środa, 2 września 2015

Soilwork - The Ride Majestic (2015)




Zakładałem, że zapoznanie się z najnowszym krążkiem Soilwork nastąpi wyłącznie z sentymentu, przyzwyczajenia czy z obowiązku, bo przekonanie miałem, iż ten rodzaj muzycznej formuły przejadł mnie się już całkowicie. Jakież też było moje zdziwienie gdy po pierwszym odsłuchu z miejsca nastąpił drugi, trzeci, a nawet i czwarty bez jakiegokolwiek poczucia znużenia. Ot zwyczajnie dałem się porwać ze świeżym entuzjazmem dźwiękom jakie Szwedzi na The Ride Majestic zamieścili. Czemuż taki łasy na tego rodzaju formułę znowuż się stałem - takie pytanie sobie zadawać próbowałem i nijak nie mogłem skupić się na poszukiwaniu na nie racjonalnej odpowiedzi, kiedy totalnie wkręcony w kompozycje razem ze Stridem (ja pod nosem) on z cała mocą, teksty wyśpiewywałem. :) Noż jasna cholera przecież tyle razy to już robili, niewiele zmienili, bo jedynie ognia w porównaniu do poprzedniej produkcji więcej rozniecili z jednoczesnym zachowaniem regularnej chwytliwości w fantastycznych liniach melodycznych zawartej. Wielu pewnie te przebojowe inklinacje odrzucą, bo przecież gdzie w agresywnej muzie miejsce dla nośnych wokaliz. Ja akurat w przypadku Soilwork (mimo, że zbytniej słodyczy w gitarowym graniu nie znosze), jestem jak widać już chyba wiecznym niewolnikiem ich sposobu łączenia przebojowego charakteru z energetycznym czy może bardziej precyzyjnie się wyrażając, soft brutalnym wiosłowaniem i perkusyjna kanonadą. A tego jest na The Ride Majestic pod dostatkiem, w dodatku w wybornym solówkowym sosie podane i z autentyczną pasją zaprzeczającą jakoby lata na scenie z witalności ogałacały. Gdy dodam do tego ciekawie uchwycony motyw z koperty płyty, to jestem w pełni usatysfakcjonowany. Nikt na siłę nie obiecywał (szumu wielkiego wokół płyty nie zanotowałem), że będę ponadstandardowo zadowolony, więcej sam byłem przekonany, iż ekipa Soilwork stając nawet na wysokości zadania, wznosząc się na wyżyny własnych umiejętności nie będzie w stanie mnie już zainteresować. Bardzo finalnie się zdziwiłem, że efekt przyjmuje z taką ekscytacją, szczególnie, iż na nowo się nie zdefiniowali, żadnej rewolucji nie przeprowadzili, a tylko udoskonalili formułę od dawna już dopieszczaną. 

wtorek, 1 września 2015

Vintage Trouble - 1 Hope Rd. (2015)




Admiratorzy klasycznych brzmień z drugim albumem na rynek wkraczają i tym samym udowadniają, że XXI wiek nie tylko ultranowoczesnością stoi, ale pośród niewolników technologii spora tęsknota do kultury która duszę posiada się odzywa. Bo to co Vintage Trouble proponuje, to bezpośrednie nawiązanie do czasów gdy muzyka przede wszystkim organiczny pierwiastek posiadała. Żywe brzmienia na scenie dominowały, przepełnione pasją i groovem dziś w tak intensywnym stopniu rzadko spotykanym. Szlachetny blues plus eteryczny soul z subtelnymi wpływami energii rock'n'rolla czy też country spod znaku Johnny'ego Casha. Tyle, że maniera wokalna Taylora to typowo czarna barwa, pełna głębi rytmu niźli głębi klimatu - chociaż to tak kapitalny pełen wielu zalet wokal, iż odbieranie mu waloru kreacji atmosfery byłoby dużą niesprawiedliwością. Miast zapętlać się w próbach nakreślenia tej niejasności, sprowadzę to wprost do stwierdzenia - człowieku (adresatem rzecz jasna Taylor) James Brown byłby z ciebie dumny! Gdybym musiał też dopatrywać się różnic pomiędzy debiutem, a 1 Hope Rd. to zwróciłbym uwagę na proporcję. Mniej rock'n'rolla więcej zmysłowych bujających pościelówek. Stąd gdyby ktoś poderwać babkę z klasą potrzebował ekipa Vintage Trouble pomoże. :) Posiadają te dźwięki czar ogromny na który coraz bardziej z wiekiem ja też jestem podatny, liczę jednak iż w przyszłości Krzysztofa Krawczyka nie zacznę słuchać. Kierunek w którym podążam chyba jednak nie aż tak niebezpieczny. :)

czwartek, 27 sierpnia 2015

También la lluvia / Nawet deszcz (2010) - Icíar Bollaín




Absolutnie egzotyczna dla mnie opowieść o mentalności rdzennych mieszkańców Ameryki Łacińskiej w konfrontacji ze współczesnym światem zbudowanym na głębokim fundamencie epoki kolonializmu - z politycznym kontekstem, w socjologiczno-psychologicznym ujęciu. Może bez cech dzieła wybitnego, ale z tematem rzecz jasna szczególnie istotnym dla autochtonów. Wykorzystująca liczne klisze, może przewidywalna w sensie fabuły i warsztatowej formy. Z emocjami nieco kanciasto ciosanymi, bo i obsada nie w pełni przekonywująca. Niemniej jednak posiada ten obraz swoje walory, szczególnie gdy na ideowej treści się skupić. Mnie jednak brak dostatecznej wiedzy by względnie wiarygodną analizę przeprowadzić. Rezygnuje zatem z pokorą z pustych frazesów na rzecz zachowania wstrzemięźliwości i w tym miejscu swoje wywody kończę. 

P.S. Na marginesie tekstu, nie na marginesie znaczeniowym dodam, że słucham sobie teraz fragmentów ścieżki dźwiękowej i prócz docenienia jej jakości zauważam, iż jej autorem Alberto Iglesias, kompozytor, który zrobił na mnie potężne wrażenie muzyką do Szpiega Tomasa Alfredsona. 

środa, 26 sierpnia 2015

Still Life / Zatrzymane życie (2013) - Uberto Pasolini




Ostatnia sprawa Pana May'a, urzędnika tropiącego krewnych osób w samotności zmarłych. Człowieka co swe zadania wykonywał skrupulatnie z dużym zaangażowaniem w poczuciu obowiązku, a nawet misji. Zatopiony w codziennych rytuałach, w pełni powtarzalnych czynnościach, w zadumie nad losem innych sam w skromności o sobie zapominał. Bez krewnych i przyjaciół tylko w swym życiu nieistotną niemal dla wszystkich pracę posiadał. Ona jedna minimum by trwać mu dawała. Ona odebrana pustkę pozostawiła. I gdy niespodziewanie nowa szansa na prawdziwe szczęście się pojawiła, okrutny los przewrotny scenariusz napisał. To urzekająca i poruszająca historia, pięknie za pomocą ascetycznych lecz nie ubogich pod względem artystycznym środków, w poetycki sposób opowiedziana. Przy akompaniamencie minimalistycznych dźwięków o głęboko lirycznym charakterze i z muzycznym motywem przewodnim na długo pozostającym w duszy osoby wrażliwej. Nastrojowa i niezwykle wartościowa z natchnioną rolą Eddie Marsana w kameralnym ujęciu studium samotności ilustrująca. Obraz który pozostaje w człowieku, do głębokiej refleksji nakłania i w zadumie pozostawia. Można by rzec, iż John  May żyjąc samotnie wielu przyjaciół posiadał, oni w zaświatach na niego czekali z wdzięcznością czystą

wtorek, 25 sierpnia 2015

Of Monsters and Men - Beneath the Skin (2015)




Pamiętam jak kilka lat temu charakterystyczny obrazek do singla Little Talks z pierwszego albumu Of Monsters and Man moją uwagę przykuł. Będąc po wrażeniem plastycznej formy chwilę później trafiłem na równie ujmujące wizualizacje do reszty kompozycji z My Head Is an Animal. Krążek w postaci plików wylądował w telefonie i co najmniej kilka razy towarzyszył mi podczas rowerowych eskapad. Potem jednak większej brutalności i energii w muzyce potrzebowałem i siłą rzeczy album na marginesie osiadł. Ani na dłużej w odsłuchu nie zagościł, ani żaden tekst oceniający nie powstał - zwyczajnie o debiucie tej formacji zapomniałem. Jak się okazuje do czasu kiedy to z dwójką powrócili i na nowo swoim brzmieniem mnie uwiedli. Wiem też, iż to tylko chwilowa fascynacja, rodzaj ciekawego urozmaicenia na co dzień słuchanych dźwięków. Kolejna produkcja duetu wokalnego, który iście bajkowy klimat kreuje, robi to na swój oryginalny sposób uwodząc głosem i czarując instrumentalnym pulsem. Jednak ten walor w atmosferze zawarty poddaje się po kilku przesłuchaniach pewnemu znużeniu - numery stają się sztampowe i niemal bliźniaczo do siebie podobne. Takie mam z Beneath the Skin doświadczenia po raz wtóry przy okazji albumów Of Monsters and Man przepracowywane. Proszę bym zbyt opacznie nie został zrozumiany. To na współczesnym pop rockowym rynku płyta wartościowa i zasługująca na uwagę. Ja jednak pomimo otwartego umysłu na wielogatunkowe inspiracje w dłuższej perspektywie nie jestem w stanie poddać się tej magii. Zbyt daleko idąca jednolitość kompozycji zainteresowanie mi odbiera.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Iron Maiden - Iron Maiden (1980) / Killers (1981)




