Poprzedni album Satyra i Frosta poprzez dosadną i opartą na minimalizmie recenzje jednego z kumpli kojarzy mi się do dzisiaj z cierpieniem -
cierpieniem związanym z jego odsłuchem. Zatem obawy były we mnie duże, że ten
kolejny krążek Norwegów pójdzie tą samą ścieżką, zważywszy na fakt, iż krytyczne
opinie o poprzednim, to były jednak wyjątki, może nie w oceanie ale jednak sporym
jeziorze satysfakcji. Nie bez znaczenia oczywiście był także fakt choroby Satyra i
związanej z nią niepewności o jutro. Jak jednak bywa gdy śmierć zagląda w oczy
artystom nietuzinkowym i zanim skosi jednym cięciem życie ostatecznie to
pozwoli jeszcze testament, rodzaj podsumowania spisać. Nie chcę krakać, życzę Satyrowi
jeszcze wielu lat w służbie mrocznej sztuki i sobie kolejnych jej intrygujących
efektów, ale trzeba stąpać mocno po ziemi w kwestii rokowań w walce z nowotworem. W moim
przekonaniu Deep Calleth Upon Deep, to pomost rozpostarty pomiędzy lodowatym i zajadłym brzmieniem albumów z lat 90-tych i piekielnym rock'n'rollem z Now, Diablical - z jednak nie do końca aż tak
przewidywalnym kręceniem gałkami przez realizatora. Sound wydaje się tutaj jednym z kluczy, bądź wytrychów do przyswojenia, potem zrozumienia albumu i docenienia jego wartości przez pryzmat okoliczności i spojrzenia w mam nadzieję jeszcze wciąż niezamkniętą przyszłość. Pod
tym skupionym na detalach brzmieniem, jego surowym ale nie bezpośrednim urokiem skrywa się osiem świetnie zaaranżowanych kompozycji - w tempie marszowym przemierzających tereny które dotychczas Satyricon podbijał. To taka monumentalna podróż w której jak w zwierciadle odbijają się w różnych nachodzących na siebie konfiguracjach inspiracje z tych najciekawszych w mojej ocenie etapów funkcjonowania grupy. Mnie się ten miszmasz
podoba, bo to akurat w tym tyglu wymieszane wszystko to za co cenię Satyricon.
Dodatkowo dla pikanterii i aby wyłącznie przekrojowo nie było tutaj całkiem zgrabnie i intrygująco zaaranżowany saksofon w Dissonant zagościł i nawet te chóralne zawodzenia, ku przyozdobieniu w tle, w
cholernie melodyjnym The Ghost of Rome nie zakłócają dobrego wrażenia. Tego krążka zwyczajnie bardzo dobrze słucha się jako całości, nie męczy zbytnią agresywnością ale i nie doprowadza do odruchów towarzyszących znużeniu. Jest w nim odpowiednia równowaga, powściągliwość, bez pretensjonalnego ekscentryzmu i pisze to pomimo, iż wiem, bo
staram się zawsze doczytać w miarę możliwości co sami muzycy o swoim dziele
mówią i jakie okoliczności kontekstem zwane towarzyszą takim a nie innym
wyborom ścieżki którą podążają - że akurat Sigurd Wongraven zwany Satyrem buńczucznie w zapowiedziach o Deep nawijał. On tam tak po prawdzie z dużym przekonaniem dnia dzisiejszego ale i pokorą wobec przyszłości mówił, że Deep Calleth Upon Deep to rodzaj stylistycznej wolty, a ja jakbym wymyślnie szyi nie wykręcał w zadziwieniu, na rany Chrystusa nie
potrafię jej tutaj w dźwiękach zlokalizować. Bez względu jednak na znamienną i usprawiedliwioną obecnie mentalność Satyra i jego przekonanie, jak powyżej donoszę dla mnie niezrozumiałe, uważam
płytę za kawał zaskakująco wyważonego, nieco nawiedzonego, innym razem w charakterystyczny rock'n'rollowy sposób rozbujanego, zawsze jednak
nietuzinkowego black metalu, którego nawiasem mówiąc nie słucham na co dzień, bo jedynie z
dystansu współczesne kierunki w tej stylistyce obserwuje i do teorii się ograniczam. Może i Satyricon dzisiaj nie wytycza
nowych dróg, absolutnie siłą napędową gatunku nie może być nazywany, ale jako w
miarę bezpieczna przystań z czarną sztuką (w której płomień jednak nie przygasa) przez takiego gatunkowego recenzenta "zza kurtyny" jak ja jest uznawany. Cenię i szanuję, chociaż na półkę z wizjonerami, gdybym ją jeszcze posiadał, bym już nie postawił.
piątek, 6 października 2017
środa, 4 października 2017
Baby Driver (2017) - Edgar Wright
Ufff
seans zakończony! Czy to było to, czego akurat oczekiwałem? Czy to zaspokoiło
apetyt, który spory entuzjastycznymi recenzjami został pobudzony? Ja
spodziewałem się, że to będzie widowiskowe, że efektowne i mocno nakręcone, ale
zakładałem, iż oprócz spektakularnej formy coś jeszcze będzie mnie w filmie Edgara Wrighta pobudzało. Życzyłem sobie by totalnie banalnie w treści nie było, aby naiwności
mi oszczędzić i intelektualnie poniżej stanów średnich nie zejść. A jak jest?
Jest przyzwoicie, głupie to totalnie nie jest, a i jakąś wybitną ambicją w tym
zakresie nie porywa. A była obawa po startowej scenie, że obejrzę kretyństwo
zainspirowane Bessonowskim barachłem, Taxi nazwanym. Na szczęście efekciarskie pościgi
to tylko fragment fabuły, a inspiracje bardziej rozłożone pomiędzy inne, i to te muzyczne produkcje. Tą sprzed roku, czyli La La Land i tą sprzed lat już wielu,
czyli The Blues Brothers. Może błądzę takie wnioski wysnuwając, takimi
skojarzeniami częstując, ale pokrewieństwo z musicalem Damiena Chazelle wyraża się w
nowoczesnym, dynamicznym i cholernie żywym montażu, pracy kamery, jej wirowaniu
wokół i pomiędzy aktorami. Wreszcie ten romansik tytułowego bohatera to wypisz
wymaluj taka słodziutka historyjka jak pomiędzy Mią i Sebastianem. Trop z super hitem Johna
Landisa zasugerowany natomiast akcją, sensacyjnym sznytem i brzmieniami muzycznymi. Na
koniec zaś zostawiłem skojarzenie, które mocny opad szczęk może zafundować.
Bowiem, jak zobaczyłem tego „doktorka” granego przez Kevina Spacey’a i ekipę przygotowującą
rabunek, to moje myśli natychmiast pobiegły w stronę polskiej klasyki kina jaką
Gangsterzy i filantropii. :) Oczywiście nie zwariowałem i nie mam przekonania,
że Wright widział film spółki Hoffman/Skórzewski, ja tylko luźno sobie w myślach podryfowałem i
sentymentom się poddałem. :) Ogólnie Baby Driver to taka nieco dziwaczna
hybryda, posklejana z zasadniczo fajnych rozrywkowych pomysłów i ubrana w formę
silną urokiem osobistym. Oryginalną, ale paradoksalnie przeładowaną oczywistymi
szablonami. Tak się teraz zastanawiam, co by zostało, gdyby tego zabiegu z
kapitalną muzyką obraz pozbawić? Lepiej jednak tego nie robić, bo
niezaprzeczalny urok filmu znika natychmiast. Ten dźwiękowy szlif, szeroki
wachlarz muzycznego bogactwa, z sentymentalnie zastosowanym szlagierem The
Commodores to ponad połowa wartości Baby Driver.
