anturażu i przekonującej formie. W moim odczuciu była to właśnie tego rodzaju szarża, fakt skuteczna lecz wywołująca mieszane odczucia. Czy czując w tym podstęp, powinienem głęboko i z powagą przeżyć wraz z bohaterami ich traumę, czy może raczej pozostać niewrażliwym na jej wyreżyserowaną melodramatyczność? Myślę, że gdzieś w połowie tego tekstu padła już na to pytanie odpowiedź. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

The Graduate / Absolwent (1967) - Mike Nichols




Ówcześnie, czyli na przełomie roku 67 i 68 przyjęty jako dość skandalizujący, przełamujący seksualne konwenanse, jeszcze silnie wrośnięte w społeczeństwo amerykańskie. Dzisiaj z perspektywy niemal półwiecza absolutnie podobnych odczuć widzowi oszczędzający, bo opowieść o dobrze wychowanym młodzieńcu z bogatych przedmieść, który erotyczną inicjację przeżywa z dwukrotnie starszą, lecz wciąż atrakcyjną (zjawiskowa Anne Bancroft) żoną przyjaciela rodziny, to jak na dzisiejsze standardy kinowej kontrowersji prawdziwy lajt. I w tym miejscu to dla samego obrazu sytuacja komfortowa, bo oczywiście nie w szokowaniu tkwi jego największa wartość. Pomimo wtedy jeszcze stosunkowo ograniczonego doświadczenia Mike Nichols popisał się kapitalnym zmysłem do łączenia poważnego tematu z inteligentnym humorem, ciekawych ujęć z tłem muzycznym wyrastającym obok świetnej obsady na równorzędną gwiazdę i ikonę popkultury. Skomplikowane relacje bohaterów, zainicjowane pikantnym tete a tete z Panią Robinson - z Panem Robinsonem spięcia, wreszcie kulminacyjny powrót jego córki z collage’u i odnalezienie przez Benjamina duchowej przyjaźni, autentycznego pełnego porywu serca, a nie wyłącznie fizycznego pociągu to bogaty przekrój naturalnie i przekonująco przekazanych emocji. Wkręcił się chłopak w niebezpieczną gierkę z dojrzałą i znudzoną kobietą, przeżył z nią uniesienie i swoistą przemianę przeszedł, a w finale charakter na miarę prawdziwego mężczyzny pokazał. Tak Dustin Hoffman okazałą karierę rozpoczął stając się z marszu dojrzałą hollywoodzką gwiazdą.

P.S. Taka ciekawostka – w rzeczywistości Hoffman był tylko o sześć lat młodszy od Bancroft. :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

Mother Love Bone - Apple (1990)




Gdyby nie tragiczna lub po prostu głupia śmierć Andrew Wooda nie powstałby Pearl Jam, a może numery podobne tym z Ten zamiast Veddera zaśpiewałby właśnie Wood? Gdyby nie zgon charyzmatycznego wokalisty Mother Love Bone rozwój sceny grunge przebiegłby zupełnie inaczej, a może i scena nie eksplodowałaby z taka mocą? Może, może - ciężko spekulować jak losy ostatniej wielkiej rewolucji w rocku by się potoczyły. Jedno jest pewne był to moment przełomowy, jak twierdzi Chris Cornell scena wówczas straciła swą niewinność i to już moje słowa, po takiej tragedii podniosła się ze zwielokrotnioną siłą, a sam trzon Mother Love Bone jak pokazał czas przedzierzgnął się w kultowy Pearl Jam. Stone Gossard i Jeff Ament osieroceni trafili na poszukujących muzyków i tego jednego wyjątkowego o głębokim głosie wokalistę i stali się legendą. Jednak nie o twórcach najlepszego debiutu w historii rocka tu będzie, tylko o grupie, która wydając wyłącznie jeden pełnowymiarowy album w annałach rocka się nim zapisała. Tutaj wtrącę osobistą dygresję, że dzięki praktykowanej od jakiegoś czasu manii spisywania własnych refleksji w temacie muzyki czy filmu sięgam do krążków, które zaczęły pokrywać się już warstwą kurzu. Dodam, że tą bezpośrednią inspiracją do odkurzenia Apple były ostatnio obiegające sieć informacje o trasie koncertowej i ewentualnym nowym materiale studyjnym Temple of the Dog. Jak ze sobą są powiązane nazwy Mother Love Bone i Temple of the Dog nie muszę chyba wyjaśniać, a jeśli ktoś nie zna związku niech momentalnie ten karygodny brak wiedzy zniweluje. :) Wieści od T.O.T.D. przypomniały, a nałóg pseudo dziennikarski pozwolił na nowo głęboko przeżyć dźwięki z Apple. :) Wracam zatem do meritum i po kilkunastu ostatnio zainicjowanych odsłuchach longa Mother Love Bone twierdzę, że niewiele w tych numerach cech zbieżnych z tym co w 1991 roku ekipa z Vedderem zaproponowała. Oprócz może zbliżonego brzmienia więcej na Apple podobieństw do Alice in Chains czy nawet Guns'n'Roses. Zarówno pod względem sposobu budowania kompozycji jak i podobieństw w obszarze wokalu. Jak słucham Wooda to gdzieś pobrzmiewa mi głos zarówno Axla Rose'a jak i Layne'a Staley'a, który już po dekadzie z hakiem dołączył do Wooda w zaświatach. Jednak gdy maniera wokalisty Mother Love Bone wybrzmiewa to pierwsze skojarzenie wędruje do gościa co w kilka lat później pod szyldem Ugly Kid Joe chwilowe, lecz głośne swoje pięć minut miał. Whitfield Crane z kompanami był i zniknął dosyć szybko i jak mi teraz wszechwiedzący net podpowiada nawet cztery lata temu po ciszy powrócił z albumem studyjnym, jednak znajomość jego mi obca i pewnie tak pozostanie. Niezły to zespół był, ale w świadomości na tyle mocno swego miejsca nie wyrył - i tyle. :) Inaczej z Apple ma się sprawa, bo ta przebojowa porcja energetycznych, a chwilami chwytających za serducho i ściskających gardło dźwięków z odpowiednią młodzieńczą pasją, emocjonalnym zaangażowaniem ale i luzem zagrana przetrwała próbę czasu i chociaż teraz nie spotyka się tak grających ekip to w moim, weterana przekonaniu poczucia zażenowania podczas odsłuchu absolutnie oszczędza. Duch rebeliancki i refleksyjna natura w nich żyje, a to cechy które (i tutaj stary dziad przemówi) dzisiejsza młodzież może znać tylko z opowieści tych rodziców którzy w swoim życiu o rockową rewolucje się otarli. Teraz małolaty wyłącznie w kategoriach ja myślą, egoizm jest religią, a roszczeniowość to ich sposób na życie. Jak już jakiejś ideologi buntowniczej się chwycą to pierdoląc swoje mądrości bez poczucia wstydu, bo świadomości przecież brakuje, swoją niewiedzę obnażają. Tutaj tekst urywam, bo zbyt blisko polityki się znalazłem, a miało być o rzeczach przyjemnych. :)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Macbeth / Makbet (2015) - Justin Kurzel




