czwartek, 28 maja 2015

Faith No More - Sol Invictus (2015)




Czas jakiś temu, w miarę niedawno bo o dwóch latach tu mowa, napisałem że tak bardzo brakuje mi Faith No More w rozpisce nowości na najbliższe miesiące - nie wierząc rzecz jasna, iż sytuacja ta kiedykolwiek ulegnie zmianie. Okoliczności sprzyjające jednakowoż sprawiły, że teraz maltretuje świeży krążek legendy i jestem tym faktem nie ukrywam maksymalnie podekscytowany. Jaki wniosek się nasuwa, jaka lekcja płynie z powyższego - iż warto być cierpliwym, a te nawet niewiarygodne życzenia mogą stać się rzeczywistością. Taki to banał o bardzo życiowych własnościach. :) Zatem z perspektywy nieuleczalnego wielbiciela twórczości Mike'a Pattona szczególnie w konstelacji w jakiej w Faith No More funkcjonował/funkcjonuje spoglądam i nasłuchuje zawartości Sol Invictus. Pewnie mało krytycznie, bardziej życzeniowo w przekonaniu, iż samospełniająca się przepowiednia o dorównaniu ikonicznej dyskografii sprzed lat już wielu jest możliwa do zrealizowania. Na każdy więc zarzut wobec tej płyty odpowiem głębokim emocjonalnym zaangażowaniem, radykalnie z bezkompromisowym impetem. Bo Sol Invictus wyczekałem i wymarzyłem i do jasnej cholery niestety w pierwszej z nim konfrontacji nieco zawód przeżyłem. Nie zapomniałem, szczęśliwie, iż wartość albumów tych Kalifornijczyków poznaje się dopiero po wielokrotnych odsłuchach. Takie właśnie doświadczenia pamięć mi podpowiada, gdy pierwotne przesłuchania na początku lat dziewięćdziesiątych czyniłem, a perspektywa czasu dopiero kształt i formułę ostatniego tchnienia z roku 1997 uwypukliła. Nie inaczej relacja ze słońcem niezwyciężonym przebiegała, bo to płyta, która musi dostać szanse by zagnieździć się w świadomości, co dopiero pozwala w pełnej krasie docenić jej walory. W tym kontekście to klasyczna produkcja Faith No More, dla cierpliwego i uważnego słuchacza. Czy podobnie jest poddając ją autopsji nie przez pryzmat historii czy dorobku ale przede wszystkim struktury samych kompozycji? Nie będąc wykształconym w kierunku teorii muzyki, a spostrzegając dźwiękową materię tylko i wyłącznie z punktu widzenia laika, bardziej pasjonata, odnoszę wrażenie iż niczego nadzwyczaj zaskakującego Panowie muzycy nie zaproponowali. Po raz kolejny zmieszali w tyglu, w przeróżnych proporcjach, w zależności od konkretnego numeru inspiracje płynące zarówno z dokonań klasyków, jak i własnych różnokierunkowych projektów, czy oczywiście bogatej zespołowej spuścizny. Wykorzystali niczym nieograniczony zmysł aranżerski, hojne doświadczenie oraz estetyczną wrażliwość, by stworzyć materiał na miarę własnej legendy. Dopieścili go dojrzałością, która nie ograniczając eksperymentalnych tendencji, zbyt zagalopować się nie pozwoliła - fantazja w procesie twórczym pobudzona na wodzy utrzymana została. Powstał album z roku 2015-tego, który gdyby nagrany u schyłku dwudziestego wieku został, to byłby naturalnym i konsekwentnym rozwojem obranej wcześniej ścieżki. Okładka, brzmienie, sama konstrukcja oraz mentalna postawa załogi FNM na to wskazuje. Słuchając Sol Invictus nie zauważam, by od Album of the Year upłynęło lat osiemnaście. To dla współczesnego gołowąsa, poszukującego podniety w dźwiękach niebanalnego rocka propozycja pewnie zbyt mało ekscytująca, dla mnie jednak spełnienie nostalgicznych życzeń i zarysowanie nadziei na jeszcze więcej. Faith No More na swój sposób jest współcześnie archaiczne, ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu, bo pozostając do końca sobą nie zaryzykowało pogoni za niedoścignionym. Kapitalnie wydestylowali materiał będący wypadkową wszystkiego co w nich najlepsze i za to należą im się gromkie brawa. Mają jednak to szczęście, że ich muzyka nie zdążyła się zestarzeć i dzisiaj nadal ich twórczość jest świeża i pełna wigoru. Może to i inna nisza, ale tego trafu zabrakło poniżej recenzowanemu powrotowi na scenę Norwegów z Arcturus. Jedyny mankament jaki w Sol Incvictus dostrzegam to długość krążka. Brakuje tutaj, może epickiej lub też stylowo bujającej kompozycji, która to zamknęłaby całość w optymalnych pięćdziesięciu minutach. Co tam, jest to co jest i trzeba z tego się cieszyć, bo jest z czego! :) Smakować królujące partie basu, które bohaterem krążka na równi z wokalną ekspresją mistrza Pattona i liczyć, że to jeszcze nie jest ich ostatnie słowo.

środa, 27 maja 2015

Leprous - The Congregation (2015)




Z każdym kolejny albumem Leprous jest tak, że wpierw wkręca mnie bezlitośnie i nie popuszcza ani odrobinę, by po okresie absolutnej dominacji przesyt wzbudzić i siłą znużenia nakazać odstawić go na czas pewien. Tych kilka albumów krąży w orbicie moich zainteresowań, powracając i oddalając się w cyklu systematycznych powtórzeń. Nie inaczej pewnie będzie w przypadku najnowszej odsłony twórczości intrygującej drużyny, rodzinnie spowinowaconego z Isahnem (dla niewtajemniczonych Emperor), Einara Solberga. Etap na którym kontakt z The Congregation obecnie w mej świadomości zafiksowany, to zapętlenie krążka i permanentna potrzeba z nim obcowania. Brak oznak zmęczenia, ciągłe kosztowanie klimatu z dźwięków się sączącego, ustawiczna fascynacja i rozbijanie faktury każdej kompozycji na detale - ten proces nadal na bieżąco się rozgrywa. Jest coś trudno definiowalnego na krążkach Norwegów, co moją uwagę tak intensywnie absorbuje i przekonuje, pomimo nie zawsze entuzjastycznego nastawienia do muzyki, gdzie epicka forma i egzaltowany klimat dominują. Jakaś magia odczuwalna, lecz nie w pełni zrozumiała w ich płytach zaklęta. Może wyjątkowość swej twórczości Leprous po części zawdzięczają nieszablonowej wokalnej estetyce jaką Solberg proponuje. Te pływające zaśpiewy, czy dryfowanie w rejestry wręcz jękliwie-piskliwe, to cecha już immanentnie jako właściwość szczególna mu przypisana. Ponadto wyraźnie pełny emocji śpiew, rozpościera nad instrumentalną rzeźbą atmosferę głębokiego zaangażowania i autentycznego przeżywania każdej nuty. Żaden to produkt kalkulacji nastawionej na dotarcie do smutnej młodzieży z głęboką czernią na paznokciach, tylko wiarygodna pod względem intencji sztuka. Taka, która prócz aspiracji by nią się stawać, także w potencjale technicznej biegłości i umiejętności aranżowania pomysłów zawarta. Oscylująca naturalnie w granicach bezpiecznego kompromisu pomiędzy chwytliwością melodyjnego czaru, a arytmią ambicjonalnego łamania struktury całą masą ciekawych kombinacji, czy gwałtownego akcentowania napięcia. Jest w kompozycjach grupy młodzieńcza pasja i refleksyjna dojrzała postawa, która nie mierzi tylko urzeka. Rzadko taka hybryda mnie przekonuje, bo ryzyko związane z ośmieszeniem pozy nadmiarem ckliwej, żenującej dramaturgii, czy samym przerostem formy nad treścią jest wysokie. W tym przypadku nie ma mowy by nadmierna emocjonalność w błazenadę się przekształciła. The Congregation to piękna i frapująca porcja doznań dla wrażliwego i wymagającego odbiorcy. Jeśli natura otwartego poszukiwacza form ekscytujących nie jest ci drogi czytelniku obca i nie wstydzisz się tej subtelnej, pełnej wrażliwości części swej osobowości to z głębi mojego "serduszka" polecam rozmarzoną podróż do krainy Leprous. Tak, wiem roztkliwiłem się! :)

