środa, 27 stycznia 2021
Norma Jean - Wrongdoers (2013)
wtorek, 26 stycznia 2021
Los Abrazos rotos / Przerwane objęcia (2009) - Pedro Almodóvar
poniedziałek, 25 stycznia 2021
Killswitch Engage - Alive or Just Breathing (2002)
sobota, 23 stycznia 2021
Pieces of a Woman / Cząstki kobiety (2020) - Kornél Mundruczó
Oczekiwania były ogromne, gdyż tytuł zdążył już przed premierą mocno podgrzać emocje, a wraz z jego pojawieniem się w sieci, posypały się niezależne, jak i te pochodzące ze strony bardziej profesjonalnej krytyki oceny. One niemal jednym głosem uznały obraz Kornéla Mundruczó za jeden z najmocniejszych tytułów w ostatnim czasie. To też musiałem wykorzystać okazję i trzeba było obowiązkowo przeżyć zapowiadane emocje, ale też korzystając z dobrodziejstwa popularnej platformy mieć możliwość z własnej perspektywy skonfrontować to co na papierze, z tym co w duszy praktyczne zamieszanie może wywołać. Poród domowy, cud narodzin i potworna tragedia, gdy dziecko w rękach trzymane odchodzi. Moment który szarpie widzem, a świat bohaterów w momencie rozpada się w pył. Pierwsza scena z finałem, który rozpoczyna właściwą opowieść, tą sprowadzającą się do długotrwałego procesu stawiania czoła nie tylko samej tragedii w wewnętrznym wymiarze psychologicznym czy relacji małżeńskich (partnerów z osobna i razem ją przeżywających), ale też w sensie społecznego odbioru wszelkich prawnych reperkusji z nią powiązanych. Najmocniejsza siła obrazu węgierskiego reżysera (pomimo dramatycznego wymiaru zawartego w scenariuszu) tkwi głównie w aktorskich paradach - całkiem mocnej Leboufa oraz kapitalnej kreacji Vanessy Kirby i jak zwykle doskonałej Ellen Burstyn (szczególnie w scenach między Kirby, a Burstyn jest ogień i lód, zupełnie różne postawy, działania i tragicznych wydarzeń na osobowości oddziaływania). Zarzut mógłbym mieć mimo wszystkich walorów więcej niż jeden - gdybym tylko mierzył to co otrzymałem z tym czego po promocyjnym zamieszaniu się spodziewałem. Mógłbym na ten przykład narzekać iż koszmar tylko cząstkowo ujęty, że dobrze by było gdyby szerzej i głębiej jednocześnie scenariusz eksplorował jego potencjał. Ale rozumiem przecież że nie było takiej praktycznej możliwości, by tak złożoną traumę indywidualną i grupową detalicznie analizować i każdego z jej bohaterów uznać za centrum owych wydarzeń. Nie udało się też przez wyraziste cięcia w fabule utrzymać pełnej, niezachwianej koncentracji, a film zdecydowanie nie jest produkcją nastawioną na typowy nawet dla kameralnych produkcji z tego rejonu rozmach realizacyjny. Szczerze to wygląda wizualnie bardziej jak produkcja telewizyjna, lecz akurat zrobiona na tyle sprawnie i z wrażliwością artystyczną, iż ten fakt na komfort i ocenę nie wpływa strasznie negatywnie. Film jest skromny i kameralny, zatem w kontekście angielskojęzycznego debiutu Kornéla Mundruczó, nie można mówić o epokowym dziele filmowym, tylko uznać, iż pośród premier ostatnich miesięcy jego film wyróżnia się zdecydowanie pod względem charakteru i treści. Ponadto (podkreślając bezdyskusyjną wartość) subiektywnie odniosłem przekonujące wrażenie, iż relacje, działania postaci były do szpiku prawdziwe, ani przez moment nie cuchnęło tanim szantażem emocjonalnym. To mi właśnie prócz autentycznej roli Kirby zaimponowało, że scenariusz ucieka od stereotypowych przekonań, iż przeżywanie takiej traumy ze strony kobiety musi być pogrążone w histerii. Kobiety współczesne są twardsze częstokroć od swoich partnerów, a przynajmniej kino w końcu zaczęło dostrzegać tą chyba już od wielu dekad oczywistą prawidłowość.