Poważna sprawa, bo toż to ikona literatury, a dla aktora warsztatowy Mount Everest, bo przecież zagrać Macbetha to obok roli Hamleta największy dla przedstawiciela tej profesji zaszczyt. Michael Fassbender na fali, zatem nie dziwię się że Justin Kurzel w tej roli hollywoodzkiego gwiazdora obsadził. Talent niewątpliwie człowiek posiada, warsztat znakomicie przyswoił i aparycję odpowiednią w genach przekazaną otrzymał. Donoszę zatem, że decyzja ta była trafna, bo Fassbender w roli odnalazł się znakomicie, a towarzysząca mu równie atrakcyjna fizycznie i sprawna aktorsko Marion Cotillard dopełniła ten duet wybornie. Postaci są wyraziste, odpowiednio sugestywne, a psychologiczne profile odtworzone z pasją i precyzją w teatralnej manierze. Chorobliwa żądza władzy, oślepienie namiętnością i podatność na manipulację, a dalej obłęd prowadzący ku upadkowi. Wszystko to widać i czuć w gestach, mimice – ekspresji ciała i głosu. To ogromny atut produkcji, która prócz powyższych zalet mistrzostwu aktorskiemu i geniuszowi Williama Shakespeare’a zawdzięczająca posiada jeszcze jeden walor, co dla oka szczególnie atrakcyjny. Wymiar wizualny to prawdziwa poezja, plastyczny majstersztyk. Zamglona, zatopiona w półcieniach, w surowych zimnych barwach, scenografia jakoby pędzlem malarskim wykreowana, z obrazów klasyków czerpiąca inspiracje – oddająca przemożne poczucie niepokoju, tajemnicy mrocznej. Wyrafinowana wizja sztuki Shakespeare’a, która w takiej formule na takim laiku w kwestii klasycznej literatury zrobiła duże wrażenie!

P.S. Jasne, że Shakespeare’a nie czytałem i pozować na jajogłowego znawcę literatury klasycznej nie zamierzam. Z lenistwa, z braku miłości dla archaicznego stylu, który szkoła w podstawówce obrzydziła, a może ze względu na osobistą naturę, w której zawsze ścierały się intelektualne poszukiwania, czasem wysokie aspiracje z robotniczym pochodzeniem, trzymającym człowieka przede wszystkim przy sprawach przyziemnych. Cholera wie, nie mam zamiaru prowadzić teraz spontanicznej, nieprofesjonalnej psychoanalizy, bo boje się że grzebiąc pośród dzieciństwa i okresu dorastania mógłbym jakiego trupa odgrzebać, który już zupełnie by mi osobowość zwichrował. :) Tak czy inaczej jestem pewien, że znajomość tekstu źródłowego wzbogaciłaby odbiór obrazu Justina Kurzela i uwypukliła niuanse udowadniając w inny niż typowo szkolny sposób niepodważalny geniusz najwybitniejszego angielskiego literata. 

środa, 10 sierpnia 2016

Chronic / Opiekun (2015) - Michel Franco




Tim Roth w małym, w znaczeniu kameralnym obrazie o wielkich, w rozumieniu wartościowych rzeczach. W roli zwyczajnej, nieprzestylizowanej i nieprzeszarżowanej, naturalnej i w tej autentyczności sporo sympatii zaskarbiającej. Z powściągliwą mimiką o dużym znaczeniu drobnych drgań mięśni twarzy, z emocjami kontrolowanymi, wewnątrz utrzymywanymi, maluje on detalami portret człowieka smutnego, doświadczonego tragedią, którego życie nie potoczyło się zakładanym szczęśliwym torem. Człowieka cierpliwego, ciepłego, wyrozumiałego i opiekuńczego, oddanego wymagającej fizycznie i psychicznie pracy i w niej poniekąd rekompensującego sobie  emocjonalne deficyty, swoistą dezercję z właściwego pola walki. W życiu zawodowym otaczają go bezlitosne choroby i cierpienie ustawiczne, a taki stan rzeczy nie sprzyja pozbyciu się głęboko wrośniętej traumy. Widz obserwuje kolejne epizody, rodzinne więzy, nowe relacje z pacjentami i zadaje sobie pytanie (przynajmniej ja tak miałem) kiedy braknie mu siły, czy jeśli to nastąpi sam zrezygnuje z walki. Cierpienie bez względu na źródło wszelkiej nadziei pozbawia i nikt kto sam nie doświadczył jego okrucieństwa nie ma prawa do oceniania decyzji człowieka poddawanego takim katuszom!

wtorek, 9 sierpnia 2016

El Clan / Klan (2015) - Pablo Trapero




Rodzina z dystansu taka modelowa, zżyta i ciepła, a jej życie toczy się z pozoru zwyczajnie. ;) Lecz jest coś na rzeczy, jest tu drugie oblicze, mianowicie profesja jaką się zajmują to porwania dla okupu. Trudnią się dochodowym procederem bez skrupułów w zimny, wyrachowany sposób, pozbawieni całkowicie empatii dla potencjalnych ofiar, wypierający ze świadomości podłość czynów, przekonani o konieczności podejmowania okrutnych działań dla dobra klanu. Nie wszyscy jednak jego członkowie są tak zimni i bezwzględni, lecz odruchy sumienia nie wystarczają by się sprzeciwić - aby wyrwać się z zaklętego kręgu współzależności i współodpowiedzialności. Zdrada to sprzeniewierzenie się rodzinnym wartościom, zaprzeczenie wyznawanym zasadom i wspólnocie, a w konsekwencji rozbicie więzów w familii. Pozostanie osieroconym, odizolowanym, napiętnowanym, a przede wszystkim narażającym bezpieczeństwo rodziny. Bardzo długo interes byt zapewnia, planowanie i działanie idzie sprawnie, lecz coś w końcu musi się spieprzyć i mechanizm dotąd skuteczny zatrzeć. Parasol ochronny został zdjęty, uwarunkowania polityczne zupełnie nową rzeczywistość nakreśliły, a w niej  lojalność dotychczasowej junty przegrywa ze strachem i osobistym interesem poszczególnych jej członków. Od strony warsztatowej przyzwoicie, czasem nawet wyjątkowo sugestywnie. Uderza kontrast pomiędzy codziennymi rodzinnymi rytuałami (popołudniowa kawka, modlitwa przy stole), a cierpieniem więzionych ofiar (tortury, egzekucje), okraszony z brawurą podkładem muzycznym w postaci standardów muzyki rozrywkowej oraz odpowiednio przyprawiony absurdem i groteską. Jednakowoż finalnie potencjał tej opartej na autentycznych wydarzeniach historii został w mym przekonaniu niewykorzystany. Niestety film za sprawą ograniczonej ekspresji, sterylnych emocji, nieefektywnie stopniowanego napięcia i dynamice dość jednostajnej zbyt często przynudza i super entuzjastycznych ocen nie jest w stanie wymusić.