Pędzący po necie od kilku dni nowy oficjalny obrazek do singla Speed of Light do zasadniczej refleksji mnie skłonił, a precyzyjnie ujmując jego geriatryczno-nostalgiczny charakter wstrząsający wniosek podpowiedział. Czas w miejscu nie stoi, twarze dawnych herosów bruzdami co zmarszczkami nazywane pokryte, siwizną głowy oprószone bądź łysiną świecące. Oni w większości w tłuszcz poobrastali i w megalomani zbłądzili. Co jednak najistotniejsze stracili instynkt który posunięć na granicy kiczu by im oszczędził. Samokrytyka poszła już na emeryturę, a oni za cholerę tam się nie wybierają. Takie wrażenie od kilku (może nawet kilkunastu) lat w kontekście Maiden odnoszę, że legenda w starczym uwiądzie już pogrążona i mimo, że płyty wciąż nagrywa, a kondycja sceniczna na poziomie to wyczucie materii bezpowrotnie stracone. Nie będę tu i teraz użalał się nad kilkoma ostatnimi albumami, zrobię to w przypływie złośliwości i bezradności jak czas pozwoli, kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości. Teraz natomiast korzystając z pozytywnych właściwości spisanego wstępu, prawie wyłącznie dobrze będę o żelaznej dziewicy pisał. To chyba oczywiste, gdyż na tapecie stawiam dwa pierwsze pełnoczasowe longi drużyny Steve'a Harrisa. Może to bluźnierstwem może być nazwane, ale nie odbierając Dickinsonowi wszelkich istotnych zasług to nieokiełznany Paul Di'Anno dla mnie wokalnych numerem jeden w starciu tytanów. Nie mam żadnych wątpliwości pisząc powyższe wyznanie, bo drapieżny charakter w głosie Paula znaczy dla mnie więcej niźli nawet technicznie ponadprzeciętnie doskonały warsztat Bruce'a. Nie wyobrażam sobie studyjnych wersji numerów z Iron Maiden i Killers w wykonaniach Dickinsona, chociaż w wersji live miałem możliwość je usłyszeć jakąś ponad dekadę temu przy okazji powrotnej trasy skupionej na bodajże pięciu startowych krążkach. Było rzecz jasna z klasą, bo jeszcze wtedy głos Pana wielu talentów pozbawiony był siłowej maniery, która nota bene dzisiaj nie pozwala mi słuchać tych popisów bez irytacji. Natury nie pokonasz chociażbyś był mistrzem w swoim fachu, przychodzi czas i pozamiatane o czym przekonują takie ikony jak Ian Gillan, Ronnie James Dio czy Messiah Marcolin, bo Ozzy'ego nie będę w tym miejscu krytykował gdyż on i teraz i przed laty śpiewać nie potrafił i w tym jego fenomen upatruję. Poza tym same dźwięki z tych klasyków to materiał promujący czupurność i tupet jakie w charakterze Di'Anno zawarte. Gość był kozak i jak jego na poły rubaszno-zakapiorską facjatę dziś widzę nic się w tej kwestii nie zmieniło. Twardy typ z niebezpiecznej okolicy idealnie pasujący do ówczesnej buntowniczej postawy jaką Maiden promowało. Nie brakowało mu charyzmy ale i wokalnie miał także wiele walorów. Surowy głos, który odpowiednio modulowany dawał radę w dynamicznych metalowo-punkowych rockerach jak i w pełnych emocji quasi balladach. Jest kipiąca energia w wokalnych popisach, jest moc w kompozycjach. Cały materiał z Iron Maiden i Killers to absolutne ponadczasowe klasyki bez jakichkolwiek mielizn z bijącą po oczach młodzieńcza fantazją tak bliską niedoskonałości. To właśnie pasja gówniarska, która spontaniczność ponad precyzję stawia jest największym atutem tego okresu twórczości dziewicy, im dalej w las, z każdym kolejnym albumem Maiden coraz bardziej w drobiazgowości się zatracali, co autentyzm odbierało i samą muzykę do popisów technicznej biegłości ograniczało. Stąd będąc od małolata fanem, z każdym rokiem fascynacji fenomenem zespołu, obserwacji i rozwoju pytanie sobie zadawałem, czy przyjdzie mi ich kompozycje odbierać jako nieudolną próbę zostania heavy metalowym odpowiednikiem grup z niszy progresywnego rocka. Prorokiem się okazałem i nie mam z tego satysfakcji, bo patrzeć na tego rodzaju wątpliwą ewolucję nie chciałem. Szczęśliwie są wybrane albumy z Brucem które nadal dzisiaj z przyjemnością odsłuchuje, ale to co najlepsze zawsze odnajduję na jedynce i dwójce. Tam jest pazur, środkowy paluch pokazany wszelkim konwenansom! Wrathchild forever.

P.S. Jeden detal te dwa krążki dzieli - to produkcja. Kochając je obydwa na bezludną wyspę gdybym tylko jeden mógł zabrać to Killers by ze mną popłynął. 

wtorek, 18 sierpnia 2015

Ghost - Meliora (2015)




Pozwolę sobie własne zdanie wyłuszczyć w temacie fenomenu jakim na ogólnie rozumianej scenie rockowo-metalowej Ghost aka Ghost B.C. pozostaje. Ansambl złożony z instrumentalistów w kapturach (teraz chyba maskach) i człowieka (jednego, dwóch, a może trzech - nie wiem nie nadążam), którego tożsamość jakiś czas temu ujawniona, a który to w przebierankach kiczowatych gustując bluźnierczą aurę tajemniczości wokół siebie rozsiewa. Papa Emeritus i The Nameless Ghouls (jeżeli nic się w międzyczasie nie zmieniło) teatrzyk z powodzeniem urządzają i na fundamencie wizerunkowej niepoprawności, względnie w tymże środowisku poprawności budują status grupy równie ubóstwianej jak wyszydzanej. Mnie akurat ten osobliwy medialny spektakl zupełnie nie przekonuje, więcej gdyby go zabrakło dużo większą estymą bym Panów muzyków darzył. Nie trawię tego rodzaju infantylnych zabaw, choćby nie wiem jak złożonymi ideami były tłumaczone i tyle. Kropka, koniec zbędnych dywagacji, dyskusji itp. W centrum mojej uwagi zawsze samo meritum pozostaje, a w przypadku zespołu muzycznego oczywistą oczywistością dźwięki być powinny. I teraz właśnie o Meliorze z perspektywy muzyki, nie wizerunku scenicznego będzie. Po kapitalnym debiucie, co by nie napisać w równym stopniu innowacyjnym jak opartym o schematy aranżacyjne, czy stylistyczne szczególnie w latach 80-tych przez heavy oraz doom metalowe legendarne instytucje popularyzowane, poszli goście szlakiem większej przystępności i do kreowanych dźwięków na Infestissumam poniekąd sporo Eurowizji wtłoczyli. To żart oczywiście ale jak w plotce tak w dowcipie spore ziarno prawdy egzystuje i w moim odczuciu za dużo ABBY, a za mało Mercyful Fate do utraty mojego zainteresowania ich poczynaniami doprowadziło. Przekonany byłem, że ten kierunek już na stałe zachowany zostanie i nie czekałem absolutnie na kolejny ich ruch - bo wiedziałem i kropka, że niczego równie intrygującego jak Opus Eponymus nie nagrają. Jak się mylić mi zdarzyło?! :) Moja ultraradykalna pewność wprost proporcjonalna do zaskoczenia, gdy usłyszałem (przypadkiem) From the Pinnacle To the Pit. Toż to jest petarda co w swoim aranżacyjnym mistrzowskim szablonie zawiera energię, mrok, chwytliwość i finezję bliską absolutu. Porażony swą ignorancją i energią tego przeboju jak tylko Meliora w sieci (oficjalnie) zagościła sprawdziłem, czy to tylko jednorazowy wyskok, czy też cały album bardziej w spuściznę heavy niźli popu będzie wpatrzony. I teraz po kilkukrotnych przesłuchaniach jednoznacznego przekonania nie mam. Bo pośród takich gitarowych ciosów jak Circle, Mummy Dust, Majesty czy Absolution kryją się też numery od których abbowska aura bije tak intensywnie, jak nadzieja dla kraju w ruinie od wymodlonego jaśnie panującego naszego Pana Prezydenta. Liderem takiej stylistycznej maniery zamykający krążek Deus in Absentia, którym wygranie Eurowizji na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdyby rzecz jasna liryki poskromić i inne fatałaszki im sprawić mieliby zagwarantowane - takie to fajniusie. Obok heavy rockowych hymnów i chwytliwych ucieczek w mainstream są także na najnowszym albumie Ghost ciekawe miniaturki (Spöksonat, Devil Church), jednak szczytem szczytów okazuje się He Is, czyli najjaśniejsza jasność, niczym wschodzące słoneczko, zaglądające do mojego okienka i budzące mnie pełnią swego optymizmu. Rzecz zjawiskowa tylko, że ja za ten słodziutki tandetny aranżacyjny szlif także obecny w ich twórczości nie mogę się do nich przekonać, a oni tak otwarcie mi o tym przypominają. Bezczelność na jaką tylko bluźniercy mogą sobie pozwolić! Wiem, pamiętam też nadal o wizerunku scenicznym i podsumowując ostateczny werdykt wydaje. To naprawdę ciekawa efemeryda na scenie i na szacunek zasługująca odwaga przemieszana z arogancją, że tak sobie to wszystko wymyślili i konsekwentnie założenia realizują. Muzycznie profesjonalnie, bo piosenki jakie spod ich rąk wypływają zdecydowanie zgrabniutkie, tylko to ich działanie z każdym rokiem coraz bardziej opatrzone wizualnie się staje. Gdzie jest kres, co przyniesie przyszłość nie będę z fusów wróżył, bo metoda to nieskuteczna. Poczekam bez nadmiernych oczekiwań czy ekscytacji na rozwój sytuacji. Poobserwuje i albo będę entuzjastycznie chwalił albo zawzięcie krytykował - znaczy na dwoje babka wróżyła. 

