czwartek, 16 grudnia 2021
Le Butcherettes - A Raw Youth (2015)
środa, 15 grudnia 2021
Language Lessons / Lekcje języka (2021) - Natalie Morales
Jak na film w którym przez 90 minut rozmawiają na Skypie lub innym tego typu ustrojstwie, to zaskakująco ciekawie wyszło. Dialogi nie są bowiem czerstwe, brzmią bardzo naturalne i zawierają w sobie mnóstwo interesujących i angażujących emocji. W dodatku ciekawie ukazują różnice światów z jakich pochodzą bohaterowie, a kwestie psychologiczne zgłębiają przystępnie i co kluczem, znakomicie utrzymując napięcie portretują współczesnego człowieka. Człowieka nowoczesnego i empatycznego, aspirującego ciepło i sympatycznie do otwartości wobec innych. Równocześnie człowieka jako jednostki potrzebującej zrozumienia, wsparcia i takiej zwykłej obecności kogoś kto bezinteresownie i naturalnie jest. Jednostki współodczuwającej ale i ostrożnie, z niejaką wstydliwą obawą pozwalającej odsłaniać kolejne kurtyny ukrywające złożoność własnego oblicza. Aktorsko bardzo wysoko zawieszono poprzeczkę, bo dwójka postaci grająca wprost do kamery, której uwaga skupiona jest wyłącznie na ich twarzach musi idealnie wcielać się w role zarówno mimicznie jak i werbalnie - gdyż oszukanie widza w takiej formule realizacyjnej w grę myślę nie wchodzi. Nie da się oszukać, można jedynie zrobić przekonujące wrażenie, co niniejszych Natalie Morales i Mark Duplass czynią znakomicie. Trudno też scenariuszem ograniczonym do "skype’owego" dialogu utrzymać uwagę widza, a tu jedno i drugie się udało. Aktorzy byli swoimi postaciami, a realizacyjny szlif nie ograniczył emocjonalnej strony obrazu, a nawet wręcz pomógł skoncentrować się celnie na odczuciach, uczuciach i reakcjach, nie odciągając w międzyczasie uwagi od celu pomysłu. Sugeruje zatem powyższym sprawozdaniem że warto sprawdzić, bowiem miałem właśnie do czynienia ze świetnym rasowym komediodramatem, a nie żadną stylistyczną popierdółką. Co czyni Lekcje języka w moich oczach sporym na plus zaskoczeniem.
poniedziałek, 13 grudnia 2021
Idles - Crawler (2021)
niedziela, 12 grudnia 2021
Warrior / Wojownik (2011) - Gavin O'Connor
Lubię barrrdzo bokserskie historie i potrafię się rozkoszować ich często prostymi fabułami. Jednak najlepiej jeśli opowiadanymi tak bardzo autentycznie i dosadnie, iż pozorna prostota nabiera wciąż oczywistych, aczkolwiek cholernie wartościowych walorów i tworzy naprawdę ekscytującą formę. Tym bardziej kiedy raz obsada jest kapitalnie dobrana i dwa (uwaga!), kiedy okładanie sobie ryjów nie jest jedyną atrakcją. Wojownik Gavina O’Connora (chociaż nie jest he he o boksie) spełnia obydwa warunki i to śmiem twierdzić że z nawiązką. Bowiem nazwiska i przekonujące twarze Toma Hardy'ego, Joela Edgertona i giganta ekranu w osobie Nicka Nolte, dają tu eksplozywny koncert umiejętności, jak i kwestie rywalizacji sportowej mam przekonanie, to tylko pretekst by pokazać skomplikowaną relację rodzinną. Swoisty węzeł więzi totalnie splątany, w którym trudne charaktery zaangażowane etiologii obecnej sytuacji słusznie upatrują w ciążeniu ku alkoholowemu uzależnieniu seniora, a potem zbyt późnej jego próbie odkupienia win i uzyskania przebaczenia. To jest właśnie to co w amerykańskim kinie kocham chyba najbardziej. Jako że można naturalnie uważać, iż ci „zabawni” Jankesi to ze wszystkiego show zrobić zdołają ale jednocześnie też żadna chyba nacja nie potrafi tak skutecznie na