piątek, 5 sierpnia 2016

The Nice Guys / Równi goście (2016) - Shane Black




Będę do bólu szczery, chociaż śmiać się bardzo lubię, żarty się mnie trzymają i jak z rękawa sypię ciętymi sarkastycznymi ripostami to absolutnie nie odczuwam ostatnio potrzeby by karmić się filmami, gdzie jajcarscy bohaterowie widzowi rozrywkę tego rodzaju fundują. :) Od cholery wokół absurdalnych wydarzeń i osobliwych postaci z których polewka ustawiczna i to może być po części przyczyną braku zainteresowania szeroko rozumianym gatunkiem komedii. Z drugiej strony rzeczywistość nie szczędzi nam także dramatów, a do obrazów o poważnej tematyce i głębokich refleksji tam snutych znacznie większy pociąg odczuwam. Nie zrzucę też przyczyny takich wyborów na wiek ewentualnie zgorzknienie, bo jak na wstępie napomknąłem na żartach znam się nadal wyjątkowo dobrze. :) Szukam więc przyczyny dalej i hmmm... już ją widzę. Ja po prostu na tyle dojrzały i ambitny intelektualnie już jestem, że jak z humorem to wyłącznie kiedy z żartu konkretne wartościowe przesłanie wynika! ;) :) Duma mnie z takiej błyskotliwie przeprowadzonej analizy rozpiera i tylko jedno mnie martwi, że gdy zbiegiem okoliczności kierowany, a nie świadomie zaplanowanym działaniem obejrzałem komedię tą właśnie sensacyjną, to w kilku momentach wybuchałem spontanicznym gromkim śmiechem, miast zrobić intelektualny grymas świadczący o braku akceptacji dla pospolitego żartu. :) Z drugiej zaś mańki może to świadczyć, że nadal równym gościem jestem, a elokwencja i obfita wiedza życiowa nabyta w drodze doświadczenia wzbogacanego teorią nie wbiła mnie w elitarne poczucie wyższości. :)

P.S. Z obowiązku dodaje, iż The Nice Guys to sprawnie zrealizowana rozrywka po linii klasycznej już serii Lethal Weapon, co nie dziwi kiedy po sprawdzeniu w przepastnych archiwach filmwebu okazuje się, że Shane Black to scenarzysta pierwszej części tego klasyka. Niestety pomimo dobrych kreacji Crowe'a i Goslinga grających pokrótce twardziela z surową miną i niezdarnego showmana brakuje całość polotu na miarę legendarnych ścięć Gibsona i Glovera, a same gagi to raczej suchary inspirowane kliszami, które o zgrozo jednak pobudzały mój rechot. Obydwaj dżentelmeni z gołębimi sercami pod grubymi warstwami izolacji, wzbudzili mimo wszystko moją sympatię, a akcja osadzona w połyskujących okolicznościach miejsca i czasu nakręcana odpowiednio dynamicznie, z przytupem i fantazją nie pozwoliła przysnąć lub w poczuciu zażenowania zakończyć przed czasem starcie. Wiem, to nienaturalne by w postscriptum o konkretach filmu pisać, lecz musiałem przecież coś merytorycznego w temacie napisać, a za cholerę spiąć pierwszej i drugiej części w jednorodny tekst nie potrafiłem. :)

środa, 3 sierpnia 2016

Entombed - Wolverine Blues (1993)




Tkwił od zaczątku i tkwi do dzisiaj w Entombed niespokojny duch. Wpierw przepoczwarzenie się z Nihilist w Entombed, rejterada kolejnych istotnych członków (Nicke Andersson, Ulf Cederlund), permanentnie, na każdej kolejnej płycie ciąg ku odświeżaniu formuły, a teraz względnie niedawno za sprawą konfliktów wewnętrznych i walki o prawa do nazwy funkcjonowanie pod szyldem Entombed A.D. made in L.G. Petrov oraz działalność kierowana pod przewodnictwem Alexa Hellida. Mają goście trudne charaktery, a to zawsze w aktywności muzycznej wiązało się z wykuwaną w gorącej atmosferze i skrzących się iskrach wysoką jakością. Tarcia i szarpanina wespół ze względną koegzystencją silnych i kreatywnych osobowości to przepis na status ikony, niemal zawsze. Tyle wstępu, do meritum Panie, inaczej do rzeczy! Wolverine Blues tytuł zawdzięcza książce Jamesa Elroy’a „The Big Nowhere”, brzmienie natomiast ukręcone zostało przez Tomasa Skogsberga w mekce szwedzkiego death metalu, czyli Sunlight Studios. Mistrz konsolety wzorcowo ożenił selektywność z brudem, mięcho z detaliczną precyzją. Dźwięk ze słuszną mocą bucha z głośników, jest ostry, odpowiednio intensywny i szorstki. Same kompozycje odbiegają jednak od szablonowego death metalowego grzania spod znaku trzech koron. Świeżość propozycji Entombed tkwiła w porzuceniu zawrotnych prędkości, blastów i punkowych bić na rzecz przede wszystkim konkretnych tłustych riffów sunących w towarzystwie kapitalnego soczystego groove’u. Numery sprokurowane według tejże recepty stały się zdecydowanie bardziej chwytliwe i atrakcyjne dla mniej zahartowanego ucha, lecz nie utraciły przy tym na brutalności. Sporo czytelnych solówek zostało wysuniętych na przód, a one same (i tutaj zaryzykuję bluźnierstwo ;)) sięgają poniekąd do inspiracji rosnącym w owym czasie na sile melodyjnych trendem w szwedzkim łojeniu - tym spod znaku sceny goeteborskiej. Jasne, że te naleciałości nie sprawiły, iż Entombed postanowił zostać kolejną gwiazdą na miarę At The Gates, czy (o zgrozo :)) In Flames/Dark Tranquillity. Te przebojowe wycieczki są szczęśliwie kontrowane masą surówki uzyskiwanej przy pomocy pisków, zgrzytów i rock’n’rollowego feelingu, a sam wyraźny i bezpośredni zwierzęcy ryk Petrova dodaje pierwotnej mocy. I pisząc o Wolverine Blues w tonie entuzjastycznym zdaję sobie sprawę, że wśród radykalnych fanów grupy pewnie poklasku i zrozumienia nie zdobędę. Dla nich akurat ten krążek poniekąd końcem tej formuły w której buntowniczych ramionach się odnaleźli. Wraz z odejściem od klasycznych, miażdżąco deathowych rozwiązań z Left Hand Path czy Clandestine, Entombed zmiękł i z radykalnie pojmowanej ścieżki lewej ręki zboczył. Dla mnie jednak to właśnie Wolverine Blues jest krążkiem wyjątkowym, a jego charakter najcelniej oddaje ducha rebelii. W kolejnych latach działalności Szwedzi nie zawsze zaspokajali oczekiwania sceny, napisze więcej, że byli odsądzani od czci i wiary, szczególnie gdy Same Difference światło dzienne ujrzał. :) Teraz jednak z perspektywy czasu nie ma wątpliwości, że krocząc swoją autorską ścieżką obronili się jakością, dzięki której nawet płyty w swoim czasie niedoceniane dziś nie są już tak bezbronnym obiektem krytyki. Od roku 1993-ego w ich muzyce zawsze czuć było tego rebelianckiego ducha rock’n’rolla, a brutalne korzenie mocno wrośnięte w ja zespołu nie pozwalały aby owoce zbyt mdłe były. W moim przekonaniu z całej masy legend szwedzkiej sceny osiągnęli najwięcej i najmocniej wryli się w historię muzyki. I nie mam tutaj rzecz jasna na myśli sukcesu komercyjnego, ale wykreowanie stylu, który nie ma mowy by kiedykolwiek się zestarzał lub był kojarzony z typową młodzieńczą naiwnością. Ta hybryda ogólnie postrzeganego archetypicznego rocka i piwnicznej stęchlizny hałaśliwego death metalu jest ich i nie mam mowy by ktoś im odebrał status legendy. Nie dokona tego nawet żenująca przygoda z sądem, przynajmniej w moich oczach. ;) 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Scorpion Child - Acid Roulette (2016)