wtorek, 26 maja 2015

Zodiac / Zodiak (2007) - David Fincher




Trochę nie w pełni pochlebnych opinii w stosunku do tej produkcji Davida Finchera w środowisku krytyków się przewinęło. Kręcili nosami, nader intelektualny wyraz twarzy symulowali i używając określeń, których znaczenie rozpoznane dopiero po użyciu słownika zbyt hollywoodzko rozrywkowy charakter produkcji wytykali. Przesadzam? :) Mnie jednak jako osoby dalekiej od zawodowej, a przez to profesjonalnej percepcji materii kinowej reżyser nie zawiódł i przekazał do smakowania produkt bardzo sprawnie zrealizowany. Zupełnie nie rozumiem narzekań na jakość, bo w mojej ocenie to świetnie skrojone, bardzo klasyczne w formie kino z techniczną stroną bez najmniejszej skazy. Taki kryminał z przede wszystkim wybornie wykreowanym klimatem i z wyczuciem eksploatowanym nośnym tematem. Bo co tu ukrywać, że sprawa tajemniczego Zodiaca to materiał niezwykle interesujący. Historia mordercy, który przez lata bezskutecznie poszukiwany do rangi bohatera popkultury niemal awansował przyciąga zainteresowanie, a szereg postaci związanych z jego tropieniem równie ciekawych przez pryzmat psychologicznych kryteriów. I tutaj do głosu aktorskie rzemiosło pierwszorzędnych gwiazd dochodzi. One w osobach  Jake’a Gyllenhaala, Marka Ruffalo, Roberta Downeya Jr czy Eliasa Koteasa oraz Johna C. Lyncha fantastyczną robotę wykonują i wraz z ciekawie urozmaicającymi kontakt z obrazem ujęciami satysfakcję przynoszą. Oglądałem już kilkukrotnie i zawsze z przyjemnością patrzę na zmagania obsesją kierowanego rysownika, zmęczonego bezradnością policjanta i ekscentrycznego dziennikarza z medialnym show wokół bezwzględnego zabójcy rozkręconym. 

piątek, 22 maja 2015

Arcturus - Arcturian (2015)




Zaskoczył mnie powrót Arcturus, bo nie śledziłem już od ładnych kilku, a może nastu już lat, co w obozie Norwegów się dzieje. Miałem przekonanie, że ten skądinąd przed laty nader awangardowy band pożegnał się ze sceniczno-studyjną egzystencją i pozostanie w pamięci osób, które w latach ich największych sukcesów fanami się określało. Zaliczałem się w owych czasach do tego gremium, a La Masquerade Infernale jeszcze na taśmie, kasetą nazywanej zdarłem niemalże pod naporem ilości odtworzeń. Kontakt z dźwiękami zawartymi na tym albumie był wtedy dla mnie doznaniem z pogranicza nieomal mistycyzmu. Piekielną maskaradę smakowałem w pełnym pasji uniesieniu, chłonąłem maksymalnie zaangażowanymi zmysłami i wyjść z podziwu nie mogłem, z jaką niezwykłą w swej formie sztuką mam do czynienia. Takie to były czasy, kiedy spod wpływu grunge’u pod oddziaływanie forsowanej przez Mystic Art artystycznej awangardy świata metalu dałem się wkręcić. Starczy może tego wstępu nostalgią inspirowanego, oszczędzę opowieści weterana, który piesze wycieczki po nośnik czynił, bo kwota odłożona już na transport komunikacją miejską nie wystarczała. :) Daruje sobie tu i teraz także historycznej charakterystyki późniejszych poczynań grupy. Myślę, że odświeżę sobie w tych okolicznościach dyskografię Arcturus i w autonomicznych tekstach zdanie z perspektywy czasu w ich temacie jeszcze kiedyś przedstawię. Przejdę teraz gwałtownie do współczesności i sedna tych rozważań, czyli w ogólności o Arcturian napiszę. Podstawowa refleksja, jaka po kilkukrotnym przesłuchaniu nowego longplaya się nasuwa jest taka, iż są płyty, istnieją formuły, które sprawdzają się wyłącznie w określonych okolicznościach - miejsca i czasu. Nie jestem w stanie doświadczyć kontaktu z Arcturian z perspektywy osoby, która nigdy wcześniej nie spotkała się z twórczością Arcturus – to oczywiste! Odbieram zatem dźwięki Arcturian przez pryzmat wcześniejszych doświadczeń i myślę, że w moim przekonaniu „to nie powróci”. Nie doszukałem się pośród wielowarstwowej muzycznej materii tych podniet, które przed laty napięcie powodowały. Próbowałem przez wzgląd na sentyment czy nostalgię odczuć, chociaż we fragmentarycznej odsłonie to, co kiedyś tak intensywnie porywało. Przeświadczenie mam zatem, że czas ambitnej, nietuzinkowej muzyki, jaką Norwedzy komponowali minął bezpowrotnie, ich awangarda dzisiaj niestety myszką trąca. Miast wzbudzać lawinę komplementów nieco uśmieszek politowania wywołuje. To co u schyłku wieku dwudziestego odkrywczym było, dziś znając drogę jaką awangardowe projekty z szeroko rozumianej blackowej niszy przebyły w żadnym wypadku odkrywczym nazwać nie mogę. To zarzut fundamentalny, że Arcturus poszerzając niegdyś percepcje, współcześnie co smutne stał się przewidywalnym błaznem. Bo jak w tym miejscu inaczej pomyśleć, kiedy zawartość Arcturian to tylko zręcznie sklecony produkt z charakterystycznych mocno zmęczonych elementów. Miejscami chwytliwy, innym razem pełny rozjazdów aspirujących do przemyślanie i precyzyjnie wykreowanych dysonansów, a w rzeczywistości będący emocjonalnie jałową plastikową popłuczyną. Niczym zimny manekin, blady, bez życia – tylko ekscentrycznie przystrojony by zwieść swą nietuzinkową fasadą. To materiał drażniący kartonowym brzmieniem perkusji, irytujący wokalnym rozchwianiem i pseudo symfonicznym kiczem wylewającym się z keyboardu. To co w 1997 roku w piekielnej maskaradzie intrygowało, dziś na Arcturian nuży i mierzi. Konwencja bękartem została - odrzucona i osamotniona. Może parchami nie straszy, ale karykaturalnym obliczem śmieszy i zawstydza. Stylistyka próby czasu nie przetrwała? Nowe kompozycje jakości nie zachowały? Pewnie jedno i drugie? Odpowiedź poznam, kiedy na powrót klasykę grupy w rodzaju La Masquerade Infernale i Sham Mirrors przesłucham. Kiedy ochoty i przede wszystkim odwagi nabiorę by zmierzyć się z przeszłością. Przyznaje, że po zaznajomieniu z Arcturian obawiam się tej konfrontacji. 

czwartek, 21 maja 2015

Fotograf (2014) - Waldemar Krzystek




Waldemar Krzystek jest w mej opinii jednym z wyróżniających się współczesnych twórców polskiego kina. Popeliny nie zwykł wciskać, więc zanim najświeższa jego produkcja wylądowała na ekranie mojego telewizora, wiedziałem, że co najmniej przyzwoitej opowieści uświadczę. Jednako spodziewając się dobrego filmu, finalnie poznałem historię zrealizowaną więcej niż poprawnie. Fotograf to mocne kino, które trzymało mnie za gardło od startu do mety. W miarę spójna wielowątkowa zagadka fundamentem, z wyczuciem i wiedzą osadzona w symptomatycznym czasie i miejscu - w społeczno-politycznych uwarunkowaniach okresu przyjaźni z bratnim wschodnim narodem. Z przekonującym aktorstwem, sporą naturalnością i realizmem ujętych mentalnych różnic i ograniczeń zarówno Polaków jak i Rosjan. Z dużym potencjałem, przełożonym na efektywny scenariusz i sprawną realizację. Oświadczam z pełnym przekonaniem, iż dawno nie oglądałem rodzimej kryminalnej produkcji, która by tak dalece mnie wciągnęła w swą treść. Dłuższą chwilę rozkminiałem tą zagadkę i z poczuciem ogromnej satysfakcji, z głęboko podbudowanym ego stwierdzam, iż znam zasadniczą odpowiedź. Kolą był… Ha! Ciekawi jesteście? Jak nie znacie odpowiedzi, w spekulacjach czy we własnej argumentacji się gubicie odsyłam na priv, bo nie zwykłem wrzucać spoilerów i tym razem także tego nie uczynię. :)

P.S. Fotograf ma to, czego zabrakło ostatnio poddanemu autopsji Jeziorakowi. Mianowicie oglądając produkcję Krzystka ma się przed oczami rasowe pełnometrażowe kino fabularne, a nie pozostaje pod wpływem poczucia obcowania z jednym z odcinków kryminalnego serialu. 