wtorek, 3 października 2017
The Square (2017) - Ruben Östlund
Nagrody i fantastyczne recenzje, popularność
i pełne kina oraz związany z tym splendor towarzyszy dzisiaj The Square. A ja
na dźwięk nazwiska Östlund mam w głowie jeszcze tego intrygującego, ale
cholernie wydumanego Turystę (tytuł oryginalny Force Majeure) z 2014 roku i
obraz ludzi bez trosk prawdziwych, którzy sami sobie problemy wyszukują, robiąc
z igły widły – których ten szwedzki reżyser uczynił bohaterami swojej
poprzedniej produkcji. Chociaż w zasadzie te dwa obrazy zdają się różne, to
jednak widać jak dłoni wspólny mianownik. Nim jak myślę, portret nowoczesnego
społeczeństwa – sytego i rozpieszczonego. Tylko jak w Turyście diagnoza i
puenta wydały mi się śmiertelnie poważne, a podejście do tematu wręcz ultra
nadęte, to The Square jest brawurową satyrą obnażającą absurdy społeczeństwa
wysoce rozwiniętego zarówno technologicznie jak i intelektualnie. Takiego
zamożnego, oczytanego i liberalnego do granicy śmieszności, a czasami nawet
przerażenia. Tutaj Östlund stworzył rodzaj groteski świadomie piętnującej i
ośmieszającej nadgorliwość we wprowadzaniu w praktyce zasad wolności wszelakiej. Szydząc dosadnie także ze sztuki współczesnej, będącej w rzeczywistości w
większości przypadków pseudo sztuką, ewentualnie substytutem zaspokajającym
potrzeby intelektualnych megalomanów. Ruben Östlund trafnie diagnozuje kondycję
współczesnego społeczeństwa zbudowanego z kontrastów – bogactwa i biedy
sprowadzonej w imię ideałów, ale nieokiełznanej i niezasymilowanej
wystarczająco. Naszkicował w obszernej formie dosadny socjo-psychologiczny portret
pełen sprzeczności – czasem grubymi, momentami precyzyjnymi ruchami namalował
twarz wielkomiejskiej elity. En face i z profilu, z różnych perspektyw, w
przeróżnych okolicznościach ukazał puste, bo pozerskie życie, w którym podniety
wyznaczają cele, a pieniądze nie mając znaczenia są wyłącznie środkiem
przelewanym bez refleksji. Jest w tym filmie kilka scen, które wciskają się
klinem w stereotypy, ale i też są takie, które je uodparniają na postępującą i mam nadzieję nieuniknioną ich korozję. Są momenty, gdy emocje sięgają zenitu, rozbawiając do łez, czy
inspirując do głębokiej refleksji, jednak całość jest zdecydowanie zbyt
obszerna i nad czym ubolewam, zatruta reżyserką megalomanią, co czyni ją
chwilami zwyczajnie pretensjonalną. Pomimo,
że The Square zasługuje na wyróżnienie i komplementy, to nie podzielam zdania,
iż to obraz idealny, czy dalece oryginalny, bowiem błędów które skutkują
wierceniem się widza na fotelu sporo, a i w realizacji bardzo łatwe do
wychwycenia inspiracje między innymi kinem Paolo Sorrentino. Wzory może godne,
warsztat Östlunda świetny, jednak pokory zero. Odważny film o ważnych kwestiach,
w założeniach wtykający kij w szprychy dla mnie okazał się szczwanym mąceniem w
wodzie, którą samemu jeszcze do niedawna chroniło się przed zakusami politycznie
niepoprawnych sabotażystów. W nim jak powyżej chyba wyraźnie dałem do
zrozumienia natłok detali i problem z umiarem – liczne trafne spostrzeżenia i
nie zawsze esencjonalne wnioski. To produkcja, którą należy zobaczyć, lecz
przed seansem obowiązkowo proszę uzbroić się w wyrozumiałość dla specyficznej
mentalności reżysera i formuły, którą sobie wydumał.
P.S. Nagroda bezdyskusyjnie to tylko należy się kolesiowi,
który zrobił szympansa! Jak on tego szympansa zrobił? Zrobił go on wyśmienicie!
poniedziałek, 2 października 2017
Ptaki śpiewają w Kigali (2017) - Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze
Kulisy powstania filmu powiązane
bezpośrednio z dramatem - ze śmiercią Krzysztofa Krauzego po okrutnej chorobie
i z powstałą potrzebą dokończenia projektu samotnie przez jego małżonkę. Tutaj tkwiła
właśnie moja obawa, znaczy czy pozbawiona głównego czynnika sprawczego Joanna Kos-Krauze, bez nieodżałowanego mistrza podoła temu ambitnemu zadaniu. Tym bardziej te obawy we mnie wzrastały,
bowiem pierwsze opinie widzów były dość sceptyczne, a nawet powiedziałbym,
otwarcie krytyczne. Z drugiej strony Srebrne Lwy przecież zdobyte, więc nagroda ta dawała nadzieje, a temat powzięty i jego ogromny potencjał nie mógł być tak łatwo
zatracony przez osobę, która z mistrzem związana była przez lata nie tylko
przecież zawodowo. Teraz fakty, rzecz jasna z subiektywnej perspektywy! Wnioski
z autopsji, punkt po punkcie. Film ten oczywiście nie jest rozrywkowy ani
widowiskowy - jest prowadzony leniwą narracją, przeplataną długimi, statycznymi
alegorycznymi ujęciami bez udziału postaci. W złudnie pustych scenach
niewiele się dzieje, ale jak to często bywa w tego rodzaju gatunkowej niszy
diabeł tkwi w szczegółach. W tym pozornie biernym chaosie treści do
przekazania, w tym monotonnym laniu przygnębienia wąskim strumieniem jest bowiem zatopiona hipnotyczna aura ciekawości i fascynacji. W tym
specyficznym warsztacie realizacyjnym, w filmowaniu z nieoczywistych
perspektyw, może nawet zbytnio wydumanych jest czystość i autentyzm. W tej
pozbawionej teatralnej maniery grze aktorskiej jest najprawdziwsza prawda i
najzwyklejsza zwyczajność – są wrzące emocje i kaskady podskórnego napięcia. Za
sprawą znakomitego wyczucia materii, przenikliwości intelektu i empatii duszy,
dzięki kameralnemu spojrzeniu na ludzkie dramaty powstał druzgocąco-przygnębiający
obraz prawdy we wnętrzach postaci skrywanej. Powstał niezwykle realistyczny i
doskonale penetrujący emocje film o nienawiści etnicznej w tle i jej konsekwencjach
na pierwszym planie. Film z osobowością i mentalną dojrzałością, film o zagubieniu w odmiennej kulturze i obyczajowości. Film o konsekwencjach wielorakich, stanach ducha z traumatycznymi przeżyciami spiętych - tak różnych, bo tak indywidualnych, powiązanych z okolicznościami miejsca i czasu.
niedziela, 1 października 2017
A Ghost Story (2017) - David Lowery
To jest jeden z tych momentów, kiedy
po zakończeniu seansu na klacie odczuwam przygniatający ciężar, a oddech na co dzień w miarę
miarowy zwalnia w hipnotycznym transie. Taki efekt wywołał obraz Davida Lowery'ego, który jest
doświadczeniem niecodziennym, rzeczą absolutnie wyjątkową i odrębną pośród masy
kina często porządnego, ale jednak po prostu sztampowego. I pisząc te
komplementy podkreślające oryginalność nie mam na myśli zaskakująco prostego
zabiegu z prześcieradłem, ani formatu obrazu z zaokrąglonymi krawędziami, chociaż
w tej prostocie przebiegle ukryty urok. Ja mocniej podkreślić chcę, iż to wyjątkowa
kompozycja emocjonalnej treści, emocjonalnego obrazu i emocjonalnej muzyki.
Kompozycja która zamieszkuje w człowieku i pozostaje jeszcze na długo po
napisach końcowych wywołując dreszcz niepokoju i psychologiczny ferment. Minimum
słów i maksimum emocji, ascetyczne środki, a uzyskany efekt nieprawdopodobnie
złożony. Kontemplacyjny majstersztyk, z błyskotliwą ironią i zadumaną powagą. Żaden
żart łopatologiczny, czy z drugiego bieguna intelektualna masturbacja. To idealnie zbalansowana,
pełna przenikliwej treści i refleksyjnej aury filozoficzna podróż. Cholernie smutna, poniekąd przygnębiająca, ale
absolutnie nie depresyjna egzystencjalna wycieczka do głębi, która pomimo że tak duszę boli, to jednak ma w sobie nadzieję. Przyznaję, że od czasu Comet Sama Esmaila nie
widziałem czegoś równie poruszającego i oryginalnego - jednocześnie.
czwartek, 28 września 2017
The Lost City of Z / Zaginione miasto Z (2016) - James Gray
Nie mam stuprocentowego przekonania
do filmowej roboty Jamesa Gray'a, gdyż jak Królów nocy z sprzed dekady obejrzałem
z dużą przyjemnością, tak na przykład nieco późniejsza Imigrantka wynudziła mnie okropnie,
chociaż wizualnie była zrobiona urzekająco. To że jego najnowsza produkcja
sięga do historii z początku XX wieku oznaczało, iż plastycznie będzie bogata i
wysmakowana, a że scenariusz oparty na autentycznych wydarzeniach i opowiadający o wyprawie w głąb amazońskiej dżungli, to zapowiadało fascynującą przygodę, w
której przed ekranem z powstrzymywanym entuzjazmem zapragnąłem uczestniczyć, poświęcając
ryzykownie ponad dwie godziny zamiast miesięcy czy lat, które obsesji oddał
główny bohater. Gorączka złota, poszukiwanie mitycznego Eldorado tematem -
zapędy kolonizatorskie mocarstw europejskich, pragnienie odkrywania by zapisać
się w historii ludzkości, a postacią wokół której fabuła zbudowana Pułkownik Percival Fawcett zapomniany brytyjski eksplorer. Ujęcia płynące z ekranu wizualnie są urokliwe,
aktorstwo na poprawnym poziomie przeważa, narracja natomiast bez tempa na miarę
przygód doktora Jonesa, bo więcej w niej rzecz jasna autentyzmu niż
hollywodzkiego rozrywkowego rozpasania. Największym mankamentem, który senności
nie oszczędził, to brak mocno podkręcanych emocji, jakiś rodzaj jednostajności
bez większego napięcia - mocno zaznaczonych momentów krytycznych, które by krew w żyłach wzburzyły.