piątek, 22 stycznia 2021
Emma. (2020) - Autumn de Wilde
czwartek, 21 stycznia 2021
U Turn / Droga przez piekło (1997) - Oliver Stone
środa, 20 stycznia 2021
The Midnight Sky / Niebo o północy (2020) - George Clooney
Clooney kolejny raz reżysersko - tym razem a' la futurystycznie, czyli w stylistyce fantastyki naukowej. W dodatku mocno filozoficznie oraz z wykorzystaniem (jak to w tym gatunku jest niestety naturalne) wszelkich wytartych schematów na setki już sposobów przemielonych. Oczywiście gwiazdor nie omieszkał tu posiłkować się nowatorskimi możliwościami technicznymi widocznymi w obróbce obrazu, by wrażenie wizualne na widzu zrobić. Nie wyszło mu jednak dobrze i to o zgrozo na całej szerokości zastosowanego wielkiego rozmachu. Żeby być uczciwym, nie jest to (jak można by po wstępie przypuszczać) też przede wszystkim paranaukowe kino, tylko bardziej nostalgiczna ballada o człowieku z życia społecznego wycofanym. Opowieść o osobniku trzymającym relacje z innymi na dystans - szczególnie z perspektywy i w obliczu pasji oraz ambicjonalnego wyzwania. Problem w tym że mogłoby tu być nawet tak smętnie jak smętnie jest (nie mam z tym zasadniczo problemu), gdyby pod tą nużącą fasadą narracji żył puls większy (chociażby jakiś), a forma była podporządkowana wyłącznie naturze refleksyjnej i nie stanowiła tu wszystkiego i niczego zarazem. Jest jednak to obraz po prostu słaby, niemal irytująco nijaki – oparty wyłącznie na kalkach i jeszcze bez dobrego pomysłu powielonych. Ale i tak już lepiej kiedy nudzi tym nijakim dołowaniem, niż kiedy akcję próbuje rozkręcić pozbawionym autentyzmu i potwornie kiczowatym użyciem grafiki komputerowej (uwaga kontener się topi, ale spoko wszyscy uratowani). Wtedy z filmu w założeniach wartościowego lecz w finalnym efekcie przez jakikolwiek brak autokrytycyzmu położonego (z godnym potępienia niewykorzystaniem potencjału) robi się cholernie tandetna, żenująca potwornie klucha. Klucha którą (bardzo mi przykro) chyba w zasadzie to jest od startu do mety, a ja powyżej tylko na siłę szukam choć małych pozytywów. Bo przecież jak pamiętam to Clooney świetne filmy robić potrafi.
wtorek, 19 stycznia 2021
Breakfast on Pluto / Śniadanie na Plutonie (2005) - Neil Jordan
poniedziałek, 18 stycznia 2021
The Nest / Gniazdo (2020) - Sean Durkin
Oglądałem dobre kilkadziesiąt minut i nie wiedziałem w jakim kierunku historia szczęśliwej amerykańskiej rodziny przeprowadzającej się do podlondyńskiej posiadłości ewoluuje. Czy będzie ona osadzona w stylistyce mrocznego dreszczowca, bowiem coś w jej życiu w końcu huknie? Czy może będzie mozolnie pełzać w kierunku obserwacji obyczajowości, gdyż nic do końca projekcji gwałtownego się nie stanie? Okazało się jednak, że Gniazdo to pełnokrwisty całkiem przenikliwy dramat, zbudowany na fundamencie dotkliwych społecznie i finansowo polityczno-ekonomicznych przemian epoki thatcherowskiej i tego w jakim właśnie praktycznym wymiarze odbiły się one na wysokich aspiracjach tutaj ojca rodziny i jej wspólnotowym życiu ogólnie. Jednak mimo iż pobudzająco eksplozywnych trików w scenariuszu zabrakło, to jak w dobrym suspensie napięcie stale narastało. Wrzały wewnątrz bohaterów emocje, w milczeniu pulsowały stresujące naprężenia i w końcu bez totalnego zaskoczenia, ale jednak huknęło! Eksplodowało ogniście i pojawiła się wreszcie oczekiwana intensywna scena kulminacyjna, a dalej już może bez totalnego dreszczu, ale sporo na wysokich obrotach do końca w autentycznej atmosferze wzbudzającej naturalną ciekawość na ekranie się działo. Bo podsumowując, Gniazdo to świetny film, który nie ma ambicji być widowiskiem lecz tylko względnie skromnym i przez to prawdziwym zapisem kolei losu i konsekwencji dokonywanych wyborów. Zapisem zwyczajnego życia w którym dobrze było i się spieprzyło. Spieprzyło akurat na życzenie tatusia przy asyście bierności mamusi.
