czwartek, 16 grudnia 2021

Le Butcherettes - A Raw Youth (2015)

 


Jeżeli mnie znaleziona notka biograficzna w błąd nie wprowadza, A Raw Youth to trzeci krążek Teri Gender Bender nagrany pod szyldem Le Butcherettes. Na artystkę trafiłem swego czasu za sprawą zapoznania i z czasem pozostania już na stałe fanem ekipy Crystal Fairy, prowadzonej przez legendarnego Buzza Osborne'a. Ta historia szerzej opowiedziana przy okazji refleksji wokół jak dotąd ostatniej płyty Le Butcherettes, jak i oczywiście debiutanckiego albumu Crystal Fairy została, więc w tym miejscu błyskawicznie szoruje w kierunku sedna nawijki, zamiast plątać się w powielanych wstępach. A Raw Youth rozpoznaję z pozycji znajomości zaledwie dwóch krążków LB i ta ograniczona wiedza pozwala mi napisać wyłącznie, że nagrany w cztery lata po tutaj omawianym materiale bi/MENTAL jawi się jako bardziej okrzepła wersja A Raw Youth, gdyż nie stroniąc od osobliwych eksperymentów brzmieniowych i wokalnych nie zawiera w swoim programie tak bardzo żywo oddziaływujących dziwów, a opiera się przede wszystkim na aranżacyjnym opanowaniu chaosu. Stąd listę indeksów poprzednika wypełnia taki o punkowej proweniencji bezpośredni strzał jak otwierający Shave the Pride, wsparty syntezatorowym jazgotem My Mallely czy Sold Less Than Gold, dalej urozmaicany rytmicznie funkowym pulsem i wokalizami przywodzącymi na myśl Kate Bush Stab My Back, sączący mrok, dramaturgię i napięcie, najlepszy na płycie Witchless C Spot, czy uroczo płynący, z "pikającym" motywem klawisza Lonely & Drunk. Ale też (i oto mi chodzi) kilka dziwactw, w tym zaśpiewany w duecie z Iggym Popem dysonansowy La Uva. Właśnie akurat mnie te kilka niepotrzebnych rodzynków w dobrze wypieczonym serniczku przeszkadza, ale ja nie jestem jeszcze lub nigdy mi nie będzie pisanym być koneserem garażowego rocka, tudzież jak w tych "krytykowanych" fragmentach pancurskiego noise'u. Mimo że mam świadomość, iż on w tej akurat postaci nie straszny tak jak noise z programowo popuszczonymi lejcami, dla mnie jednak Le Butcherettes z bardziej wypolerowanymi, bądź po prostu względnie tradycyjnie rockowymi aranżacjami jest paradoksalnie ciekawszy i aspirujący, bo dający sobie szansę na wyjście poza mocno ograniczony underground. Za to coraz bardziej lubię bi/MENTAL i cenię też wymienione w tonie poczucia satysfakcji te akurat chwytliwsze numery z omawianego krążka. 

środa, 15 grudnia 2021

Language Lessons / Lekcje języka (2021) - Natalie Morales

 

Jak na film w którym przez 90 minut rozmawiają na Skypie lub innym tego typu ustrojstwie, to zaskakująco ciekawie wyszło. Dialogi nie są bowiem czerstwe, brzmią bardzo naturalne i zawierają w sobie mnóstwo interesujących i angażujących emocji. W dodatku ciekawie ukazują różnice światów z jakich pochodzą bohaterowie, a kwestie psychologiczne zgłębiają przystępnie i co kluczem, znakomicie utrzymując napięcie portretują współczesnego człowieka. Człowieka nowoczesnego i empatycznego, aspirującego ciepło i sympatycznie do otwartości wobec innych. Równocześnie człowieka jako jednostki potrzebującej zrozumienia, wsparcia i takiej zwykłej obecności kogoś kto bezinteresownie i naturalnie jest. Jednostki współodczuwającej ale i ostrożnie, z niejaką wstydliwą obawą pozwalającej odsłaniać kolejne kurtyny ukrywające złożoność własnego oblicza. Aktorsko bardzo wysoko zawieszono poprzeczkę, bo dwójka postaci grająca wprost do kamery, której uwaga skupiona jest wyłącznie na ich twarzach musi idealnie wcielać się w role zarówno mimicznie jak i werbalnie - gdyż oszukanie widza w takiej formule realizacyjnej w grę myślę nie wchodzi. Nie da się oszukać, można jedynie zrobić przekonujące wrażenie, co niniejszych Natalie Morales i Mark Duplass czynią znakomicie. Trudno też scenariuszem ograniczonym do "skype’owego" dialogu utrzymać uwagę widza, a tu jedno i drugie się udało. Aktorzy byli swoimi postaciami, a realizacyjny szlif nie ograniczył emocjonalnej strony obrazu, a nawet wręcz pomógł skoncentrować się celnie na odczuciach, uczuciach i reakcjach, nie odciągając w międzyczasie uwagi od celu pomysłu. Sugeruje zatem powyższym sprawozdaniem że warto sprawdzić, bowiem miałem właśnie do czynienia ze świetnym rasowym komediodramatem, a nie żadną stylistyczną popierdółką. Co czyni Lekcje języka w moich oczach sporym na plus zaskoczeniem.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Idles - Crawler (2021)

 