Nie jestem zatem pod wielkim wrażeniem, spostrzegam efekt jako przyzwoity, bez
większej charyzmy w nim zawartej. Czas seansu płynął powoli, powieki przez tą bezbarwność opadały, jednak coś tam wychwyciłem, coś tam zapamiętałem. Pomyślałem sobie
gdy końcowe napisy z letargu mnie wyrwały, że w takiej obcej głuszy z zasady się umiera,
lecz chwały śmiercią nie zdobywa, otoczeni nią tylko ci którzy przetrwali. Percival Fawcett przetrwał i wrócił z teorią, która nie wzbudziła oczekiwanego poklasku i
wieloletnią obsesją, która tragiczny finał przyniosła. Zatem był w tej historii
potencjał, który niestety James Gray zaprzepaścił. Szkoda, przykro mi z tego
powodu bardzo.
poniedziałek, 25 września 2017
Leprous - Malina (2017)
Przy
każdej dotychczas zrecenzowanej płycie Leprous zdawałem się z uporem maniaka powtarzać
sentencję, że muzyka tworzona przez Norwegów wpierw mnie fascynuje ogromnie, by
nagle z czasem odpychać gwałtownie, aby po dłuższym odstawieniu na nowo intrygować i
przyciągać. Czy tak będzie z najnowszym albumem nie jestem jeszcze w stanie stwierdzić,
gdyż Malina nie gości w słuchawkach tak często, aby przesyt zakończony
odstawieniem nastąpił. Jest tak ponieważ to pierwszy krążek zespołu, który nie
wbił się na moją playlistę z impetem, a każdy odsłuch mimo to przynosi wzrost
szacunku do jego wartości, jakkolwiek podkreślam, że totalnego fioła na jego
punkcie nie dostaję. Jest w nim coś, co respekt i dystans wywołuje i staram się
teraz dotknąć istoty tego odczucia. Czy powodowane jest ono faktem, iż pomysłów
na nim zatrzęsienie, ale zdają się one fragmentami wzajemnie kąsać, tracąc płynność, gdy eklektyzm formalny bierze
górę nad intuicją? Czy może zatraconą przebojowością, która na poprzednich longach w
refrenach i liniach melodycznych dominowała, a tutaj zepchnięta została do
defensywy przez nazbyt wydumany artyzm? Czy może powodem asekuracyjnego odbierania tych kompozycji jest fakt, iż soczyste rwane riffy i ten pasjonujący nerwowy puls niestety zachłystują się zbyt żarliwie generowaną syntezatorową lawą? Czy wreszcie epicka struktura,
bombastyczna natura i kojarząca się z sakralną obrzędowością żałobna afektacja pobudza zdystansowanie?
Analizuje ten materiał z konieczną drobiazgowością, ale jednoznacznych wniosków
nie jestem w stanie wyartykułować, nie potrafię ani zganić Norwegów ani ich wychwalić.
Pozostaje w tym momencie posłużyć się wytartym szablonem sprowadzając puentę do
ogólników. Napisać zgodnie z prawdą, że to kolejny materiał ugruntowujący pozycję
zespołu, że to dobrze wykonana robota i takie tam inne schematyczne zwroty. Dorzucając ponadto swobodnie, iż nie mam przekonania do użycia narzucającego się podświadomie, nasuwającego się od momentu poznania tytułu najnowszej studyjnej produkcji Leprous idiomu "Miód Malina". Przynajmniej jeszcze nie teraz.
P.S.
Kwestia wokalu! Trzeba go przepracować, aby przetrawić ten falset, czasami
zbytnią emfazę w głosie, swoistą lamentacją wespół z histerią, te odjazdy w
tony zbyt wysokie. Ale taka natura interpretacji Einara Solberga – trzeba nauczyć się z
tym żyć.
sobota, 23 września 2017
The Adventures of Baron Munchausen / Przygody barona Munchausena (1988) - Terry Gilliam
Powrót do dzieciństwa, kiedy to historie
fantastyczne wyobraźnię inspirowały. Z poniekąd amatorską obsadą (gwiazdorkę aktorską też tam dostrzegam, ale... :)) przede wszystkim z ekipą Latającego Cyrku Monty Pythona i Panem Stingiem. Z nieprawdopodobnymi sztuczkami
scenograficznymi, z piękną oprawą wizualną, kolorową produkcją, przepychem i
surrealistycznym odlotem. Masą realizacyjnej zabawy makietami,
bezpretensjonalnych efektów specjalnych starej szkoły, które często robią
większe wrażenie od tych współczesnych, zdominowanych przez grafikę komputerową. Dwie
godziny rozrywki z treścią i humorem, baśni o młodości, czystości i wolności.
Niestety pomimo szacunku do formy, nie moja to bajka, ja tam w surowiźnie
gustuje.
piątek, 22 września 2017
Vozvrashchenie / Powrót (2003) - Andriej Zwiagincew
„Nie hałasujcie ojciec śpi! Kto?
Ojciec”. Tak się rozpoczyna dramat o powrocie na łono rodziny. Skąd się ojciec
wziął i dlaczego teraz? Zaskoczenie, konsternacja, cieszyć się, a może bardziej martwić? Czy
przywiózł lepsze czasy, czy może tylko kolejne problemy? Tajemnica nad wszystkimi co w fabule zawarte permanentnie się unosi - mroczna, tonąca w obawach,
niejasności i niedopowiedzeniach. Fragmenty układanki z przeszłości są w
przemyślany sposób w bardzo minimalnym stopniu odsłaniane, bo ważniejsze jest co tu
i teraz się dzieje. To w żadnym razie proste, łopatologiczne, bynajmniej też
widowiskowe granie z widzem w podchody - nie ma bezpośrednich wyjaśnień, wyłącznie w czystym
obrazie i między wierszami poszlaki dla bystrego widza dostrzegalne. Mocne,
ambitne, hipnotyzujące, surowe i bardzo przygnębiające kino, które zaburzone
relacje rodzinne obdziera żywcem ze skóry w ciszy, która wydaje się tutaj
bardziej przerażająca od najgłośniejszego krzyku.
P.S. Ta scena ze skokami do wody w
kontekście tragicznej śmierci młodego aktora grającego Andrieja nabiera
podwójnego znaczenia, czyniąc film Zwiagincewa tajemnicą wyobraźni scenarzysty
i natury prawdziwej rzeczywistości.
czwartek, 21 września 2017
Being John Malkovich / Być jak John Malkovich (1999) - Spike Jonze
Spike Jonze to twórca niebywale
oryginalny, a w tandemie z Charlie'm Kaufmanem to już raz za razem wkracza na
takie poziomy intrygującej, choć trudno zrozumiałej abstrakcji, że taki prosty chłop
jak ja ma poważne problemy by ogarnąć, co i o co tu „kaman”. :) Może ja mało
jeszcze z dorobku tych gości widziałem i to co obejrzałem (Adaptacja) dla mnie niezrozumiałe,
ale akurat Być jak John Malkovich już po premierze rozczytałem zdaje się
bezbłędnie i idealnie w świat zaproponowany przez tych oryginałów wniknąłem. Zasługa to kapitalnego, mocno odjechanego pomysłu, tym razem klarownie podanego na tacy, świetnej reżyserii i
wybornych kreacji szczególnie zaskakująco niesztampowej Johna Cusacka, który nigdy
w moich oczach nie był spostrzegany, jako aktorski wirtuoz oraz Cameron Diaz w zupełnie odmiennej od ról wcześniejszych. On jako niechlujny fizycznie lalkarz w cudzej skórze, w
brawurowej próbie realizacji marzeń człowieka społecznie upośledzonego.
Zaspokojeniu potrzeb introwertycznego dziwaka pragnącego wyrwać się z monotonni
własnej nijakości i życia bez podniecających emocji. Ona natomiast jako jego zbzikowana na punkcie menażerii małżonka odnajdująca własne ja w męskiej perspektywie spojrzenia na atrakcyjną
fizycznie i osobowościowo kobietę. Tutaj ograbiona z przyrodzonego jej
seksapilu, szara myszka fizycznie niemal nie do poznania, rozbudzana erotycznie
wraz z rozwojem fabuły i poszukująca własnej seksualnej tożsamości. Kawał
niezwykle intrygującego kina na ekranie, nietuzinkowej intelektualnie porcji
psychologicznej analizy ludzkich potrzeb, uczuć, relacji fizycznej i duchowej. Wszystko kręci się wokół Malkovicha, ale nie jest on tutaj centrum wszechświata jakby się mogło zdawać. Wybitny aktor, w mistrzowskiej roli samego siebie to przebiegły trick Kaufmana mający na celu ukazanie kim jesteśmy, a kim chcielibyśmy być, bądź kim moglibyśmy być i co nas przed tym powstrzymuje.