niedziela, 17 stycznia 2021
First Cow / Pierwsza krowa (2019) - Kelly Reichardt
Koneserzy ambitnego kina sugerują iż First Cow to takie łamiące utarte stereotypy spojrzenie na rzeczywistość Dzikiego Zachodu. Trudno się po seansie nie zgodzić i jak teraz na potrzeby refleksji daleko sięgam pamięcią, to chyba nie kojarzę aby na męskich bohaterów realiów westernowych scenarzysta i reżyser spojrzał kiedykolwiek w tak ciepły sposób. Nie widziałem dotąd tak rozmarzonej opowieści o ciężkim życiu amerykańskich traperów, która pozbawiona byłaby niemal całkowicie akcji, a skupiła się na pokazywaniu prozaicznych czynności i głęboko intelektualnym odniesieniu do natury człowieka pragnącego w surowych realiach zrealizować własne marzenia o lepszym życiu. Zamiast spektakularnych strzelanin i pobudzających wyobraźnię przygód herosów, charakterem nostalgiczna i puentą brutalna rozprawa o micie spełniającego się amerykańskiego snu. Zamiast widowiskowych polowań zbieranie grzybów i jagód w lesie, bądź też wybieranie z sideł wiewiórek. Ale przede wszystkim kojące dojenie jedynej, pierwszej w okolicy krowy i produkcja wypieków za którymi przepadają miejscowi. :) Stąd też rzecz pozornie się wlecze i pewnie mnóstwo widzów przytnie trochę komara, gdyż dominuje mozolna narracja i zwyczajna cisza - długie fazy milczenia, jedynie z dźwiękami banjo w tle. To więc film atrakcyjny wyłącznie dla nielicznych, którzy poczują jego balladową atmosferę i oczarują się korzystającą z naturalnej kolorystyki pracą scenografa i operatora. Tytuł wyłącznie dla zatopionych w niszowym kinie intelektualnych wrażliwców, będących w stanie docenić kunsztowny warsztat, ale i pod prostą historią czystej przyjaźni dostrzec zasygnalizowaną otwierającą sceną metaforycznie gorzką opowieść o anonimowych ofiarach budujących krainę szczęśliwości, Ameryką nazywaną.
sobota, 16 stycznia 2021
Viagra Boys - Welfare Jazz (2021)
piątek, 15 stycznia 2021
The Apartment / Garsoniera (1960) - Billy Wilder
O uroczo słodkie, czarująco naiwne amerykańskie kino z najbardziej owocnej hollywoodzkiej ery! Konkretnie to też kino ze schyłku czasów największej jego prosperity, z gwiazdami kolejnego już pokolenia powojennego i reżyserami którzy wciąż zasiadali na kinowym Olimpie - mimo że film jako produkt biznesu przechodził naturalna ewolucję. Garsoniera to jak koneserzy, a przede wszystkim pasjonaci X muzy wiedzą chyba najgłośniejszy tytuł Billy'ego Wildera i jeden z najbardziej charakterystycznych obrazów bezpretensjonalnej estetyki. Stylistyki łatwej i przyjemnej w odbiorze, dostarczającej sympatycznej rozrywki. Nawet dzisiaj ogląda się milutko i nie ma powodu by krytykować prostotę środków artystycznych, banalne motywy w scenariuszu czy przestylizowane aktorstwo, które w takiej akurat formule przesady posiada irracjonalnie pociągający czar. Jeśli już uciekać przed mega poważnym kinem o dramatycznym szycie, to zamiast rozczarować się współczesnymi produkcjami celującymi w odprężające, ale jednak częstokroć żenujące pajacowanie, znacznie lepiej udać się w podróż do mniej lub bardziej odległej przeszłości i zatopić się w bogatym dorobku hollywoodzkich klasyków. Jeśli poczuję przesyt ambitną sztuką, która tak samo potrafi pobudzić emocjonalnie jak często zwyczajnie wymusić przygnębiające zaangażowanie, ja wówczas zamierzam dla psychicznej równowagi sięgać po obyczajówki ze złotej hollywoodzkiej epoki. Będę to czynił dla prozaicznej radości obcowania z klasycznym aktorstwem i pozytywnymi historiami, jak i dla poszerzania wciąż słabej i niewystarczającej własnej wiedzy kinematograficznej. Ani myślę skończyć tej przygody na wizycie w Garsonierze udostępnianej przez C.C. Baxtera. :)