Gwałtu rety! Drugi krążek w przeciągu trzynastu miesięcy i czwarty w zaledwie cztery i pół roku, a co za tym w sukurs bieży - ogromny wzrost statusu na scenie i nie dużo mniejszy popularności wśród maniaków. Zaprawdę powiadam wam jest to powód do dumy i ja tego szacunku dla bristolskiej ekipy nie zamierzam skąpić. Widać jednakże ciekawą różnicę (o samej muzyce, choć w podobnym tonie za chwilę), bo względnie długie oczekiwanie, a dokładnie przeciąganie premiery Ultra Mono, przez oczywiste wówczas zaskoczenie wybuchem globalnej pandemii odbiło się na zwiększonym zainteresowaniu branży i prasy bardziej huczną celebracją wydarzenia. Okładki magazynów i wywiadów masa, a dzisiaj gdy czwórka błyskawicznie dyskontuje trójkę ciszej zdecydowanie. Przecież Crawler na podobną Ultra Mono uwagę nie mniej zasługuje, bowiem przynosi materiał może trochę inny, ale równie wysokiej jakości. Dokładnie to jest bardziej różnorodnie, a w tej idlesowej różnorodności sporo klimatu do nowych numerów zostaje zaaplikowane. Nie brak rzecz jasna też pancurskiej rebelii i charakterystycznej dla stylistyki Brytyjczyków bardzo temperamentnej swady. Mnie jednak Crawler bardziej kręci w tych momentach, kiedy intrygująco hipnotyzuje niż bezkompromisowo chłoszcze. Podoba mi się wielce ten refleksyjny ton i złożona konstrukcja płyty, w której napięcie zostaje znacząco wyeksponowane. Nie zmienia to jednakże mojego stabilnego przekonania, że to co dotychczas nagrali, to poziom potężny, lecz jak słychać nie zaporowy. Crawler utwierdza mnie w powyżej powziętym zdaniu i dodatkowo sugeruje, iż neo punk absolutnie nie ogranicza ich potencjału na wielkość. Wielogatunkowej inspiracji w nich na tyle dużo, że o brak pomysłów na przyszłość nie trzeba się martwić. Słuchać i oczekiwać więcej i może wciąż lepiej i lepiej. Skupiając się teraz na obrazkach do The Beachland Ballroom i potężnej pasji w nich zawartej jestem skłonny napisać, że Idles na tym już wciąż początkowym etapie, to cud i miód. Kapitalny album nagrali, album uciekający do przodu, jednocześnie tereny wokół z wyobraźnią przeczesując. Muzycznie i lirycznie nie eksplodowali, ale przekornie implodowali. Do wewnątrz z zewnątrz lub jak ktoś woli z zewnątrz do wewnątrz. Za swoim głosem podążyli!

niedziela, 12 grudnia 2021

Warrior / Wojownik (2011) - Gavin O'Connor

 

Lubię barrrdzo bokserskie historie i potrafię się rozkoszować ich często prostymi fabułami. Jednak najlepiej jeśli opowiadanymi tak bardzo autentycznie i dosadnie, iż pozorna prostota nabiera wciąż oczywistych, aczkolwiek cholernie wartościowych walorów i tworzy naprawdę ekscytującą formę. Tym bardziej kiedy raz obsada jest kapitalnie dobrana i dwa (uwaga!), kiedy okładanie sobie ryjów nie jest jedyną atrakcją. Wojownik Gavina O’Connora (chociaż nie jest he he o boksie) spełnia obydwa warunki i to śmiem twierdzić że z nawiązką. Bowiem nazwiska i przekonujące twarze Toma Hardy'ego, Joela Edgertona i giganta ekranu w osobie Nicka Nolte, dają tu eksplozywny koncert umiejętności, jak i kwestie rywalizacji sportowej mam przekonanie, to tylko pretekst by pokazać skomplikowaną relację rodzinną. Swoisty węzeł więzi totalnie splątany, w którym trudne charaktery zaangażowane etiologii obecnej sytuacji słusznie upatrują w ciążeniu ku alkoholowemu uzależnieniu seniora, a potem zbyt późnej jego próbie odkupienia win i uzyskania przebaczenia. To jest właśnie to co w amerykańskim kinie kocham chyba najbardziej. Jako że można naturalnie uważać, iż ci „zabawni” Jankesi to ze wszystkiego show zrobić zdołają ale jednocześnie też żadna chyba nacja nie potrafi tak skutecznie na ekranie sprzedać i tak głęboko brutalnie wgryzać się w rodzinne gówno i pokazywać tym samym świat daleki od tego, który ogólnie jako wizerunkowa wizytówka Ameryki funkcjonuje. Oferować rzeczywistość z bieguna nie tylko biedy, ale też życia zwyczajnego - do pierwszej i kolejnej koniecznej krwi prawdziwego. Są w filmie O’Connora takie sceny, że się w człowieku kotłuje - już na otwarcie cios, a potem nawet na moment pasjonująco być nie przestaje. Adrenalina, męski wycisk, a sama bizonia Hardy'ego postura i sfilmowanie ringowych walk potrafią wybić ząbki. Wojownik przy wszystkich swoich warsztatowych, fabularnych i społecznych atutach, jest też (he he) rodzajem współczesnego Krwawego sportu, który każdy smarkacz dysponujący magnetowidem w okresie transformacji ustrojowej doskonale pamięta. Tylko że obydwa tytuły łączy zaledwie pomysł na turniejowe emocje. Więcej punktów stycznych brak na całe szczęście, bo spektakularny film o właściwościach niejako terapeutycznych, momentami wręcz porywająco rozgrzebujący ludzkie traumy i autentycznie poruszający do żywego, stałby się tylko tanią rozrywką. A to byłby dla moich wygórowanych oczekiwań cios nokautujący.  

sobota, 11 grudnia 2021

Volbeat - Servant of the Mind (2021)

 