ekranie sprzedać i tak głęboko brutalnie wgryzać się w rodzinne gówno i pokazywać tym samym świat daleki od tego, który ogólnie jako wizerunkowa wizytówka Ameryki funkcjonuje. Oferować rzeczywistość z bieguna nie tylko biedy, ale też życia zwyczajnego - do pierwszej i kolejnej koniecznej krwi prawdziwego. Są w filmie O’Connora takie sceny, że aż się w człowieku kotłuje - już na otwarcie cios, a potem nawet na moment pasjonująco być nie przestaje. Adrenalina, męski wycisk, a sama bizonia Hardy'ego postura i sfilmowanie ringowych walk potrafią wybić ząbki. Wojownik przy wszystkich swoich warsztatowych, fabularnych i społecznych atutach, jest też (he he) rodzajem współczesnego Krwawego sportu, który każdy smarkacz dysponujący magnetowidem w okresie transformacji ustrojowej doskonale pamięta. Tylko że obydwa tytuły łączy zaledwie pomysł na turniejowe emocje. Więcej punktów stycznych brak na całe szczęście, bo spektakularny film o właściwościach niejako terapeutycznych, momentami wręcz porywająco rozgrzebujący ludzkie traumy i autentycznie poruszający do żywego, stałby się tylko tanią rozrywką. A to byłby dla moich wygórowanych oczekiwań cios nokautujący.
sobota, 11 grudnia 2021
Volbeat - Servant of the Mind (2021)
piątek, 10 grudnia 2021
Zabij mnie glino (1987) - Jacek Bromski
Tak patrzę na Zabij mnie glino i mam od pierwszej sceny refleksję natury ogólnej, że te sensacyjne filmy z chudych lat osiemdziesiątych cierpią naturalnie na wyraźne braki budżetowe i nie wiem czy przez to wyłącznie rażą tą nieporadnością, ale z pewnością surowością produkcyjną. Ślepo chyba wówczas zapatrzony był Bromski w hollywoodzką szkołę filmu sensacyjnego, a przynajmniej próbował przeszczepić konwencję na polski grunt, dostosowując ją do rodzimych warunków lub na tyle na ile było można amerykańską manierę wcisnąć w czasy schyłkowego jak się już wkrótce okaże peerelu. Dał myślę tym samym sygnał, który z powodzeniem komercyjnym Pasikowski już w wolnej Polsce rozwinął, a skojarzenia pomiędzy Psami, a Zabij mnie glino nie tylko do udziału wyniesionego w owym czasie na piedestał Bogusia Lindy się ograniczają. Mimo, iż to kino chwilami koślawo zamerykanizowane, to charakteryzuje się niepodrabianym klimatem i w wielu przypadkach sporym potencjałem, który mógłby w pełni rozkwitnąć gdyby współcześnie można je było jeszcze raz nakręcić. Ale Polska to nie amerykańska fabryka snów i tutaj nie praktykuje się drugiego życia filmowego kotleta (burgera). Może i dobrze, bo co oryginał to oryginał, a praktyka zza oceanu pokazuje że rzadko na zdrowie nowemu to wychodzi i często tylko utwierdza kult archaicznego kosztem nowoczesnego. Ok, tyle przydługiego wstępu, teraz do rzeczy. Zabij mnie glino broni się doskonale samą historią, a jak wspomniałem razi realizacją dynamicznej części, zatem stanowi doskonały zapis prawdy czasu przeniesionej na ekran. Aktorstwu nie można zbyt wiele zarzucić i w takim układzie dobrej pracy warsztatowej obsady i bardzo przyzwoitego scenariusza, daje nawet po latach niezłą rozrywkę. Trudno mi jednak uznać, że to film na nasze ówczesne warunki wybitny, a specyficzny kult jakim otoczony jednak chyba mu na wyrost przypisany. Mimo że stare i często groteskowe, to jednak całkiem dobre gówno. ;) Bo dobrze zagrane, wdzięku staromodnego niepozbawione i z takimi naturalnie atrakcyjnymi babeczkami jak szczególnie Maria Pakulnis i Jolanta Piętek-Górecka.