P.S. To jedno, a drugie? Drugie to obyczajowe konteksty, społeczno-kulturowe niuanse czasów. Dziś nic już nie szokuje, wówczas na starcie lat sześćdziesiątych nie łatwo było przeforsować projekt otwarcie nawiązujący do tematu z kategorii tajemnicy publicznej (inaczej tajemnicy Poliszynela). Stąd pomimo rozrywkowego charakteru filmu Wildera, jest on również krytyką zarówno przeżeranego korupcją i układami systemu korporacyjnego, jak i oczywiście seksizmu w relacjach zawodowych oraz tego godnego potępienia życia (tych których rzecz jasna stać) w wątpliwym moralnie układzie żona plus "przyjaciółki". :)
czwartek, 14 stycznia 2021
Hvítur, Hvítur Dagur / Biały, biały dzień (2019) - Hlynur Pálmason
Wyraziste akcenty instrumentów smyczkowych w tle i sporo miejsca leniwie wypełnianego upartym otwieraniem widzowi oczu na poruszającą historię, zakończoną podzielonym na dwa akty mocarnym finałem. Na opowieść topioną w złowróżbnej mgle wykorzystanych licznie statycznych obrazów, które w nastrój kina ambitnego i sugestywnego wprowadzają. Z pewnością gdyby ten scenariusz przez wielką wytwórnię (Netflix też już wchodzi w grę) był wykorzystany i obsadzone role przez gwiazdy pierwszego formatu zostały, to wielki rozgłos by osiągnął i niewykluczone że z mnóstwem branżowych nagród sezon festiwalowy by kończył. Jednak i bez wielkich pieniędzy i pozbawiony promocji na wielką skalę, w wydaniu wciąż chyba niszowego kina islandzkiego oznacza dzieło zasługujące na uznanie i w moim przekonaniu stanowi tytuł który u mnie w pamięci z pewnością pozostanie. Film to bowiem o ogromnej mocy oddziaływania i historia potężnie ściskająca zarówno za gardło jak i za serce. Chociaż jej kręgosłup niczym nie zaskakuje, to sposób prezentacji wizualnej mechanizmów psychologicznych wznosi jego wartość znacząco ponad przeciętność.
środa, 13 stycznia 2021
I’m Thinking of Ending Things / Może pora z tym skończyć (2020) - Charlie Kaufman
wtorek, 12 stycznia 2021
Héraðið / Daleko od Reykjavíku (2019) - Grímur Hákonarson
Grímur Hákonarson niedawno objawił się szerszemu filmowemu światu dzięki dobrze promowanym „Baranom” i to zarazem jako rokujący reżyser oraz specjalista od islandzkiego kina, które akcję umieszcza na skandynawskiej prowincji. To brzmi może niejako żart, bowiem w ogólności Islandia to przecież głównie prowincja plus pojedyncze większe ośrodki miejskie. Zatem można w tym miejscu pośmiać się z suchara lub z dezaprobatą uznać iż było to prostackie naśmiewanie się obywatela Wielkiej Polski. Bądź też (najlepiej) kompletnie zlekceważyć wstęp, jeśli taka dobra wola w osobie czytającej. Ja zaś z wdzięczności obiecuję, iż do sedna zanim wyczerpie się cierpliwość czytelnika przechodzę i koślawo żartować więcej nie będę. Przesłanie jakie z puenty seansu wynika można by sprowadzić do przekonania, iż każdą, nawet najbardziej szlachetną inicjatywę przez chciwość można sprowadzić do niebezpiecznej karykatury. W sytuacjach ekstremalnych, w ujęciu praktyki do wymuszania współpracy, patologicznego wyzysku, czy wręcz mafijno-gangsterskiego brutalnego nacisku. W tym przypadku Kooperatywa w znaczeniu spółdzielnia rządzi i dzieli, daje i odbiera. Człowiek jest jej zakładnikiem, a ona jego panem. Walka z tą patologią w środowisku małych społeczności, to starcie zarówno z jej szefami jak i ludźmi podobnie postawionymi pod ścianą - tak samo przez układy jak cytrynę wyciskanymi lecz bez dumy i charakteru poddającym się szantażom. To wojna o przetrwanie w której niestety wrogami swoi, często dotychczas przyjaciele. Walka niestety skazana na porażkę, lecz czy zawsze porażką trzeba nazywać nieskuteczne ale podbudowane szlachetnymi wartościami i poczuciem obiektywnej niesprawiedliwości postawienie się "Panu"? Twórca „Baranów” nakręcił kolejny świetny dramat i zalecam aby go nie przegapić, bo byłoby szkoda! Szkoda dobrego kina i okazji do promowania malowniczej Islandii!
