środa, 24 listopada 2021

The Electrical Life of Louis Wain (2021) - Will Sharpe

 


Plan - realizacja! Wczoraj względnie nieszablonowa biografia, jutro biografia klasyczna, a dzisiaj taka można by rzec, niemal na całego oryginalna. Czyli raz Tick, Tick... Boom!, trzy Respect, i w tym miejscu (dwa) The Electrical Life of Louis Wain. Nie wykluczam aczkolwiek, iż należy się spierać, czy bardziej poza schemat wychodzi estetyka musicalowa, czy może w formacie 4:3 bliskie bardzo manierze Wesa Andersona baśniowo-groteskowe spojrzenie, w cudzysłowiu na XIX-wieczną elektryfikacje. :) Obydwa jednak ujęcia, w kwestii nietuzinkowej optyki, wyprzedzają filmowy biopic Arethy Franklin i tym samym/i tak samo się spożytkowanym schematem wyróżniają, jak jakościowo przez wzgląd na kluczową przyjemność z oglądania, wspinają akurat na ten sam wysoki level. Nie zamierzam jednak grzęznąć poniżej w porównaniach i przytaczać na taką okoliczność cechy i fakty, które już zdążyłem dzień wcześniej i zamierzam za dzień już tylko wyartykułować i opublikować. Dzisiaj już do samego dołu blogerskiej szpalty i zamykającej potok myśli kropki na koniec, będzie wyłącznie o historii oryginała o nazwisku Wain, w którego postać szeroko znany, powszechnie lubiany i chyba wciąż odrobinę nadto aktorsko przeceniany niejaki Benedict Cumberbatch (w towarzystwie zacnym) się wciela i swoje założone cele, dzięki tej kreacji osiągając, tym razem na bezdyskusyjne brawa zasługuje. Dał bowiem widowiskowy aktorski koncert, grając człowieka tak dobrodusznego i tak bez litości przez koleje losu dotkniętego, który mimo dramatu i braku umiejętności, aby w skomplikowanym świecie ludzkich uczuć i reakcji funkcjonować, zachował wewnętrzne piękno i dzielił się nim, bez względu na własny, niekoniecznie dobry stan psychiczny. Jakaż, poza wątkiem liryczno-tragicznym, jest tutaj jednak cudna scenografia - i należy jej obowiązkowo fragment tekstu poświęcić. Scenografia, która wspólnego to ma pewnie niewiele z cuchnąco-parujacą rzeczywistością wielkiego wiktoriańskiego miasta, ale dzięki wykreowaniu obrazu podrasowaną estetyką stawiającą na miłe doznania wzrokowe, uzyskuje efekt zachwycający i przyjazny klimat dla pięknie pracującej wyobraźni tworzy. Przyznaję z satysfakcja, z radością wprost z błysku oczu płynącą, że takich urodziwych ujęć uliczek, kamieniczek i okoliczności przyrody (bo nie tylko miasto jest tutaj olśniewające, ale wieś też takaż), to tylko w kinie dla dzieci i młodzieży z mniej więcej polowy XX wieku można się dopatrzyć i ewentualnie jeszcze u wspomnianego Wesa Andersona współcześnie szukać. Mnie taki sposób ekspozycji zawsze cieszy i nie przestaje upajać. Zatem mogę z odwagą przyznać, iż dawno tak romantycznie mi się nie wzdychało, oglądając podobne widoczki. Gdy zauważyć jeszcze fantastyczną pracę kamery, nie unikającą zaskakującej perspektywy, to w kategorii wizualnej, jest to produkcja dotykająca absolutu. Nie daje tym samym do zrozumienia, że estetyka wyprzedza fabułę i zostawia ją w tyle, bo historia życia Louisa Waina, opowiedziana ciepłym kobiecym głosem, posiada kinowy potencjał i dała się w tym przypadku z uczuciem poddać filmowej obróbce. Mamy tu więc miłość i tragedie - życie pełne wzlotów i upadków. Mamy też oczywiście, najbardziej kojarzące się z artystycznym obliczem Waina koty oraz uwaga! Mamy też właśnie elektryczność, w zupełnie innym niż ten praktycznie nam bliskim sensie oraz  gościnne epizodyczne udziały, takiego jednego Taika Waititi i takiego innego Nicka Cave'a. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drukuj