wtorek, 19 września 2017
Prophets of Rage - Prophets of Rage (2017)
Na gorąco się wypowiem, bo akurat kilka ostatnich dni w aucie z debiutem Prophets of Rage spędziłem i nie ma w tym cienia przypadku, gdyż z założenia w moim przekonaniu to album typowo motoryzacyjny. Motoryzacyjny, bowiem idealnie sprawdza się wyłącznie jako pobudzający towarzysz podróży, a "wyrok" i uzasadnienie błyskawicznie powstało już po kilka przesłuchaniach materiału, gdyż mam przekonanie, iż to co miałem usłyszeć już do moich uszu w pełni dobiegło i niczego nowego w numerach ekipy Toma Morello, chociażbym uszu nadstawiał, intelekt naprężał nie dostrzegę. Ogólnie rzecz biorąc słucha się tych dwunastu numerów bez bólu ale i większej ekscytacji on słuchaczowi oszczędza. Jadąc przez track listę po kolei, są wzloty, totalnych upadków może nie ma, jednak ja akurat pocisku o większej sile rażenia od instrumentalistów Rage Against the Machine oczekiwałem i nawet jeżeli moje podejście życzeniowe przez znawców tematu i historii grupy może być obśmiane, to ja i tak przy swoim pozostanę, że takich "motherfucker" wymiataczy stać na pocisk, nie kapiszon. Niestety z dużej chmury deszcz co odrobinę tylko zmoczył, a problem polega oczywiście na tym, że zamiast wściekłej melodeklamacji Zacka mamy sprawne, lecz pozbawione wymaganej ikry i siły wyrazu, płaskie, standardowe frazowania nawijaczy pochodzących z Public Enemy i Cypress Hill. Jak więc mogłem tak wysoko poprzeczkę zawieszać skoro świadom byłem, że Zack w obecnej kondycji psychicznej dogadać się nawet z własnymi demonami nie może, a co dopiero z trzema ziomalami o równie silnych osobowościach. Wiedziałem kto tutaj paszczą odgłosy dawać będzie, zatem opadu żuchwy zaskoczeniem powodowanego nijak nie mogłem się spodziewać. Ja tylko zakładałem, że Tom Morello wyrzeźbi chociaż takie riffy, że ja padając na kolana przeklinać będę jedynie absencję Zacka, a nie jakieś pretensję ku Morello, Commerforda i Wilka kierował. Nawet jeżeli nie mam podstaw do totalnych pretensji, kręcenia nosem z pełną dezaprobatą, to jednak kilku kawałków nie jestem w stanie przemilczeć. Startują goście z werwą, bo dwa single które od jakiegoś czasu promują płytę, to konkretne strzały ale już trzeci, czyli Legalize Me podobnie jak umieszczony nieco później Take Me Higher to takie, mocno upalone i mocno ubogie wersje Red Hot Chilli Peppers (znaczy bilety tańsze, jak mi ktoś podpowiedział :)). Niby nóżka potupuje i gładko wpływają ale to zupełnie inna bajka niżbym się spodziewał - taka miałka, taka banalna. Cała reszta zaś wydaje się zawieszona pomiędzy formułą "rejdżową" i "audislejwową", raz cisną bitem zriffowanym, a innym razem riffem nieco przypiaszczonym. W żadnym jednak numerze nie łapią poziomu oryginału, a powód, że się powtórzę tkwi w zupełnie innej formule wokalnej. Dla mnie obcej zupełnie i przez to trudnej do oswojenia. Na zakończenie części zasadniczej uwagę zwrócę i spróbuje być zabawny anegdotką częstując, że jak pewna pięciolatka w aucie efekt ze Strenght in Numbers usłyszała, to czy to kura gdacze zapytała. :) Taki to zabawny wałek.
P.S. Na marginesie jeszcze napisze i zrobię to z premedytacją, by tekstu głównego nie kalać nieprzyzwoitością, inaczej aby poprawności politycznej w nim nie brakło, a każdy kto przewrażliwiony i pozbawiony dystansu nie pieklił się po kilu pierwszych zdaniach zarzucając mnie epitetami. Ja białas pozbawiony naturalnie murzyńskości w postaci lekkości w rytmicznym nawijaniu (rapowaniu powinienem napisać :)) jak słucham tego zaflegmionego bełkotu jednego z Panów, który głosu użycza, nie mogę wyje*** z głowy obrazu tłustego czarnucha obwieszonego złotymi łańcuchami, który rozlewając się w fotelu rozkminia arogancko tematy. I wiem, że postawa obydwu raperów musi być inna, bo światopogląd Toma Morello nie pozwoliłby aby osoby niskiej wartości intelektualnej, czy moralnej towarzyszyły jego działaniom artystycznym, to mam już tak mocno wdrukowany tego rodzaju obraz raperki, że za cholerę nie jestem w stanie tego stereotypowego myślenia przezwyciężyć. Taka siła negatywnego doświadczenia. Co zrobisz!
niedziela, 17 września 2017
Girl, Interrupted / Przerwana lekcja muzyki (1999) - James Mangold
Jak ta historia będąca adaptacją
bestsellerowej powieści się skończy, można mieć poniekąd przekonanie już po pierwszej
scenie. Niekoniecznie będzie to happy end, ale optymizmu mimo wszystko
także nie braknie. Wątki są porwane, sceny przenikają się niczym układanka,
tudzież jakieś puzzle porozrzucane. Teraźniejszość przeplatana jest z
chaotycznymi wspomnieniami istotnych wydarzeń z przeszłości. Trauma młodej
wrażliwej osobowości jest tu fundamentem, znaczy ciężkie przeżycia i działania
będące na nie reakcją skutkujące umieszczeniem w prywatnym ośrodku dla nerwowo
chorych. Komfortowym sanatorium, gdzie poznaje ona osobliwe postaci z równie
lub większymi skazami na psychice. Grupie pacjentek z tego miejsca odosobnienia
przewodzi żywiołowa Lisa, która fascynuje i przeraża. Jest niezwykle
inteligentna i błyskotliwa, lecz także równie nieprzewidywalna we własnych
działaniach kierowanych zarówno potrzebą manipulacji i dominacji, jak i okrucieństwem
i strachem. Seans nastraja melancholijnie, wciąga swoim eterycznym klimatem i inspiruje
do przemyśleń. Pobudza do przekonania, iż jednostki zaburzone to wciąż ludzkie
istoty, dużo bardziej wrażliwe na wewnętrzne rozchwiania i zarazem nieodporne
na zewnętrzne problemy zwykłej egzystencji. Istota choroby psychicznej zdaje
się często nieodgadniona, a proces leczenia
opartą na lekarskiej intuicji i częściowo tylko doświadczeniu próbą odnalezienia wyjścia z tego mroku. Częściej zaś drogą na skróty, wywoływaną bezradnością, gwałtowną
potrzebą złagodzeniem objawów przy pomocy farmakologii. Tak naprawdę zrozumieć ekstremalne stany niepokoju to samemu ich zakosztować, przeżyć i przetrwać kryzysy dzięki temu
gromadząc wiedzę z autopsji aby móc pomóc innym. Przerwana lekcja muzyki to poruszająca opowieść w stonowanej formule,
dla wrażliwców, lecz nie tych którzy zalewają się łzami oglądając tysięczny odcinek
wenezuelskiej telenoweli. To ciekawy i powabny film dla wrażliwców o
artystycznej duszy, subtelny obraz o ludzkich odruchach empatii i głębokiej
potrzebie zrozumienia skomplikowanej psychologii człowieka. Bez technicznych i fabularnych
fajerwerków, bez krzykliwej fasady, za to z koncertowym aktorstwem, urokliwą
magią i autobiograficznymi wątkami z życia autorki zaadaptowanej powieści.
sobota, 16 września 2017
El Maquinista / Mechanik (2004) - Brad Anderson
Ależ to była w moim przekonaniu swego czasu petarda. Jak mnie podjarał ten twist i wszystko to co z ekranu do mnie płynęło. Jak mnie zaimponował Christian Bale, że takie poświęcenie dla roli pokazał - ekstremalną przemianę fizyczną, nie dla kasy przypuszczam, bo angaż pewnie do najwyższych nie należał. Tutaj o szacunek w branży i wśród widzów chodziło, o zbudowanie legendy i sygnał jasny, że nie wyłącznie aktor szmalem żyje, ale także ma ambicje artystycznego formatu. A że oprócz ofiarności gwiazdy Brad Anderson popisał się reżyserską wprawą, wyczuciem tematu i klimatu, pod aktorski majstersztyk podłożył tło sugestywne z wyblakłą kolorystyką, bladymi twarzami i zimną atmosferą, to i powstał thriller znakomity, który cel postawiony zrealizował z nawiązką. Przygnębiający obraz psychicznej i fizycznej dekonstrukcji, rozpadu osobowości i ciała, pomieszania zmysłów i schizy intensywnie rozsianej. Pytania, pytania, pytania! Co jest rzeczywistością, a co projekcją umysłu? Co prawdą, co fałszem? Co jest mną, a co moim alter ego? Dramat otworzył drzwi do podświadomości, tam ukrył sens i prawdę zastąpioną majakami, omamami, halucynacjami, iluzjami, urojeniami. To ponura, cholernie dołująca, ale i intrygująca psychologiczna gra z twistem w finale, który idealnie zamyka fabułę i pozostawia z opadem szczęki (przynajmniej ówcześnie). Szczytowe reżyserskie osiągnięcie Brada Andersona, którego poziomu za cholerę nie potrafił utrzymać, od kolejnego filmu zjeżdżając gwałtownie po równi pochyłej. Szkoda!