poniedziałek, 11 stycznia 2021
Long Day's Journey Into Night / U kresu dnia (1962) - Sidney Lumet
niedziela, 10 stycznia 2021
Tau Cross - Messengers of Deception (2020)
sobota, 9 stycznia 2021
Swallow / Niedosyt (2019) - Carlo Mirabella-Davis
Pozornie życie w złotej
klatce - dookoła komfort, luksus, wszystko podsunięte świeżo upieczonej mężatce pod nosek. Ale gdzieś w głowie bohaterki rozgrywa się powiązany z mroczną
przeszłością dramat i jesteśmy świadkami jej postępującej psychicznej izolacji. Samotności nader złego dostarczającej wystarczająco dużo wolnego czasu, by wciąż poczucie
wstydu, złości i bezsilności burzyło spokój. Film słabo dotychczas
rozpoznawalnego reżysera jest rodzajem doświadczenia terapeutycznego, trochę w
sensie szkolenia psychiatrycznego, tudzież odbywanej praktyki zawodowej,
podczas której obserwuje się przebieg choroby bądź zaburzenia. Korzystamy z
wglądu w sytuację i czerpiemy z wiedzy fachowej aby spróbować zrozumieć
przyczyny i rozpoznać mechanizm. Znaleźć
odpowiedź na pytanie – dlaczego do cholery ona to sobie robi i jak jej pomóc?
P.S. Kapitalna rola Haley Bennett jest największą siłą tego dramatu i przyznaję że chociaż jej nazwisko pojawia się od pewnego czasu dość często na ekranie, to chyba nie widziałem jej w głównej, tak mocno eksponowanej roli. Tutaj dostała masę miejsca i sprawdziła się znakomicie. Coś mi podszeptuje że ma ona potencjał na aktorstwo długowieczne.
piątek, 8 stycznia 2021
Tenet (2020) - Christopher Nolan
Nolan powraca do kina akcji. Kina akcji oczywiście ze znakiem szczególnym, którym skomplikowany wątek na bazie swobodnej (para)naukowej kombinacji. Innymi słowy chcę po seansie potwierdzić, że jak donosiły notki promocyjne do czegoś na kształt nowej Incepcji. Tyle że ja akurat ekspertem w tym obszarze zainteresowania Nolana nie jestem. Wspomniany hit sprzed lat po premierze naturalnie widziałem, lecz do dziś niewiele w pamięci po projekcji pozostało, więc porównywać obu realizacji nie będę i przejdę z miejsca do meritum - spisując co mi leży, a co nie bardzo w najnowszym mega hicie Nolana pasuje. Ogólnie to wszystko prądzi jak prądzić powinno, gdy klasa reżyserska najwyższa i pieniądz do realizacji wykorzystany konkretny. Jednak z punktu widzenia sceptyka wobec fantastycznych bajeczek czepić się jest obowiązek, bo ta skryta pod dynamiczną fasadą filmu, powykręcana maksymalnie quasi naukowa i zarazem filozoficzna rozprawa o relacji teraźniejszości z przyszłością jest intrygująca (bowiem łamigłówka przecież w swój świat skutecznie zasysająca,), ale jej forma z przewagą ciśnienia na spektakularne efekty ponad trafiające w duszę doznania emocjonalne, w dodatku spleciona z gadką na której trzeba się na maksa skupić (bo inaczej zagubienie w twistowej fabule gwarantowane), jest też niestety w moim przekonaniu po prostu DUSZY pozbawiona. To krytyka z perspektywy miłośnika znacznie bardziej kameralnych obrazów (nastawionych na oddziaływanie emocjami), więc może robić wrażenie naciąganej, tak samo jak gdyby nie (para)naukowe bajdurzenie sama historia mogłaby być wykorzystana dla zarabiania mnóstwa kasy jako kolejna część przygód agenta 007. Realizacyjnie bezdyskusyjnie perfekcyjny strzał w 10, kino dla fana rozbudowanych widowisk (uprę się) bez DUSZY, za to ze skutecznym wabikiem w postaci inteligentnej rozkminy. Czai się w tej złożoności jednako szablon - wzorzec wytarty, gdzie typowy czarny charakter i grupa bohaterów która próbuje powstrzymać demiurga zła przed zniszczeniem świata. Niby chciałbym być na tak, ale jednak jestem na nie. :) Subiektywnie nie wyrwał z fotela, obiektywnie nie będę kłócił się że nie ma na to papierów.