Trudno nie ulec wrażeniu, że Servant of the Mind jest nową wersją Rewind, Replay, Rebound. Bliźniacza budowa, koncepcja i sporo urozmaicenia w obrębie całości programu. Bo kompozycje mimo że nie odbiegają od volbeatowych standardów są bardzo różnorodne i nie mam tym samym prawa używać przymiotnika sugerującego monotonność. Poszczególne numery również trzymając się aranżacyjnego reżimu zwrotka refren i tam gdzie należy solówka i bridge, wprowadzają w swoją strukturę rozmaitości, gęsto korzystając z wielorakich rockowych inspiracji. Niby to samo, a jednak słychać wyraźnie że pancurskie rockabilly Wait A Minute My Girl, to nieco inna bajeczka od motorycznego i a'la thrashowego Shotgun Blues, a cudnie epicko heavy metalowy The Sacred Stones (w dodatku we fragmentach tak fajnie puszczający oczko do Heaven and Hell :)) ma się nijak (gdyby to nie ten sam Volbeat) do słodziutko przy wsparciu niejakiej Stine Bramsen zaśpiewanego Dagen Før. Tych rozjazdów jest jednak tyle ile trzeba i tak jak nadmieniłem, te skrajności zawsze trzymają charakterystyczny ton stylistyczny ekipy Michaela Poulsena. Nie dziwią więc opinie o systematycznym wyciskaniu materiału z tej samej tubki, lecz co raduje wciąż z tej tubki która utrzymuje świeżość. Ja akurat jestem taką sytuacją kontent, bo poprzedni album bardzo mnie pozytywnie zaskoczył, w zasadzie (he he) niewiele zaskakując. Volbeat jest jedyny w swoim rodzaju, stąd wybaczam pierwotnie wyłącznie duńskiej ekipie grzech wtórności, przypisując jej bez uczucia wyrozumiałości znamiona oryginalności, którą należy pielęgnować z troską zarówno o jego wyjątkowy charakter brzmieniowy oraz duże właściwości plastyczne. Tak sobie kombinuje na ile mi wyobraźni starcza, że czego by nie zaprzęgnęli do własnego stylu, zawsze to zabrzmi tak jak od lat brzmi Volbeat, a ja to kupię i rączki ucałuję, bowiem w lidze wyśmienitej rockowej chwytliwości to sorry, ale cholera jasna konkurencja im tego daru pisania kopiących hitów może zazdrościć. Michael Poulsen każdy pomysł zamienia w złoto i jedno co nie pozwala mu stać się super gwiazdą mainstreamu, to czas akcji. Gdyby człowiek produkował takie petardy w latach osiemdziesiątych, dziś opływałby w niewyobrażalny dostatek. 

piątek, 10 grudnia 2021

Zabij mnie glino (1987) - Jacek Bromski

 

Tak patrzę na Zabij mnie glino i mam od pierwszej sceny refleksję natury ogólnej, że te sensacyjne filmy z chudych lat osiemdziesiątych cierpią naturalnie na wyraźne braki budżetowe i nie wiem czy przez to wyłącznie rażą tą nieporadnością, ale z pewnością surowością produkcyjną. Ślepo chyba wówczas zapatrzony był Bromski w hollywoodzką szkołę filmu sensacyjnego, a przynajmniej próbował przeszczepić konwencję na polski grunt, dostosowując ją do rodzimych warunków lub na tyle na ile było można amerykańską manierę wcisnąć w czasy schyłkowego jak się już wkrótce okaże peerelu. Dał myślę tym samym sygnał, który z powodzeniem komercyjnym Pasikowski już w wolnej Polsce rozwinął, a skojarzenia pomiędzy Psami, a Zabij mnie glino nie tylko do udziału wyniesionego w owym czasie na piedestał Bogusia Lindy się ograniczają. Mimo, iż to kino chwilami koślawo zamerykanizowane, to charakteryzuje się niepodrabianym klimatem i w wielu przypadkach sporym potencjałem, który mógłby w pełni rozkwitnąć gdyby współcześnie można je było jeszcze raz nakręcić. Ale Polska to nie amerykańska fabryka snów i tutaj nie praktykuje się drugiego życia filmowego kotleta (burgera). Może i dobrze, bo co oryginał to oryginał, a praktyka zza oceanu pokazuje że rzadko na zdrowie nowemu to wychodzi i często tylko utwierdza kult archaicznego kosztem nowoczesnego. Ok, tyle przydługiego wstępu, teraz do rzeczy. Zabij mnie glino broni się doskonale samą historią, a jak wspomniałem razi realizacją dynamicznej części, zatem stanowi doskonały zapis prawdy czasu przeniesionej na ekran. Aktorstwu nie można zbyt wiele zarzucić i w takim układzie dobrej pracy warsztatowej obsady i bardzo przyzwoitego scenariusza, daje nawet po latach niezłą rozrywkę. Trudno mi jednak uznać, że to film na nasze ówczesne warunki wybitny, a specyficzny kult jakim otoczony jednak chyba mu na wyrost przypisany. Mimo że stare i często groteskowe, to jednak całkiem dobre gówno. ;) Bo dobrze zagrane, wdzięku staromodnego niepozbawione i z takimi naturalnie atrakcyjnymi babeczkami jak szczególnie Maria Pakulnis i Jolanta Piętek-Górecka.

czwartek, 9 grudnia 2021

Lana Del Rey - Blue Banisters (2021)

 