Branża i mam w tym miejscu na myśli środowisko dziennikarzy muzycznych w większości entuzjastycznie najnowszy krążek Scorpion Child przyjęła. W podsycającym ciekawość tonie także w sprawie Acid Roullete jeden znajomy rozeznany w temacie się wypowiadał, stąd nawet jeśli w planach odsłuchu najnowszego wypieku Amerykanów nie miałem to za sprawą bombardujących mnie rekomendacji decyzje podjąłem, która primo miała w założeniach wzbogacić moją wiedzę w temacie Scorpion Child, secondo dostarczyć mi kolejnej porcji inspirowanego ikonami sprzed lat soczystego hard rocka. Pierwsze założenie zrealizowane, bo już po kilku odtworzeniach klarowną opinię, czytaj ocenę materiału miałem, drugie wynika z pierwszego i hmmm... tutaj niestety zawód nastąpił, który to wypadkową sporych oczekiwań wynikających dalej wprost z wysokich notowań u osób których opinia dla mnie znacząca. Gdybym bez tych laurek do krążka podchodził pewnie i mniej surowo bym go zrecenzował, jednak w ich kontekście jak i także ogromnej konkurencji o żadnym wyjątkowym doświadczeniu nie ma mowy. W moim przekonaniu nie jest to poziom moich bardziej lub mniej nabożnie czczonych obecnie faworytów, bo daleko tym zabiegom dodającym muzyce transu i kwasu, do numerów przykładowo Monster Magnet, pustynne inklinacje to nie jest piach na miarę Lonely Kamel, czy groove jak u Audioslave. Przede wszystkim klawiszowe pasaże i gęste tła na purpurową modłę są zwyczajnie bladym odbiciem klasy Spiritual Beggars, a bluesowe naleciałości nie posiadają klimatu którym czaruje Graveyard. Podobnie pazur jakim wyszarpuje co się da przykładowo Airbourne jest w przypadku Scorpion Child znacznie stępiony, a luz ten z okolic Turbonegro czy Backyard Babies występuje, ale w ilościach jedynie śladowych. Nie pomaga także wokalista, który zbyt często zwyczajnie fałszuje nie dając rady sprostać linii melodycznej, a sama barwa jego głosu jest mdła i dla moich uszu przez wzgląd także na manierę nieatrakcyjna. Pomimo tych ułomności summa summarum album głębokich ran nie zadaje i jako solidny średniak z ewentualnymi optymistycznymi widokami na przyszłość przy odrobinie dobrej woli może być rozpatrywany. Obecnie jednak nie stanowi dla mnie kąska na tyle smakowitego by do niego wracać i nie wskoczy nawet do drugiej dziesiątki albumów/kapel w mutacji retro rock/hard rock. A może zwyczajnie apetyt w tej kategorii mam już zaspokojony.

P.S. Zakrojona na wielką skalę kampania promocyjna Nuclear Blast w moim przypadku nie przyniosła zakładanego efektu. Zarzucenie przestrzeni wirtualnej masą (trzeba przyznać dla oka atrakcyjnych) obrazków, wszelkiej maści klipów i lyric video wyłącznie na chwilę przyciągnęło moją uwagę.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Napalm Death - Enemy of the Music Business (2000)




Byli i pozostają nadal forpocztą zmetalizowanego grindcore'a mimo, iż niemal trzy dekady od debiutu minęły. Gdzie tkwi ich siła, w jaki sposób osiągnęli niepodważalnie wysoką pozycję w branży, jakby nie protestować także w sporej mierze zależnej od trendów. Ano paradoksalnie w byciu sobą ta moc sprawcza, jakby to banalnie nie zabrzmiało i jakby to określenie nie było ostatnimi czasy przez celebrytów deprecjonowane. Żaden trend ich nie zniewolił, nie miał takiej możliwości, kiedy w składzie grupy sami ponadprzeciętnie świadomi, wyjątkowo inteligentni i o silnej osobowości ludzie. Wystarczy lektura jakiegokolwiek wywiadu z muzykami Napalm Death by zrozumieć o czym tutaj koślawo chcę pisać. Fakt przez te lata sporo się w ekipie Brytoli działo, bo do cholery musiało zważywszy na potencjał i szerokie horyzonty poszczególnych członków kapeli. Nie będę jednak teraz szerzej historii przedstawiał i o analizę wpływu napalmowych muzyków na rozwój ambitnego łojenia czy dogłębnie rozumianej alternatywy się silił. Są mądrzejsi w tym temacie ode mnie i im pozostawiam te głębokie rozważania. Sam być może przy okazji opisywania subiektywnych odczuć względem krążków Napalm Death gdzieś między wierszami wtrącę własne trzy grosze, lecz zastrzegam nie mam ambicji w buty eksperta włazić. Wrzucam od czasu do czasu na słuchawki albumy wyspiarzy i jakie mi emocje wówczas towarzyszą bez zbędnej filozofii napiszę. A zaczynam o napalmach właśnie od Enemy of the Music Business, gdyż dla człowieka, który w poważne zainteresowanie gitarowym mięchem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych wchodził to naturalne. Nie było opcji by wszystko z miejsca poznać, internetu z wiedzą wszelaką wtedy człowieku nie mogłeś uświadczyć zatem informacje czerpałeś z mniej lub bardziej profesjonalnej prasy muzycznej, ewentualnie od kolesi starszych z odpowiednio właściwym zajobem i cierpliwością do młodzieży. :) Zresztą nie kręcąc, potężna ściana dźwięku i prędkości osiągane przez Embury'ego i spółkę były nie do ogarnięcia u początków mojej metalowej przygody. Moment przełomowy nastąpił w roku milenijnym za sprawą "wroga" właśnie, a recenzje entuzjastyczne znacznie przyspieszyły proces ogarniania miażdżących dźwięków generowanych przez tych muzycznych szaleńców. W przekonaniu wielu, także i moim, teraz znacznie bogatszym od ówczesnego to właśnie tym albumem dokonali nowego otwarcia wkraczając na ścieżkę prowadzącą ich wprost na drogę do doskonałości. W jej kulminacyjnym miejscu symbioza entuzjazmu i dojrzałości, młodzieńczej pasji i dorosłej pokory. Enemy of the Music Business to hipnotyzująca dawka precyzyjnej brutalności, furii nastawionej na miażdżenie wszelkiej hipokryzji, podłości kamuflowanej szerokim serdecznym uśmiechem - pazerności i obłudy. Na poziomie rzecz jasna tekstów jak i dźwięków potraktowanych takim brzmienie, że głośniki zmuszone do zniesienia ekstremalnych przeciążeń. Blasty, punkowe galopady i piekielnie masywne zwolnienia z kroczącymi riffami. Potworna dynamika, obłędne tempo czasem tylko skondensowana masa rozbijana względnie chwytliwym motywem. Soniczny gwałt na moim słuchu i ideologicznych przekonaniach. Za sprawą instrumentów podpiętych pod piece i eksploatowanych w warunkach wykluczających gwarancję producenta oraz dzięki mocy głosu Barney'a wypluwającego z trzewi z przenikliwym publicystycznym zaangażowaniem i wściekłą dosadnością wszystko co go wkurwia, by po wszystkim odnaleźć spokój i sprawiać wrażenie wyjątkowo zrównoważonego człowieka. Właśnie, jak nie jesteś w stanie powstrzymać skurwiającego się na potęgę świata to nie daj chociaż skurwić się sobie samemu i nie pozwól by ta nadęta banda korporacyjnych i politycznych pajaców o frustracje cię przyprawiła! Manifest inspirowany muzycznie stworzyłem. :)