czwartek, 7 stycznia 2021
Berlin Alexanderplatz (2020) - Burhan Qurbani
Niewątpliwie jest w tej współczesnej adaptacji literackiego klasyka potężny rozmach lecz też przede wszystkim hipnotyzujący rytm, rodzaj nawet mrocznego afrykańskiego rytuału. Nie ma też czasu na nudę, bo co warte podkreślenia większych mielizn w trzygodzinnym kolosie nie uświadczyłem. Ale to nie wszystko, przekonujący egzotyczny puls to jedno i mocno wyeksponowana dekadencka otoczka to też drugie, natomiast trzecie to rodzaj onirycznej poetyckości zaskakująco spójnie powiązany z rzeczywistością brutalnej prawdy o świecie, który pozwala przetrwać wyłącznie tym którzy poddadzą się kryminalnym instynktom - które tak samo jak wynoszą na szczyty, tak podstępnie mordują ludzką duszę od wewnątrz. Jednak to co dotychczas wymieniłem i tak nie stanowi jeszcze wszystkiego, bo reżyser i scenarzysta wykorzystując doskonałą pracę autora zdjęć, a może właściwie go do niej motywując, uzyskali wespół równie intrygująco magnetyczną symbiozę brutalnego realizmu i surowej duchowości. Mimo tych niewątpliwych artystycznie i merytorycznie zalet, nie będzie to myślę film obiektywnie wzbudzający powszechne uznanie. Bowiem zbyt wiele w nim cech które wyłącznie wysublimowane gusta filmowe mogą zachwycić. A może błądzę totalnie, a Berlin Alexanderplatz to taka wysilona, posiłkująca się spektakularnymi sztuczkami wizualnym, ale jednak wydmuszka sprofilowana pod sukces w oczach wielkiej krytyki? Wszystko w tej współczesnej adaptacji kręci się wokół kluczowej rozgrywki, dokoła rdzenia tkwiącego w perwersyjnej psychomanipulacji - pomiędzy głównymi postaciami dramatu chorych relacji, przez co atmosfera konsekwentnie gęstnieje prowadząc do tragicznego finału i w epilogu dość kuriozalnie ocierającego się o quasi happy end. Drąży na swój dość obłąkany sposób reżyser kręte korytarze w temacie starcia w człowieczej osobowości dobra i zła, wykorzystując do tego celu jak piszą znawcy literackiego oryginału dość swobodnie powieść Alfreda Döblina. W moim przekonaniu (nie znam pierwowzorów) czyni to na tyle warsztatowo sprawnie i merytorycznie przytomnie, że nie ma absolutnie czego się wstydzić. Podkreślam że utrzymać koncentrację widza przez ponad 180 minut nie jest łatwo, a Burhan Qurbani zdołał to w moim przypadku uczynić. Chociażby ten fakt zasługuje na moje uznanie.
środa, 6 stycznia 2021
Strapping Young Lad - City (1997)
wtorek, 5 stycznia 2021
Ema (2019) - Pablo Larraín
Pablo Larraín po nakręceniu biograficznej Jackie wraca do ojczyzny i robi hiszpańskojęzyczny obraz/widowisko, w którym na równi z treścią i ambitną formą współegzystuje choreograficzny artyzm. Muzyka, taniec, ale i kapitalna aranżacja intensywnego światła. Palety barw wyrazistych, które wspaniałe kontrastują z odcieniami szarości codziennego życia tytułowej Emy. Egzystencja, walka o przetrwanie w latynoskiej metropolii, bez większych perspektyw rozwoju vs. gorąca taneczna pasja - ucieczka w eskapizm i w maniakalną żądzę oraz namiętność. Konsekwencje niedojrzałych decyzji, odpowiedzialność za cierpienie osobiste i narażanie na przykrości najbliższych. Twórcza ambicja zawarta zarówno w formule kina nietuzinkowego jak i w obsesyjnie analitycznym wnioskowaniu oraz fascynującej grze dynamiką, rytmem narracji. Obraz wizualnie oryginalny i estetycznie dopracowany - skupiony na precyzji w podkreślaniu wewnętrznie pulsujących emocji oraz na sposobie ich portretowego kadrowania. Centralne umieszczanie bohatera w scenach rozmowy, mnóstwo płynnych zbliżeń i korzystania z szerokiej panoramy pomieszczeń. To cechy charakterystyczne fotografowania w filmach Pablo Larraína. Duszna atmosfera, niepokój, ale i w tym przypadku także ognisty temperament. Bardzo cenię zacięcie artystowskie, szanuje surową manierę posługiwania się środkami stylistycznymi, ale po seansie Emy nie mam przekonania, że to dotychczas najlepsze dzieło chilijskiego reżysera. Larraín to bez wątpienia ekscentryk współczesnego kina, pracujący tutaj na zasłużoną opinię wizjonera symbolicznie malującego obrazem, muzyką i treścią merytoryczne nieoczywistości. Rzecz jasna nie w oczach każdego kto trafi na seans Emy. Taki już nietuzinkowego artysty los. :)