Czuję się zaskoczony i zdezorientowany, gdy wpadam właśnie na Blue Banisters. Przecieram oczy ze zdziwienia, gdyż tak około marca tego roku odsłuchiwałem i wyrażałem swoją refleksję w przedmiocie Chemtrails over the Country Club, a już dostaje okazję do oddania się zawartości kolejnego albumu. Zakładam więc w obecnych okolicznościach całkowicie naturalnie, iż wystarczająco dobrego materiału bogactwo, spowodowane zostało przerwą od koncertowania i przymusową izolacją, inspirująco wpływającą na artystkę. Nie mam jednak po kilku intymnych spotkaniach z Blue Banisters przekonania, iż to bezdyskusyjnie dobrze, iż cykl wydawniczy Lana tak mocno zintensyfikowała. Bowiem album z początku tego roku już odbierałem jako mniej wyrazisty, od myślę jak dotąd najbardziej przekonującego i w mojej skromnej opinii znakomitego Norman Fucking Rockwell!. Podobne odczucia towarzyszą kontaktom z także Blue Banisters, jednocześnie nie stawiając tegorocznych płyt w pozycji bliźniaczej - posiadają bowiem one tak samo zbieżne, jak i różniące je cechy. Nie ma jednak na tym najnowszym nut wprost kojarzących się z NFR!, a co za tym idzie przeboju totalnego, i to jest ta różnica zasadnicza. Obydwa tegoroczne materiały nie przynoszą też wokalistce absolutnie powodu do wstydu, a jej fanom obaw o jej aktualną kondycję kompozytorską, jako że w jej osobistym dream popie niewiele uległo przeobrażeniom i tak prawdę mówiąc, wszystko co nagrywa to nagrywa w swojej już przewidywalnej lidze aranżacyjnej i lirycznej. To co jako mało obsłuchany w stylistyce mogę dostrzec, to obecne zatopienie dźwięków w skromniejszej formule i chwytliwości ograniczonej do coraz bardziej subtelnych melodii i ornamentyki stonowanej. Utwory z Blue Banisters nie ekscytują mnie na tyle mocno, jak większość materiału ze wspomnianego krążka sprzed dwóch laty. Być może, a może mam pewność, iż mniejsza intensywność, w powiązaniu z minimalizacją środków i typową przebojowością wyłącznie śladową, wpływa na ograniczony potencjał zadowolenia takiego jak ja "niedzielnego" słuchacza. To też tymczasem impuls do głębszego odkrywania smaczków (a są tu, niewątpliwie - na przykład dęciaki w If You Lie Down With Me, czy zaskakujące zaśpiewy w Dealer) i dopiero z biegiem czasu docenieniu otulonego szczelnie rozmarzeniem melodycznym mistrzowskiego warsztatu. Mądrzejsi ode mnie piszą, że wyczuwają odniesienia do surowszego Ultraviolence, a ja nie potrafię się do takich sugestii odnieść, bo zwyczajnie wciąż nie odnalazłem czasu by poznać całą dyskografię Lany - tak od samego początku. Niezależnie od powyższego pewny jestem, iż drugi tegoroczny album artystki nie jest zbiorem na siłę wydanych numerów, tylko świadomą i pełnowartościową kompilacją tego co w ostatnim czasie napisała lub współtworzyła. Nawet jeśli w moim odczuciu wciąż jeszcze nie odkrytą w pełni, co tym bardziej powoduje, iż na uwagę Blue Banisters zasługuje. 

środa, 8 grudnia 2021

Mistrz (2020) - Maciej Barczewski

 

Tadeusz Pietrzykowski - ten mniej znany, albo wprost powszechnie nieznany bokser o sławnym w środowisku pięściarskim nazwisku. Bez osiągnięć na arenie międzynarodowej, porównywalnych z karierą boksującego dwie dekady później Zbigniewa. Postać jednakże znacznie bardziej tragiczna, której legenda wykuta pracą, wytrwałością i pragnieniem przetrwania w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Historia o nim prawdziwa i inspirująca - pozbawiona tymczasem w ujęciu fabularnym kompletnie koniecznej ikry, szczątkowego nawet artyzmu i jakiejkolwiek oryginalności czy chociażby wyrazistości formy. Zduszona użyciem sterylnych filtrów, jak i nieudolnie skupiona na bezpośrednim epatowaniu cierpieniem, które momentami ociera się o karykaturę. To jak można było się spodziewać wymierzony na efekt patosu i wstrząsu oraz identyfikacji narodowej dramat biograficzny. Coś w rodzaju nasz bohater, nasza duma. Jak się nie wzruszysz to trzymasz stronę Niemców. Niestety na jej podstawie nakręcono film tylko w przypływie dobrej woli mogący zostać nazwany solidnym. Jeśli można było maksymalnie spłaszczyć wątki, tutaj to zrobiono. Jeśli można było użyć łopatologii, z ochotą ją wciśnięto. Jeśli można było zaoszczędzić na statystach, to na nich zaoszczędzono. Wreszcie jeśli można było odrzeć ujęcia walk z dynamiki i realizmu, dokonano tego bez skrupułów. Nie jestem więc w stanie o filmie Macieja Barczewskiego myśleć ciepło, a tym bardziej stawiać go w miarę wysoko w układzie odniesienia pośród innych produkcji o podobnej okołowojennej tematyce. Dlatego że między innymi ogromnie brakuje mu charakteru, a dzisiaj tylko takie kino o charakterystyce mistrzowskiej ma dla mnie wyjątkowe znaczenie. Niemniej jednak postać Tadeusza Pietrzykowskiego zasługiwała na pamięć i hołd, ale akurat ten sygnowany nazwiskiem producenta, który zapragnął być reżyserem, to taka licha technicznie i merytorycznie robota. Bez znamion ambicji i jakiegoś pomysłu, wychodzącego ponad nawet półprzeciętność.