czwartek, 9 grudnia 2021
Lana Del Rey - Blue Banisters (2021)
środa, 8 grudnia 2021
Mistrz (2020) - Maciej Barczewski
Tadeusz Pietrzykowski - ten mniej znany, albo wprost powszechnie nieznany bokser o sławnym w środowisku pięściarskim nazwisku. Bez osiągnięć na arenie międzynarodowej, porównywalnych z karierą boksującego dwie dekady później Zbigniewa. Postać jednakże znacznie bardziej tragiczna, której legenda wykuta pracą, wytrwałością i pragnieniem przetrwania w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Historia o nim prawdziwa i inspirująca - pozbawiona tymczasem w ujęciu fabularnym kompletnie koniecznej ikry, szczątkowego nawet artyzmu i jakiejkolwiek oryginalności czy chociażby wyrazistości formy. Zduszona użyciem sterylnych filtrów, jak i nieudolnie skupiona na bezpośrednim epatowaniu cierpieniem, które momentami ociera się o karykaturę. To jak można było się spodziewać wymierzony na efekt patosu i wstrząsu oraz identyfikacji narodowej dramat biograficzny. Coś w rodzaju nasz bohater, nasza duma. Jak się nie wzruszysz to trzymasz stronę Niemców. Niestety na jej podstawie nakręcono film tylko w przypływie dobrej woli mogący zostać nazwany solidnym. Jeśli można było maksymalnie spłaszczyć wątki, tutaj to zrobiono. Jeśli można było użyć łopatologii, z ochotą ją wciśnięto. Jeśli można było zaoszczędzić na statystach, to na nich zaoszczędzono. Wreszcie jeśli można było odrzeć ujęcia walk z dynamiki i realizmu, dokonano tego bez skrupułów. Nie jestem więc w stanie o filmie Macieja Barczewskiego myśleć ciepło, a tym bardziej stawiać go w miarę wysoko w układzie odniesienia pośród innych produkcji o podobnej okołowojennej tematyce. Dlatego że między innymi ogromnie brakuje mu charakteru, a dzisiaj tylko takie kino o charakterystyce mistrzowskiej ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Niemniej jednak postać Tadeusza Pietrzykowskiego zasługiwała na pamięć i hołd, ale akurat ten sygnowany nazwiskiem producenta, który zapragnął być reżyserem, to taka licha technicznie i merytorycznie robota. Bez znamion ambicji i jakiegoś pomysłu, wychodzącego ponad nawet półprzeciętność.
P.S. A jaki jest ten boks, każdy widzi. Współczesny, w świetle potencjału finansowego przeżarty przez układy i szołmeńskie sztuczki. Jaki był kiedyś, to poniekąd właśnie charakter Pietrzykowskiego pokazuje. Dzięki tym przedwojennym zasadom nabytym w sali treningowej przetrwał i pomógł przetrwać.