P.S. Jeszcze raz szacun dla Bale’a - był Trevorem Reznikiem w Mechaniku i na drugim biegunie za czas jakiś Irvingiem Rosenfeldem w American Hustle. Metamorfoza level hard!
piątek, 15 września 2017
The Paper / Zawód: Dziennikarz (1994) - Ron Howard
To jest ten rodzaj kina, którego mnie
osobiście dzisiaj brakuje. Pojawia się od czasu do czasu, lecz w bardzo
ograniczonej ilości i najczęściej w wersji okrojonej z tej właściwej dla
produkcji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych magii równowagi. Albo jest na maksa poważnie, cholernie ambitnie lub czysto
rozrywkowo, a kiedyś tacy mistrzowie jak Ron Howard spoglądający na świat z perspektywy kamery
potrafili połączyć kapitalne poczucie humoru z ważkimi tematami, odkrywając na
przykład kulisy pracy dziennikarskiej w podrzędnym dzienniku vel. brukowcu i relacje w życiu prywatnym jego załogi. 24 godziny roboty w podkręconym do
maksymalnych obrotów tempie, w szalonym pędzie gdzie oryginalne osobowości ludzi
pasjonatów, ścierają się aż iskry lecą, a z tego tarcia w atmosferze cholernie
kreatywnego fermentu powstaje poranna dawka lokalnych wieści. Ten świat to już poniekąd historia, bo papierowe dziennikarstwo zastąpione tym internetowym i
szelest stron przy świeżo zaparzonej kawie to już wyłącznie w domach emerytów
się zdarza. Ale to oczywistość i też nie
tak do końca prawda, bo czy redakcja drukuje czy wkleja to i tak informację
musi zdobyć i przetworzyć. :) Ale do rzeczy, gdyż nie o tym chciałem „donosić”
zainspirowany tym co po raz przy okazji emisji zobaczyłem. Zauważyłem bowiem
rzecz banalną, ale jakże istotną dla funkcjonowania człowieka, że tak
zwyczajnie, tak po prostu to ekstra lubić swoją robotę, z pozytywnym przemęczeniem, czasem wręcz entuzjazmem budzić się z rana, by po sobie popołudniu względnie już późno wieczorem z poczuciem
zadowolenia z dobrze wykonanej pracy dobry materiał pozostawić. Nieistotne czy
będzie to tekst spisany, czy jakakolwiek inna solidnie zrobiona, namacalna,
dostrzegalna praca – byleby wykonana z pasją i zaangażowaniem. Tyle że coś za
coś, bo doba nie jest z gumy i jak pasja z pracą jest tożsama to cała energia w
nią wtłoczona nie pozostawia nic albo niewiele dla prywatności. Cierpią pewnie
w różnym natężeniu ważkie tematy - rodzinne
relacje naturalnie i przede wszystkim. Sęk w tym by równowagę względną
odnaleźć, nie wpaść w wir szaleństwa, zachować umiar i proporcje wyważyć. Kierować się zdrowym rozsądkiem i wyrozumiałością - szczęście przecież od doskonałej
symbiozy zależy.
P.S. Gwoli ścisłości i aby cokolwiek
konkretnego o samym filmie się pojawiło, bo powyżej więcej swobodnego odlotu
niż merytorycznego sedna, a może ktoś kto tutaj trafi wolałby suche
fakty, niźli jakieś natchnione ale w rzeczy samej komunały w duchu Paulo Coelho
przeczytać. Zatem dla tych koneserów szablonowej formy zdań kilka. :) Dobry
temat dziennikarze wyłapują, angażują się w realizację założonego celu, z dylematami się mierzą,
moralne przekonania próbie poddają i nerwowość wprowadzają. Pismacze
śledztwo dynamicznie jest prowadzone i ryzyko w bezpośrednim powiązaniu z karierą i rodziną
się pojawia. Realizację we wszystkich technicznych aspektach świetną i aktorstwo
rewelacyjne obserwujemy, a w rolach głównych ówczesna hollywoodzka śmietanka:
Michael Keaton, Randy Quaid, Robert DuVall oraz dwie temperamentne kobitki Glenn Close
i Marisa Tomei taki popis dają, że "klękajcie narody i respekt na grubo". Tyle! Mało?
Trudno! Kropka!
czwartek, 14 września 2017
Steven Wilson - To the Bone (2017)
Po ostatnim albumie w moim mniemaniu nareszcie znakomicie wyważonym, dla innych zaś zbyt wyposzczonym (bo krótki, bardziej popowy, mniej progresywny) Steven Wilson w solowym wydaniu stał się dla mnie kąskiem smakowitym i z dużym apetytem, ślinką cieknącą oczekiwałem na posiłek nazwany To the Bone. Rozpoczęło się znakomicie, gdyż pierwszy singlowy numer zatytułowany Pariah, nagrany w duecie z Ninet Tayeb (to ta sama, która emocje podnosiła w Routine) zwiastował podobny zastrzyk uczuciowości, jaki w najlepszych numerach z Hand. Cannot. Erase gościł. Nie zdążyłem jeszcze na dobre zatopić się w tej świetnej kompozycji, a Wilson do netu wrzucił drugi numer. Song Of I, także duet, tylko z Sophie Hunger z zupełnie innej muzycznej beczki wyjęty intrygował mrocznym eksperymentalnym obliczem, w którym nowoczesna elektronika ożeniona zostaje z partiami instrumentów smyczkowych, zapewne także generowanych przez parapet. I wtedy, gdy zakładałem, że to będą dwa bieguny tego samego lądu Pan żartowniś z szelmowskim uśmiechem pochwalił się czymś co nazwane zostało Permanating brzmiące jak wypisz wymaluj owoc współpracy muzyków Electric Light Orchestra i Abby. Skoczna piosenka z ejtisowym bitem podbijanym rytmicznym pianinem, z lekka okraszona milusią gitarką. Co to było w szoku się zastanawiałem, czy natychmiast z plików będę usuwał ten numer gdy cały album przesłucham, a nie daj siło wyższa będzie tam więcej takich "perełek". :) Szczęśliwie to jedyna taka wolta na To the Bone, a ona sama pośród innych kompozycji przelatuje bezkolizyjnie i zaskakująco przyjemnie, chociaż przecież cała reszta zindeksowana pod jedenastoma tytułami zupełnie stylistycznie jest odmienna. Cały krążek tętni życiem, jest wielobarwny, bardzo eklektyczny i paradoksalnie w tej wielowymiarowości spójny. Kapitalny żywy otwieracz w postaci utworu tytułowego, bardzo wilsonowsko-jeżozwierzowy Nowhere Now, podobnie The Same Asylum as Before z pięknymi odcieniami brzmień gitarowych i mgiełką klawisza, czy mój ulubiony Refuge z tą podbijaną pod pianino perkusją i zjawiskowym solem po połowie harmonijki i wiosła - rzecz po prostu, która wzrusza, bardzo cholera wzrusza przecież twardego Mariusza. :) Dalej miniaturka Blank Tapes, czyli subtelna wymiana wokalna, po raz drugi z Ninet Tayeb poprzedzająca najbardziej żarliwy i konkretny People Who Eat Darkness, cholernie po linii Porcupine Tree z kapitalnych czasów zainicjowanych In Absentią. Wreszcie najbardziej progresywny kolos Detonation i finałowy, poruszający zwiewnością wokalno-instrumentalną Song of Unborn. Prawie tuzin doskonałości o różnorodnym charakterze, lecz jednym wspólnym mianowniku. Nim geniusz kompozytorski Wilsona, który zadziwiająco dobrze odnajduje się w nieco bardziej przystępnym niż to jeszcze kiedyś bywało repertuarze, jednocześnie nie tracąc nic ze swej wyjątkowości. Jeżeli mam słuchać płyt eterycznych to tylko w takim tonie.
środa, 13 września 2017
L.A. Confidential / Tajemnice Los Angeles (1997) - Curtis Hanson
Podarował mi przed laty Curtis Hanson
Tajemnicami Los Angeles sporo frajdy, gdyż z powodzeniem odrestaurował
konwencję kina noire, a w dodatku zafundował w towarzystwie całej plejady
atrakcyjnych aktorskich nazwisk świetnie utkaną intrygę do rozwiązania. Gasząc
pełen optymizmu mit lat 50-tych nakręcił przepełniony melancholią policyjny dramat o namiętnym melodramatycznym sznycie. Dynamiczny i ekscytujący, z kapitalnie rozgrywanymi
wątkami, zawiłymi powiązaniami pomiędzy bohaterami, wnikliwą ale szczęśliwie
nieprzeintelektualizowaną psychologią postaci i ambicją idealnie równoważoną
soczystą akcją. Film zarówno emocjonalny jak i rozrywkowy, opowiedziany z
polotem, ale i szacunkiem dla konwencji. W nim sporo bohaterów równorzędnych, głównie
gliniarzy z różnych poziomów wtajemniczenia. Żarliwego, kierowanego głównie
impulsem twardziela (Russell Crowe), wypielęgnowanego i wyrachowanego gwiazdora
(Kevin Spacey) i ambitnego młodego idealistę (Guy Pearce), ponadto także pismaka
węszącego i inspirującego tanią sensację (Danny DeVito) oraz ekskluzywną
nieszczęśliwą panią do towarzystwa (Kim Basinger). Wszyscy zaplątani w życie miasta aniołów, ukryte pod grubą zasłoną domniemywań, które z reklamowaną sielanką z
przedmieścia ma niewiele wspólnego. Tutaj korupcja króluje, mroczne powiązania
pomiędzy światem przestępców i stróżów prawa, pośród namiętności ducha i pokus
dla ciała. W tym fascynującym dwuznacznym moralnie aliansie osobowości i motywacji tkwi
między innymi tajemnica sukcesu obrazu Curtisa Hansona. Ona wraz z
reprezentowanym filmowym gatunkiem sprawia, że dwie dekady od premiery ja wciąż
z satysfakcją powracam do tego tytułu.
wtorek, 12 września 2017
Tulip Fever / Tulipanowa gorączka (2017) - Justin Chadwick
Popełniłem błąd strategiczny, powodowany skuteczną
próbą zignorowania wszystkiego, co wraz z premierą filmu w necie się pojawia.