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Backdraft / Ognisty podmuch (1991) - Ron Howard




Absolutna klasyka z gówniarskich czasów, która jak systematycznie sprawdzałem (bo to ten gatunek filmu do wielokrotnego użycia :)) atrakcyjna i dzisiaj dla mnie pozostaje. Bo podatny na tego rodzaju mundurowe dramaty jestem, kiedy profesjonalnie i z pasją są nakręcone. Howardowi powyższych cech odmówić nie można, co udowodnił po częstokroć. Kapitalne kino typowo po jankesku zrealizował, odpowiednio skutecznie emocje podkręcając za sprawą fabuły i ścieżki dźwiękowej. Ze znakomitą obsadą, intensywnym tempem i efektami specjalnymi nadal wrażenie robiącymi. Wyborny dramat ze sporym udziałem kina akcji, w którym jądrem obok pasjonującego śledztwa, praca i rodzina, sukcesy i porażki - jak w jednym jest w porządku to w drugim na harmonię liczyć nie można. Spiąć je, symetrię między nimi zachować niemożliwe - herosi taką cenę za zaangażowanie płacą. Niby pachnie na mile szablonem, banałem, a porusza, porywa i ekscytuje. Gdzie tkwi recepta na sukces? Może w znalezieniu złotego środka, proporcji idealnych. Myślę że to dobry trop. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

Soulfly - Archangel (2015)




Nie będzie (przynajmniej na starcie) wnikliwej analizy płyty, tylko emocjonalny wywód na temat kondycji psychicznej ikony. Bo nie potrafię patrzeć bez poczucia zawstydzenia na niemal wszelkie posunięcia Maxa. Te stricte muzyczne, ale i te czysto wizerunkowe. Gość który status legendy już za młodu osiągnął, współcześnie stacza się po równi pochyłej bez jakiejkolwiek zdroworozsądkowej kontroli. Popada w skrajności od żenującej bigoterii po kiczowaty metalowy radykalizm. Trafić za tym jego niezdecydowaniem sztuka arcytrudna. Benedyktyńskej cierpliwości do Pana M. mnie akurat brak, stąd wyciskam z siebie otwarcie co w postawie starszego z braci Cavalera ością w gardle mi staje. Starzeć się z klasą pojęcie to mu obce i nie mam na myśli fizycznych atrybutów, które ciążą mu dosłownie. One w świecie agresywnej muzyki nie powinny decydować o wartości jednak poczucie niesmaku pozostawiają, szczególnie gdy wygląd zewnętrzny w parze idzie z intelektualnym zatwardzeniem i megalomańskim poczuciem sprawczości. Zapuszczony, bełkotliwy dziad bez pokory - takie określenie rezygnując z autocenzury w stosunku do Pana Maxa proponuje. Trochę po chamsku ale szczerze. Z ogromną przykrością, bo człowiek to który lata temu dostarczał mi powodów do dumny, gdy koszulki z logiem Sepultury przywdziewałem. Dziś nie identyfikując się też ze współczesną Sepą (nie trawię charkotu Greena) bardziej jednak t-shirtu z logiem Soulfly bym nie założył. Dewaluacja nazwy winą ojca założyciela, jego odjebów i odlotów w rejony gdzie interwencja ekspercka nie tylko do diagnozy powinna zostać ograniczona. Teraz na koniec dwa/trzy tylko zdania względem merytorycznej zawartości najnowszej odsłony twórczości Maxa. Może muzycznie jest nieco lepiej niż na prymitywnym (w znaczeniu prostackim) Savages, bo z tych w wersji podstawowej dziesięciu kompozycji większość jest na w miarę przyzwoitym poziomie. Ze sporą dawką dynamiki, brutalnej mocy, solówkowej lawy i egzotycznego pulsu, czyli tych elementów składowych, które w na swój sposób oryginalną firmową hybrydę od zawsze (dobra, przynajmniej od Prophecy) kształtują. Chce tu wyraźnie zaznaczyć, że całkowitego dramatu Max oszczędził, lecz też niczym nie przekonał w takim stopniu by wybaczyć lub przynajmniej zignorować żenadę jaką hurtowo swoim zachowaniem produkuje. 

P.S. Jak się na dobro zespołu patrzy przez pryzmat interesu rodzinnego, to o jakimś grubym kompleksie świadczy. Pytanie kiedy z tego pokładu Marc Rizzo zlezie, a solówki produkować kolejna latorośl zacznie.

piątek, 14 sierpnia 2015

Away We Go / Para na życie (2009) - Sam Mendes




Sam Mendes to absolutna czołówka, nazwisko niezwykle gorące w hollywoodzkiej fabryce snów. Nieskorym teraz tutaj wszystkich dzieł jakiego spod jego rąk wyszły wyliczać. Ktoś kto z ambitnym kinem obyty z pewnością zna każdą z nich i zgodzi się z moją wysoką pod względem wartości oceną. Ja za fana jego twórczych rozważań bezwzględnie się uznaję, stąd nie rozumiem dlaczego Away We Go do tej pory nie poznałem. Tym bardziej, że to jak się okazuje w żadnym wypadku obraz ustępujący tym bardziej popularnym. To ta sama klasa bardzo wysoka, bo zbudowana na przenikliwym spojrzeniu w głąb ludzkiej natury. Kameralna opowieść o zwykłych, lecz niezwyczajnych ludziach. Ciepła, bezpretensjonalna, pozbawiona nadętej moralizatorki historia pary spodziewającej się dziecka, podróżującej spontanicznie i zbierającej doświadczenia z cudzych przeżyć pochodzące. Pełna osobliwych postaci osadzonych w świecie przeróżnych filozoficzno-ideowych przekonań. Poruszających, ekstrawaganckich, groteskowych a nawet błazeńskich. I wśród nich na kocią łapę żyjąca para głównych bohaterów, trwająca bez twardych podstaw materialnych prawdziwie głęboko czystą, bo nieskażoną konwenansami relację ukazuje. Pielęgnowaną z zaangażowaniem, wypełnioną wyrozumiałością i cierpliwością. Dojrzałą emocjonalnie, pełną pasji i racjonalnego dystansu ale i może nieco naiwną, bo jeszcze jakąkolwiek trudną próbą nie zweryfikowaną. Życie pisze przeróżne scenariusze, startowy entuzjazm i idealistyczne przekonania paść mogą pod naporem codziennej prozy życia. Czy jednak szczęście nie wynika przede wszystkim z optymizmu i dobra jakim się najbliższe otoczenie obdarowuje. To na zasadzie wzajemności wraca i o sile relacji stanowi. Z tej perspektywy ta idealistyczna i quasi beztroska postawa "pary na życie", to największy ich kapitał, który unieść bagaż przyszłych doświadczeń pomoże, a i może rutynę przekuć w niekończącą się ekscytacje pozwoli. Prosty, urokliwy i dojrzały to obraz - równie  nostalgiczny jak zdroworozsądkowo zabawny. Ja zgorzkniały typ na zmianę buchałem śmiechem i w refleksji się zanurzałem, bez jakichkolwiek zgrzytów jakie te dwa na pozór skrajne stany mogą wywoływać. 

czwartek, 13 sierpnia 2015

The Double / Sobowtór (2013) - Richard Ayoade




Jak w miarę zwięźle zebrać liczne przemyślenia, konotacje natrętne, gdy z taką intrygującą treścią, formą artystyczną osobliwą i klimatem ekscytującym ma się do czynienia. Gruba to abstrakcja nasuwającą skojarzenia z mistrzami kina nietuzinkowego, że tylko odniosę się tutaj do obrazów Terry'ego Gilliama, Charliego Kauffmana, Spike'a Jonze'a, Darrena Aronofsky'ego, Romana Polańskiego czy Stanley'a Kubricka. Wspaniałe to towarzystwo wśród którego Richarda Ayoade (może na wyrost) postawię, który to już przy okazji sprzed kilku lat produkcji zatytułowanej Submarine bardzo dobre wrażenie po sobie pozostawił. Teraz jednak przeszedł o szczebel wyżej i korzystając z opowiadania Fiodora Dostojewskiego wysmażył hipnotyczną projekcję, zarówno frapującą merytorycznie jak i zachwycającą stylistycznie. Forma idzie w parze z treścią, doskonale współgra i uzupełnia wzajemnie. Atmosfera klaustrofobiczna przenika obraz, który został zatopiony w odcieniach sepii, zgniłej zieleni i w oryginalny sposób oparty o steampunkową ekspozycję scenograficznych detali, co stanowi o wizualnej sile produkcji. Nastrojową, refleksyjną tonację dopełniają dźwięki tajemnicze, podkreślające poetycki mrok, a od czasu do czasu by atmosfera dziwaczna nadal unosiła się w powietrzu przeplatane groteską w postaci kiczowatej japońskiej piosenki pop-estradowej. :) W tym wzrok i słuch przykuwającym anturażu psychologiczno-socjologiczna uczta jest kreowana, równie surrealistyczna jak i jednocześnie twardo oparta na obserwacji ludzkiej natury spętanej przez odhumanizowane korporacyjne filozofie i samotność częstokroć na własne życzenie pielęgnowaną, a finalnie co nie zaskoczeniem, prowadzącą do głębokich zaburzeń psychicznych. Masochistyczne zamknięcie własnej osobowości do wewnątrz rodzi frustrację i jak magnes przyciąga porażki - sukcesy odpychając wprost proporcjonalnie. Trzeba odwrócić bieguny by tendencję odmienić - trudne zadanie bo natury zmienić nie można, a rola sztucznie odgrywana rzecz jasna nienaturalna. Alter ego atrybuty przebojowości podpowiada, niestety rozpad osobowości zainicjowany z reguły dramatem bywa zakończony. Specyficzny to obraz, pełen absurdalnych sytuacji, niejasnych metafor nader istotnych dla zrozumienia treści i zbudowania w miarę spójnej interpretacji. Wyzwanie dla intelektu i uczta dla oczu. Dla mnie bomba. 