P.S. A jaki jest ten boks, każdy widzi. Współczesny, w świetle potencjału finansowego przeżarty przez układy i szołmeńskie sztuczki. Jaki był kiedyś, to poniekąd właśnie charakter Pietrzykowskiego pokazuje. Dzięki tym przedwojennym zasadom nabytym w sali treningowej przetrwał i pomógł przetrwać.

wtorek, 7 grudnia 2021

The Last Duel / Ostatni pojedynek (2021) - Ridley Scott

 


Na wstępie zaznaczę, iż ogromnie oczy moje się radują, widząc tak wyborną realizację lokacyjno-scenograficzną i z tego miejsca swój od lat niezachwiany szacunek dla fachowego oka Ridley’a Scotta wyrażam. Bywały tymczasem w wieloletniej historii pracy nestora reżyserii przypadki, że za wyśmienitą stroną wizualną, nie do końca ekscytująco prowadzona historia stała i być może za dużo niewątpliwy mistrz władania filmowym orężem w swojej karierze prób praktycznych raczył podejmować. Na szczęście nie przydarzały się klęski totalne - obrazy, które radykalnie na moment jego status reżyserski obniżały. W tym roku także obfitością mnie obdarowuje, bowiem dziś Ostatni pojedynek mam przyjemność poddać rozważnej ocenie, a za czas już niedługi Dom Guccich poddam mniej lub bardziej wnikliwej analizie. Jak ten drugi z wymienionych się udał - już jakieś niepokojące sygnały do mnie dotarły. Jednako rzecz oczywista, dopiero gdy sam będę miał sposobność z tematem się zapoznać, to absolutnie we własnym sumieniu prawdę subiektywną przepracuję i nie omieszkam podzielić się jej wynikami. Jak natomiast wyszedł epos rycerski, już teraz wartko donoszę. Wyszło zacnie, w szczególe zarówno odnoszącym się do wizualnego efektu, jak i najbardziej do historii bogatej w niuanse i subtelności oraz w stosunku do przyjętej konwencji tejże historii widzowi przekazania i objaśniania. Historia jest zajmująca i ze względu na mnogość detali pomiędzy wierszami i nazbyt śpieszne, krótkimi scenami w powtarzalnym rytmie prześlizgiwanie się przez rozbudowaną fabułę, wciąż pomimo to przejrzysta i z racji z trzech perspektyw narracji, nie wymagająca dopisywania faktów z marginesu wyczytywanych. Nie jest także aż tak niemożebnie dokuczliwe, to bardzo wartkimi ujęciami widza karmienie i nawet ekspozycja, bez obecności myślę mimo wszystko dla dobra estetycznego koniecznych dłuższych fragmentów (przyjęta formuła perspektywy spojrzenia i śledzenia nie zdołała tego zapewnić), nie odbierała ochoty na obserwację męskiej rywalizacji o zaszczyty, honor, władzę i fundamentalną w scenariuszu kwestię męskiej dominacji nad kobiecymi walorami. Pomiędzy dwoma druhami konfrontacji i kulminacyjnego brutalnego znieważenia białogłowy, które doprowadzi finalnie do efektownego pojedynku na ubitej ziemi. Skupionym bowiem raczy być Scott nie na tanim kuglarstwie, a na solidnym rzemiośle, które zręcznie praktykowane, także szlachetny efekt potrafi osiągnąć i emocji wzniosłego przeżywania nie szczędzić.

P.S. A inaczej, a wprost - bez wydziwiania. :) Ogromne przeżycie - wzruszenie i poruszenie szczególne, kiedy opowieść systematycznie nabiera rumieńców. Wielki film, godny porównań z największymi dziełami gatunku. Sceny brutalnych walk bitewnych to bardzo sugestywne doznania, kiedy szczęk żelaza, gruchot łamanych kości i rozbryzgi krwi na ekranie dominują. Finałowy pojedynek spostrzegam natomiast, jako wręcz operatorski i montażowy majstersztyk. Zapierający dech pokaz kunsztu na wielu płaszczyznach filmowej sztuki. To technicznie, a merytorycznie? Role społeczne jako konstrukty czasu i okoliczności - powiązane z poziomem wiedzy oraz potrzebą pielęgnowania poczucia władzy i dominacji. Krytyka ekstremalnego patriarchatu i kobiety jako milczące ofiary, bądź ofiary stanowczego forsowania prawdy. Bardzo inspirujący temat, można by napisać że też współcześnie zaskakująco aktualny. Jednak na czoło wysuwa się jeszcze inny wniosek. Wniosek którego bym się z jednej strony nie spodziewał, a z drugiej jest on logicznie wytłumaczalny. Stwierdzam (uwaga!), iż Ben Affleck trafnie obsadzony, potrafi sobie na pochwały zasłużyć. Chociaż nie na taką lawinę komplementów jak pięknowłosa Jodie Comer!

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Black Label Society - Doom Crew Inc. (2021)

 