wtorek, 7 grudnia 2021
The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott
poniedziałek, 6 grudnia 2021
Black Label Society - Doom Crew Inc. (2021)
niedziela, 5 grudnia 2021
The Lurking Fear - Death, Madness, Horror, Decay (2021)
Tak się cieszę, tak się bardzo donieść spieszę, że dwójka The Lurking Fear jest jeszcze bardziej przekonująca od jedynki i tym samym pobudzone zostało we mnie skojarzenie, iż to sytuacja bliźniaczo podobna do tej, której bohaterem niedawno był inny „gwiazdorski” skład. Reluctant Hero formacji Killer Be Killed mam na myśli i w takim oto sensie, że dalekim od stylistycznych podobieństw, a bliskim w istocie sprowadzonej do zawarcia w kompozycjach kontynuacji stylistyki z debiutu, lecz z jeszcze obfitszym wyeksponowaniem znamion wyrazistości, atrakcyjnie ożenionej z chwytliwością motywów i tematów. Cechy powyżej nadmienione, czynią galopadę The Lurking Fear znacząco bardziej przystępną, ale i ciekawszą, bowiem urozmaiconą niezbędnym w szwedzkim brzmieniu groove’m i co lubię bardzo, klasycznym akcentowaniem brzmieniem talerzy. Kręci mnie więc jako fana solidnie, takie akurat masywne thrash-deathowe okładanie mięsistym riffem i perkusyjnym cykaniem. Bardziej mimo wszystko wściekłe niż epickie, gdyż oprócz korzystania z monumentalnych zwolnień i melodycznej ornamentyki, to w zasadzie emblematyczne skandynawskie chłostanie. Przede wszystkim jednak obcowanie z drugim materiałem ekipy stworzonej z rozpoznawalnych w metalowym środowisku nazwisk, to intensywne dźwiękowe doznanie, podbite kapitalnym mrocznym nastrojem dla balansu i równowagi. Debiut jak pamiętam (a przypominam sobie ostatnio Out of the Voiceless Grave często) grzeszył przykładnie nie tylko deathowym „bluźnierstwem”, ale też niestety jednowymiarowością, w podobieństwie poszczególnych kompozycji dostrzegalną. Death, Madness, Horror, Decay grzeszy już tylko tym, czego po zdeklarowanych grzesznikach mogłem oczekiwać. :)
sobota, 4 grudnia 2021
Wolfmother - Rock Out (2021)
piątek, 3 grudnia 2021
The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion
czwartek, 2 grudnia 2021
Teściowie (2021) - Jakub Michalczuk
Jak seans startował, to
sobie pomyślałem, że pewnie tylko ten kapitalny i zapożyczony ze współczesnego
oscarowego kina patent na perkusyjne smaczki, zamiast typowej muzyki z tła
pochwale. Pomyślałem znając zwiastun, że będę się w zasadzie męczył bowiem
grad suchych żartów w dialogach bardzo mocno mnie poturbuje. Tyle, że tak sobie nonsensownie z d*** pomyślałem, bo ze mnie wróżka żadna i fusy z porannej kawy nic mi
nie mówią, więc w sumie nieco w przewidywaniach pobłądziłem. Fakt, dialogi nie zaskakują
i są niemal jeden do jednego takie, jakie już przed projekcją w głowie słyszałem.
Ale gdyby nie fajne (eee tam, genialne) aktorstwo (Dorociński hmmm… na plus, na
plus też bardzo) i doskonałe oko operatora, sunącego z kamerą na podobieństwo podpowiedzią
skojarzeniową wspomnianego powyżej
Birdmana to byłoby znacznie bardziej płasko niż okazało się być. Jest w rzeczywistości równie dobrze w sensie społecznej diagnozy (rodzice jedno, dzieci drugie), jak błyskotliwie w puencie i wystarczająco zabawnie przez całe 80 minut. Prawda ekranu
zawiera w sobie sporo prawdy z życia – relacje teściów oczywiście stereotypami są
przesiąknięte, ale nie mogło być inaczej, bo najbardziej schematy i skróty myślowe
bawią. Inspiracja z życia obserwacji bardzo dobrze została zagospodarowana i ewoluowała naprawdę
ekscytująco, a numerem jeden to bezdyskusyjnie była żona szlachcica z Sochaczewa. :) Długo milczała, ale jak się już odezwała, to k**** petarda. Mocno wątpiłem w efekt, tym samym wahałem
się przed jego sprawdzeniem, a nie było powodu. Dostałem bowiem (i nie oprę się
pokusie użycia wielkich słów) współczesny kameralny Kogel Mogel i esencjonalne
Wesele w jednym. Dziękuję!