sobota, 16 maja 2015

Deep Purple - In Rock (1970)




Od tego albumu rozpoczęła się tak na dobre długowieczna, pełna zakrętów kariera Deep Purple. Sam wstęp do Speed King jednoznacznie uświadamia, iż będzie to krążek o mocy godnej poruszyć serce rockowej bestii, wtłoczyć w jej krwiobieg ciśnienie, na lata dostarczyć energii. Wszystko się tu zgadza, nie mam pytań i wątpliwości tylko dogłębne poczucie satysfakcji i obcowania za każdym razem z dziełem wyjątkowym, gdzie nic nie pozostawiono kwestii przypadku od brzmienia po ponad czterdziestu latach nadal wzbudzającego szacunek, w wersji zremasterowanej będącego wręcz modelowym dla całej współczesnej młodej generacji retro rocka. Przez same kompozycje szeroką paletą barw zachwycające, gdzie energiczne petardy, bujające żywiołowe bluesy, wytrawne z muzyki  klasycznej harmonie posiadają już immanentny sznyt purpurowego stylu, po kunszt wszystkich razem i każdego z osobna ówczesnych członków formacji. Zaś perła w postaci Child in Time to wraz ze Stairway to Heaven największe dokonanie w historii rocka w moim przekonaniu! Rola głównych aktorów sprowadzona do finezyjnego wykorzystania własnej wirtuozerii sięgająca szczytów artyzmu. Bohaterów pięciu i wpływu nie śmiałbym umniejszać żadnego z nich, jednak charakterystyczna maniera klawiszowa Jona Lorda, zręczne żonglowanie hammondowymi piskami, sprzężeniami to klasyczna wisienka na tym wyśmienitym torcie. Wypieku którego szlachetny posmak zależny bezwzględnie także od wokalnej, porywającej formy Gillana, Glovera wraz z Paice'm kręgosłupa rytmicznego oraz oczywiście maestro Blackmoore'a, którego legendarny trudny charakter rekompensowany kolosalnym talentem. I tak jak w kamieniu na niemal wieczność wykute postaci wybitnych synów amerykańskiej państwowości, tak symbolicznie w dźwiękach tych zaklęta magia i poważanie dla purpurowej ikony - póki rock trwał będzie!

czwartek, 14 maja 2015

Paths of Glory / Ścieżki chwały (1957) - Stanley Kubrick



Stanley Kubrick w odsłonie z 1957 roku, w czarno-białej szacie o wojnie w pacyfistycznym tonie. Ubogie środki techniczne zaprzęgnięte, rekompensowane talentem w kreowaniu inteligentnie przenikliwej treści. O tchórzostwie w kontrze do odwagi, o honorze przeciw cynizmowi. O presji, ciśnieniu, napięciu, agresji, zmęczeniu i znoju fizycznym oraz wyczerpaniu psychicznym. O kosztach i efektach, grze wartej czy nie wartej swej ceny. O zwykłych żołnierzach, którzy wrażliwymi istotami czy bestiami, instynkcie przetrwania i bodźcach, które bezwzględność w człowieku pobudzają. O rozgrywkach personalnych, karierze, poczuciu sprawczości i bezkarności. Hierarchii wojskowej, zdrowym rozsądku i moralności wobec zimnych, wymagających milczenia zasad podporządkowania. Rozkaz padł, ty go wykonaj! Bez dyskusji, refleksji, szacunku dla życia innych i przywiązania do własnego. Trzy ofiary generalskiej ambicji to przecież nic wobec tysięcy czy milionów, które walki pochłonęły. Przecież zadanie MUSIAŁO zostać wykonane! 

środa, 13 maja 2015

Goodfellas / Chłopcy z ferajny (1990) - Martin Scorsese




Kiedy jakąś kapitalną kinową nowość zdarzy mi się obejrzeć, lub w sytuacji gdy w nostalgiczny nastrój popadnę, wtedy to ze względu na potrzebę utrzymania kontaktu z kinem wybitnym i sentymentalnej wyprawy w przeszłość, funduję sobie tegoż rodzaju luksus i powracam do kultowych tytułów, które na stałe w pamięć moją się wbiły i od lat stoją na szczycie hierarchii. Tym oto sposobem po raz pewnie enty czas spędziłem w towarzystwie  (Liotta, De Niro, Pesci) czyli chłopców, co w ferajnie siłę odnaleźli. Obraz to, którego ząb czasu w najmniejszym stopniu nie nadgryzł, bo i żadnej szansy na to nie miał, gdyż mistrz swoim geniuszem go naznaczył. On przecież epickim majstersztykiem Martina Scorsese, klasyczną kryminalną opowieścią o emigranckiej włosko-irlandzkiej gangsterce w amerykańskich realiach osadzonej. Dziełem kompletnym pod każdym względem - fascynującej emocjonującej fabuły, autentycznej scenografii czy muzyki, naturalnie w środowisku wydarzeń osadzonej. Aktorskim, bo tylko wspomnieć co tutaj wyczynia naturszczyk w osobie Joe Pesciego lub wielki Robert DeNiro w markowym dla siebie wydaniu! Pełnym realizmu, w kinowym ujęciu pasjonująco zaaranżowanym. Z drugim planem, gdzie autentyzm postaci, każe się zastanawiać czy może prawdziwa gangsterka do odegrania samej siebie nie została zaangażowana. Tutaj w centrum atrakcyjne życie Panów życia i śmierci, cwaniaków w świecie ciemnych interesów i bezwzględnej brutalności. W luksusowym anturażu twardziele ci jednak pełnego szczęścia nie zaznają. Mogąc mieć wszystko, będąc wolni i niezależni paradoksalnie zakładnikami, niewolnikami swojej profesji się stali. Kariera gangstera intensywna i krótka, a na samym końcu upadek. Z hukiem czy po cichu w dole zakończona lub gdy farta więcej w ukryciu, w atmosferze zdrady i ostracyzmu. Lepiej odważnie spalić się intensywnym płomieniem czy bez honoru gasnąć powoli? Oni już indywidualnie wybrali! Próba charakteru weryfikacji dokonała!

poniedziałek, 11 maja 2015

Turbowolf - Two Hands (2015)





Jako świeżak w świecie Turbowolf dwie refleksje, które mi od razu się narzucają na starcie przedstawię. Pierwsza tyczy się wyglądu typa, co za wokalną stronę odpowiada, że z twarzy to on mniej do nikogo, a bardziej do Franka Zappy podobny. :) Druga zaś po linii pierwszej idzie, iż stylizacja ekipy wyspiarzy to cecha nadająca im specyficznej oryginalności. Niby to wszystko już było, ale każdy z nich jak ze zdjęć promocyjnych i klipów wynika idzie własnym szlakiem indywidualność podkreślającym. To zawsze bardzo dobrze wróży dźwiękowej warstwie, bo szereg inspiracji w jednym tyglu zmieszany nowe spojrzenie na rockową formułę przynosi. Tako zakładam jest w przypadku Turbowolf, jeno może moja hipoteza zbyt daleko idąca, bardziej intuicyjna niżby podbita wiedzą, bo ja przecież świeżak w ich świecie. Nie czytałem o nich wiele, jedynie Two Hands już wielokrotnie i intensywnie przerobiłem. Jest w tej muzie pomimo oczywistych korzeni, entuzjastycznie to ujmując zajebiście świeże podejście do retro tendencji. Żadne to prostackie odgrzewanie mielonych, tylko szerokie i celne ogarnięcie trendu przez pryzmat własnej tożsamości, zbudowanej za pomocą z wyczuciem wykorzystania punkowej zadziorności, rock’n’rollowej dynamiki i stonerowego ciężaru. Wszystko w sosie elektroniki rodem z archaiczych gier pochodzących ze sprzętu sygnowanego marką Atari, która to w tej konwencji zastosowana zamiast razić kiczem, poraża niczym piorun. Te klawisze, przetworniki tajemnicze, to w moich oczach to, co dostarcza im waloru wysuwającego przed szereg pośród setek czy nawet już tysięcy grup, które na retro graniu współcześnie próbują się na szczyty wspiąć. Niecałe czterdzieści minut drugiego w karierze Turbowolf longplaya, to czysta przygoda z każdym kolejnym kontaktem dostarczająca wspaniałych emocji. Na koniec jeszcze deklaracja - nie interesuje mnie jaki hajp wokół tych typów na wyspach, czy gdziekolwiek indziej nakręcony. Póki takiej przedniej jakości rozrywki będą mi dostarczać, póty będę miał biznesowe menedżerów zagrywki głęboko w d!