Zwiastuny i wszelkiej maści recenzje, tudzież opinie napotkane szerokim łukiem
omijałem, aby w założeniu na czysto, bez obciążeń do obrazu podejść, bez
sugestii świadomie, bądź podprogowo odbieranej. Bez wiedzy głębszej wybrałem
się zatem na film, który jak z tytułu wywnioskowałem miał być mocnym kinem
akcji, w którym nieliche rozróby z użyciem roztrzaskanych z samczą energią
butelek po napojach winopodobnych miały być uskuteczniane. :) Wyobraźcie sobie,
zatem jakie musiało być moje zdziwienie, kiedy siedząc w kinie pośród wyłącznie
emeryckiego towarzystwa obejrzałem kostiumową produkcję o sercowych rozterkach
powiązaną ściśle z wątkiem spekulacyjnego handlu cebulkami kwiatu, właśnie
potocznie tulipanem nazywanego. :) Szok, niedowierzanie – panika, próba
salwowania się ucieczką pomiędzy fotelami, po stopach zdezorientowanych
staruszek wyrażających donośnie potrzebę wezwania ochrony! :) A poważnie? Właśnie, na
poważnie to ja żadnym wielkim fanem melodramatycznego kina kostiumowego nie
jestem, więc na Tulipanową gorączkę wybrałem się tylko i wyłącznie z nadzieją
nacieszenia oczu zasłużenie popularną obecnie w branży filmowej Alicią Vikander
i aby podziwiać spopularyzowany ostatnio przez Christopha Waltza styl gry
aktorskiej „na Pułkownika Hansa Lande”. I w tych (nie tylko) aspektach obraz Justina Chadwicka
absolutnie mnie nie zawiódł, bo Alicja była zjawiskowa i w tej roli absolutnie
przekonująca - bez szarż z melodramatycznymi uniesieniami, łzami niczym ziarna
grochu czy westchnień nadmiernych użyciem - och, ach i mdleje. Waltz natomiast
jadąc tylko odrobinę na tym wpisanym już na stałe protokole „Landa forever” na
szczęście zachował ciekawy balans pomiędzy absolutną dramatyczną powagą, a
nieco groteskową pozą jaką sama rola uczuciowo zagubionego bogatego mieszczanina
w trochę bardziej dojrzałym wieku od niego wymagała. W moim przekonaniu, w
dużym stopniu jego zasługą jest wtłoczenie do dość przewidywalnej historii,
gdzie wątek kamuflażu mocno naciągany, tak potrzebnej w miarę autentycznej i zaskakującej wiarygodności.
Przez to Tulipanową gorączkę ogląda się niczym klasyczną tragikomedię w epoce
napisaną i ze współczesnym wyczuciem do potrzeb filmu zaadaptowaną. Szczególnie obok aktorstwa wyrazistego i namiętnych scen z alkowy, od strony wizualnej to uczta wyborna, genialna plastycznie w duchu mistrzów pędzla, z
urzekającym doskonałą scenografią klimatem Amsterdamu - dla przełamania pięknej, ale jednak
jednowymiarowości z użyciem w kilku fragmentach zdjęć inspirowanych stylem
kojarzącym się z ostatnimi produkcjami Terrence'a Malicka. Uczta z zadziwiająco dynamicznym montażem i jak powyżej nadmieniłem komediowym dystansem, przez co
zamiast ciężkostrawnego, zalanego lukrem w emfazie melodramatycznego kloca
uzyskano nieoczekiwanie całkiem lekką w formie tragikomedię z nakręcanym udanie wzrostem
emocji, tuż przed zasadniczo nierażącym totalną banalnością happy endem.
P.S. Ja tylko o Vikander i Waltzu, a
tu jasno i wyraźnie trzeba stwierdzić, że bez kapitalnych ról Judi Dench,
Holliday Grainger i Toma Hollandera (rewelacyjny dr Sorgh!) to nie wyszłoby aż
tak dobrze.
sobota, 9 września 2017
Scarface / Człowiek z blizną (1983) - Brian De Palma
Zmroziła mnie informacja, że powstać
ma remake tego klasyka, który nota bene sam swobodnym remake’m filmu z lat 30-tych. Mając świadomość, że to dla Hollywood bardzo smakowity kąsek, a odmładzanie,
bądź uwspółcześnianie ikonicznych obrazów rodzajem naturalnej tradycji, czasem tylko przybierającej finalnie formę równą pierwowzorom obawa moja tym bardziej spora.
Ciężko sobie wyobrazić kto z brawurą taką jak Al Pacino mógłby pociągnąć rolę
Tony'ego Montany i oddać równie sugestywnie jak Brian De Palma klimat
opowieści. Zresztą jak projekt zostanie zrealizowany będę się w temacie
uzewnętrzniał, teraz o obrazie z 1983 roku będzie. :) Nie ma wątpliwości, iż
bohaterem pierwszoplanowym jest tutaj Al Pacino i nie tylko ze względu na
odgrywanie roli głównej, lecz przede wszystkim przez pryzmat jakości tej kreacji,
która szczytem i gigantycznie wysoko ustawioną poprzeczką dla wszystkiego co
później aktor miał zagrać. Tony Montana w jego zuchwałej interpretacji, to
człowiek ogarnięty obsesją kontrolowania niemal wszystkich obszarów w których
funkcjonuje. Gangster bezwzględny, bandyta z gorącą głową, pobudzany monstrualnie
rozbudzonymi ambicjami ale i w głębi duszy człowiek prostych zasad,
odpowiedzialności za najbliższych i niestety decyzji zbyt pochopnie
podejmowanych. Tego dominującego samca mania wielkości, zepsucie bogactwem, mocno kamuflowane słabości, życie w permanentnym poczuciu zagrożenia, frustracja w bezczelności i zgubna w skutkach pewności siebie wraz z narkotycznym
uzależnieniem prowadzi do zguby, czyniąc go postacią jednoznacznie tragiczną.
Brian De Palma natomiast na sposób charakterystyczny dla swego stylu z lat
osiemdziesiątych nadaje opowieści atmosfery dramatyczności potęgowanej sugestywną muzyką, w której wątki społeczne, polityczne i rodzinne wzajemnie kumulują się w
rozbudowanym psychologicznym portrecie człowieka przegranego w starciu z
osobistymi aspiracjami i wypieranym poczuciem bycia nikim, które w młodych latach zostało w nim zaszczepione. Nad wszystkim zaś, jak trafnie zauważono w jednej z nieprawdopodobnie licznych recenzji, zawiesza gorzko szyderczą,
pobłyskującą intensywnie puentę w postaci sloganu „Świat należy do ciebie”.
piątek, 8 września 2017
The Beguiled / Na pokuszenie (2017) - Sofia Coppola
Światła
w sali ze zwłoką zabłysły, a ja nadal w zamyśleniu pozostaje. Wychodzę w końcu z kina i
zastanawiam się czy to był dobry film i czy Sofii Coppoli o taki uzyskany
efekt chodziło? Nie żebym miał na myśli moje fundamentalne pytania, ale czy
taki obraz właśnie chciała osiągnąć, by z jednej strony widz docenił mistrzowsko
subtelny sposób uchwycenia reakcji kobiet młodszych i nieco starszych na obecność
atrakcyjnego mężczyzny w ich mikroświecie pozbawionym przez dłuższy czas podniety tego rodzaju. Jednocześnie zależało jej bym był poniekąd zaskoczony i rozczarowany, iż niektóre
kwestie, wątki potraktowała marginalnie lub zbyt grubym ściegiem przeszyła, przez
co one nienaturalne i mało wiarygodne. Może wina tkwi w samej adaptowanej powieści lub sugestii pochodzącej z pierwszej sprzed laty próby ekranizacji fundamentu
literackiego? Trudno mi w tym miejscu znaleźć odpowiedź, bo obrazu z Clintem
Eastwoodem nie widziałem, a samej powieści nie czytałem. Nie potrafię jednak uznać,
iż Coppola nie dostrzegła w końcowym efekcie własnej pracy (bezspornie urzekającym malarską formą i uwodzicielskim wizualnym charakterem) kilku dość jaskrawych przerysowań merytorycznych,
względnie czytelnego sugestywnego braku napięcia i niepokoju. Stąd wniosek, iż mogą te mankamenty być
zamierzoną prowokacją – teza to zaiste brawurowa, z bezradności zapewne sklecona. Natknąłem się wszakże na opinie eksperckie sugerujące, iż to film niezwykle kobiecy,
z tej niewieściej perspektywy spojrzeniem bogaty, a jak autopsja podczas
projekcji pokazała kilka przedstawicielek płci pięknej obecnych na sali
szczebiotało między sobą (drażniąc moje uszy i cierpliwość mą anielską próbie
poddając), manifestując jednoznacznie swój brak nie tylko zachwytu, ale nawet
zainteresowania. Może Panie rozrywki w bardziej bezpośrednim stylu oczekiwały,
a może Sofia Coppola nie zdołała z historii właściwych emocji wykrzesać? Ja również ich
odpowiednio wyraźnie nie odczuwałem, jednocześnie gdzieś w głębi podejrzewając,
że tutaj się ze mną mocno podstępnie pogrywa – taką w warunkach laboratoryjnych
tragifarsę proponując, która rodzajem testu dla bystrości umysłu. Sięga
bowiem Coppola odważnie po humor (w drobnych gestach, spojrzeniach – tutaj
chyba oczko puszcza), bawi się rozerotyzowaną poetyką w dwuznacznościach kreując
przypowiastkę o kobietkach z nagle rozbudzonym popędem do mężczyzny, który
świadom swojej atrakcyjności doskonale czuje i wykorzystuje ich potrzeby. Z
drugiej strony będąc dla niewiast wyposzczonych tajemniczą i niebezpieczną
zarazem atrakcją, traktowany jest na równi jako bezbronny króliczek potrzebujący
opieki i nieprzewidywalny drapieżnik zagrażający ich bezpieczeństwu. Bawią się
nim i on z nimi gierki prowadzi – taki flirt ryzykowny, który dobrze się nie
skończy jest w zapętleniu inscenizowany. Zachodzę w głowę, mocno kombinuję by interpretacji dokonać,
z własnej męskiej perspektywy próbuję dostrzec tą kobiecą naturę w tych
zachowaniach podobno uwypukloną. I hmmm... właśnie teraz olśnienie – każda
kobieta przecież poszukuje partnera delikatnego i wrażliwego, który niczym
pluszak przytuli, podda się kokieteryjnej obróbce ale i jak lew groźny niebezpieczeństwo przegoni i swą
dominującą naturą sobie partnerkę też przyporządkuje. To chyba dobry trop do zrozumienia,
co właściwie Sofia Coppola chciała widzowi przekazać? Jeśli nie, to ja się poddaje,
ale film mimo tego oceniam wysoko.