P.S. Dzisiejsze wesela są takie wystawne i takie wykwintne. Wszystko jest na nich takie tip top. Goście tacy eleganccy i oni obowiązkowo tą bułkę przez bibułkę. Straszne! Już się boję, że kiedy przyjdzie dzień próby, to nie udźwignę.
środa, 1 grudnia 2021
Adele - 30 (2021)
Wówczas, kiedy zjawisko zwane Adele na salony światowego popu z rozmachem za udziałem 21 wchodziło, ja również zauroczony zarówno aranżerską robotą autorów kompozycji z drugiej płyty wokalistki, jak i oczywiście brzmieniem jej głosu, do grona fanów żwawo przystąpiłem i niestety, gdy w cztery lata później trzeci krążek wydała, srogo rozczarowany zaledwie po kilku tygodniach obcowania z 25 się poczułem. O moich odczuciach, swoje i po swojemu napisałem, nie spodziewając się szczerze powiedziawszy, że Adele pozostająca pod wpływem speców od spieniężania własnego talentu, kiedyś jeszcze płytę z charakterem zdoła nagrać. W międzyczasie też moja uwaga w tym akurat segmencie muzycznym, na inny kobiecy głos została przekierowana, a wokalne możliwości Kovacs jednoznacznie zdopingowały mnie do wyrażenia przekonania, że to nie Adele może skutecznie pretendować do korony jaką w tragicznych okolicznościach Amy Winehouse pozostawiła, a właśnie dorównująca jej charyzmą głosu i osobowości Holenderka. Teraz jednak z czwartym longiem Brytyjka powraca i nie, nie zmieniam zdania, że Kovacs jest zjawiskiem o wyższym współczynniku możliwości, ale ukrywać nie będę, iż za sprawą 30 Adele na nowo we mnie do własnej twórczej ekspresji sympatię w serduchu rozpaliła. Póki co (a piszę z perspektywy zaledwie odrobinę więcej niż tygodnia od premiery) spostrzegam czwórkę jako album, który z powodzeniem zarówno Whitney Houston mogłaby nagrać, a nagrać nie nagrała, bowiem jazzującego pierwiastka pomysłom na nią brakowało, tak w świecie męskim Frank Sinatra - gdyby mistrz współcześnie na rynku popu debiutował. Wszystko mianowicie jest tu zwyczajnie nadzwyczajnie pięknie przez producentów splecione - tak że kompozycje utkane na najdoskonalszych muzycznych krosnach są zarówno zwiewne, wyraziste, jak właśnie tak cudnie przezroczyste, że cały talent Adele potrafią wyeksponować. Dodatkowym atutem, który z różnych perspektyw spojrzenia może być też delikatnie nazbyt grubymi nićmi szyty, to ten liryczny konspekt na najszczerzej najszczerszej spowiedzi oparty. Nie wszyscy wrażliwcy, z czym się zgadzam akurat takich "słów i emocji" potrzebują, ale myślę iż wszyscy którzy cenią znakomitą pracę kompozytorską, wokalną i w interpretacji zawarte uczucia potrafią z empatią odczuwać, z pewnością tegoroczny krążek docenią. Adele wyraźnie odbiła ze ślepej uliczki na jaką ją fachowcy na poprzednim albumie nakierowali i ten jej miks wielorakich wpływów od mocno popowego soulu, przez cudnie żywy r'n'b, po smooth jazz, funky i kameralne musicalowe quasi orkiestracje, mnie się znów podoba. Nie wyróżniam żadnego z utworów, bowiem moi faworyci dzisiejsi zapewne z czasem zostaną zastąpieni numerami wolniej osadzającymi się w świadomości, jako że 30 ma dużo więcej do zaoferowania niż klasyczne przeboje. Za co w stronę Adele kieruje ukłony.