piątek, 8 maja 2015

Little Children / Małe dzieci (2006) - Todd Field




Little Children, czyli nie można zmienić przeszłości, ale przyszłość to już inna historia! W tym powyższym stwierdzeniu zamknięta mądrość płynąca z treści tego obrazu. Świetnej kompozycji zbudowanej z dojrzałej historii, urzekająco nakręconych ujęć, nieprzeholowanego dramatyzmu i refleksyjnego poczucia humoru. W przenikliwym spojrzeniu na relacje międzyludzkie - na człowieka w różnych fazach życia i okolicznościach w jakich egzystuje. O ludzkich potrzebach i próbach ich zaspokojenia, o instynktach i przekleństwach im ulegania. O poczuciu wartości, samoocenie w konfrontacji z lustrem społecznej opinii, rutynie i uzależnieniu od bycia akceptowanym, frustracjach i niepowodzeniach, popełnianych błędach i fiksowaniu się na nich. Życie przecież jest potwornie skomplikowane, nasze osobowości formowane są wieloźródłowo i wieloczynnikowo, a osadzenie przeżyć, których stajemy się wiecznymi nosicielami w konstelacji kilkukondygnacyjnych relacji z bliższym i dalszym otoczeniem, to ciągłe plątanie się w chaotycznej gmatwaninie przyczyn i konsekwencji. Jednako jakby to banalnie nie zabrzmiało, to przecież my sami jesteśmy kowalami swojego losu, reżyserami i scenarzystami naszej podróży przez życie. Uzbrojeni w umiejętność przewidywania i korzystania z bogactwa doświadczeń podejmujemy czynności, które nie zmieniają przeszłości, ale projektują przyszłość. Dajmy sobie szansę, może pozwólmy dać szansę innym? Wiem, ryzyko jest i ono wpisane w każdą naszą decyzję.

P.S. Jakim cudem swego czasu obraz ten przeoczyłem, nie wiem. Jakim zbiegiem okoliczności na rekomendacje odnośnie jego wartości wpadłem - to już dla mnie jasne i maksymalnie prozaiczne. Nie jestem zwolennikiem internetowych grup zainteresowań, a szczególnie gawędziarstwa filmoznawców, zbyt łatwo przeistaczającego się w spory, które to wprost proporcjonalnie do podnoszonych wątków zamieniają się w pospolite pyskówki. Drażni mnie zarzucanie komentarzami w stylu; dobry, świetny, genialny i tym podobnymi powtarzanymi do zanudzenia przymiotnikami. Wiem, chyba zramolałym, zgorzkniałym dziadem się staję. :) Co tam o tego rodzaju aktywności nie sądzę, cieszę się, że tym właśnie sposobem trafiłem na post, gdzie zgodnie uznano, iż Little Children to wysokiej jakości filmowa propozycja. Dla tych, co odrobinę po omacku wśród ogromnego bogactwa produkcji czegoś wyjątkowego poszukują, grupy czy fora to dobry przewodnik, jednak bardzo trzeba uważać by zacna idea w potwora kąsającego swego twórcę się nie przepoczwarzyła. 

czwartek, 7 maja 2015

Love is Strange / Miłość jest zagadką (2014) - Ira Sachs




Miłość jest dziwna? To ten film jest dla mnie dziwny i niezrozumiały, a precyzyjniej stwierdzając to nadmierne zachwyty nad nim są dziwne! Nie rozumiem skąd tak euforyczne recenzje, gdy obiektem uniesień średniej jakości obyczajówka, próbująca przybrać wymiar kina nader ambitnego, a w rzeczywistości serwująca w nudny sposób jakieś banały. I nie chce się rozwodzić nad detalami, szukać pewnie na siłę w nim czegoś wyjątkowego, czy pokornie przyznawać się, że może jest dla mnie zbyt wymagający merytorycznie. Napiszę jedynie, że to kameralna opowieść o zwykłej codzienności, okraszona kontrowersyjnym gejostwem z wartościowym aczkolwiek oczywistym przesłaniem. Życie jest piękne gdy w nim dużo miłości – bez względu w jakiej konstelacji.

P.S. Na dowód, że obejrzałem go uważnie donoszę, iż dostrzegłem w nim dwoje rzadko spotykanych na ekranie aktorów z kultowego Przystanku Alaska. Taki drobiazg, a dał mi radość. :)

środa, 6 maja 2015

Strapping Young Lad - SYL (2003)




Ostatnio o Obsolete Fear Factory pisząc, odważnie jako pokrewną zestawiłem formację Deftones z ekipą Burtona C. Bella i Dino Cezaresa. Czy zasadnie to już kwestia bezwzględnie subiektywnej oceny. Teraz przy okazji refleksji wokół trzeciego krążka Strapping Young Lad kolejną paralele sobie nakreślę. Mianowicie po lewej w tej triadzie projekt szalonego profesorka postawię – w centrum fabrykę strachu, a po prawej miejsce załoga Chino Moreno będzie zajmowała. :) Ryzykowne nazw zestawienie? W moim przekonaniu absolutnie nie, bo ono przecież jak najbardziej zasadne! Strapping Young Lad, Fear Factory, Deftones - wszystko mi tutaj w sensie teoretyczno-praktycznym gra. Nie rozwinę teraz jednako egzemplifikacji powyższej triady, pewnie kiedyś przy okazji ją szerzej udokumentuję z wyraźnym zestawieniem cech wspólnych i tych, które w moim przekonaniu wiążą powyższe grupy w łańcuchu powiązań z genezy gatunku wynikających. Teraz tylko skupię się na dziecku Devina Townsenda, a dokładniej na krążku z 2003 roku. Przyznaję, iż ani Heavy as a Really Heavy Things, ani City mnie swego czasu nie przekonały. Zbytnio intensywne, nawet obłąkane się jawiły, natomiast krążek z piórkiem na okładce, mimo, że uznany w kręgu fanów za zbyt komercyjny (to chyba żart), idealnie zespolił specyficzne szaleństwo i przebojowość. Jest na nim soczyście i ciężko jak jasna cholera, gwałtownie i brutalnie rzecz oczywista, ale jest i zdecydowanie wyraźniej i przejrzyściej, bo w tych kompozycjach sporo zabawy melodią wyłapuję. Taką faktycznie dla wielbiciela ekstremy, gdyż typowy konsument radiowej papki jedynie chaos w tych numerach zidentyfikuje. W moich oczach, bardziej uszach jednak ten gest w stronę większej czytelności utworów, czy nawet chwytliwości jest wyczuwalny i on decydującą rolę w zbudowaniu głębokiej z tym albumem więzi odegrał. Zwyczajnie lubię, kiedy pewien umiar zachowany zostaje, a kontrola nad dźwiękami nie pozwala autorom zbytnio w megalomani się zatracić, której efektem niestrawne szaleństwo czy popisy dla popisów. Ten krążek złoty środek stylistyki Strapping Young Lad eksploruje, a ja wybornie się w jego towarzystwie odprężam. Pisze jak jest!

P.S. Powyżej może bezzasadnie dwa pierwsze wydawnictwa Strappingowe zignorowałem. Uprościłem ich zawartość do nieprofesjonalnego mianownika, że zbyt obłąkane. Dlatego też sięgnę po nie przy najbliższej okazji i z perspektywy czasu i dzisiejszych własnych preferencji muzycznych ocenię. Moja wiedza zaktualizowana zostanie, a i kolejny przy okazji tekst na strony NTOTR77 powstanie. Taki właśnie ambitny, wyzwaniem mianowany plan sobie teraz nakreśliłem! :)

wtorek, 5 maja 2015

Boogie Nights (1997) - Paul Thomas Anderson




Paul Thomas Anderson jako reżyser cuda wyczynia. Bawi się ujęciami, klimat muzyką podkręca, wybornie obsadę dobiera i na najwyższe obroty w kwestii warsztatu wkręca. Głęboki wgląd psychologiczny stosuje i w przenikliwy sposób refleksje snuje. Taki z niego potencjalny chirurg anatomię i fizjologię obiektu studiujący, a może bardziej patolog, który autopsje przeprowadza i powód zgonu próbuje nakreślić. Tym denatem ludzka przyzwoitość i godność w obliczu sławy i pieniądza. Bohaterami opowieści ludzie po przeróżnych przejściach – zepsuci i zgorzkniali cynicy, sfrustrowane bezradne ofiary własnych potrzeb i popełnionych błędów, ale także naiwne gówniary i narcystyczni gówniarze, złapani na przynętę łatwizny. Grube ryby i małe płotki w jednym zbiorniku pływające. Temat wyjątkowo kontrowersyjny na warsztat wrzucony i w sosie stylu Andersona zanurzony. Biznes pornograficzny to w oczach Andersona uzależniająca i wyciskająca z żywiciela człowieczeństwo branża. Im więcej luksusu, tym mniej rozumu, im intensywniejsze bogactwo fizycznych walorów, tym bardziej doskwierająca bieda duchowa. Wybieraj i z konsekwencjami dokonanej decyzji się skonfrontuj. Nie biadol później, bo to twoja decyzja była. Instynkty i podniety najniższe cię przecież skusiły. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Wild / Dzika droga (2014) - Jean-Marc Vallée