P.S.
Szepnę tutaj jeszcze, że jedna Pani do drugiej Pani rzekła po filmie z irytacją i niedbale,
że oto dawno takiej nudy nie widziała i już pójść na Batmana, co jej kiedyś w przeszłości mąż
polecił bardziej by już wolała. :)
czwartek, 7 września 2017
Black Label Society - The Blessed Hellride (2003)
The Blessed Hellride od startu wpada w ucho i nie daje powodów do kręcenia nosem, bo pomimo ekstremalnie jak na gatunek chwytliwej formuły wszystkich bez wyjątku numerów, zawarł w nich Zakk Wylde także sporo ciekawych, chociaż w żadnym razie przełomowych czy eksperymentalnych rozwiązań. Słucha się albumu kapitalnie chociaż może się przy odrobinie złej woli wydać nieco zbyt prostacki, bo taki ofensywnie przyjazny dla ucha. Ma na szczęście w sobie wystarczający ładunek emocji i żaru, a umiejętność wtłaczania do kompozycji bujającego groovu jaki posiada brodaty gitarzysta, dodaje mu dynamiki pobudzającej ciężkie riffy do odpowiednio rączego i płynnego galopu. Czy to akurat suniemy rytmicznie wraz z otwierającym Stoned and Drunk, względnie kolejnymi Stillborn, Funeral Bell czy Destruction Overdrive czy też w marszowym rytmie dumnie kroczymy (Suffering Overdue, Final Solution i Doomsday Jesus) jak i po męsku (bo to nie jest rock dla bab :)) w balladach typu Blackened Waters, Dead Meadow, The Blessed Hellride się zatapiamy - to zawsze czujemy, że to co nas wkręca jest przebojowe ale nie przesadzone/przesłodzone. Nawet We Live No More, który w formie strasznie ubogi, bo oparty przede wszystkim na cholernie nośnej linii wokalnej nie powoduje uczucia spłaszczenia formuły do wyłącznie potrzeby wkroczenia na listy przebojów. Nawet jeśli Wylde miałby takie ambicje, to nie miał szans w konfrontacji ze współczesnymi hiciorami, bo one do zupełnie innych już potrzeb konsumenta się odwołują. Jaka by chwytliwa propozycja BLS nie była, to zawsze w niej sporo testosteronu i wysokooktanowego paliwa, przez co do ogłady nawet gdy śpiewna i lepi się do ucha wiele brakuje. Może i ten krążek przy tych kultowych pozycjach z dyskografii ekipy BLS wygląda na gładko ogolony, to jednak nie traci właściwego ducha, a wyłącznie wizualnie wypielęgnowany się zdaje.
środa, 6 września 2017
Type O Negative - Bloody Kisses (1993)
Kierowany potrzebą zapewnienia sobie tła muzycznego pod lekturę biografii Type O, w pierwszej kolejności zarzuciłem album, który tak na dobre wywindował ekipę stalowego Piotrusia do poziomu elity mrocznej sceny. Niestety myśli jakie przelewające się dźwięki pobudziły i wnioski jakie ich rezultatem dla krwawych pocałunków druzgocące. Bowiem po prawie ćwierćwieczu od premiery nie potrafię znieść dominujących na albumie pretensjonalnych sztuczek mających oczywiście na celu podkreślić niestety odpustowy mrok, sztuczną teatralność i przesadny melodramatyczny ton. Tego irytująco pretensjonalnego, bo akurat bez umiaru podpierania się na każdym kroku efekciarstwem w rodzaju jęków, stęków, pisków czy łkań wszelakich. Może jakby wydestylować z tego materiału samą esencję mocy to miałby on szanse oprzeć się próbie czasu, chociaż wróć, nie zapędzaj się człowieku w kozi róg. :) Same kompozycje są przecież z pojedynczymi wyjątkami równie mocno skażone czernią w tym najbardziej żenującym odcieniu, kojarzonym ze spływającymi stróżkami krwi z ust roznamiętnionych niewiast w długich kruczoczarnych sukniach i o równie głębokim odcieniu koloru włosów, czy też światłem księżycowym rozbłyskującym na wampirzych kłach. ;) Z gotycką aurą, nieznośną manierycznością w nienaturalnych pozach, z nazbyt bezpośrednią i przesadzoną powagą, emfatyczną ornamentyką oraz banałami formy przesłaniającymi nazbyt ofensywnie głębię treści jaką przecież Steel próbował przekazać. To jest problem Bloody Kisses, że tandetny makijaż jakim pokryty zabija w moim przekonaniu autentyzm przekazu i spycha na daleki margines wisielczy humor i błyskotliwą inteligencję ducha sprawczego przedsięwzięcia. W pułapkę widowiskowej pozy Type O Negative tutaj wpadli, która wówczas z siłą potężnego magnesu przyciągała, nakręcając koniunkturę, a dzisiaj po odwróceniu biegunów z równa mocą odpycha.
P.S. Podkreślam, że powyższe rozważania obarczone rzecz jasna wszystkimi możliwymi wadami subiektywnej oceny, stąd nie wykluczam i tym bardziej nie potępiam nabożnej czci jaką można Bloody Kisses otaczać.
wtorek, 5 września 2017
Paradise Lost - Medusa (2017)
Paradise Lost przybywa po raz kolejny z
nowym albumem - w promowanym intensywnie "powrotnym" tonie. I nomen
omen tonie na własne życzenie w minimalizmie surowego brzmienia, stylizowanego
na wzór krążków z początkowej fazy działalności. Medusa okazuje się bowiem krańcowo
przewidywalnym i mało wiarygodnym manifestem oddania archaicznej scenie. Może
Gregor Mackintosh by mnie przekonał ale manieryczny i humorzasty Nick Holmes
szansę grupie odbiera. Zwyczajnie gość to w moich oczach mało wiarygodny, a
przekonanie owo zbudowane na twardych faktach z jego kariery. Nie mam jednak ochoty w tym miejscu rozbudowywać tej radykalnej myśli, tym bardziej
przekonywać innych do ostracyzmu w stosunku do jego osoby. Wysilonym gardłowym hurkotem i dla kontrastu melodyjnymi zaśpiewami rozmemłane linie wokalne "zapodaje" i tylko
gitara Gregora łkając w solówkach urzeka - rozpościera nad prostą formą
aranżacyjną mgiełkę romantycznej nostalgii, bezdyskusyjnie w tych oto
fragmentach skutecznie mnie oczarowując. Jest dla tego, tylko poprawnego albumu
ratunkiem przed totalną trywialnością upchaną w rozwlekłe monotonne riffowanie
z siłowym warczeniem Holmesa. Mimo że cieszy poniekąd ten nostalgiczny ton, w
który od jakiegoś czasu muzycy Paradise Lost uderzają, to ja im po prostu nie jestem
w stanie uwierzyć. Nie dawałem wiary od początku w motywowany wyłącznie
potrzebą wycinania surowych riffów i okraszania ich wyjątkowymi tylko dla Macintosha
solówkami powrót do korzeni. I nawet jeśli Medusa obiektywnie posiada te walory,
które fanów/weteranów mogą przekonać, a mnie osobiście w ucho mimo wszystko
wpadają, to nie widzę już dla paradajsów większej perspektywy do
"rozwoju". Jak długo będą jeszcze na biegu wstecznym ciągnąć trudno
przewidzieć, choć ściana wydaje się już niebezpiecznie blisko, a poza nią tylko
granie bliźniacze do tego co Gregor łoi z Vallenfyre.
poniedziałek, 4 września 2017
Queens of the Stone Age - Villains (2017)
Kwestia oceny naturalnie zawsze
zależy od poziomu oczekiwań, one zaś w prostej linii od tego do czego obiekt
oceniany recenzenta przyzwyczaił. Bez obiektywizmu tylko subiektywna opinia w
grę wchodzi, bo doświadczenia są indywidualne, chociaż pod wpływem wielu
czynników zewnętrznych konstytuowane. Do tego gusta są różnorodne i to co
piękne, to niezmiennie to co komu się podoba, a nie obiektywnie urodę posiada.
Taki wstęp konieczny kiedy o nowym wyczekiwanym ogromnie albumie trzeba własne
przekonania spisać, aby z jednej strony usprawiedliwić się w oczach zawodowych
opiniotwórców, jak i z delikatnością potraktować te krytyczne oceny z którymi,
już przyznaję się, absolutnie się nie zgadzam. Piszą ci co się znają i nie jest
to żaden sarkazm z mojej strony, bo akurat wielu z nich cenie i szanuję - że Homme poszedł łatwą drogą w kierunku modnych dzisiaj brzmień i już niczym nie
zaskakuje, że numery sklecił prostsze i do tego spieprzone później na poziomie
studyjnym (kompresja sekcji czy coś takiego). Mam ja akurat ten handicap, iż o
kwestiach technologicznym w procesie nagrywania i obróbki dźwięku moja wiedza
znikoma, a odsłuch i przyswajanie dźwięków to w mym przypadku proces oparty na najprostszym z
możliwych założeniu. Coś się podoba, niesie, kręci itd. ewentualnie odrzuca
bądź względnie pozostawia obojętnym. A że Villains rajcuje mnie okrutnie toteż
pewnie mam niedosłuch, bo nie czuję iż tutaj zabito dynamikę i spłaszczono sound.