P.S. Eisenberg i Wasikowska aktorsko przewidywalnie, wręcz schematycznie ale to także plusem produkcji, bo dobranie stylu aktora do charakteru postaci akurat tutaj strzałem w dziesiątkę. 

czwartek, 6 sierpnia 2015

Fargo (1996) - Ethan Coen, Joel Coen




Absolutny numer jeden w dorobku tandemu braciszków Coen, może ex aequo z No Country for Old Men. To moja subiektywna opinia, jakkolwiek zapewne tożsama z przekonaniem sporego grona kinomaniaków, zapalonych w bojach miłośników kina nieszablonowego z przesłaniem pod podwójnym dnem, między wierszami ukrytym. Niesamowicie przenikliwy intelektualnie, błyskotliwy w formie - majstersztyk, klasyka absolutna, dzieło modelowe, bezspornie wzorcowe. Ile to już razy od premiery studiowane, w jak wielu okolicznościach życiowych i stadiach wiekowych spostrzegane i za każdym razem bez wyjątku ekscytujące we wszelkich segmentach właściwości warsztatowych czy merytorycznych. Dostarczające wciąż świeżej porcji materiału do analizy, bo człowiek w miejscu szczęśliwie nie zakotwiczył, rozwija się mentalnie i z dojrzalszej perspektywy rzeczywistość poznaje. Widzi to co jeszcze jakiś czas temu przed jego wzrokiem ukryte, pośród podniet małostkowych zakamuflowane. Ta ewolucja z dodawaniem kolejnych lat, przeżyć i doświadczeń związana do uznania uniwersalnych prawd prowadzi. Każe spojrzeć na ludzką egzystencje z pokorą ciesząc się z prozaicznych codziennych sukcesów, czując satysfakcje z udanych relacji z najbliższym otoczeniem. O tym Coenowie opowieść snują, a pretekstem i fundamentem zderzenie dwóch skrajnych światów, które tak wiele, na czele ze stosunkiem do kwestii materialnych różni. Bohaterowie nie są przerysowani, choć osobliwych cech odmówić im nie można. Osadzeni w sennej rzeczywistości ze specyficznymi wydarzeniami się zmagają. Pytanie co ludziom szczęście daje, jak różne priorytety ich funkcjonowaniem sterują. Pieniądze, władza, ambicja, komfort i niezależność, a może oddanie, troska i odpowiedzialność. Odpowiedzi na to i inne nurtujące pytania Coenowie dają. To prawdy uniwersalne i bezcenne!

P.S. Powyżej na poważnie, a na marginesie z przymrużeniem oka, bo Fargo to nie tylko wartościowe przesłanie, lecz także kapitalne poczucie humoru, dystans i po prostu dobra kinowa rozrywka. Innymi słowy kilogramy tłustego żarcia i cola light, bo równowaga zachowana być musi. :) 

czwartek, 30 lipca 2015

Droids Attack - Must Destroy (2010)




Pięć latek już pękło od chwili gdy trzeci longplay tych Amerykańców szczęśliwym zbiegiem okoliczności wylądował w mym stereo. Za moment napiszę pełny zachwytu pean pochwalny dotyczący Must Destroy, teraz jednak w pierwszej kolejności wyrażę ogromną tęsknotę za kolejnym krążkiem grupy, na który to oczekuję (jasna cholera!) już połowę dekady. Nasłuchuje konsekwentnie wieści z ich obozu, jestem na bieżąco z facebookowym profilem i prócz informacji o koncertowych wyprawach (po rodzimym ich kontynencie) i jajcarskich okolicznościowych wydarzeniach to cisza. Szkoda, muszę się widać uzbroić w dodatkową cierpliwość z nadzieją na w miarę rychłe decyzje w sprawie produkcji świeżej porcji gitarowego gruzu. Fakt że Must Destroy to album co wszelkie oczekiwania względem siarczystego stonera z pasją realizuje i bez krzty znudzenia od kilku lat dobrą zabawę zapewnia. To krążek, który bez cienia przesady z powodzeniem odnalazłby się pośród wytopów największych nazw stonerowej sceny. Dorównuje im z łatwością i dziwi mnie jedynie, że ta kapela jeszcze nie jest tak szeroko znana, by każdy fascynat tego rodzaju gatunkowego mielenia w znajomości ich dokonań się orientował, a spore grono w koszulkach z D.A. logosem z dumą się obnosiło. Widać nie tylko gruz z tripem pochodzący z krajów egzotycznych problem z przebiciem się do ekstraklasy posiada, kiedy materiał świetny z instrumentów z żarem eksploatowanych płynie. Łatwo też nie jest tym co zza oceanu atakują, nie tylko silna konkurencja spora, ale przede wszystkim ilości płyt nagrywanych zatrzęsienie. Trzeba ten zalew obfitości jakąś metodą przefiltrować, każdy pasjonat musi wpierw na swój sposób wstępną selekcję przeprowadzić. W moim przypadku Droids Attack pojawił się w obrębie zainteresowań za sprawą jednego z muzycznych podsumowań za rok 2010 i mocnego teledysku do numeru The Great Wall Of 'Gina. Po "krwawo czerwonym" wizyjnym odsłuchu, byłem żywo zainteresowany, a tuż po premierowym starciu z całością materiału bezwzględnie kupiony. Wszystko się tu zgadzało - wokal w odpowiednim stopniu chrypką zainfekowany, gitary rzężące z charakterem oraz bas z perkusją będący napędu i rytmu bujającego źródłem. Mokry sen urzeczywistniony, odkrycie spełnienie przynoszące i tylko do k**** nędzy ileż to trzeba czekać na sukcesora! Póki co odpalam go po raz kolejny i jaram się konfrontacją z tymi dziewięcioma potężnymi ciosami. 

środa, 29 lipca 2015

Apt Pupil / Uczeń szatana (1998) - Bryan Singer




Swego czasu produkcje tą przegapiłem, co dziwne bo zdeklarowanym fanem największego hitu w karierze Bryana Singera, czyli The Usual Suspects już od samej premiery byłem. Może tak uważnie jego kariery nie śledziłem, może ówcześnie kino nie było aż tak bardzo w centrum mojego zainteresowania bo dwudziestolatek innego rodzaju rozrywek poszukiwał. Nie ważne, nie będzie spowiedzi! Istotne teraz, że po latach w końcu tą zaległość nadrobiłem i naturalnie pozbawiony gówniarskiego sentymentu swą opinię prezentuje. To jak się okazuje żadne kino o kultowym, ponadnormatywnym ciężarze gatunkowym czy jakościowym, tylko solidny średniak z przyzwoitą rolą nastolatka Brada Renfro, który nota bene za smarkacza w kilku świetnych produkcjach swoją obecność zaznaczył (The Client, Sleepers) i bardzo dobrą weterana Iana McKellena znanego współcześnie chyba wszystkim z roli Gandalfa. Na podstawie opowiadania legendarnego już mistrza strachu Stephena Kinga, który to zwykł niemal taśmowo bestsellery pisać, własną dość skrzywioną wyobraźnie nieskrępowanie na papier przelewając. Ten kultowy pisarz to etatowy dostarczyciel scenariuszy dla hollywoodzkich reżyserów, co ewenementem z różnych poziomów jakości. Bo oto na jednej szali takie hiciory jak Misery, The Shawshank Redemption czy ikoniczny The Shining, a po przeciwległej stronie równie liczne klasy C reżyserskie wypociny. Apt Pupil gdzieś pośrodku tej stawki się odnajduje, to ani kicz ani tym bardziej majstersztyk. Solidny fundament pod ekranizację z równie poprawnym efektem filmowym uzyskanym przez Singera. Zwyczajnie względnie dobre kino z psychologicznym jądrem i mrocznym historycznym tłem.