poniedziałek, 4 stycznia 2021
Fear Factory - Transgression (2005)
niedziela, 3 stycznia 2021
Druk / Na rauszu (2020) - Thomas Vinterberg
O nadużywaniu alkoholu filmów w kinie była cała masa i jeśli akurat nie były trunki wszelakie głównym ich bohaterem, to zawsze gdzieś swoje miejsce miały i rolę niemarginalną odgrywały. Ostatnio na naszym podwórku wokół ich oddziaływania to rzecz jasna Smarzowski w Pod mocnym aniołem gorzko bawił, a w hollywoodzkim wydaniu jak teraz sobie na zawołanie przypominam ponad dwie dekady temu głośny Zostawić Las Vegas zasłużony chyba szum wzbudził. Obecnie Thomas Vinterberg idzie w procentowy temat i nareszcie od czasu Polowania kręci tak jak od niego ja oczekiwałem. Tworzy obraz naturalnie subiektywnie patrząc niemalże kompletny, w charakterystycznym stylu z naciskiem na narracje surową i wykorzystane środki dość ascetyczne, przez co bezpośrednie ich użycie pozwala skupić się na kluczowych bohaterach, a nie dekoncentrować się obserwując na przykład popisy speca od spektakularnych ujęć. Kamera z łapy, odrobina tylko artystycznie sprofilowanych odjazdów i aktorzy grający w punkt bez posiłkowania się tanimi chwytami - to jest walor w pracy Vinterberga fundamentalny. Nie ukrywam iż samo podejście do problematyki alkoholowej jest też wielce oryginalne, a przez to treść jednocześnie potraktowana z dystansem lecz bez popadania w przerysowaną groteskowość. Gdyż do poważnego uzależnienia prowadzi droga od zabawy do częstokroć śmiertelnego dramatu, a same procenty nie wszystkich ich amatorów przecież zabijają. Jest Na rauszu pozbawiony tych wad, które wielokrotnie rozprawy o wpływie gorzały na życie człowieka przyprawiały wprost o banał, bo mega intelektualna emfaza materię demonizowała lub z drugiej strony niekoniecznie przez pryzmat dobrego humoru eksploatowanie widowiskowych alkoholowych upadków mogło wzbudzać przekonanie o instrumentalnym wykorzystywaniu istotnego tematu, a częstokroć zwyczajnego go ośmieszania. Jest też mimo licznych zalet Na rauszu filmem nie tak od strony kulturowej uniwersalnym, bo można się czepiać pewnych w treści szczególnie z punktu widzenia wschodnioeuropejskiej tradycji kompletnego upadlania się pod pozbawionym wszelkich hamulców etanolowym wpływem. Innymi słowy nie takie balety najebani Polacy czy Rosjanie rozkręcają i duński model mimo iż też jak na absolutnie dalekie od abstynencji skandynawskie pochodzenie może robić wrażenie, to jednak cywilizowanemu zachodniemu światu dość daleko do ekstremalnego modelu słowiańskiego. Zwyczajnie zachodnie nacje to jednak mają słabe nerwy i do wszystkiego podchodzą niezrozumiale spięci robiąc przysłowiowo z igły widły. :) Konkluzja jest jednak bez względu na szerokość czy długość geograficzną jasna i wciąż aktualna. Alko ogólnie jest fajny, ale konsekwencje nadużywania tej mocy odprężającej już nie bardzo. Ale w sumie to nie on jest największym problemem - on jest tylko następstwem problemów człowieka z samym sobą i jako takim wyłącznie narzędziem które może pomóc, jak i potwornie zaszkodzić. Niewątpliwie uważam iż to najlepszy obraz Vinterberga z jakim miałem dotychczas do czynienia. Duński reżyser robiąc film po swojemu, bez większych ograniczeń formalnych udowodnił, że można stworzyć coś zarówno oryginalnego jak i głęboko penetrującego temat. Oczywiście najbliżej Na rauszu formalnie do Polowania, a najdalej do Z dala od zgiełku - co tylko wychodzi mu na zdrowie. Ogólnie Thomas Vinterberg w języku duńskim jest zdecydowanie bardziej interesujący niż Thomas Vinterberg wciskany w kino angielskojęzyczne. Ręka w górę kto się z tą tezą zgadza!