Może hipnotyzuje mnie tak, że tracę trzeźwą perspektyw mgiełka psychodelicznej
melancholii, lub ten groove fantastyczny, taneczny flow, filozofia by w miarę ambitny ale
rockowy przebój skroić, a nie silić ponad miarę. Może pastelowe tła klawiszowe,
a może kokieteryjna interpretacja wokalna, ewentualnie pomysł na siebie w postaci
hybrydy Elvisa i Davida Bowiego, wreszcie wcześniejsze kontakty z Iggy Popem i
muzykami Arctic Monkeys. Pewnie wszystko razem skumulowane i do tego charakterystyczna
pasja, styl i charyzma, gdyż Villains mimo że chwytliwe i takie cacuśne to oparte
także na tych piłujących jazgotliwie gitarach, rytmice niestandardowej,
brzmieniu odpowiednio szorstkim i klimacie co nieco podszytym awangardą i
bohemą. Nawet jeśli nie jest to jeszcze dla mnie tak wielkie dzieło jakim było …Like
Clockwork, to ma w sobie potencjał by po jeszcze chwili obcowania okazało się
spostrzegane podobnie. Popisałem się naciąganą elokwencją? Podparłem
asekuranctwem? Jeśli ktokolwiek nie zgadza się z tym osądem nieostatecznym, to
nie ma po co się napinać, stroszyć piórek i zaciekle atakować moje stanowisko,
bo ono wygłoszone przez człowieka który aż do poprzedniego krążka nie był w
stanie zrozumieć fenomenu QOTSA, a przełom który nastąpił dopiero za sprawą doskonałego
…Like Clockwork wkręcił go na całego w odkrywanie dyskografii zespołu. Zatem
jaki ze mnie ekspert, z kim będziecie się tutaj spierać, do jakiego poziomu zaawansowania tematycznego zniżać. :)
sobota, 2 września 2017
Jawbone (2017) - Thomas Napper
Półtorej godziny rasowego, surowego w
formie i bogatego w prawdziwe przeżycia męskiego kina, które akurat cichaczem
na ekrany weszło i co niesprawiedliwe oraz niezadziwiające niestety, bez
większego echa się odbiło. Na szczęście kierowany odnalezioną rekomendacją tego kapitalnego
kina nie przegapiłem, za co składam podziękowania na ręce pewnego pasjonata i
sobie jednocześnie gratuluję wytrwałości w konsekwentnej obserwacji kilku
dobrych blogów tematycznych. Krew, pot i łzy na ekranie, ale płacz bohatera to
żadna egzaltowana zagrywka pod publiczkę, lecz szczera emanacja stanu ducha i
ciała. Bo boks to sport dla twardych typów bez niby miękkiego podbrzusza, ale także
ludzi z krwi i kości, czasem o zaskakująco kruchej emocjonalności pod grubym
pancerzem przed widokiem skrywanej. Takich doświadczonych życiowo zakapiorów,
poświęcających niemal wszystko w walce nie tylko z przeciwnikiem ale i własnymi
ułomnościami. Bo jak widać na załączonym „obrazku” najczęstszym i
najtrudniejszym przeciwnikiem własne słabości, niedostosowanie społeczne i
mentalne. To jak teraz spostrzegam Jawbone nowy The Wrestler, gdyż równie mocno
nasączony klimatem frustracji i desperacji, bezwzględnym światem dominacji,
powolnego upadku i względnego zwycięstwa w walce z demonami uzależnienia. W dodatku
z obłędną sekwencją finalnej walki, która autentyczną rzeźnią, gdzie między
linami piorą się niemiłosiernie, a sfilmowanie i zmontowanie tej makabry to
osobny powód do dumy dla realizatorów. Szukać, oglądać, przeżywać!
P.S. Tak jak doczytałem i tymiż
wskazówkami przy poszukiwaniach tytułu się kierowałem, Jawbone to „Cios kina niezależnego,
szczerego, niebywale ożywczego. (…) To wybitny film, bez cienia fałszu i
sekundy efekciarskich odcieni. (…) Wielki mały film.”
American Made / Barry Seal: Król przemytu (2017) - Doug Liman
Natychmiast bez zbędnego wstępu
napiszę, iż American Made to spore pozytywne zaskoczenie, szczególnie iż po
ostatnich aktorskich wyborach śnieżnozębnego Tomeczka nie miałem nadziei na odbicie się tego dojrzałego
chłopczyka od niemal dna, do którego zaczął dobijać. W roli Barry’ego Seala odnalazł
się ku mojej radości znakomicie, idealnie wkręcając się w nie do końca poważną formułę,
jaką zaproponował Doug Liman wraz ze scenarzystą w osobie Gary’ego Spinelli. Na
dużym luzie ta jazda, ze sporym polotem i komediowym sznytem na przecież w
sumie dramatycznym obliczu pokazanej historii. Może ten dystans co
poniektórych razić, kierować ku przytykom w rodzaju hollywoodzka fabryka marzeń
rzeczywistość przefiltrowała uzyskując zgrabną bajeczkę, która ze stanem
faktycznym nie ma nic wspólnego. I racja, bo trzeba by być ślepym i naiwnym
totalnie by nie dostrzec, że autentyczne wydarzenia to tylko punkt wyjścia, a
dalej to już wyobraźnia i brawura króluje. Ale czy zawsze musi być do przesady
na poważnie? Konkretny cyrk na ekranie zasysa, pieprzony obłęd pochłania – jak to ogarnąć,
tym bardziej dać wiarę, że to wszystko wydarzyło się naprawdę? Widowiskowa formuła,
pomysł na ogarnięcie i pokazanie tematu atrakcyjny. Niezwykle barwnie z dobrą
stylizacją kadrów na przełom lat 70 i 80-tych, ze śmierdzącą polityką w tle i
przede wszystkim dynamiczną akcją na froncie, z niezłym poczuciem humoru oraz
świetnym aktorstwem, bez wyjątków. Historia
dramatyczna sprzedana w konwencji niemal komediowej, ale uważaj chłopaczku czy dziewczynko (wy którzy to teraz pod wpływem powzięliście chytry plan, by jak Barry szmalu już wkrótce nie mieć gdzie upychać), że takie życie w luksusie materialnym i
permanentnym ryzyku kończy się niemal zawsze sześć stóp pod ziemią. Żyć szybko, umierać młodo? Nic nie trwa podobno wiecznie, szczególnie dobra passa ma swój
koniec i nie jest happy endem.
P.S. Można by napisać, szczególnie w
tonie dobrej kultury, że to promocja wizerunku przestępcy, ale powiedzcie mi
kto nie ma podwójnej natury, lub tym bardziej nie jest łasy na szybką kasę? Niech
ten wyjątek pierwszy rzuci w postać Barry’ego kamieniem. :)
piątek, 1 września 2017
Deep Purple - Come Taste the Band (1975)
Można by w przypadku Come Taste the Band głośno z satysfakcją zakrzyknąć - nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Można by gdyby nie fakt, że Stormbringer i Burn to były kapitalne albumy, a odejście Ritchiego Blacmore'a, czyli tak samo płodnego artystycznie, jak nieznośnego osobowościowo rockowego geniusza skutkowało finalnie ciszą w obozie purpury liczoną w kilku długich latach. Jednak sam krążek z 1975 roku nagrany bez tego fantastycznego gitarzysty to jakby zaprzeczenie kluczowej roli Blackmore'a w tworzeniu kapitalnych kompozycji sygnowanych charakterystycznym logiem. Deep Purple dzięki dezercji Ritchiego nabrali jakby świeżego wiatru w purpurowe żagle i w decydującym stopniu wspomagani niezmiernie utalentowanym i tak samo nieodżałowanym (R.I.P. 1976) Tommy'm Bolinem nagrali najbardziej taneczny album w swojej karierze. Słuchając bowiem Come Taste the Band nie ma mowy, by bioderka rytmicznie nie podrygiwały, a potrzeba zabawy z Coverdalem i Hughesem w popularne karaoke nie była usłyszana przez sąsiadów z innych kondygnacji. :) Pisze tak z własnego doświadczenia, z poczuciem zawstydzenia z efektów tego trójgłosu i ogromną satysfakcją z możliwości tak bliskiego obcowania z muzyką, która łączy idealnie ambicje i czystą rozrywkę w jedną znakomitą całość. Przesiąkniętą wybornym groovem funky, zwiewnym soulem, nostalgicznym bluesem i w końcu odrobiną klasycznego autorskiego hard rocka made in DP. Z rewelacyjnymi wokalnymi popisami, głosami pełnymi pasji i aranżacjami linii wokalnych na poziomie kosmicznym. Z całą masa drobiazgów, małych ale istotnych zapożyczeń i toną talentu Tommy'ego Bolina. On ojcem sukcesu muzycznego i niestety dramatu życiowego. Z takim potencjałem, takim darem odejść w wieku 25 lat doprawdy NIEWYBACZALNE.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















.jpg)