P.S. Osz cholera zakładałem, że tekst będzie znacznie krótszy, a tu paplanina rozrosła się do rozmiarów odwrotnie proporcjonalnych do długości kompozycji Napalm Death. Obiecuje, że nawijając o kolejnych krążkach powstrzymam się od zalewu słów. :)

piątek, 29 lipca 2016

Wonder Boys / Cudowni chłopcy (2000) - Curtis Hanson




Ach ci literaci, barwnie wysławiający się przedstawiciele intelektualnych elit. Osobliwe postaci z licznymi ekstrawaganckimi przypadłościami wynikającymi ze specyficznej mieszanki megalomanii i nadwrażliwości. Ze skłonnościami do sarkazmu, użalania oraz nadmiernego filozofowania. Bystre umysły, wrażliwe dusze próbujące odnaleźć na nowo własną drogę po serii zaniechań czy powodowanych między innymi egoizmem błędów. :) To w kwestii życia prywatnego, zaś zawodowo przekazać uzdolnionemu merytorycznie i artystycznie (przy jednoczesnym zwichrowaniu psychicznym) narybkowi szlachetne przekonania, wiedzę warsztatową oraz trafić na natchnienie, napisać kolejną powieść, wylać z siebie morze zachwycających akapitów, "pozwolić odnaleźć pomost pomiędzy falami natchnienia, a dalekim wybrzeżem wykonania". :) Kino interesujące, bo wartościowe i zabawne, z koncertowym wręcz aktorskim sznytem! 

P.S. Wiem krótko, ale jak zgrabnie literacko. ;)

środa, 27 lipca 2016

Bronson (2008) - Nicolas Winding Refn




Cóż to było? Takie pytanie sobie zadałem gdy pierwszy raz tą zadymę zobaczyłem. Groteskowy dramat, może surowa czarna komedia z elementami musicalu, czy coś w rodzaju surrealistycznego kabaretu? Mocno stylizowana próba wzbudzenia sympatii dla świra, ekstremalnie brutalnego czuba kierującego się twardymi zasadami. Zastosowany pomysł wizualno-muzyczny zdecydowanie udany, choć sugestywny, przesiąknięty przemocą i brutalnością obraz napędzany przede wszystkim nowoczesnymi dźwiękami posunięty chwilami do granic dobrego smaku. On finalnie z dobrym skutkiem barwnie i celnie oddający charakter Michaela Petersona aka Charliego fuckin' Bronsona. Nadpobudliwego zezwierzęconego showmana z inklinacjami do siermiężnego obudowywania swych działań naciąganą filozofią. I tutaj jasno wyrażę ogromne uznanie dla warsztatu aktorskiego Toma Hardy'ego, który oto osiągnął poziom wyborny, wykorzystując w pełni potencjał granej postaci by z impetem wbić się do czołówki współczesnych aktorów i pozostawać tam z powodzeniem do dzisiaj. Hardy pnie się w górę, czego nie mogę niestety napisać o Refnie - zagubionym ostatnio lub zwyczajnie odlatującym zbytnio w poczuciu wyjątkowości. Bronson i Drive to szczyt z którego zszedł do poziomu przynajmniej dla mnie niestrawnego Only God Forgives. I wyrażę tutaj nadzieję, że nadchodzący Neon Demon pozwoli mi znów z ekscytacją pisać o jego twórczości.

P.S. Jeszcze jedno dodam by tym którzy po powyższym opisie nie mają jeszcze odpowiednio precyzyjnego rozeznania z czym podczas seansu będą mieć do czynienia. :) Bronson to rodzaj hybrydy, której elementami klasyki w rodzaju Mechanicznej pomarańczy, Trainspotting, 12 małp czy Lotu nad kukułczym gniazdem z obowiązkowym rzecz jasna wpływem stylu Quentina Tarantino. Takie właśnie skojarzenia, gdybym miał wprost czym jest Bronson tłumaczyć, na myśl mi przychodzą.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Gone is Gone - Gone is Gone (2016)




Od przesytu łeb nie powinien boleć, zatem kiedy kolejnymi projektami muzycy związani na co dzień z Mastodon częstują, należałoby absolutnie nie marudzić, tylko pić z tego rogu obfitości póki jest okazja. Szczególnie, że o jakość przynajmniej teoretycznie nie trzeba się martwić. Taką tezę sobie wykułem, kiedy zaanonsowano powołanie do życia ansamblu w skład którego wszedł Troy Sanders wraz z Troy'em Van Leeuwenorazem - kolejno właśnie arcyciekawy Mastodon i obecnie szczególnie bezdyskusyjnie wyjątkowy QOTSA. Skład jak domniemałem uzupełnili Tony Hajjara i Mike Zarina, mnie akurat muzycy nieznani (jak notki prasowe donoszą wielu tak :)) i dodatkowo podobno to właśnie ten duet był inspiratorem całego przedsięwzięcia. Z miejsca, przynajmniej zaraz po tym jak na wieści o narodzinach trafiłem, zajawka w postaci Violescent do netu się dostała, a wkrótce po niej dwa bliźniacze niemal obrazki do Starlight i Stolen from Me. Szybko, szczególnie single z teledyskami moją przychylność zdobyły, lecz kiedy już kompletny mini album w moje łapska wpadł entuzjazm przygasł i do tej pory trudno o podgrzanie emocji przy kolejnych odsłuchach. I nie mam w tym miejscu nic do zarzucenia samym kompozycjom tworzącym zwartą i ciekawą symetrycznie chwytliwą i ambitną konstelację klimatycznej kombinatoryki na przecięciu Mastodon, Deftones i post grunge'owego grania. Problem w tym, że ten antyśpiew Sandersa idealnie sprawdza się w macierzystej formacji istniejąc w symbiozie z wokalami Branna Dailora i Brenta Hindsa, a wysunięty na front by dominować w tym układzie zwyczajnie drażni. Nie pozbawia mnie mimo wszystko ten fakt ciekawości co dalej z fantem ochrzczonym mianem Gone is Gone. Czy to jednorazowa współpraca, czy zaczątek czegoś bardziej trwałego i rozwojowego. Czas przyniesie odpowiedź na to pytanie, póki co uzbrojony w cierpliwość, gotowy na kolejne kontakty z zawodzeniem Sandersa liczę, że przekonam się do tych wygibasów za mikrofonem, które przecież nie różnią się od tych z płyt Mastodon - zaskakująca i dziwaczna to sytuacja.