wtorek, 30 listopada 2021
Farming (2018) - Adewale Akinnuoye-Agbaje
Niezły numer ta historia. Kompletnie nie miałem pojęcia, że takie zjawisko "farmingu" na brytyjskich wyspach istniało. W zgodzie z prawem i jako ogólnie przyjęta norma, dość masowe przysposabianie dzieci nigeryjskich emigrantów, przez angielskie robotnicze rodziny, na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat. Trochę też chyba wykorzystywania systemu opieki społecznej do celów zarobkowych, bowiem ten eksperyment socjalny raczej nie był sponsorowany wyłącznie przez nigeryjskich rodziców dzieci umieszczanych w angielskiej pieczy zastępczej. Tym samym, zamiast rozbudzania atmosfery tolerancji, wprost przeciwnie (jak to niestety dzieje się zazwyczaj), pobudzania intensyfikacji zjawiska Adewale Akinnuoye-Agbajenietolerancji, czy wprost rasizmu. To oczywiście skrótowiec myślowy i uogólnienie - akurat domniemanie na podstawie pewnego wycinku, którego obraz, ta historia oparta na autentycznych wydarzeniach opowiada. Opowiada sytuację wstrząsającą, która też fabularnie mnie zaskakuje, bo do finalnego kryzysu tożsamości rasowej bohatera, bardziej od samej "white power" przyczyniła się rodzima afrykańska kultura. Pokręcone to, ale przecież nic tu nie może być podważone, ani nic właściwie zdziwienia wzbudzać. Jak się ktoś rodzi w Afryce, dalej przez okres kształtowania osobowości wychowuje w Europie, to w okresie dojrzewania nie będzie się czuł jak w domu, na powrót umieszczony w kulturze czarnych, kiedy to rodzinną z białasami więź się posiada. Tym bardziej, kiedy ta afrykańska kultura daleka od wysokich cywilizacyjnych standardów i podporządkowana zabobonom voodoo. Więcej wątków ze scenariusza nie zdradzę, dodając tylko, że na kapitalnie wyjaśnionych paradoksach on głównie oparty, a technicznie film Adewale Akinnuoye-Agbaje jest sprawnie wyprodukowanym dramatem, którego największa siła zawarta, tylko w pozornie kuriozalnym odwróceniu ról i nieoczywistej z punktu widzenia popularnych stereotypów genezie stawania się ekstremalnym rasistą. Tak naprawdę historii, która jest przystępnie na tacy podanym dramatem człowieka i tragedią jego człowieczeństwa.
poniedziałek, 29 listopada 2021
Dune / Diuna (2021) - Denis Villeneuve
niedziela, 28 listopada 2021
Last Night in Soho / Ostatniej nocy w Soho (2021) - Edgar Wright
sobota, 27 listopada 2021
Stillwater (2021) - Tom McCarthy
Mocna historia i
sprawnie, chociaż nie wybitnie zajmująco opowiedziana. W niej Matt Damon w roli,
która nie do końca do jego profilu aktorskiego pasuje, ale jak myślę odegrana zostaje
tak, że bez złośliwych przytyków, to nie ma większego powodu by się do niej przyczepić.