P.S. Jak ktoś absolutnie nie w temacie i do seansu przystąpi niech jakichkolwiek okultystycznych skojarzeń się nie spodziewa, bo to o uczniu nie tego rogatego. 

wtorek, 28 lipca 2015

Child 44 / System (2015) - Daniel Espinosa




Dosyć sporo nieprzychylnych opinii wraz z premierą obrazu Daniela Espinosy po sieci się obiło i absolutnie one w mojej wyobraźni nie korespondowały z kapitalną obsadą i intrygującym tematem. Stąd jak tylko pojawiła się okazja by opinie innych z własnym oglądem rzeczywistości skonfrontować, natychmiast czas na seans wygospodarowałem. Teraz bogatszy w wiedzę z autopsji pochodzącą ośmielam się własną recenzję, nieskalaną sugestiami z netu pochodzącymi przedstawić. Jak wspomniałem głównym powodem mojego zainteresowania Child 44 była obsada, z legendarnym już Garym Oldmanem i za kilka lat pewnie pod względem prestiżu mu dorównującym Tomem Hardy. Dodatkowo sama historia osadzona w czasach schyłkowej epoki stalinizmu szansę dawała na produkcję, która przykuje uwagę i wrażenie na dłuższy okres po sobie pozostawi. Trudno zatem posądzać mnie o pozbawione entuzjazmu nastawienie - więcej ja wszelką racjonalną krytykę z miejsca odrzucałem, mimo iż zdawałem sobie sprawę z zagrożenia jakim sytuacja kiedy obraz o realiach radzieckich jest kręcony przez hollywoodzką machinę. Niestety zapału by trzymać się wyobrażeń starczyło mi jedynie do połowy, czyli do momentu kiedy przestałem żyć marzeniami, a zacząłem twardo stąpać i racjonalnie, bez emocji spostrzegać efekt pracy Espinosy. Mój entuzjazm sromotnie przegrał z empirią i kazał przyznać, iż z dużej chmury niestety tylko mżawka spłynęła. Bo oto zamiast mocnego  kryminału, czy też solidnego thrillera. obejrzałem mdły film przygodowy osadzony jedynie w mrocznych realiach Rosji Radzieckiej. Fakt, że zrobiony do bólu poprawnie, ale kiedy moje oczekiwania były tak wygórowane, to sama poprawność nie mogła uratować finalnego wrażenia. Całość w górę ciągną rzecz jasna kreacje - warsztatowe umiejętności bez zarzutu, gdyby zaś nie kolejna abberacja związana z użyciem w dialogach języka angielskiego. I tutaj to już odlot zupełny - ze sztucznie zmanierowanym rosyjskim akcentem! Nie rozumiem po co, na jaka cholerę taki manewr? Podciął tym błyskotliwym ruchem reżyser sobie gałąź na której i tak dość niestabilnie stał, dając pewnie wielu powód do uzasadnionej hejterskiej krytyki. W ten sposób poważna w założeniach opowieść o zimnym funkcjonariuszu służb bezpieczeństwa, który jedną słabość posiada, wynikającą z wydarzeń i doświadczeń z przeszłości, która to resztki człowieczeństwa w nim ożywia, staje się co najmniej nieco karykaturalna. I trudno w tym miejscu na wyliczenie większej ilości zalet niż wad. Szkoda, bo w głębi w najczarniejszych snach to zakładałem, że jedynie z kwestią nieudolnego zarysowania realiów sowieckiej Rosji będę miał tu do czynienia. Nie brałem pod uwagę tych mankamentów z którymi w rzeczywistości trzeba było się zmierzyć. Paradoksalnie w zestawieniu właśnie z nimi ukazana jankeska wizja ZSRR jest doprawdy zaskakująco trafna. Czy jest do końca zbieżna to już kwestia dyskusyjna. Jeżeli ktoś oczekuje pełnego autentyzmu po archiwalia dokumentalne radzę sięgać. Ja oczekiwałem tylko mocnego kina akcji z tłem pełnym uwarunkowań społeczno-historycznych, które by klimat podkręcały - przykro mi, że się zawiodłem.

P.S. Trzeba na przyszłość zwracać baczniejszą uwagę na nazwisko reżysera niźli obsadę. Kim do cholery jest ten Espinosa? :)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Lamb of God - VII Sturm und Drang (2015)




Mam świadomość, iż Lamb of God to ekstraklasa modern thrashu, a ich albumy zawierają zawsze materiał nie schodzący poniżej bardzo wysokiego poziomu. Jednakże po ostatnim krążku, a szczególnie po odświeżeniu go po dłuższym czasie wrażenie we mnie powstało takie, że lekka zadyszka jankesom się przytrafiła. Brakowało na Resolution świeżości, polotu, błysku jakiegoś, który w porównaniu do wcześniejszych produkcji dostarczyłby kolejnej ekscytującej porcji pulsującej energii. Nie chce być źle zrozumiany, bo longpaly z 2012-ego roku w swoim czasie wysoko oceniłem i nadal jako porażki go nie rozpatruje. Dostrzegam tylko teraz szczególnie w odniesieniu do Sturm und Drang, iż tegoroczny zbiór kawałków w srebrnym krążku zawarty przynajmniej po kilkunastu przesłuchaniach ma w sobie sporo więcej inwencji i pomysłów, które to zdecydowanie zrewitalizowały obraz twórczości kapeli. Poczynając od dwóch starannie dobranych gości w osobach Chino Moreno i Grega Puciato, po eksperymenty wokalne z czystym głosem jakimi w Overlord Randy Blythe zaskakuje. Zarówno frontman Deftones jak i krzykacz The Dillinger Escape Plan kapitalnie wpasowali się w numery napisane przez muzyków owieczki lub inaczej sami kompozytorzy wyśmienicie zaaranżowali dźwięki po kątem udziału zaproszonych typów. Dzięki tym zabiegom Embers i Torches zyskały sporo przestrzeni i zabrzmiały chwilami po części (rzecz jasna tylko po części :)) jak kompozycje ich macierzystych formacji. Efekt w moim odczuciu wyborny i niespodziewany, bo ja zbytnim zwolennikiem kolaboracji nie jestem - wole kiedy znanymi nazwiskami nie szasta się dla osiągnięcia szumu i poklasku. Tyle tylko, że kiedy robi się to z takim rezultatem to rad jestem i z miejsca odszczekuje swoje uprzedzenia. Chwale numery dopieszczone charakterystycznymi wokalizami Moreno i Puciato, rozpływać w zachwytach zamierzam się także nad rozbudowanym Overlord, gdzie szepcze sobie Blythe oraz całą resztą programu, z riffów chwytliwych nagromadzeniem, witalną dynamiką i oczywiście odpowiednią dawką agresji, w co by nie napisać brutalnej gatunkowej konwencji. Nowa wytwórnia, nowe otwarcie - bardzo miłe zaskoczenie! Żadna rewolta, a jedynie mocne przewietrzenie stylu by na nowo w odpowiednio intensywnych barwach dźwięki odbierać. 

piątek, 24 lipca 2015

Woman in Gold / Złota dama (2015) - Simon Curtis




Helen Mirren to niekwestionowana dama, aktorka idealnie odnajdująca się w sztuce kreacji postaci kobiet z prawdziwą klasą. Żadnych tam sztucznie wystylizowanych div z drągiem w dupie, które z wystudiowanym przed zwierciadłem grymasem i pretensjonalnością aspirującą do wysublimowanego poczucia estetyki wyrafinowanie symulują. Tylko kobiet które obyciem, doświadczeniem, intelektualnymi predyspozycjami, wrażliwością na sztukę i władczym charakterem prawdziwy szacunek osiągają. U nich pokora i pewność siebie wspólnie w harmonii współistnieją, naturalnie podziw wzbudzając, bo posiadając liczne walory w samozachwyt graniczący z egocentryzmem nie popadają. Jej autorska kreacja postaci Marii Altmann, precyzyjnie ujmując ten styl, maniera, zmagania z twardą rzeczywistością ponazistowskiej Austrii, to jakość warsztatowa i wartość emocjonalna najwyższa - twarda kobieta z zasadami bez nawet odrobiny fałszywej pozy. Tyle laurki dla Helen Mirren, teraz kilka zdań o obrazie Simona Curtisa. Jestem pod wrażeniem, ukrywać nie mam zamiaru, że po lekturze My Week with Marilyn i teraz Woman in Gold uważam Curtisa za jednego z czołowych reżyserów, który w wyborny sposób potrafi oddać ducha minionych czasów. Uwypuklić szlachetny klimat czasu, architektonicznego bogactwa i mentalności ówczesnych osób. Pobudza emocje i intrygujący wgląd w psychologiczo-społeczne aspekty relacji między postaciami uskutecznia - ma człowiek żyłkę do tego rodzaju tematyki i basta. W omawianym przypadku rozbudowaną, fascynującą historię pokazał z wartościową lekcją dla tych pokoleń którym czasy niespokojne zostały szczęśliwie oszczędzone. Tak po prawdzie niewiele się współcześnie zmieniło, ludzie na lep populizmu, nietolerancji wobec koloru skóry czy etnicznego pochodzenia, prostego zrzucania powodów własnych niepowodzeń na kozły ofiarne, łapią się równie skutecznie. Nie korzystając z wiedzy historycznej lub traktując ją wybiórczo, a często wręcz partykularnie, cynicznie lub nieświadomie wplątują się w zaklęty cykl powtarzania błędów poprzednich pokoleń. Ludzie pamiętający okrutne czasy wymierają widząc jak historia koło zatacza, w innych okolicznościach, często miejscu ale według tych samych prawideł. Mechaniczny brak pokory, zaraźliwa frustracja nieudaczników do władzy bezwzględnych cwaniaczków, obsesyjnych psychopatów prowadzi. Oni bałagan zostawią, a posprzątanie tego bajzlu, czy przywrócenie choć odrobiny sprawiedliwości jak życie pokazuje trudne będzie. Opór materii potężny, ludzka głupota bezgraniczna - przykre i straszne. :( 