Oczekiwanie na nowy obraz Jean-Marca Vallée, to od momentu kontaktu z Dallas Buyers Club dla mnie akurat kwestią istotną było. Zatem kiedy wieść o rychłej premierze nadeszła, bezzwłocznie korzystając z nadarzającej się okazji seans odbyłem. Po nim jak i przed jeszcze, kiedy rozeznanie w temacie robiłem oczywiste skojarzenia z fenomenalnym Into the Wild Seana Penna, czy udanym lecz nie wybitnym, bo niepozbawionym mielizn Tracks australijskiego reżysera zrazu się pojawiły. Jednako głębsza percepcja i bardziej rozbudowana refleksja wbrew pozornym podobieństwom sporo różnic unaoczniła. Odmienne podejście do tematu, chociaż forma użyta zbieżna. Kryzys i poszukiwanie przełomu, pokonywanie słabości, zmierzenie się z uzależnieniami w różnych postaciach i wyrwanie się z pewnej skostniałej rzeczywistości. Tyle, że kiedy Chris McCandless ze środowiska przeżartego hipokryzją uciekał, to Cheryl Strayed podnosiła się po życiowych klęskach. Upadła tak nisko, że dna niemal sięgnęła. Z tego miejsca względnie się pozbierawszy przed wyzwaniem, które ostatnią szansą stanęła. Hart ducha i ciała Jean-Marc Vallée ukazał, w mrocznym i poetyckim ujęciu. O ważkich kwestiach poruszająco opowiedział, unikając szczęśliwie łzawej maniery na surowej, a przez co autentycznej manierze się skupił. Nie silił się na egzaltowaną ponad miarę retorykę, moralizatorski bełkot, którym miast wstrząsać tylko by politowanie wzbudzał. W oszczędnych, odpowiednio dozowanych proporcjach zestawił sugestywny wymiar milczenia ze sprawnie odkrywaną tajemnicą. I przyznaje, że z początku nie rozumiałem o co bohaterce chodzi, co kryje się za relacjami z matką i partnerem. Stopniowo to odkrywałem, bo odsłaniał tą niewiadomą reżyser powoli, systematycznie i konsekwentnie. Z tych powracających retrospekcji skonstruował obraz intrygujący i wartościowy, dojrzały i ujmujący, a za sprawą urokliwych zdjęć i nienachlanej warstwy muzycznej dodał całości dodatkowego atutu. Dokonał też tego, co o wyjątkowości reżyserskiego warsztatu świadczy. Spiął bowiem dwa swoje ostatnie dzieła wspólnym mianownikiem, pozwolił odczuć w nich swoją charakterystyczną twórczą rękę. Dla mnie to oczywiste nawet gdybym wiedzy odnośnie autorstwa został pozbawiony, że Dallas Buyers Club i Wild to efekty pracy jednego reżysera. W dodatku świetnego! Tak w kwestii ścisłości jeszcze dodam, iż żeby tą produkcję w pełni zrozumieć i docenić potrzeba więcej niż jednego seansu. Ma ona cholerny potencjał i obiecuje sobie, że w pełni go odkryje.

P.S. Muszę się odnieść rzecz jasna do kluczowego pytania, wokół którego spore ciśnienie w kwestii tego obrazu było podkręcane. Czy blondyneczka dała radę? :) Tak dała, jak zresztą zawsze, bo Reese Witherspoon to kapitalna uniwersalna aktorka, zarówno dramatyczna jak i komediowa. 

niedziela, 3 maja 2015

Miasto 44 (2014) - Jan Komasa




Sporo czasu od głośnej prapremiery minęło, wzbudzone zainteresowanie naturalnie ucichło, a emocje związane z oceną wartości obrazu przygasły. W takich pozbawionych ciśnienia okolicznościach seans w końcu odbyłem i bogaty we własne subiektywne przemyślenia tu i teraz zdań kilka w temacie tej gorącej produkcji wyłuszczę. Prosto i bezpośrednio stwierdzam, iż zawiódł mnie Komasa niestety. Po wspaniałym debiucie, jakim w mojej ocenie Sala samobójców była, tym razem sięgając po temat współcześnie istotny, ale i zdecydowanie obecnie bardziej komercyjny poległ pod ciężarem nie tylko oczekiwań, ale i własnej młodzieńczej fantazji. Przekombinował i zamiast autentyzmem poruszyć, on zwyczajnie wzbudził poczucie niesmaku. Popsuł film nowoczesnymi trikami w estetyce matrixowych czy kojarzących się wprost z grami komputerowymi ujęć. Potencjalnie poruszający dramat przekształcił w niskich lotów melodramat z tłem w postaci efekciarskiego pokazu technicznej tandety, który po latach jeszcze bardziej wzbudzał będzie grymasy politowania. Efekty, które już teraz wyglądają niepoważnie zestarzeją się, co jest oczywistością, a niedojrzała ckliwość w perspektywie czasu jedynie o zapędach w stronę kina banału będzie świadczyć. To niestety nie wszystko, gdyż rozrywkowe efekciarstwo dużo dalej zostało posunięte. Rezygnując po części z treści skupił się bowiem Komasa na szokowaniu okrucieństwem w sposób prostacki podanym. Wydarzenia w takiej formie ukazane nie wzbudzają we mnie poczucia przygnębienia, tylko zniesmaczenie wywołują. Za wiele krwi i ludzkich flaków, a za mało cierpienia duszy. Mierzi zaskakująco sielankowa atmosfera tuż przed wybuchem powstania, zakłócana jedynie incydentalnie scenami okupacyjnego terroru. Zastanawia w takich okolicznościach powód, dla którego decyzja o buncie została podjęta i jeszcze mocniej boli cena, jaką stolica zapłaciła. Obraz jaki się wyłania do wniosku prowadzi, że młodzieńcza fantazja pobudzana patriotycznymi ideami do typowo romantycznych aktów braku realizmu doprowadziła. Rzeź jaka nastąpiła efektem ułańskiej fantazji, a nie ludzkiej bezradności w obliczu zamordyzmu. Takie konkluzje wizja Komasy prowokuje, a ja nie potrafię wręcz patrzeć na tak przedstawianą wersję zdarzeń. Może moja percepcja spaczona dotychczasową wiedzą z różnych źródeł czerpaną? I chociaż ona tak po prawdzie dosyć mizerna, co pokora każe jasno stwierdzić, to i tak trudno mi niezwykle przyjąć, iż ta hitlerowska okupacja tak „słoneczna” była. Tak to sobie twórcy Miasta 44 wymyślili, tak ludzką tragedię przedstawili, a ja akurat innej formuły od nich oczekiwałem. Więcej między wierszami, mniej prosto w ryj dostać chciałem, przez co stwierdzam, iż bardzo wiele tej produkcji do arcydzieł traktujących o wydarzeniach z II wojny światowej brakuje. Nie dorasta z tym obrazem pomimo wszystko utalentowany Komasa do pięt ani Spielbergowi, Polańskiemu, Agnieszce Holland czy w bezpośrednim starciu Wajdzie. Skarlał "młodzieniec" jako obiecujący reżyser w moich oczach i pytanie czy po tej lekcji pokory wobec filmowej materii w przyszłości wnioski wyciągnie i na powrót czymś równie wartościowym jak Sala samobójców zaimponuje.