Nowy film niedawnego zdobywcy oscarowych laurów, niczym wybitnym się tak wprost
powiedziawszy nie wyróżnia, bo charakter historii będącej prywatnym śledztwem Amerykanina
w Marsylii, którego wpierw celem zdobycie dowodów niewinności córki skazanej za
morderstwo, a później posklejania swojego życia, bowiem nadarza się okazja,
narzuca oczywisty sposób narracji oraz metodologiczną, klasyczną w swej
prostocie formułę. Film, mimo to jest ciekawie osadzony w kontekście kulturowym
i pobieżnie lecz wyraźnie, konfrontuje zarazem "białą" mentalność mieszkańców amerykańskiej prowincji (Damon), z wielkomiejską mentalnością wielokulturowej Francji, w której problem emigracji powoduje podziały społeczne i skrajny stosunek do bliskowschodnich emigrantów. Niby kraje przez wzgląd na rasową różnorodność podobne, ale gdy się przyjrzeć i
bliżej w temat wgłębić, chyba jednak różne, więc jak się chce, to można sporo w tym "pobieżnym" spojrzeniu wychwycić. To ważne, lecz tylko tło, dla trudnej walki ojca o wolność córki. Jego zmagań, nie
tylko z tajemnicą zbrodni, ale też z prozaiczną, jednakowoż ogromnie
utrudniającą barierą językową. Uparte działania ojca niedoskonałego, który
sporo w swoim życiu zdążył spieprzyć i teraz w poczuciu winy i
odpowiedzialności, po przejściu stosownego odrodzenia w atmosferze głębokiej wiary,
stara się naprawić co jeszcze jest w stanie. Gość robi co może, ale przez skomplikowane przeszłymi zaszłościami oraz obecną sytuacją relacje, nie jest w
stanie ot tak naprawić więzi - „od ręki” rany zaleczając. To co widać na ekranie ewoluuje i z czasem skupia się na relacji, by po granicznym wydarzeniu stać
się właściwie dramatem, bardziej obyczajowym niż tak jak na początku śledczym -
porzucając po drodze na dłuższą chwilę ten (już w sumie nie wiem) czy kluczowy wątek.
Bohater bowiem odnajduje swoje miejsce w tej nowej rzeczywistości i układa
sobie w miarę płynnie życie. Oczywiście do pewnego momentu, kiedy to reżyser
włącza tryb sensacyjny i na jego fali niesie widza do wątpliwego happy endu.
P.S. Ten obraz współczesnej Francji, w której wyrosły getta jest niepokojący, a wręcz przerażający. Niebezpieczne dzielnice i uliczne gangi. Świat dilerów, drobnych cwaniaczków i powszechnej przemocy. Francja, jakiej można się bać i Francja zupełnie różna od tej z turystycznych folderów. Z tej perspektywy to piekło i każdy po zapoznaniu się z takim obrazem może poczuć się zagrożony ewentualnym napływem emigrantów, pośród których przecież pewnie jest tyle samo uczciwych i życia zgodnie z prawem pragnących jednostek, jak tych z marginesu niechcących się wyrwać. O tej oczywistości, Tom McCarthy ze wspólnikami scenarzystami, też nie omieszkał nieco przypomnieć.
piątek, 26 listopada 2021
Orange Goblin - Time Travelling Blues (1998)
czwartek, 25 listopada 2021
Respect / Respekt - królowa soul (2021) - Liesl Tommy
Hollywoodzka konwencja
biograficzna, narzuca mnóstwo ograniczeń natury formalnej i jest gatunkową estetyką, jedną z tych chyba najbardziej konserwatywnych. Bardzo rzadko pojawia się tytuł
biograficzny, który wychodzi poza ramy, proponuje coś nowego, świeżego i dzięki
temu już na starcie się wyróżnia. Trudno było się jednak spodziewać, by życie
Arethy Franklin ukazane zostało w sposób daleki od tylko odrobinę szorstko oszlifowanego
szablonu, rezygnując z klasycznych filmowych wytrychów i tak w rzeczywistości
jest. Respect, to film zrealizowany niewątpliwie znakomicie, lecz tylko z
perspektywy do bólu oczywistego przywiązania do sprawdzonego schematu. Film, którego
wartość oglądalności paradoksalnie tkwi w pozostawaniu wiernym standardowej
metodzie i w takim układzie też wrażenie zrobić potrafi, bo widz zrasta się z bohaterką i przeżywa jej koleje losu z ogromnym empatycznym zaangażowaniem.