Ten sam w sumie, poniekąd od pierwszego albumu odgrzewany kotlet, który do momentu wydania Mafii w roku 2005, był na tyle dobrze doprawiany brzmieniowymi, aranżacyjnymi wprawkami i żarem wykonania, że to co w zasadzie podobne, a nawet bliźniacze, potrafiło się od siebie odróżnić. Jeszcze dwa kolejne albumy (Shot to Hell i Order of the Black) mogą być podciągnięte pod fazę wzrostową i szczególnie do pierwszego z nich mam sentyment wielki. Lecz później, kiedy wręcz sam siebie przekonywałem, że Grimmest Hits i trochę mniej Catacombs of the Black Vatican jest w zasadzie tak dobry jak każdy je poprzedzający, to podświadomie czułem, że nie ma już nadziei dla ekipy prowadzonej przez brodatego Jankesa i przyjdzie niewątpliwie taki moment, kiedy powiem dość! Dziś następuje przełom - wystarczy kredytu zaufania, który zakładał, iż muzyce tworzonej przez Zakka Wylde'a zastrzyk świeżości zostanie zaaplikowany. Nie może bowiem BLS stawać w jednym rzędzie z AC/DC czy Motörhead i nagrywać wciąż to samo, mając zagwarantowane iż zostanie to przyjęte zawsze z gigantycznym entuzjazmem przez zagorzałego fana. Wróć, może i nic nie stoi na przeszkodzie, aby BLS trwał przez kolejne lata z grupą oddanych maniaków i oni nie mieli pretensji o stagnację, a nawet wstecznictwo. Jednak jak mnie takie miałkie mielenie z Doom Crew Inc. nie wzrusza, to aby pozostać wciąż związanym z krążkami jakie wywołują u mnie pozytywne emocje, trzeba radykalną decyzję podjąć i już nie zacierać ich wrażenia bieżącą sromotą. Bo ja chwalić chciałem, źle się nie nastawiałem i kilka fragmentów z najnowszego longa mnie tak mini mini na plus zaskoczyło, lecz większość materiału brzmi tak ospale i nijako że litości. W śpiewie Zakka nie ma ani mocy, ani entuzjazmu, a to próżne do mikrofonu mamrotanie i riffy ciągnące się niemożebnie wypełniające proste/przewidywalne konstrukcje sprawiają, iż nie przysypiam z nudów, ale wręcz życia mi się odechciewa. A to nie jest przecież żadna stylistyka dołująca, tylko hard rock siarczysty co ma napędu dostarczyć, a nie resztek napędu pozbawiać. Stąd zamiast się męczyć po raz piąty, tego piątego odsłuchu sobie nie zaaplikuje. Wrócę jednak do starszych rzeczy i nie ma obaw, jak Zakk nagra łebską płytę komplementów nie będę szczędził. 

niedziela, 5 grudnia 2021

The Lurking Fear - Death, Madness, Horror, Decay (2021)

 

Tak się cieszę, tak się bardzo donieść spieszę, że dwójka The Lurking Fear jest jeszcze bardziej przekonująca od jedynki i tym samym pobudzone zostało we mnie skojarzenie, iż to sytuacja bliźniaczo podobna do tej, której bohaterem niedawno był inny „gwiazdorski” skład. Reluctant Hero formacji Killer Be Killed mam na myśli i w takim oto sensie, że dalekim od stylistycznych podobieństw, a bliskim w istocie sprowadzonej do zawarcia w kompozycjach kontynuacji stylistyki z debiutu, lecz z jeszcze obfitszym wyeksponowaniem znamion wyrazistości, atrakcyjnie ożenionej z chwytliwością motywów i tematów. Cechy powyżej nadmienione, czynią galopadę The Lurking Fear znacząco bardziej przystępną, ale i ciekawszą, bowiem urozmaiconą niezbędnym w szwedzkim brzmieniu groove’m i co lubię bardzo, klasycznym akcentowaniem brzmieniem talerzy. Kręci mnie więc jako fana solidnie, takie akurat masywne thrash-deathowe okładanie mięsistym riffem i perkusyjnym cykaniem. Bardziej mimo wszystko wściekłe niż epickie, gdyż oprócz korzystania z monumentalnych zwolnień i melodycznej ornamentyki, to w zasadzie emblematyczne skandynawskie chłostanie. Przede wszystkim jednak obcowanie z drugim materiałem ekipy stworzonej z rozpoznawalnych w metalowym środowisku nazwisk, to intensywne dźwiękowe doznanie, podbite kapitalnym mrocznym nastrojem dla balansu i równowagi. Debiut jak pamiętam (a przypominam sobie ostatnio Out of the Voiceless Grave często) grzeszył przykładnie nie tylko deathowym „bluźnierstwem”, ale też niestety jednowymiarowością, w podobieństwie poszczególnych kompozycji dostrzegalną. Death, Madness, Horror, Decay grzeszy już tylko tym, czego po zdeklarowanych grzesznikach mogłem oczekiwać. :)

sobota, 4 grudnia 2021

Wolfmother - Rock Out (2021)

 


Zaczęli w 2005 roku, od razu ze sporym na scenie uprzywilejowaniem, bo doskonałe przyjęcie debiutu przez posiadających posłuch w mainstreamie dziennikarzy i promotorów dało wsparcie i wysunęło ich z miejsca na czołowe lokaty w rankingach popularności i sprzedaży. Kiedy dwójka się pojawiła, tylko potwierdziła, że splot w drodze po sukces przyjaznych okoliczności to jedno, a drugie to oczywiście znakomita jakość przemawiająca za poparciem fana. Cosmig Egg dawał bowiem uzasadnione przekonanie, że Wolfmother to będzie wielka nazwa, lecz w mgnieniu oka sypać w obozie się zaczęło i tak dobrze o kolejnych albumach nie miałem powodu by napisać, mimo iż na przykład Victorious kręcił znacznie bardziej od poprzedzającego New Crown. Od kilku lat jednak Wolfmother odbiera mi wszelką nadzieję, na coś więcej, niż tylko odnotowywanie że nowy krążek pojawił się w sieci, gdyż zespół nie jest już zespołem, a tylko rodzajem solowego projektu jego lidera, zatrudniającego znajomych muzyków do obsługi instrumentów, bądź samemu rejestrującego ich ścieżki w studiu. Rozumiem że Andrew Stockdale rozmyślnie wybrał taką drogę, manifestując swoją rezygnację z mainstreamowej popularności, nagrywając w surowych warunkach równie surowego rock'n'rolla. Dla zasady pokazał środkowy palec machinie biznesowej, za co szacunek myślę powinien mu się należeć. Natomiast wiem, że jedno funkcjonowanie w zgodzie ze sobą, najlepiej według własnych reguł, drugie to status dziwaka i po trzecie (najgorsze) praktyczne osłabienie tym samym własnej muzyki, poprzez ugrzęźnięcie w bańce i to z przekonaniem że jest zajebiście, kiedy obiektywnie tak nie jest. Tak to wygląda przynajmniej w mojej opinii - nic nie znaczącej nie tylko na Antypodach. :)