P.S. Jeszcze po części tak na marginesie napiszę, iż widzę to tak, że powinien to być obraz dla osób z wiedzą, a nie wiedza w obrazie adresowana do pozbawionych pokory i elementarnej orientacji szczeniackich arogantów. Z pełną świadomością to stwierdzam, zdając sobie sprawę, iż Miasto 44 natrzaskało sporą oglądalność szkolnymi wypadami do kina. Motywowanymi w większości uniknięciem zajęć niż potrzebą konfrontacji z wiedzą historyczną. Postulowałbym zatem aby zanim do kina młodzież została zabrana, sprawdzian przed odpowiedzialnym, apolitycznym historykiem przeszła, lub też podczas seansu licznymi przypisami wyjaśniającymi okoliczności i konteksty bogato była dokarmiana. 

sobota, 2 maja 2015

Deep Purple - Fireball (1971)




I poszli za ciosem jak to ówcześnie w muzycznym biznesie się przyjęło i w zaledwie ponad rok od premiery In rock na rynku zagościł nowy purpurowy longplay. Do stabilnej już formuły dorzucili odrobinę country zacięcia plus funkowej i soulowej subtelności. Jednak sednem tego wydawnictwa trzy kompozycje na lata już stałą rolę hiciorów grupy pełniących. Energiczny, pędzący przed siebie Fireball, o potężnym groovie Demons Eye oraz rytmiczny Strange Kind of Woman, po latach do albumu dorzucony. Wszystkie jednak kawałki z programu płyty na najwyższym poziomie i chociaż wśród trzech klasycznych krążków (In Rock, Machine Head, Fireball) on najmniejszą estymą się cieszący, to w żadnym wypadku w moim przekonaniu jakością od kultowego dwóch braci nie odstaje! MK II z pierwszego okresu to wielka klasa i tyle. :)

środa, 29 kwietnia 2015

Everything is Illuminated / Wszystko jest iluminacją (2005) - Liev Schreiber




Napiszę krótko, bo tak po prawdzie cholera wie, co mam w temacie tym skreślić. To chyba nie moja bajeczka, nie trybie tego rodzaju konwencji, gdzie śmiertelnie poważny temat w niebezpośrednio poważnej formule się ukazuje. Rzecz jasna doceniam misternie zbudowaną i gruntownie przemyślaną konstrukcję, w której luźna czy bardziej ironiczna atmosfera płynnie zaaranżowana zostaje do przekazania niezwykle ważkich treści. Tyle, że obiektywnie uznając wartość, absolutnie nie chwytam tego typu poczucia humoru. Nie jestem w stanie, zatem w pełni wkręcić się w opowiadaną historię i z sugerowanej perspektywy usprawiedliwić takową formułę narracji. Jestem jednak w stanie wyobrazić sobie, że dla zwolenników takiego kina, to właśnie spojrzenie na temat holokaustu będzie szczególnie ciekawe i cenne. Mnie niestety zmęczyło i nic na to nie poradzę.

P.S. Tak na marginesie, kolejny ceniony aktor wlazł tu w buciory reżysera.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Maps to the Stars / Mapy gwiazd (2014) - David Cronenberg




Tak się składa, iż znajomość twórczości Davida Cronenberga u mnie znikoma. Znam ze słyszenia sporo jego tytułów, mimo to okazję widzieć to miałem jedynie poprzedzającą Maps to the Stars produkcję, Cosmopolis nazwaną. Nie przypadła mi ona zupełnie do gustu, więcej ona mnie znudziła wyczerpując ogromnie. Obiecałem sobie mimo tego nieprzyjemnego doświadczenia, że starsze obrazy jak będzie okazja przepracuję - bo przecież zaskoczyć się na plus, gdy oczekiwania niewielkie to sympatyczne odczucie. :) Zanim jednak to może nastąpi, tu i teraz zdań kilka w temacie najnowszego dokonania Cronenberga zapisane będzie. Dziwaczne to było przeżycie, a określenie to mam wrażenie najtrafniej opisuje materie z którą było mi dane przez ponad półtorej godziny obcować. Śmieszno i straszno jednocześnie, gdyż postaci, jakie bohaterami mocno zeschizowane, przez co wzbudzające politowanie, a przesłanie, które z treści odczytuje niezwykle gorzkie. Zepsuci, popieprzeni solidnie prostacy, egoistyczne karykatury człowieka, bezwzględne złamasy, psychotyczni lanserzy, bezrefleksyjni, zimni cynicy, aroganccy hochsztaplerzy, odarci ze wszelkiej empatii pretensjonalni megalomaniacy i psychiczne wraki, czyli w kilku słowach obraz hollywoodzkiego światka, jakiego od niekorzystnej strony Cronenberg daje uświadczyć. Tego który na kozetce u terapeuty za grubą kasę eksploruje własną emocjonalną niedojrzałość, symuluje skuteczne leczenie kompleksów, uzależniając się od głasków. Nikt nie jest choć w miarę normalny, granica pomiędzy ekscentrycznością, a obłędem płynna i dynamicznie pulsująca. Obejrzałem ten osobliwy spektakl i zastanawiam się teraz, co chciał reżyser dać do zrozumienia. Zakładam, że przesłanie wysublimowane, wokół  przekonania, że w pewnych okolicznościach ego rozmiary gigantyczne przybiera, a konsekwencje tego stanu dramatyczne. Ok, rozumiem ale porwany się nie czuje, może tylko kapitalne role większego artystycznego wrażenia dostarczyły. Bo sama fabuła jakoś nie wykonała zakładanej roboty. To tylko moje przekonanie, człowieka dla którego twórczość Cronenberga nadal tajemnicę stanowi. 

piątek, 24 kwietnia 2015

Inherent Vice / Wada ukryta (2014) - Paul Thomas Anderson




Właśnie seans z Inherent Vice zaliczyłem, znaczy kolejną odsłonę nieprzeciętnej jakości talentu Paula T. Andersona miałem okazje smakować i spieszę natychmiast swoimi refleksjami się podzielić. Obraz oryginalny, rzekłbym specyficzny, inteligentny, dodałbym przenikliwy, błyskotliwy i szczwany. Gorzki i zgrywny zarazem i co jego najwyraźniejszym atutem, z fenomenalnym klimatem. Tak to już u tego Andersona bywa, że jak film kręci to jak nikt inny potrafi uchwycić ducha czasów i miejsca w których akcje umieszcza! To kino efektowne i efektywne zarazem, gdzie nietuzinkowe podejście do materii nie przytłacza sensu i treści. Dla mnie kapitalnie spędzone dwie i pół godziny, z całą plejadą wybitnych person w obsadzie - z takimi tuzami na czele jak Benicio Del Toro, Josh Brolin, Owen Wilson i przede wszystkim niesamowitym Joaquinem Phoenixem. W rolach, które na długo w mojej pamięci zakotwiczą i układem odniesienia dla przyszłych ocen kolejnych aktorskich popisów się staną. Bo jakość występów, jakie z ekranu się sączyły ponadprzeciętnie wysoka, a zasługa tkwiąca nie wyłącznie w samych hollywoodzkich gwiazdach. Są właśnie wśród reżyserskiej elity, takie oto postaci, które z aktorskich indywidualności maksimum wyciągnąć potrafią. Przenieść rzemiosło na poziom sztuki i pełen aktorski potencjał z rzeczywistym efektem zrównać. Tego Anderson błyskotliwie dokonał, łącząc w jednym dziele koncertowe kreacje z niezwykle przekonującym klimatem i intrygującą zawartością treści w treści. Przez bite 150 minut przykuwał moją pełną uwagę fabułą, ekscytował dialogami, detalami w mimice postaci gęsto nagromadzonymi - oczarowywał obrazem i muzycznym tłem fascynacje podsycał. Dał powody do refleksji i bezpretensjonalnej zabawy, z dawką humoru niebanalnego w dominujących proporcjach. Uczynił też coś, co w tak doskonałej formie w kinie trudne do uzyskania. Tak ukształtował relacje między kluczowymi bohaterami, iż napięcie seksualne niemal do wrzenia doprowadzone. Bez bezpośredniej dosłowności, niemal wszystko w dialogach i gestach, pomiędzy wierszami gęsto poupychane. Tą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych bezpruderyjną, dymem zioła spowitą hipisowską aurę fenomenalnie odwzorował, a teatralna poniekąd przerysowana prezentacja jej swoistych cech, idealnie wtopiona w konwencje została. Wiem, rozumiem, świadom absolutnie jestem, iż to produkcja, która nie wszystkich przekona, bo to Andersona podejście do filmowej substancji niepowszednie i pewnej osobliwej optyki u widza wymagające. Ja rzecz jasna do bólu subiektywnie entuzjastycznie nastawiony, tej magii bezgranicznie się poddałem i z odpowiedzialnością za słowo stwierdzam, iż pomiędzy przewidywalnością kina standardowego i często niewspółmiernie ambitnych założeniach kina intelektualnego - gdzieś na styku oryginalnej formuły i efektywnej treści swoją przestrzeń Paul Thomas Anderson odnalazł, każdym autorskim dziełem dając możliwość kontaktu ze sztuką wielkiego formatu. 