Nie przeszkadza mu w tym pieczołowicie dobrana i wypieszczona przez speca od światła
wizualna strona i staranne, choć również niegrzeszące brawurą aktorstwo. Ponadto
jest jeszcze na całe szczęście ponadczasowa muzyka - całe tony znakomicie
opierającej się zębom czasu muzyki i ona robi rzecz jasna kapitalne wrażenie. Jej
puls fenomenalny, jej liryczna strona, dotykająca do głębi i pobudzająca, jako
całość emocje. Tu jest mnóstwo muzycznego dobra i trudno, aby widz z powyżej
zauważonych powodów wręcz rozczarowany brakiem odwagi realizacyjnej, mógł
poczuć się zawiedziony stroną odtwarzającą archiwalne występy i sesje
nagraniowe. Za te cechy pozwalam sobie sporo punktów ekipie odpowiedzialnej za
efekt całościowy przyznać i ze względu na to, ich pracę teraz polecam, a te
mankamenty wyrastające wprost z gatunkowej formuły, które powyżej wymieniłem,
stają się z tej perspektywy w umiarkowanym stopniu dla końcowej oceny istotne. Bowiem
powtarzam - występy, odtworzona ich atmosfera i choreografia, cud miód. Mnie to
wystarczyło, by było poruszająco, ale też zwyczajnie dla ucha miło.
P.S. Gwoli ścisłości i uzupełnienia - merytorycznie o charakterze jaki się wykuł w świecie zdominowanym przez autokratycznych mężczyzn, o sile zrodzonej z cierpienia duszy oraz o powracających demonach i wreszcie o sytuacji polityczno-społecznej i zaangażowaniu w ruchy wolnościowe, które przez frustracje mądrej kobiecie rozum odbierały. Bo dźwigała kilka ciężarów naraz i niestety one ją czasami przygniatały.
środa, 24 listopada 2021
The Electrical Life of Louis Wain / Szalony świat Louisa Waina (2021) - Will Sharpe
wtorek, 23 listopada 2021
Tick, Tick... Boom! (2021) - Lin-Manuel Miranda
Zaczyna się niczym mniej zasobny w fundusze La La Land. Startuje z wysokiego C, od kapitalnie zmontowanej sceny musicalowej i ja od początku dzięki temu zabiegowi jestem kupiony, mimo iż Andrew Garfield pozostawał w moich oczach aktorem z obliczem nazbyt mało plastycznie wyrafinowanym i manierą osobliwie irytującą, którego jakość gry w niemal stu procentach zależy od intuicji obsadzających. Przychodzę w tym przypadku z dobrą jednak nowiną - w tym miejscu będę pracę castingowych fachowców komplementował i chłopaka chwalił, bo historia krótkiego młodego życia Jonathana Larsona napisana na potrzeby debiutu filmowego Lin-Manuela Mirandy (piszą, że Larson dla niego bohaterem młodości) przez Stevena Levensona, ma wielką moc wzbudzania sympatii, ale jej znacząca siła, prócz oddziaływania piosenkowych perełek, opiera się na brawurowej kreacji właśnie Garfielda. Ale to jest tak ogólnie fajne, jako w połowie sceniczno-broadwayowskie widowisko, dla oczu i duszy niezwykle przyjemne. To jest wzruszające i to jest mądre. To jest chwilami wręcz genialne (Therapy :)) oraz od początku do końca takie świadome i dojrzałe. Kawał świetnej roboty aktorskiej, wokalnej, jak i oczywiście inscenizacyjnej, w filmowym spektaklu o człowieku ognistej pasji i żarze pasji w człowieku. O talencie gigantycznym i za krótkim czasie by się nim w pełni podzielić. Bardzo sympatyczna, także na finał prawdziwie smutna biografia w musicalowej oprawie - coś podobnego do ostatnio popularnego hołdu dla Eltona Johna, tylko bardziej wielowymiarowo, ponadto tak kameralnie i młodzieżowo. Mniej odtwórczo, a bardziej kreatywnie i poza tym o twórcy i artyście docenionym, lecz na tyle niszowym, że dla mnie i zapewne dla wielu dalekich od nowojorskiej bohemy widzów kompletnie nieznanym. Znakomita porcja przemyślanej optymistycznej rozrywki i zarazem inteligentna lekcja pokory wobec życiowej drogi artystycznej i wyroków losu. Do śmiechu i do łez, też.

