czwartek, 23 lipca 2015

J. Edgar (2011) - Clint Eastwood




Biograficzny obraz ze spektakularną historią Stanów Zjednoczonych w tle. To robi wrażenie i każe wyrazić spore uznanie zarówno dla Eastwooda za atrakcyjną formę, jak i dla dokonań postaci jaką zechciał fabularnie przybliżyć. Kilkadziesiąt lat na fotelu szefa Federalnego Biura Śledczego w obliczu różnorodnych perturbacji politycznych to nie lada wyczyn. I w tym miejscu prawie całkowicie kończy się me uznanie dla Johna Edgara Hoovera, bo zdając sobie sprawę z cech jakie musi posiadać człowiek tak długo piastujący kluczowe stanowisko, okoliczności społeczno-politycznych w których funkcjonował i przede wszystkim właściwości brutalnie cynicznego świata polityki, to trudno w takich uwarunkowaniach być zwyczajnie szlachetną postacią. Eastwood z właściwym mu, pozbawionym jednowymiarowości spojrzenia oglądem historii i współczesności ukazuje człowieka pełnego sprzeczności. Pisząc zrozumiale, używając określeń bezpośrednich z konotacjami religijnymi o wartościowaniu decydujących - ani dobrego ani złego. Posiadającego mnóstwo zalet i jednocześnie równie znaczącą ilość poważnych wad. Bo to (trzeba uczciwie przyznać) człowiek z jasnymi zasadami, praktyczny, poukładany, konsekwentny i staranny. Do tego wizjoner, pełen pomysłów wręcz rewolucyjnych, podchodzący do pracy z zapałem i pasją. Niestety jak się okazuje szalenie władczy i bezkompromisowy, kierowany chorobliwą ambicją, gigantycznym przekonaniem o nieomylności i obsesją nie tylko kontroli ale zwłaszcza pozostawienia na kartach historii własnego nieskazitelnego obrazu - legendy niekwestionowanej. Postać skomplikowana, niejednoznaczna u której wśród fundamentalnych przyczyn takich właśnie psychologicznych dyspozycji czy zachowań leży toksyczna relacja z matką. Wychowany bez ojca, przytłoczony przez dominującą osobowość matki, której światopogląd czy ideologiczne przekonania do bólu konserwatywne, dodatkowo bez opamiętania poddawany nadmiernym oczekiwaniom. Wytresowany przez rodzicielkę z głębokim przywiązaniem do niej, ale i jednocześnie marzący o wolnym i nieskrępowanym manifestowaniu własnych poglądów, czy orientacji seksualnej (sceny z nauką tańca i sukienką matki robią piorunujące wrażenie). Ten głęboko nieszczęśliwy mężczyzna, zawodowo osiągający szczyty w życiu osobistym pozbawiony własnej tożsamości niewolnik konwenansów i tradycjonalistycznej mentalności. Utajony homoseksualista paradoksalnie dla kamuflażu walczący ze wszelkimi przejawami inności i moralnego zepsucia. Z perspektywy sposobu lustracji postaci Hoovera mój szacunek dla Clinta Eastwooda wynika nie tylko z warsztatowej biegłości, intelektualnej błyskotliwości czy jego dorobku artystycznego. Uznanie mu należne wiąże też z tym, że mając przekonania konserwatywne stać go na względnie krytyczne, rozsądne i racjonalne prześwietlenie ikon z którymi w fundamentalnych kwestiach zapewne się zgadza. Na miejscu byłoby teraz dosłowne zacytowanie pewnej niezwykle trafnej wypowiedzi Eastwooda. Mianowicie: "Jeżeli tym co  powstrzymuje cię przed byciem złym człowiekiem są nauki i przykazania religijne - już jesteś złym człowiekiem". Nic dodać, nic ująć!

P.S. Na marginesie jeszcze o dwóch rzeczach. Pierwsza do technicznej strony produkcji się odnosi - wizualnie świetny z jednym mankamentem, słaba ta charakteryzacja, szczególnie w przypadku postaci Clyda Tolsona. Mimika gumowej maski psuje nieco efekt i co przykre daje argument przy krytycznej ocenie. Drugie natomiast, to skojarzenie jakiego nie jestem w stanie przemilczeć. Amerykanie mieli swojego Edgara, my mamy rodzimego Jarosława. Zbyt wiele tutaj zbieżności. :)

środa, 22 lipca 2015

Orchid - Through the Devil's Doorway (2009) / Heretic (2012) / Sign of the Witch (2015)




Czy jest sens wydawania tuż przed pełnowymiarowym nowym krążkiem mini albumu? Pytanie sobie takie zadaje, przecząco odpowiadam i nijak nie potrafię zrozumieć przyjętej przez Orchid strategii. Szczególnie, że we wszystkich przypadkach materiały z epki stylistycznie nie różniły się od tego do czego już od czasu jakiegoś przyzwyczaili (może z oczywistych względów, start itd. Through the Devil's Doorway usprawiedliwiony). :) W ogólnym odczuciu jest na tych przejściowych materiałach absolutnie przewidywalnie, bez jakichkolwiek wolt stylistycznych czy nawet istotnych kosmetycznych zmian. W moim przekonaniu krótkie formy to czas i miejsce dla pewnych eksperymentów, które ortodoksyjnym fanom trudno byłoby strawić na właściwych albumach, a na tych zwięzłych pozycjach zamieszczone mogą stanowić intrygujący dodatek do klasycznej dyskografii. Z tego punktu widzenia uzasadniony mój sceptycyzm wobec tego typu rozwiązań marketingowych, które to niby zakładają, że zwolennicy formacji w okresach pomiędzy pełnymi płytami o swoich ulubieńcach mogliby zapomnieć. Trzeba zatem kilka numerów napisać i rzucić na rynek - abstrachuje od kwestii, za ile te wydawnictwa są oferowane i jak wygląda stosunek ceny do ilości, bo co do jakości samej w sobie to uwag nie mam. :) W tym miejscu właśnie kończę malkontenckie dywagacje i przechodzę do słów, które entuzjazm będą wyrażać. Bowiem zarówno debiutancki Through the Devil's Doorway, który apetyt przed Capricorn zaostrzał, Heretic sprzed lat pięciu będący forpocztą dla The Mouths of Madness jaki i Sign of the Witch zapowiadający (jak sądzę) nowy pełnoczasowy wypiek, to zbiory numerów na poziomie równym temu co na długograjach proponują. Nie ma się absolutnie do czego przyczepić i co ważne w przypadku tak esencjonalnych produkcji Orchid dał radę zawrzeć cały przekrój stosowanych przez siebie rozwiązań aranżacyjnych. Zatem jest dynamicznie z przytupem, diabelsko z atmosferą czysto okultystyczną jak i melancholijnie, można by rzec atmosferycznie. :) Dzięki tym zaletom pomimo prywatnie podejrzliwego nastawienia do epek, które niczego rewolucyjnego do twórczości grup nie wnoszą cieszę się z możliwości wysłuchania dodatkowych dźwięków serwowanych przez Orchid. Szkoda tylko, że przynajmniej dla części z nich nie wystarczyło miejsca na regularnych wydawnictwach. Stając u boku evergreenów być może nabrałyby należnej im estymy. 

P.S. Już wypatruje premierowego albumu i przyznaje, że nie wiem czy życzę sobie zaskoczeń czy może wolę by było do bólu klasycznie. :)

poniedziałek, 20 lipca 2015

Heat / Gorączka (1995) - Michael Mann




Co tam współcześnie Michael Mann kręci szczerze mówiąc mało mnie interesuje. Gdzieś w okolicach Collatetal zainteresowanie jego obrazami straciłem, bo i pozbawił gość produkcje sygnowane swoim nazwiskiem błysku, który wcześniej gwarancją najwyższej był jakości. Miałko się zrobiło i od tamtej pory nijak tego zmienić nie potrafił - nawet Public Enemies, czego cholernie żałuję, mimo że temat fascynujący ogarniał, to ciężaru gatunkowego i jakości koneserskiej nie posiadał. Tyle że ja pozbawiony już dziś złudzeń nie zapomnę z jaką fascynacją oglądałem jego filmy szczególnie z lat dziewięćdziesiątych, na czele rzecz jasna z Gorączką. To już klasyczny thriller policyjno-gangsterski, tyle że opierający się głównie nie na samej akcji (choć ona tutaj przecież nad wyraz pasjonująca) tylko na psychologicznych aspektach międzyludzkich relacji. Pojedynku osobowości wybornie odtwarzanych przez ikony kina w osobach Roberta De Niro i Ala Pacino. Każdy gest, mimiczny detal to wyżyny aktorskich umiejętności, może w charakterystyczny i od lat utarty sposób przez nich powielany, ale to i tak taki poziom, że szczena z podłogi jest zbierana. Obok nich w dodatku z tuzin postaci, które równie kluczowe znaczenie dla rozwoju wydarzeń mają. Nazwiska równie gorące i do dzisiaj skutecznie swój wysoki status na scenie potwierdzające, że tylko kilka z nich przytoczę: Jon Voigh, Val Kilmer, Tom Sizemore, Danny Trejo, Wes Studi czy ówcześnie jeszcze nastolatka Natalie Portman. Te zalety siłę ogromną stanowią i nie pozwalają by upływ dwudziestu lat od premiery wpłyną negatywnie na efekt. Powiem więcej, mam teraz po seansie kilka godzin temu odbytym wrażenie, że dostrzegam w fabule więcej detali niżby byłem w stanie lata temu wychwycić - to co między wierszami ukryte intensywniej odbieram. To argument decydujący, że Heat to dzieło wybitne, przygotowane z niezwykłą intelektualną przenikliwością i techniczną wprawą. Ta fascynująca opowieść o ludziach z dwóch stron barykady, zaskakująco tożsamych i z bliźniaczymi wewnętrznymi demonami walczących, na określenie klasyk kinematografii bez wątpienia zasługuje. 

niedziela, 19 lipca 2015

Susanne Sundfør - Ten Love Songs (2015)