sobota, 23 lipca 2016

Criminal (2016) - Ariel Vromen




Czekałem na nowy film Ariela Vromena ze sporą ciekawością, gdyż The Iceman usatysfakcjonował mnie w zupełności i naturalnie liczyłem na kolejną pozycję na podobnym wysokim poziomie. Niestety (i tu zawieszam na chwilę głos, by oddać charakter i intensywność konsternacji, jaka mnie dopadła) już po kilkunastu minutach seansu tego, co okazało się następcą ekscytująco ukazanej historii Richarda Kuklinskiego. Criminal to zupełnie inna bajka i określenie bajka można traktować dosłownie, kiedy jedynie weźmie się drobną poprawkę na fakt, że to naiwnie opowiedziana fikcja tylko, że dla dorosłych – szczególnie tych łasych na sensacyjną durnotę w miałkiej patetycznej oprawie. Problem istnieje na poziomie scenariusza, bo od strony produkcyjnej nie bardzo jest do czego się przyczepić, jednakże techniczny wymiar plus gwiazdorska obsada nie jest w stanie uratować produkcji, gdzie skala użytych szablonów wraz z płycizną intelektualną i emocjonalnością sztuczną przechodzi niemal wszelkie granice przyzwoitości. Żeby się nie pastwić na twórcy i samemu festiwalu wyłącznie gorzkich słów sobie oszczędzić, ograniczę się do powściągliwego stwierdzenia, iż dla mnie osobiście, przez pryzmat oczekiwań było to rozczarowanie ogromne, natomiast dla fanów niezobowiązującego kina akcji zapewne będzie to produkt (tak dosłownie produkt) zajebisty. :)

czwartek, 21 lipca 2016

MIles Ahead / Miles Davies i ja (2015) - Don Cheadle




Bez większego rozgłosu, tak po cichu, niczym szeptem jakim wypowiadał się sam Miles Davies, ceniony hollywoodzki aktor swój debiut filmowy zaprezentował. Don Cheadle do własnego pokaźnego dorobku aktorskiego dorzuca wyborny obraz i każde domniemywać, iż posiada spory potencjał by w przyszłości jeszcze niejednokrotnie wzbudzić uznanie, kiedy za kamerą miejsce zajmie. Fakt, że biorąc na warsztat historię z życia wielkiego Milesa Daviesa zadanie mógł mieć ułatwione, bowiem sam materiał wyjściowy fascynujący, jednakowoż mogła to być na tyle głęboka woda, że brak reżyserskiego doświadczenia utonięcie w niespełnionych oczekiwaniach gwarantowało. W moim przekonaniu Don Cheadle udowodnił że podołał zadaniu, a jako największą wartość Miles Ahead pozwolę sobie uznać idealną symbiozę pomiędzy w tle płynącymi dźwiękami, a sposobem w jaki retrospekcyjny charakter narracji jest prowadzony. Muzyka jest oczywiście integralną częścią opowieści, a jej temperament stanowi o charakterze i atmosferze produkcji. Przesiąknięta brawurą i nostalgiczną melancholią, odbija w sobie wszelkie pierwiastki konstytuujące osobowość jej twórcy. Mam tu na myśli gwałtowną, ale jednak koegzystencję pełnego pasji sentymentalizmu z konfrontacyjnym stosunkiem do rzeczywistości. Nie mam w tym miejscu zamiaru stawiać jakichkolwiek diagnoz, nie będę nawet w drobnym stopniu starał się odpowiedzieć na pytania o powody takiego sposobu funkcjonowania geniusza, gdyż myślę, że bystry widz spomiędzy wierszy czytelny komunikat wychwyci i jednoznacznie przesłanie odczyta. ;) Na myśl jednak bardzo uparcie, przychodzą mi w tym momencie dziesiątki innowacyjnych artystów, których sukces stał się zaczynem upadku, częstokroć do tragicznego zakończenia prowadzącego. Wyjątkowa wrażliwość duchowa elity muzyków przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością, w której masa pijawek czerpiących pokaźne zyski z ich emocjonalnego obnażania własnej duszy. Bo czymże są kompozycje przez nich tworzone, jak nie lustrem ich wewnętrznych przeżyć. Niestety sztuka, i to częstokroć bardziej ta daleka od potocznie rozumianej kultury popularnej stając się częścią mainstreamu grób swym ojcom wykopuje. Słabi i przewrażliwieni kapitulują, wrażliwi i zdeterminowani podnoszą kark, by kolejny ekscytujący rozdział w swym artystycznym dorobku dopisać. Miles Ahead to fascynująca historia, opowiedziana w pozbawiony sztampy sposób, która początek bierze w epizodzie z życia legendy, by wokół niego uwijać złożoną sieć przenikliwych i błyskotliwych wątków, okraszonych poczuciem humoru i akcją, wypisz, wymaluj jak z rasowego filmu akcji. One zaś generują detaliczny portret psychiki Milesa Daviesa, bez mielizn i epatowania skandalem, za to z szacunkiem dla dorobku muzycznego i ceny jaką geniusz musiał zapłacić za swoje miejsce w historii. 