P.S. Krótko - głupio chłopak robi, bo nagrywa wesołe, lecz miałkie albumy. Ale może jest szczęśliwy, lub tylko się tak oszukuje. Cóż. 

piątek, 3 grudnia 2021

The Power of the Dog / Psie pazury (2021) - Jane Campion

 

Mocno mi Benedict tą kreacją zaimponował, trudno bowiem było mi go sobie wyobrazić, jako kawał rzutkiego cowboyskiego skurwiela, a on cyk - znokautował. Ale chyba nie trudno o kapitalne granie, kiedy za sterami zasiada reżyser/ka przywiązana obsesyjnie do każdego szczegółu i tym samym zapewne wymagająca koncertowo wykonanej roboty. Tak też wybornie każda z postaci z kart scenariusza na żywy ekran miała zaszczy zostać przeniesiona i trzeba za tak doskonałą robotę motywacyjną, twórczynię oscarowego scenariusza Fortepianu komplementować. Może poniesiony entuzjazmem za wysoko stawiam jej wpływ, porównując na przykład z mega mistrzostwem Paula Thomasa Andersona i jego oddziaływania na Daniela Day-Lewisa i Paula Dano w Aż poleje się krew, ale pal licho, niech ma, niech czuje się doceniona. :) Tym bardziej, że klimat jaki na potrzeby przygnębiającego dramatu osadzonego w westernowym anturażu wykreowała, to taka najbardziej soczysta atmosfera gatunkowa, z której sączy się kropelka po kropelce aromatyczna stylistyczna esencja. Obraz jest fenomenalnie dopieszczony grą światła, a muzyka z tła wychodząca często z cienia na pierwszy plan, raz dosadnie podkreślając epickość formy, dwa charakterystycznym brzmieniem strun banjo wyostrzając podskórny puls i napięcie w osobowościach bohaterów i relacjach pomiędzy nimi wrzące. Ciche spięcia i będące konsekwencją ich narastania burzliwe tąpnięcia. Coś tajemniczego i niepokojącego obejrzałem zarazem, także ciepłego i ludzkiego, bo to film nie tylko o złych ale i dobrych ludzkich emocjach. A o czym konkretnie ta historia? O dwóch braciach po przejściach i z różnicami charakteru oraz natury ich osobowości. O psychicznie niestabilnej kobiecie, z którą jeden z braci się związał oraz o jej synu o mało męskim usposobieniu i wątłej fizyczności. To kawał tematu i kawał dobrego kina z niego wyciśniętego. Długo na coś tak artystycznie wyrazistego i fabularnie intrygującego od Jane Campion czekałem. Zasysa i osacza. Zrobiło mi dobrze, gwarantuję, iż zrobi dobrze również zawodowej krytyce.

P.S. Już w czasie seansu do mnie dotarło, dlaczego Benedicta akurat do roli Phila Burbanka Campion potrzebowała. On się przecież znakomicie do niej nadawał, kiedy rola wymagała mizernego chłopczyka, który okolicznościami zahartowany, na zewnątrz, na pokaz twardym skurwielem się staje. I ja taki wybór castingowy bardzo popieram. 

czwartek, 2 grudnia 2021

Teściowie (2021) - Jakub Michalczuk

 

Jak seans startował, to sobie pomyślałem, że pewnie tylko ten kapitalny i zapożyczony ze współczesnego oscarowego kina patent na perkusyjne smaczki, zamiast typowej muzyki z tła pochwale. Pomyślałem znając zwiastun, że będę się w zasadzie męczył bowiem grad suchych żartów w dialogach bardzo mocno mnie poturbuje. Tyle, że tak sobie nonsensownie z d*** pomyślałem, bo ze mnie wróżka żadna i fusy z porannej kawy nic mi nie mówią, więc w sumie nieco w przewidywaniach pobłądziłem. Fakt, dialogi nie zaskakują i są niemal jeden do jednego takie, jakie już przed projekcją w głowie słyszałem. Ale gdyby nie fajne (eee tam, genialne) aktorstwo (Dorociński hmmm… na plus, na plus też bardzo) i doskonałe oko operatora, sunącego z kamerą na podobieństwo podpowiedzią skojarzeniową wspomnianego powyżej  Birdmana to byłoby znacznie bardziej płasko niż okazało się być. Jest w rzeczywistości równie dobrze w sensie społecznej diagnozy (rodzice jedno, dzieci drugie), jak błyskotliwie w puencie i wystarczająco zabawnie przez całe 80 minut. Prawda ekranu zawiera w sobie sporo prawdy z życia – relacje teściów oczywiście stereotypami są przesiąknięte, ale nie mogło być inaczej, bo najbardziej schematy i skróty myślowe bawią. Inspiracja z życia obserwacji bardzo dobrze została zagospodarowana i ewoluowała naprawdę ekscytująco, a numerem jeden to bezdyskusyjnie była żona szlachcica z Sochaczewa. :) Długo milczała, ale jak się już odezwała, to k**** petarda. Mocno wątpiłem w efekt, tym samym wahałem się przed jego sprawdzeniem, a nie było powodu. Dostałem bowiem (i nie oprę się pokusie użycia wielkich słów) współczesny kameralny Kogel Mogel i esencjonalne Wesele w jednym. Dziękuję!

P.S. Dzisiejsze wesela są takie wystawne i takie wykwintne. Wszystko jest na nich takie tip top. Goście tacy eleganccy i oni obowiązkowo tą bułkę przez bibułkę. Straszne! Już się boję, że kiedy przyjdzie dzień próby, to nie udźwignę. 