Czasem po obrzeżach mniej interesujących mnie dźwięków szperam i często odnajduje wśród artystów umownie pisząc stylistycznie pop uprawiających perełki, których zignorowanie byłoby błędem przez pryzmat rozwijania szerokich zainteresowań i kształtowania wrażliwości. Tym tropem w końcu, za pośrednictwem dziesięciu piosenek miłosnych, pierwszy kontakt z muzyką Susanne Sundfør zaliczyłem. Znałem nazwisko, bo często w kontekście ciekawych zjawisk w muzyce się pojawiało, jednak dopiero pochodzenie skandynawskie i uparte wrzucanie na ścianę facebookową przez pewnego redaktora muzycznego jej numerów, w końcu zdopingowało mnie do zapoznania się ze światem dźwięków jaki kreuje. To z pewnością wartościowy kasus na scenie i pewien ewenement - bo kiedy własne poszukiwania i inspiracje artystyczne jednocześnie na braku granic i docieraniu do esencji się opiera, to nawet ja penetrując niszę zupełnie mnie współcześnie nie interesujące, mogę jako zwolennik gitarowego brzmienia bez użycia wioseł skutecznie zostać oczarowanym. Susanne (pozwolę sobie po imieniu :)) stosując proste aranżacyjnie zabiegi, lecz kierując się bez wątpienia ogromną intuicją i muzyczną wrażliwością stopiła w jedną czarującą postać synth czy elektro pop (jak go zwał tak zwał ;)) charakteryzujący się sterylnym brzmieniem automatu udającego instrumenty perkusyjne, ascetyczne formy czy plamy rozpływające się w tle z symfonią absolutnie poprzez ograniczone instrumentarium wrażenia żenującego nie robiącą. Na zmianę przeplatanie dynamicznych, niemalże słonecznych akcentów (ma ta muzyka w sobie ogromne ciepło pomimo nowofalowych inspiracji) z pełnymi zadumy i refleksji partiami fortepianu, smyczków (nie wiem czy żywych) i elektronicznego ambientu daje efekt szerokiego spojrzenia na dźwiękową fakturę i odczucia jednowymiarowości oszczędza. To niezwykle udane, choć nie bezpośrednie nawiązanie do pewnego sprzed lat norweskiego giganta, który w latach osiemdziesiątych zatrząsł muzyką popularną na całym świecie. Zwali się Panowie a-ha i swój legendarny status na podobnym spostrzeganiu dźwięków oparli. Susanne na Ten Love Song na tego rodzaju szkielecie własną wizję ambitnego popu zbudowała, dodając rzecz jasna walor dodatkowy jakim głos którym dysponuje. W moim odczuciu (bo takie skojarzenia kiedy słyszę partie przez nią śpiewane w mojej świadomości się budzą) to wibracje zbieżne przede wszystkim z barwą Anneke Van Giersbergen, Lany Del Rey ale i po części ikon takich jak Kate Bush i Enya. Proszę o wybaczenie jeśli ograniczona ma wiedza większej ilości alternatywnych głosów tutaj nie podpowiada - bo ja przecież ekspertem od damskiego wokalu nie jestem. :) Sporadycznie płci pięknej tonacja mnie przekonuje, stąd i z pasją nie śledzę tego terytorium. Jak widać jednak tym razem ciekawość, a może to intuicja mnie nie zawiodły, dzięki czemu z niekłamaną rozkoszą odkrywam najnowszy album Susanne Sundfør i delektuje się odcieniami dźwięków tak odległymi od mych fundamentalnych zainteresowań. 

P.S. Tekst spisany bez jakiejkolwiek znajomości materiału z poprzednich krążków Panny Zuzanny - już spieszę nadrobić to przeoczenie. :)

czwartek, 16 lipca 2015

The Last Samurai / Ostatni samuraj (2003) - Edward Zwick




Edward Zwick to specjalista od wypasionych, widowiskowych spektakli - takich obrazów co rozmach producencki udanie z wartościowym przesłaniem łączą. Ta sztuka wielokrotnie mu się udawała, dla mnie jednak szczyt dwukrotnie osiągał - konkretnie w przypadku Wichrów namiętności i właśnie Ostatniego samuraja. Nie byłem w stanie się oprzeć urokowi tej opowieści kiedy premiera następowała i nie jestem kiedy od niej ponad dekada minęła, a ja co najmniej kilka seansów odbyłem. Zwyczajnie ma ona w sobie pewien magnetyzm, który w prosty i bezpośredni sposób mnie hipnotyzuje. Pozbawia ambitniejszych intelektualnie potrzeb czarując rozpasanym widowiskiem i choć wiem, że to taki banał w formę spektakularną ubrany, to jednak porywa wzruszając z automatu jak założył sobie reżyser. To typowo z amerykańską patetyczną manierą kino skrojone, z egzotyką przez pryzmat jankeskiego spojrzenia ukazaną, ale z tak efektywnie-efektownym klimatem, techniczno-warsztatową perfekcją, że dech w piersiach zapiera i każe ogromne uznanie wyrazić. Innymi słowy to wspaniałe widowisko dla oczu i wzruszająca porcja emocji dla ducha. Romantyczna opowieść o honorze i tradycji, pokorze, szacunku i poświęceniu, czyli wartościach współcześnie w naturze całkowicie wymarłych lub na potrzeby budowania medialnego wizerunku jedynie wskrzeszanych, co przykre cynicznie instrumentalnie traktowanych. Jaki dla mnie wniosek, jaka prawda o mnie z tej lekcji wypływa - że wrażliwy ze mnie osobnik i jak reżyser kontrastowy schemat proponuje to ja naturalnie po stronie dobra staje i z nim identyfikuje. To o mnie dobrze świadczy. ;)

środa, 15 lipca 2015

Málmhaus / Metalhead (2013) - Ragnar Bragason




Nie mam jednoznacznej pewności czy Metahead bardziej razi banałem, czy może udanie aspiruje do miana kina ambitnego. Bo oto z jednej strony powiela modelowo stereotyp zagubienia dorastającej, niedojrzałej jednostki w „niesprawiedliwej” rzeczywistości, która w poczuciu alienacji w otchłań diabelskich dźwięków wpada - kontestuje zasady, w toporny sposób próbuje obnażać hipokryzje oraz z niemocy wrogość wobec bytu najwyższego manifestuje. Z drugiej strony natomiast ten czarno-biały schemat przełamany zostaje postacią kapłana, który zagorzałym fanem ostrej muzy się okazuje, czy postawami społeczności sąsiedzkiej ponadnormatywnie wyrozumiałymi wobec emocjami nakręcanych kryminalnych występków bohaterki. To właśnie te atuty, które z pułapki oczywistości fabułę wyrywają, każąc jednocześnie zadać pytanie czy to nie nazbyt daleko idąca naiwność lub życzeniowe podejście do wymagań wobec postaw ludzkich. Zakładam iż Islandia to zupełnie inna mentalność, bo u nas zapewne bez spektakularnego linczu by się nie obeszło. Nie wyobrażam sobie by nasza prowincja była w stanie tyle empatii z siebie wydobyć w obliczu bezpośredniego ataku na świątynię, czy rozumieć bez histerii w dorastającym ciele i dojrzewającej duszy obecny ból, frustracje, gniew i niepokój. Nie będę jednak teraz użalał się nad kondycją empatii we współczesnej najjaśniejszej Rzeczpospolitej i nadmiernie prowokował dysputy nad powierzchowną rodzimą moralnością zaangażowaną w przemysł pogardy. Optymistycznie trzeba zerkać w przyszłość szczególnie, gdy od innych nacji szlachetne wzorce płyną, przykład praktycznie rozumianych wartości dając. Ten ksiądz z dziarą maskotki Maiden w tym kontekście szczególnie istotny, a jego słowa o Jezusie, który też był outsiderem bez zbędnej metaforyki wprost w sedno trafiające. Akceptuj ludzi jakimi są - prosta filozofia tak bezpardonowo deptana przez instytucję, której w większości marionetkowi funkcjonariusze z takim zaangażowaniem z ambony o ludzkiej godności mówiąc, pustosłowiem dla partykularnych interesów wojują. Z tej perspektywy nie dziwi bezpośrednia wrogość dla pogardy pod miłosierdziem obłudnie zakamuflowanej, pieprzącej dyrdymały w rodzaju "Bóg tak chciał". Naturalny bunt oczywisty i tylko rozumną akceptacją do opanowania. Szczęśliwie labilna osobowość bohaterki tragedią rodzinną zdruzgotana, nieznosząca rozczarowań i w przypływie negatywnych emocji zwyczajne głupstwa podpowiadająca na ludzi rozsądnych i życzliwych trafiła. Była panna zagubiona, została zrozumiana i finalnie uratowana - nie z łap muzyki tylko z cierpienia, bo to film nie o dźwiękach agresywnych, a o traumie z jaką człowiek żyć zmuszony. Trwanie w nieszczęściu, zatracanie się w cierpieniu nie może być wieczne. Przełom musi w końcu nastąpić by kolejnych ofiar uniknąć. Zrozumieli to jej rodzice, pojęła też i ona. W tym chwilami odrobinę groteskowym obrazie z surowym klimatem miejsca i akcji oraz wartościową puentą sporo do odkrycia i chociaż nie jest to w odczuciu moim dzieło o charakterze wybitnym, to skłoniło mnie do kilku istotnych przemyśleń i pozwoliło odkryć fragmentarycznie mentalność pośród pustkowia zamieszkałych Islandczyków.