środa, 20 lipca 2016

Volbeat - Seal the Deal & Let's Boogie (2016)




Volbeat powraca i fanom chwytliwego metalizowanego "elvis" rocka sprzedaje kolejną porcję zajebistych hiciorów z ograniczonym niestety terminem przydatności do spożycia. A może problem tkwi we mnie, że te numery równie szybko się wkręcają w moją głowę, jak zaczyna od nich wiać po prostu nudą i ich moc wietrzeje. Trafiony ponad dekadę temu tą wtedy oryginalną koncepcją połączenia świetnie stylizowanego wokalu manierą legendarnych piosenkarzy klasycznie rock'n'rollowych z przebojowym i naturalnie energetycznym pop rockiem o inklinacjach boogie, country czy southern, przez dwie, może trzy kolejne płyty z wypiekami na twarzy słuchałem popisów ekipy Michaela Poulsena zarażając kogo się dało dobrą nowiną. Niestety produkt którym się wówczas jarałem szybko stracił smak i atrakcyjność, i nie potrafię już na dłuższą metę radować się kolejnymi niemal identycznymi krążkami. Fakt, kiedy nowa płyta na świat przychodzi przez kilka tygodni siedzi w głowie i z radochą potupuje sobie przy niej nóżką, główką pokiwam i nucę jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniej nuty, ale tylko w ograniczonym przedziale czasu. Posłucham intensywnie, przede wszystkim w podróży, a potem porzucam i nie wracam przez długie miesiące. Gdzieś ta formuła w moim przekonaniu się wyeksploatowała lub ona bliźniacza popowej masie wbijanej na każdym kroku przez stacje radiowe. Sezon popularności i do kosza, a w zanadrzu kolejny super/mega hit na następne pięć dochodowych minut? Jeżeli ta teza trafiona to nie wróżę żadnych szans na przełom w długotrwałej jakości produktu made in Volbeat. Pytanie tylko czy wyłącznie ja mam ten problem z chwytliwym heavy rockiem, który w odpowiednich dawkach nie jest przecież taki zły. Napiszę więcej - na krótką metę w imprezowych okolicznościach jest przecież zajebisty!

sobota, 16 lipca 2016

The Lady in the Van / Dama w vanie (2015) - Nicholas Hytner




Na początek obowiązkowy wstęp w tym wypadku taka ogólna nie odkrywcza refleksja, że kino brytyjskie posiada swój wyjątkowy charakter, szczególnie gdy produkcja gdzieś pomiędzy komedią, a dramatem stylistycznie umieszczona. Stąd płynnie do Damy w vanie śmiało mogę przejść, bo tonacja w jakiej obraz Nicholasa Hytnera osadzony, idealnie do powyższej formuły dobrana. Tragiczna ogólnie rzecz biorąc historia, w której sporo humoru na wysokim poziomie, takiego wywołującego uśmiech na twarzy, lecz absolutnie do skurczów mięśni brzucha niedoprowadzającego. Uśmiechamy się z klasą, powściągliwie wyciągając wartościowe wnioski z kontekstu, rozumiejąc jednocześnie, że historia to dramatyczna, bowiem poznajemy bohaterów i odkrywamy powolutku tajemnicę ich życia, gdzie zwrotnym punktem jedno traumatyczne wydarzenie. W centrum postać zdziwaczałej dewotki o czystym, błyskotliwym umyśle, która wpierw przy krawężniku, a za moment już na podjeździe posesji starego kawalera o podejrzanej orientacji seksualnej i pisarskiej profesji swym zdezelowanym vanem parkuje. Pojazd ten jej miejscem zamieszkania, a ona w nim osobliwym elementem podmiejskiej przestrzeni, takiej dzielnicy intelektualistów o przeróżnych, częstokroć ekscentrycznych osobowościach i stereotypowych ludzkich postawach. Ludzie plotkują i podszeptują, ze strzępów informacji domysły snują próbując zrozumieć gdzie przyczyna stanu rzeczy, skąd w staruszce taka "godność włóczęgi" wyborem nie koniecznością. Sąsiedztwo spekuluje, a pisarz w tym czasie prawdę odkrywa, opiekując się tą dokuczliwą damą. Jeśli kogoś to niewyrafinowane streszczenie zaintrygowało i ciekaw skąd dama na podjazd przybyła, a dodatkowo ceni sobie dojrzałe, pouczające kino niech przy najbliższej okazji zrobi sobie piękny prezent i obejrzy tą przypowieść o pokucie w anturażu urzekających uliczek, przytulnych wnętrz (z wyjątkiem vana :)) i ciasnych przydomowych ogródków. Warto!

P.S. A na marginesie, pytanie. Co wiemy o osobach z sąsiedztwa - tych których to widujemy codziennie, wymieniając kurtuazyjnie zwroty grzecznościowe. O takim przykładowo staruszku o nieprzyjemnym zapachu, wyprowadzającym strachliwego kundla, czy dziadku wykonującym rutynowe czynności z zegarmistrzowską precyzją, opiekującym się poczciwą leciwą gablotą z ogromnym oddaniem. Przyjaznej babince o nikczemnym wzroście, ciągnącej żwawo wózek z zakupami i ględzącej w kółko to co usłyszała w audycjach toruńskiej rozgłośni lub o zadbanej kobitce pełnej pozytywnej energii z serdecznym szerokim uśmiechem rozsądnie komentującej rewelacje pani z zakupami. Pytanie oczywiście było retoryczne.

środa, 13 lipca 2016

Trainspotting (1996) - Danny Boyle




Zamierzam zaryzykować i "błysnąć" tutaj przenikliwym spostrzeżeniem wystawiając się na ostrzał bezlitosnej krytyki. Mianowicie stawiam tezę, że kiedy Darren Aronofsky kręcił cztery lata po Trainspotting swoje arcydzieło jakim bez wątpienia Requiem for a Dream, musiał być pod wyraźnym wpływem obrazu Danny'ego Boyla. Ten sam intensywny narkotyczny trip był odczuwalny podczas obserwacji zmagań z uzależnieniem bohaterów requiem, ten sam odjechany sposób zobrazowania stanu umysłu ćpunów. I chociaż produkcja Aronofsky'ego o dużo większym sugestywnym i dramatycznym kalibrze, natomiast wizja Boyla zakończona fartownym happy endem ze sporą dawką humoru, to przesłanie rzecz jasna zbieżne. Zatracenie w uzależnieniu to zabawa, która finalizowana jest niemal w stu procentach sześć stóp pod ziemią, a ten finał tylko w zależności od delikwenta przychodzi wcześniej lub odrobinę później. Żeby być poważnie potraktowanym już spieszę zauważyć różnicę i zapobiec wnioskom jakoby odbieram Aronofsky'emu prawa do oryginalności spojrzenia. Widziałem przecież Pi i tak kapitalnie rozwiniętą w kilka lat później autorską konwencję tego nietuzinkowego reżysera, stąd mam świadomość, że Requiem for a Dream jest logicznym następstwem obrazu z 1998 roku. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że coś w kwestii inspiracji było na rzeczy, a że pod jej wpływem powstało arcydzieło, to już tylko dla kina i widzów powód do satysfakcji. Dostaliśmy więc w przeciągu kilku lat dwa mistrzowskie obrazy w podobnej tematyce, które na miano kultowych bezdyskusyjnie zasłużyły. Trainspotting oglądany nawet po dwóch dekadach robi nieprawdopodobne wrażenie przede wszystkim klimatem przesiąkniętym buntem dzieciaków z gównianych dzielnic. Kontestacją w stosunku do narzucanych schematów, pętających ich umysły i duszących młodzieńczą energię. Niestety brak konstruktywnej alternatywy zastępowany jest hedonistyczną (to u małolatów chyba naturalne :)) potrzebą imprezowania bez względu na konsekwencje. I tutaj niestety kończy się zabawa, a zaczyna dramat, kiedy następstwa braku odpowiedzialności przyjść muszą (bo, tak) i potrzeba łatwego zabicia szarej rzeczywistości kończy się srogim zjazdem w nicość (ano, tak). Szalone tempo, obłęd w do bólu realistycznym wydaniu, obraz z muzyką w idealnej symbiozie i takie role Ewana McGregoraEwena Bremnera, Jonny'ego Lee Millera i Roberta Carlyle, że czapki z głów i ukłony najniższe. Kult, pozwolę sobie takim oklepanym wyrażeniem zakończyć! 