P.S. Wiem, Joaquin Phoenix zasłużył, by słowo więcej niż jedno tylko o jego roli napisać. Ale jakbym o tym majstersztyku teraz zaczął się rozpisywać, to pewnie tekst bym objętościowo potroił, a zasady by być zwięzłym jednak do konsekwencji mnie obligują. Zatem się powstrzymam, bo gdzie bym był teraz, w jakim gigantycznym chaosie się miotał, gdyby nie reguły, szczególnie te samemu sobie narzucane. :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Fear Factory - Obsolete (1998)



Po tak silnym, a przede wszystkim spektakularnym ciosie jak Demanufacture, który to Fear Factory na szczyty popularności w estetyce ciężkich brzmień wyniósł, nagranie kolejnego równie dobrego krążka było wyzwaniem. Zatem Obsolete już od startu łatwo nie miał! Porównywanie go z poprzedzającą produkcją było naturalne, a wynik takowego zestawienia dość przewidywalny. Tak to już bywa, że jak coś od początku w status kultowy obrośnie to żadnym sposobem to, co przed i po podobnego efektu nie odniesie. Demanufacture pozamiatał, na Olimpie się zainstalował, z góry na wszelką konkurencje spoglądając, a Obsolete wyłącznie przynosząc kolejną rewolucję mógł go w cień zepchnąć. Tak się jednako nie stało, bo krążek z 1998 roku to nic innego jak kontynuacja ścieżki, jaką Demanufacture wytyczył. Czyli, jest ciężko jak diabli, ale już nie tak przebojowo, bas z wiosłami grzmoty emituje, produkuje rwane struktury, które co oczywistością niewiele z death metalem z czasów Soul of a New Machine mają wspólnego. Tutaj to szufladka z później zdefiniowanym nu metalem się wysuwa, a Fear Factory kładzie podwaliny pod tą stylistykę. Tylko, że ten obecnie wyszydzany na równi z metal corem nurt w rozumieniu fabryki strachu to nie miałkie i manieryczne melodyjne granie, a rasowe riffowanie podlane zimną elektroniką z konkretnym rykiem wokalisty. Nawet te chwytliwe zaśpiewy miast strukturę kompozycji rozmiękczać w myśl zasady czysto i melodyjnie to przebojowo i łatwo, one ją wzbogacają i w odjechane rejony pchają. Dla mnie po nu metalu do cna wyczerpanym przez tony tandeciarzy, dwie formacje wartościowe pozostały. To właśnie Fear Factory wraz z Deftones budując od podstaw archetypiczny wzorzec stylistyki i nadal współcześnie go w sposób wyrafinowany rozwijając, udowodniły swój zasłużony kultowy status. To śmiem stwierdzić, choć to przecież formacje zupełnie odmienne i bliźniaczo podobne zarazem. Bredzę i nonsens za nonsensem produkuję? Możecie mnie pocałować! ;) Tak to widzę, a bardziej słyszę i jak ktoś tego w ten z moim spostrzeganiem zbieżny sposób nie odbiera to mu szerszej perspektywy i większej wyobraźni życzę! :)
P.S. Ok, opamiętuję się i przepraszam za arogancję, bo jak wszyscy się obrazicie to kto będzie moje koślawe teksty czytał. Przepraszam zatem i na odrobinę wyrozumiałości liczę. ;)

wtorek, 21 kwietnia 2015

Jeziorak (2014) - Michał Otłowski




Bardzo sprawnie skonstruowany mroczny kryminał, korzystający ze sprawdzonych na wpół skandynawskich i amerykańskich wzorców, a osadzony w rodzimych realiach. Żadne to kino wybitne, dzieło w jakikolwiek sposób wyjątkowe, jednak obejrzane przeze mnie bez większych zgrzytów, płynnie i ze sporą ciekawością. Bo trzymał w intensywnym napięciu, klimatem osnuwał podczas projekcji oraz przykuwał uwagę wyraziście skrojonymi postaciami. Bez nadmiernej kombinacji, prosto do przodu parł i nudzić się nie pozwalał. I wszystko wskazywałoby na to, że większych wad nie dostrzegałem, gdyby nie to, iż od początku po sam koniec nie opuszczało mnie odczucie natrętne, że to tylko taka bardziej mroczna, jednak nadal niestety typowo polska poniekąd serialowa konwencja. Trochę szkoda.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Coherence (2013) - James Ward Byrkit




Niskobudżetowy, kręcony "z ręki" obraz science fiction lub inaczej ograniczone do minimum użytych środków filozoficzno-psychologiczne studium przypadków. Tak czy siak efekt w miarę udany, nawet kiedy ta próba zrobienia wrażenia poprzez skomplikowaną treść nieco osamotniona, bo za cholerę nie dopatrzyłem się tutaj nawet śladowych części jakiegokolwiek artyzmu, ani też warsztat aktorski jakiegoś, chociaż częściowego podziwu nie wzbudził. Zamiast sztuki, która wzbogacałaby odbiór otrzymałem do konsumpcji absolutnie nieduchowej, wyłącznie zawiłą fabułę, powykręcaną bezlitośnie, bez grama autentycznych emocji i zagraną zimno w sztucznej manierze. A chciałoby się, aby wymagająca logicznego myślenia treść współegzystowała z artystycznymi walorami, miast swoją atrakcyjność jedynie do czystej zagadki sprowadzać. Problem też właśnie w tym, że psychologiczna płaszczyzna pomimo prób wyłuszczenia jej istoty, poprzez tą kwadratową postawę aktorów całkowicie położona. Inną kwestią zaś moje przekonanie, iż często ta prawdziwa pasjonująca psychologia w prostych, czasem banalnych treściach zawarta. Skupienie się na łamigłówce, która uwagę swoją zakręconą ideą niemal w całości kradnie powoduje, iż umysł humanistyczny zagubiony i niespełniony się czuje. Natomiast człowiek z predyspozycjami do nauk ścisłych w takich okolicznościach zachwycony wykorzystaniem naukowych teorii pomija w percepcji kwestie psychologiczne lub traktuje je przynajmniej po macoszemu. To właśnie problem tego rodzaju produkcji, że tych dwóch skądinąd fascynujących światów nie są w stanie udanie zespolić.

P.S. Powyżej jedna próba przybliżenia istoty spójności, gdyby jednak ona nieczytelną była, próba numer dwa zostaje też uskuteczniona. Coherence tak na podstawie prostych skojarzeń w niszy gdzie ostatnio szał zrobiły takie akty jak Cloverfield, Paranormal Activity czy hiszpański [Rec] bym umieścił. 

piątek, 17 kwietnia 2015

Minsk - The Crash & the Draw (2015)



Jedyny problem jaki mam z takim graniem, to ta tendencja wśród tych, co tego rodzaju młóceniem się parają, by do oporu krążki zapełniać. Przez to materiały stają się zwyczajnie ciężkostrawne i męczące. Z natury to dźwięki, co gniotąc ciężarem, spowijając mrokiem i emocjonalnym dołem do łatwych w odbiorze nie należą, stąd nadmierna ilość tego „dobra” jest często wyzwaniem ponad moje siły. Niemal osiemdziesiąt minut nawet w towarzystwie ciekawych rozwiązań aranżacyjnych, na zmianę chwytliwych i ultra ciężkich riffów, w przypadku najnowszej odsłony ekipy zza wielkiej wody, to dla mnie zbyt wiele. Po kilku seansach z tym monolitem powyżej zaznaczona oczywista refleksja nie daje mi spokoju. Gdyby The Crash & the Draw w nieco ponad trzech kwadransach zamknąć i ograniczyć do pewnego rodzaju esencji, w moich oczach krążek nabrałby zgrabnych kształtów, których powab byłby zdecydowanie intensywniejszy. W obecnej formie niestety nadmierna masa przytłacza i finalnie monotonią trąca. Rozumiem, iż rozmiary w tej estetyce zdają się mieć kluczowe znaczenie, a hasło „zmiażdżyć słuchacza” jest przewodnim dla jej twórców. Uparcie jednak postulowałbym o umiar, bo paradoksalnie im w rozsądnych proporcjach mniej tej miazgi tym wyraźniej odczuwalne wszelkie jej walory. Numery wtedy nie zlewają się w jedną bezkształtną substancję, tylko uwypuklają charakterystyczne cechy konstrukcyjne. Nie są powielane w schematycznym układzie, a siła ich rażenia jest bardziej precyzyjnie naprowadzana. Może moja ograniczona znajomość tej gatunkowej konwencji nie predestynuje mnie do eksperckich wniosków. Mam jednako laickie przekonanie, opierane na zwykłej uniwersalnej wrażliwości muzycznej, że tych świetnych pomysłów na tym krążku starcza na w przybliżeniu minut pięćdziesiąt, a reszta to niepotrzebne nabijanie licznika. Terapia wyszczuplająca na dobre by wyszła, a za wzór powinien, Blindead z Affliction posłużyć. Niewiele ponad trzy kwadranse w wykonaniu rodaków, to bogate emocje, które po każdorazowym finale na nowo chce się przeżywać. The Crash & the Draw bez wątpienia ma potencjał na podobnym poziomie, przykro jednak, że został on nieprzyzwoicie rozciągnięty, niczym markowe dresy karka spod remizy. Gdyby one opinały wypracowane tonażem mięśnie pewnie więcej wzroku gorącego towaru by przyciągnęły. :) Tak to widzę i tego porównania z portkami karków się nie wstydzę. To skojarzenie proszę wyłącznie z wagą kompozycji Minsk łączyć.