sobota, 2 stycznia 2021
Possessor (2020) - Brandon Cronenberg
Zbytnich oryginałów w kinie się boję, ale takich nietuzinkowych kompozytorów filmowej awangardy, którzy nie tracą całkowicie kontaktu z ziemią to nie powiem, podziwiać sobie życzę. Tak jak szanuję przywiązanie do klasycznej kinowej wirtuozerii, tak bez poszukujących artystów kino pozbawione byłoby wszelako emocji i progresji - nuda w nim gwarantowana i jałowość do porzygania powielana. Bez jednych nie byłoby akurat sukcesu drugich i jedni drugim są potrzebni, bo to na ich tle się odróżniają. Szczególnie ważne spojrzenie nieszablonowe w konwencji science fiction z wyraźnym psychologicznym sznytem się liczy i nie mam tu na myśli wyłącznie prostego wykorzystania współczesnych możliwości technicznych, ale wyobraźni która pozwoli to osobiste cięcie ciekawie zaaranżować. Film Brandona Cronenberga wydaje się przykładem kategorii w której wyobraźnia chora rządzi i potrafi być zaprzęgnięta do wizualnie psychotycznej wizji przyszłości, w jakiej to możliwości będą sprzyjać totalnemu komplikowaniu życia, a odpowiedzialność etyczna za powstałe krzywdy przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Prawda że strasznie pesymistyczna wizja? Przejmowanie kontroli nad obcym ciałem, manipulacja świadomością - mroczne oblicza psychologicznych machinacji. Dbałość o detal w całkiem mocno promowanej produkcji młodego Cronenberg zasługuje na uznanie, ponadto konsekwentnie budowany ciekawymi środkami nastrój paranoidalnej grozy oraz interesujący koncept wizji przyszłości w której halucynacje mącą w rzeczywistości. Ale żeby uświadomić fana kina ambitnie paranaukowego donoszę iż to też krwawa jatka ze scenami brutalnej przemocy i litrami naprawdę autentycznie spływającej krwi. Obraz z pewnością zdobędzie względną popularność, lecz obawiam się że nie że względu na godny zauważenia filozoficzny konspekt, lecz przez wzgląd na porażające makabrą sceny przemocy. Takie chyba te nasze wątpliwej jakości gusta.
piątek, 1 stycznia 2021
Little Joe / Kwiat szczęścia (2019) - Jessica Hausner
Kameralnie okiem kamery uchwycona wizualna perełka. Wyraziste barwy, takie przykuwające wzrok tonacje oraz formy i tym sposobem teoretyczna moc użycia dopracowanej scenografii aby oczom robić dobrze i fascynujący klimat kreować w stu procentach w praktyce sugestywnie osiągnięta. Idealnie harmonijnie spleciony walor obrazu z treścią bogatego w konteksty pasjonującego tematu, a wartość powyżej wymienionych tkwiąca zarówno w poetyce wizualnej jak i filozoficzno-psychologicznej aurze dojrzałej subtelnej refleksji. Równolegle one też pełne niepokojącej tajemnicy i za sprawą stylistycznych wpływów przyprawiające o wrażenie jakbym oglądał mariaż między innymi pstrokatej sztuki Almodóvara z pobudzającym niepokój artyzmem dzieł Lantimosa. Jeden odciska swój ślad w oddziaływaniu wizualnym, drugi chłodem narracji intensyfikuje intrygującą formułę. Obejrzałem zatem film dość wyjątkowy pod tymi dwoma względami, może jednak nie tak odtwórczy jak próbuję wmawiać, bo widać że bezsprzecznie inspirowany, lecz zarazem za sprawą świadomego korzystania ze współczesnego dorobku ambitnego kina poszukujący dla reżyserski własnego filmowego ja. Natomiast o czym jest ta błyskotliwa rozprawa trzeba się osobiście przekonać. Uważam że jeśli jesteś człowieku posiadaczem otwartego umysłu i entuzjastą intrygującej sztuki zmysły pobudzającej, to zrób to koniecznie. Ewentualne pretensje zachowaj jednak dla siebie. :)

