sobota, 4 lipca 2015

Million Dollar Baby / Za wszelką cenę (2004) - Clint Eastwood




Maggie z plebsu pochodzi, jej szanse edukacyjne z tego względu mocno były ograniczone, więc zamiast z dyplomem renomowanej uczelni w korporacji po szczeblach kariery się wspinać, ona w podrzędnym barze posiłki donosi. Prosta to dziewucha, prozą ciężkiego życia zahartowana, lecz ducha nie tracąca. Ma ona plan i zrządzeniem losu znajduje człowieka, którego doświadczenie i umiejętności zrealizować go pozwolą. Z nim w tandemie działając osiągają szczyty i kiedy ta bajka wyśniona się ziszcza tragedia nieoczekiwanie nadchodzi. Determinacja, ośla upartość dziewuchy, serducho do walki i jaja ogromne, to jak się okazuje mało w konfrontacji z przewrotnym losem. On pokory uczy i niestety lekcje okrutną daje. Cena jaką Maggie płaci wysoka, a opowieść o amerykańskim marzeniu happy endu tym razem zostaje pozbawiona. Serwuje Eastwood kolejny reżyserski majstersztyk, jak zdążył przez lata przyzwyczaić w pełni dojrzały i z nader wartościowym przesłaniem. Z autentycznymi emocjami, z krwi i kości bohaterami oraz wybornymi kreacjami dwóch emerytowanych hollywoodzkich ikon. Samego mistrza Eastwooda z klasyczną dla niego pozą, taką twarzą twardziela, na zewnątrz mocno zgorzkniałego a pod tą warstwą ochronno-izolacyjną człowieka z wrażliwym wnętrzem. Oraz równie ikoniczną manierą aktorską Morgana Freemana, który gdzieś na marginesie tka postać o sercu na dłoni i pokorze głębokiej jak i jednocześnie w osobie narratora funkcjonuje. Obok nich jednak prawdziwy koncert umiejętności Hilary Swank daje, w kreacji olśniewającej autentycznością gestów i mimiki oraz realizmem emocji. Aktorski to majstersztyk, a dobór w castingu dokonany strzałem w przysłowiową dziesiątkę. I pewnie mógłbym dłużej, szerzej i intensywniej swój zachwyt tym obrazem manifestować, pozbawić ten tekst wszelkiej krytyki gdyby do głosu moja malkontencka natura nie doszła. Ona podpowiada mi, że jedną wadę w całościowo wybornym efekcie trzeba twórcą wytknąć. Nią nie do końca przekonujące sceny walki, takie nieco anemiczne i po oczach brakiem naturalności bijące. Szczęśliwie techniczne niedoskonałości na margines spycha doskonała formuła przekazania filozofii jaka pięściarstwu towarzyszy. Boks to nie toporne mordobicie pod remizą praktykowane - to sport widowiskowy i w założeniach sztuka szlachetną osobowość w trudzie wykuwająca. Bo oto walczysz człowieku w bólu i ryzykujesz wszystko dla marzenia, które liczy się tylko dla ciebie - czasem je wygrywasz by po chwili często życie przegrać. Koszty poniesione vs. zyski wypracowane, finalnie bilans ujemny a może dodatni? Czy w życiu idzie o te chwile uniesienia, emocje i uczucia bezcenne, czy one spełnienie przynosząc warte są swojej ceny? Pytań ważkich multum i wśród nich jeszcze jedno niezwykle istotne, w formie rozbudowanej Eastwood zadaje. Czy prawo do godnej śmierci na własnych zasadach nam się należy i czy możemy wymagać by inni brali na siebie ciężar pomocy w naszym odejściu? Cierpieć pokornie, czy pożegnać się z względnie podniesioną głową, na scenie pozwolić tkwić bliskim w bólu dla zasady, czy złamać prawo i ze świadomością odpowiedzialności dopomóc im z niej zejść. Poruszający film, głęboko w świadomość zapadający - bezwzględnie obowiązkowa lekcja człowieczeństwa!

piątek, 3 lipca 2015

Tribulation - The Children of the Night (2015)




Spory ruch wokół siebie wraz z nowym krążkiem wywołali. On zrozumiały, gdyż po dwóch albumach, które względnie klasycznej formuły death metalowej się trzymały, teraz spora wolta stylistyczna nastąpiła, a dzieci nocy świadomie sięgnęły do bogatej spuścizny melodyjnego heavy lat osiemdziesiątych, gotyckiego mroku, folkowej przaśności, ewentualnie klimatycznego black metalu dziewięćdziesiątych, czy nawet przychodeli przełomu 60/70. Tylko ignorant pozbawiony elementarnej wiedzy odnośnie historii metalu i rocka będzie twierdził, że to takie nowe czy odkrywcze. Oni przecież jedynie na swój sposób stosując klasyczne triki ukręcili kawał niezwykle chwytliwej muzyki o wzorce sprzed lat opartej. Ona oprócz przebojowego potencjału zawiera w sobie sporą dozę ciekawych aranży, czy intrygujących detali. Podana w formule krystalicznie czystego brzmienia, dopieszczonego niemal wymuskanego z wysuniętymi na plan pierwszy szczwanie utkanymi gitarowymi strukturami, będącymi zarówno trzonem jak i porywającym jego dopełnieniem - ach te solóweczki! :) Te sprytne aranżacyjne zabiegi nie pozwalają, by o The Children of the Night napisać, iż przesyt oklepanych rytmicznych patatajek i miałkich melodyjek zdominował całość doprowadzając słuchacza do przekonania, że grając metal tylko banał i festyn rozsiewają na potęgę. Posiadają wychudzeni Skandynawowie niekwestionowany talent i umiejętność odnalezienia się w nowej dla siebie konwencji stylistycznej. Potwierdzają to nastoma kompozycjami i jeśli nawet nie goszczą w moim stereo nader często, bo ta stylistyka obecnie nie stanowi obiektu mojego większego zainteresowania, to z pewnością jest to przyjemna porcja nostalgii we współczesnym wydaniu. Słuchając The Children of the Night powracam w myślach do wielu ikonicznych albumów o bardzo szerokich gatunkowo ramach - wiem też, że to chwilowe sentymentem sterowane zainteresowanie, które już za chwile miejsca ustąpi aktualnym fascynacjom. Dodam jeszcze, że pomimo instrumentalno-kompozycyjnej fachowości jedna rzecz w obecnym obliczu Tribulation mi nie gra. W miejscu w którym za sprawą The Children of the Night się znalazło potrzebuje wokalisty, który pisząc dosłownie śpiewać potrafi. Niestety Johannes Andersson prócz sztucznie przestylizowanych krzyków i okazjonalnych teatralnych szeptów nie pokazał czy stać go na potężne czyste zaśpiewy. Tak się teraz zastanawiam w jakim kierunku wkrótce podążą, czy może do bardziej agresywnego mielenia powrócą, czy też dalej (stosując w opisie uproszczenie) w heavy formułę brnąć będą. Jeśli drugie rozwiązanie ich kierunkiem to dokooptowanie do składu człowieka który ten kompozycyjny potencjał czystym śpiewem dopełni obowiązkowe. Dzisiaj i ewentualnie w przyszłości Tribulation z aktualną fakturą wokalu będzie dla mnie potwierdzeniem przekonania, że nic nie hamuje rozwoju grupy tak skutecznie jak nieodpowiedni głos na pierwszym froncie. Może cholera się czepiam, lecz takie moje odczucie, iż tu wokalu z prawdziwego zdarzenia trzeba, by pełen potencjał z muzyki Tribulation został wydobyty. 

P.S. Poniżej lista, kogo konkretne wpływy ja tutaj słyszę. Od Iron Maiden, Mercyful Fate, Candlemass po Dissection, Opthalamia, Witchery czy po części stary Amorphis i Tiamat oraz nawet The Cult. I to wyłącznie okrojone skojarzenia.

środa, 1 lipca 2015

Mad Max: Fury Road / Mad Max: Na drodze gniewu (2015) - George Miller




Ożesz cholera, jaką petardę dziadziuś Miller wyprodukował! Jestem pod ogromnym wrażeniem! Rzecz jasna moje nastawienie przed seansem było czysto rozrywkowe. Chciałem obejrzeć kawał efektownego kina akcji, nie oczekiwałem głębi intelektualnego spojrzenia, tylko mielone mięcho być miało i zapach wachy. Prawdziwie męska przygoda, żadnych półśrodków. Wiedział Miller czego wyznawcy kultu szalonego Maxa oczekują i spełnił ich życzenia po stokroć. W dwóch godzinach projekcji skumulował potężną dawkę czystej adrenaliny. Pod ogromnym ciśnieniem wtłaczał ją do organizmu widza zapewniając intensywne przeżycia - przynajmniej ja efektywnie odczuwałem to doładowanie. Spektakularne pościgi, potężne eksplozje, dynamiczny montaż, oszałamiające zdjęcia i podkręcająca klimat muzyka. Tempo wręcz niewiarygodne, wyczyny bohaterów również, ale to oczywiste i dla konwencji przecież naturalne. Akcja z ustawicznym zapłonem i za każdym razem potężną eksplozją, tylko incydentalnie z odrobiną refleksji by po chwili znów rozpierduchą wypełniać ekran. Jednak to co zasługuje na największą uwagę to wyobraźnia z jaką to co na ekranie spostrzegałem zostało zaaranżowane. Popuścił Miller z ekipą producencką maksymalnie wodze fantazji, przebijając to wszystko, co w poprzednich częściach kazało myśleć, że dalej i głębiej odjechać to już się nie da. Ten typ z gitarą uwieszony na ścianie głośników pozamiatał nawet  pośród konstrukcji pojazdów czy spektakularnej charakteryzacji. Zupełny odlot, wizja doprawdy imponująca, szczególnie przez pryzmat wieku reżysera. Bezdyskusyjnie kino rozrywkowe na najwyższym poziomie z furtką szeroko otwartą dla potrzeb kolejnej części. Już czekam na piątą odsłonę materializacji fantazji Millera. A bo bym zapomniał. :) Pytanie kto, Gibson czy Hardy pozostawiam bez odpowiedzi przede wszystkim z sentymentu dla Mela i szacunku dla ostatnich osiągnięć Toma. 

P.S. Sezon na odgrzewanie klasycznych pomysłów w pełni. Jest w nowej odsłonie Mad Max i Jurassic Park, będzie Terminator i wreszcie Gwiezdne Wojny. Przypomnijcie mi który aktualnie mamy rok? 

Drukuj