sobota, 9 lipca 2016

Knight of Cups / Rycerz pucharów (2015) - Terrence Malick




Znajomość twórczości Terrence'a Malicka u mnie mizerna, sam kontakt z tym co akurat zobaczyć mi się udało przeżyciem bardzo specyficznym. To nie są konwencjonalne filmy, to bardziej wydumane symfonie wzbogacone obrazem. Majstersztyki pod względem wizualnym, z oryginalną formą zdjęć kręconych "pływającą" kamerą i bogactwem ujęć dopieszczonych poetycką manierą. Tak to od strony estetycznej przepiękne i w nastrój uniesienia wprowadzające, jednak próby umieszczenia w tej wysublimowanej formule artystycznych obrazów przenikliwego przesłania nieudane. Mierzi bałagan oparty o hasłowe przekazywanie częstokroć banalnych przemyśleń, szumnych sentencji w atmosferze wyreżyserowanego kaznodziejskiego pustosłowia. Irytuje męcząca narracja spychająca dialogi na plan dalszy, kreując w powstałej przestrzeni coś na kształt niestrawnej gawędy w hiperintelektualnej tonacji. Nie wiem, pewności gdzieś mi nadal brak, czy to zwykły napuszony bełkot, czy erudycyjny klejnot? Jednego jestem pewny - mocno nużące to doświadczenie, a Malick jawi się jako nad wyraz skuteczny "wampir energetyczny". Reżyser wysysający ze mnie entuzjazm, który robi filmy z pasją na własnych zasadach, tylko ja za cholerę nie mam pewności o czym. Taki jest Knight of Cups i jeśli liczyliście, że gruntownie go tutaj zanalizuje, musicie obejść się smakiem lub osobiście rozplątać to kłębowisko użytych przez Malicka w wielu kontekstach słów.

piątek, 8 lipca 2016

Milk / Obywatel Milk (2008) - Gus Van Sant




Jestem świadom, że niesprzyjający obecnie czas na pisanie o takich historiach. Radykalny front obrony wyłącznie zdrowych związków intensyfikuje swe działania by od wszelkiego plugastwa seksualnego obywateli chronić. Czyni to za biernym, często także i czynnym (bo wsparcia dla idei nigdy za wiele) przyzwoleniem rządzących. Konserwatywne przekonania są w modzie, więcej one wyłącznie jako frazes na gębach młodych, lecz na praktykę dnia codziennego nie bardzo się przekładają. Z jednej strony deklarowany szacunek dla tradycji, z drugiej totalna rozpusta i kultura osobista sięgająca bruku. Młodość oczywiście ma swoje prawa i z przymrużeniem oka należałoby patrzeć na weekendowe szaleństwa czy ideologiczne zapędy niedojrzałych emocjonalnie osobników, jednako problem niestety nie tkwi wyłącznie w naturalnie buntowniczych postawach grup dorastających. Sęk w tym, że świat dorosłych, a na pewno spora jego część zupełnie zatraciła trzeźwość myślenia i instynkt samozachowawczy staczając się bezrefleksyjnie w otchłań radykalizmów lub przynajmniej nie reagując na działania wyraźnie dekonstruujące z mozołem zbudowane względne status quo. Wybaczcie to publicystyczne "kazanie", ale nie potrafię zobojętnieć na skrajną hipokryzję aspirującą do miana modelu cnót wszelakich, kiedy arogancja wespół z ignorancją urasta do rozmiarów gigantycznych. Nie godzę się na jakiekolwiek narzucanie jednego szablonu przekonań i bezwzględne zwalczanie przejawów odstępstw od wychuchanych norm, nie mających żadnego związku ze skomplikowaną rzeczywistością. Nie ma znaczenia czy dotyczą one kwestii czysto politycznych, ideologicznych, religijnych czy tych zaglądających ludziom do majtek. Żyj jak masz ochotę, bylebyś nie właził innym w buciorach w życie i bezpośrednio swoim postępowaniem nie stwarzał dla nich zagrożenia. To frazes, ale należy go powtarzać do znudzenia, właśnie wtedy gdy próbuje się naturalne oczywistości nazywać patologią. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie funkcjonowania w społeczeństwie z etykietą zboczeńca do czego niestety obecnie środowisko LGBT zostało zmuszone, kiedy ona przyklejona tendencyjnie na podstawie histerii formacji roszczących sobie prawo do decydowania co jest naturalne, a co niby od "boskiego" czy nawet naukowego porządku dalekie. Moja osobowość nakazuje mi kierować się elementarną przyzwoitością, kiedy z jawnym żerowaniem na najgorszych ludzkich uprzedzeniach i podjudzaniem do nienawiści wobec wszystkiego co niezrozumiałe, a przez to niby "groźne" się stykam. Wyrażam zatem tutaj mój niepokój i zadaje pytanie, gdzie nas doprowadzi ta kolejna "dobra zmiana"? Manifestując wzburzenie odniosłem się do "tu i teraz", a zaczyn tej refleksji to już robota Gusa Van Santa, Dustina Lance'a Blacka i kapitalnego Seana Penna w roli Harveya Milka. Postaci kontrowersyjnej, prowokującej skrajne emocje od których nie da się uciec. W mojej subiektywnej ocenie wzbudzającej jednoznaczny podziw, odzierając ją oczywiście z naznaczonego negatywnie określenia homoseksualista, takiego (uwaga bluźnierstwo) współczesnego stygmatu. Bowiem gdyby spojrzeć na Harveya Milka wyłącznie jako na człowieka bez konieczności określania jego orientacji seksualnej, to nazwanie go społecznikiem byłoby bezdyskusyjnie trafnie oddające charakter jego działań. Niestety dla wielu będzie on jedynie gejem który próbował wykorzystać czas i miejsce by promować "zboczeństwo" i zakażać "wirusem" gejostwa kolejne pokolenia. Dla nich bez znaczenia będzie, iż był człowiekiem z krwi i kości, takim jak każdy inny, a orientacja seksualna w żadnym stopniu nie wpływała negatywnie na wyznawane przez niego wartości. I nie będę tutaj wyliczał wszystkich tych cech, które postać Harvey'a Milka konstytuowały, nie opiszę także z detaliczną historyczną precyzją politycznych zawirowań Ameryki przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Bo niby po co mam to robić, kiedy sama biografia wyśmienicie te wszelkie niuanse wychwytuje i podaje w formie, która każdego otwartego miłośnika kina powinna usatysfakcjonować. Fakt, wyłącznie wtedy gdy pozbędziemy się uprzedzeń, a to niełatwe, jak liczne fora filmowe pokazują, gdy o dyskusję w temacie Milka chodzi. 

Drukuj