P.S. Wyróżniam i jako fundament ustawiam te wyborne kompozycje: Within and Without, To You There Is No End, To the Garish Remembrance of Failure, When the Walls Fell i cztery odsłony Onward Procession.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Force Majeure / Turysta (2014) - Ruben Östlund




Na dwóch poziomach tą produkcję podczas seansu smakowałem, a precyzyjnie ujmując zarazem mlaskałem z zachwytu, by także niestety kręcić nosem i pewne oznaki niestrawności odczuwać. Po pierwsze walory opiszę. Nimi piękne majestatyczne góry, bajeczne krajobrazy w zachwycających kadrach zatrzymane. Klasyczny motyw muzyczny powracający z uporem i niezwykłej oprawy obrazom dodający. I przede wszystkim duszny, gęsty klimat w moim przekonaniu bezpośrednio nawiązujący do atmosfery, jaką Stanley Kubrick w swoich dziełach kreował. Nie byłem w stanie przejść obojętnie obok powyższych skojarzeń, wobec tak wyraźnych prób skorzystania z zacnego, na wskroś oryginalnego dorobku warsztatowego mistrza. Te właśnie atrybuty współegzystują z drażniącą mnie w tym przypadku niemiłosiernie, próbą psychologicznej eksploracji natury człowieka postawionego wobec zupełnie zaskakujących go okoliczności. Jedno wydarzenie zostawia ślad, a jego reperkusje istotą fabuły. I może rozwijanie tej podstawy byłoby dla mnie doświadczeniem w pełni fascynującym, gdybym był w dobrobycie zachodnioeuropejskiej rzeczywistości wychowywany. Wtedy ta po prawdzie ciekawa warstwa socjologiczno-psychologiczna, nie byłaby skutecznie przesłaniana poprzez pryzmat, napisze jak najprościej – robienia wideł z igiełki. Tak taką traumę się przeżywa, kiedy brak autentycznych trosk, a bogate nacje na taki przywilej mogą sobie pozwolić. Rozmieniać się na dobre i z każdej pierdoły bez większego znaczenia temat do dyskusji z terapeutą kozetkowym robić. W teorii problem rozwiązywać, a w praktyce przysporzyć sobie kolejnych mniej lub bardziej autentycznych komplikacji. Takie "rozmnażanie przez pączkowanie" uskuteczniać, rozdrapywać bez znaczenia rany, by finalnie chcąc je przepracować dla dobra własnego i otoczenia, to tą podręcznikową teoretyczną strategią właśnie prawdziwych trosk sobie dostarczać. Ruben Östlund ambitnie temat potraktował, artystycznie świetną robotę wykonał, jednak merytorycznie w moim przekonaniu świadomie czy nieświadomie ośmieszył tą całą współczesną modę na „czy chcesz o tym porozmawiać”, „jak się z tym czujesz”, „podziel się z grupą”. Doceniam oczyszczającą rolę rozmowy, dyskusji, ogólnie mówiąc komunikacji międzyludzkiej, jednak sprowadzanie jej do rozmiarów karykaturalnych uznaje za niepotrzebne dezorganizowanie relacji. Nasze życie jest i tak już nadmiernie wieloznaczne byśmy pozwalali na niekontrolowaną formę utrudniania sobie go na życzenie. Czasem trzeba pewne kwestie przemilczeć, by pozwolić im odejść w niepamięć. Zając się dobrą zabawą, olać używając prostackich określeń! Gdyby mnie akurat było stać na taki alpejski urlop z rodziną i przyjaciółmi skupiłbym się na relaksie zamiast jakąś cholerną terapię praktykować. :)

P.S. Kino skandynawskie sporadycznie ląduje w przerabianym przeze mnie materiale filmowym, tyle propozycji anglojęzycznych, że czasu brakuje, stąd traktuje je jako rodzaj egzotyki, zdając sobie jednakże sprawę, iż zasługuje na większą uwagę. 

środa, 15 kwietnia 2015

Kill the Messenger / Wyrok za prawdę (2014) - Michael Cuesta




Żadne to kino wybitne, tylko w miarę porządnie zrealizowana produkcja, która kapitalny temat nie w pełni wykorzystuje. Autentyczna historia dziennikarza, który wpada na skandal wielkiego kalibru i upublicznia go podpisując jednocześnie na siebie wyrok. Forma ewoluuje z thrillera politycznego w dramat o wyraźnym sznycie psychologicznym, przenosząc ciężar z samej afery na kwestie manipulacji faktami, wywierania presji psychicznej wobec człowieka stającego do walki z ogromną państwową machiną. Konsekwencji odbijających się na jego życiu rodzinnym czy w końcu na zagrożenia wynikające z ujawniania prawdy szerokiemu społeczeństwu. Sporo tych ważkich kwestii do analizy i tylko niestety brakło w efekcie końcowym czegoś, co samą produkcję ponad sztampę by wyniosło. Nawet zgrabne wplatanie w formę zdjęć dokumentalnych czy nader właściwa ciekawa i tragiczna historia nie spowodowały, iż wrażenia ponadstandardowe na koniec odczułem. Obejrzałem nie zasypiając w trakcie, więc notą średnią nie skrzywdzę twórców tego obrazu. 

wtorek, 14 kwietnia 2015

Led Zeppelin - III (1970)




Niemal wszyscy w większych lub mniejszych fragmentach znają, jednak nie wszyscy muszą kochać, bo to taki typ dźwiękowej strawy dopiero w dojrzałych osobnikach wywołuje pełny efekt fascynacji. Zwyczajnie czują te wibracje ci, co z rockową estetyką przez lata zapoznawani i przez to odpowiednio przygotowani do doceniania ukrytych walorów. Ja też na nich tak w pełni późno się poznałem, jednak dojrzałem w końcu by stwierdzić odpowiedzialnie, że Led Zepp wielki jest! Trzecie rozdanie w ich karierze to pewna nowa jakość, bo też i mniej w tej muzyce bezpośredniego grania, a zdecydowanie więcej subtelnego posługiwania się bardziej wyrafinowanymi narzędziami. Czuć, iż w poszukiwaniu inspiracji jeszcze głębiej kopać postanowili, by w konsekwencji pełnymi garści czerpać między innymi z archetypicznego czarnego bluesa. Centralny punkt płyty w postaci Since I’ve Been Loving You najbardziej dosadnym potwierdzeniem powyższej tezy. Wibracje płynące z tej wspaniałej kompozycji, to prawdziwa ekstaza dla każdego, kto duszy w dźwiękach poszukuje. Tutaj czar płynie z natchnionych wokalnych popisów Planta i bogato nasączonej feelingiem gry Page’a, wspomaganego zjawiskowym klawiszem i wyraźnymi akcentami Bonhama, pośród w większości stonowanego nabijania klasycznego spokojnego rytmu. Można pewnie bez ryzyka stwierdzić, że Panowie sięgnęli też do folku i białego country przez co nieco zmiękli, bo nawet te bardziej energetyczne czy dynamiczne numery nie posiadają w sobie tego pazura, jaki w Whole Lotta Love czy Heartbreaker zawarty. Dla mnie to kiedyś był powód, który stawiał III poniżej reszty klasyki zespołu, jednak dziś wiem, że ten ówczesny mankament, współcześnie spostrzegam w kategoriach waloru, wzbogacającego dyskografię legendy. Zrobili to na co mieli ochotę, zakładam, że w pełni świadomie, a tylko najwięksi mogą sobie pozwolić na taką dozę nonszalancji, by zamiast na oczekiwane przeboje postawić na artystyczną swobodę. Stąd trzecia odsłona ma swą ogromną wartość i z perspektywy czasu broni się odrobinę inaczej, ale z jednak równą skutecznością co jedynka, dwójka czy ikoniczna czwórka. 

Drukuj