środa, 1 grudnia 2021

Adele - 30 (2021)

 


Wówczas, kiedy zjawisko zwane Adele na salony światowego popu z rozmachem za udziałem 21 wchodziło, ja również zauroczony zarówno aranżerską robotą autorów kompozycji z drugiej płyty wokalistki, jak i oczywiście brzmieniem jej głosu, do grona fanów żwawo przystąpiłem i niestety, gdy w cztery lata później trzeci krążek wydała, srogo rozczarowany zaledwie po kilku tygodniach obcowania z 25 się poczułem. O moich odczuciach, swoje i po swojemu napisałem, nie spodziewając się szczerze powiedziawszy, że Adele pozostająca pod wpływem speców od spieniężania własnego talentu, kiedyś jeszcze płytę z charakterem zdoła nagrać. W międzyczasie też moja uwaga w tym akurat segmencie muzycznym, na inny kobiecy głos została przekierowana, a wokalne możliwości Kovacs jednoznacznie zdopingowały mnie do wyrażenia przekonania, że to nie Adele może skutecznie pretendować do korony jaką w tragicznych okolicznościach Amy Winehouse pozostawiła, a właśnie dorównująca jej charyzmą głosu i osobowości Holenderka. Teraz jednak z czwartym longiem Brytyjka powraca i nie, nie zmieniam zdania, że Kovacs jest zjawiskiem o wyższym współczynniku możliwości, ale ukrywać nie będę, iż za sprawą 30 Adele na nowo we mnie do własnej twórczej ekspresji sympatię w serduchu rozpaliła. Póki co (a piszę z perspektywy zaledwie odrobinę więcej niż tygodnia od premiery) spostrzegam czwórkę jako album, który z powodzeniem zarówno Whitney Houston mogłaby nagrać, a nagrać nie nagrała, bowiem jazzującego pierwiastka pomysłom na nią brakowało, tak w świecie męskim Frank Sinatra - gdyby mistrz współcześnie na rynku popu debiutował. Wszystko mianowicie jest tu zwyczajnie nadzwyczajnie pięknie przez producentów splecione - tak że kompozycje utkane na najdoskonalszych muzycznych krosnach są zarówno zwiewne, wyraziste, jak właśnie tak cudnie przezroczyste, że cały talent Adele potrafią wyeksponować. Dodatkowym atutem, który z różnych perspektyw spojrzenia może być też delikatnie nazbyt grubymi nićmi szyty, to ten liryczny konspekt na najszczerzej najszczerszej spowiedzi oparty. Nie wszyscy wrażliwcy, z czym się zgadzam akurat takich "słów i emocji" potrzebują, ale myślę iż wszyscy którzy cenią znakomitą pracę kompozytorską, wokalną i w interpretacji zawarte uczucia potrafią z empatią odczuwać, z pewnością tegoroczny krążek docenią. Adele wyraźnie odbiła ze ślepej uliczki na jaką ją fachowcy na poprzednim albumie nakierowali i ten jej miks wielorakich wpływów od mocno popowego soulu, przez cudnie żywy r'n'b, po smooth jazz, funky i kameralne musicalowe quasi orkiestracje, mnie się znów podoba. Nie wyróżniam żadnego z utworów, bowiem moi faworyci dzisiejsi zapewne z czasem zostaną zastąpieni numerami wolniej osadzającymi się w świadomości, jako że 30 ma dużo więcej do zaoferowania niż klasyczne przeboje. Za co w stronę Adele kieruje ukłony. 

wtorek, 30 listopada 2021

Farming (2018) - Adewale Akinnuoye-Agbaje

 

Niezły numer ta historia. Kompletnie nie miałem pojęcia, że takie zjawisko "farmingu" na brytyjskich wyspach istniało. W zgodzie z prawem i jako ogólnie przyjęta norma, dość masowe przysposabianie dzieci nigeryjskich emigrantów, przez angielskie robotnicze rodziny, na przełomie sześćdziesiątych i siedemdziesiątych lat. Trochę też chyba wykorzystywania systemu opieki społecznej do celów zarobkowych, bowiem ten eksperyment socjalny raczej nie był sponsorowany wyłącznie przez nigeryjskich rodziców dzieci umieszczanych w angielskiej pieczy zastępczej. Tym samym, zamiast rozbudzania atmosfery tolerancji, wprost przeciwnie (jak to niestety dzieje się zazwyczaj), pobudzania intensyfikacji zjawiska Adewale Akinnuoye-Agbajenietolerancji, czy wprost rasizmu. To oczywiście skrótowiec myślowy i uogólnienie - akurat domniemanie na podstawie pewnego wycinku, którego obraz, ta historia oparta na autentycznych wydarzeniach opowiada. Opowiada sytuację wstrząsającą, która też fabularnie mnie zaskakuje, bo do finalnego kryzysu tożsamości rasowej bohatera, bardziej od samej "white power" przyczyniła się rodzima afrykańska kultura. Pokręcone to, ale przecież nic tu nie może być podważone, ani nic właściwie zdziwienia wzbudzać. Jak się ktoś rodzi w Afryce, dalej przez okres kształtowania osobowości wychowuje w Europie, to w okresie dojrzewania nie będzie się czuł jak w domu, na powrót umieszczony w kulturze czarnych, kiedy to rodzinną z białasami więź się posiada. Tym bardziej, kiedy ta afrykańska kultura daleka od wysokich cywilizacyjnych standardów i podporządkowana zabobonom voodoo. Więcej wątków ze scenariusza nie zdradzę, dodając tylko, że na kapitalnie wyjaśnionych paradoksach on głównie oparty, a technicznie film Adewale Akinnuoye-Agbaje jest sprawnie wyprodukowanym dramatem, którego największa siła zawarta, tylko w pozornie kuriozalnym odwróceniu ról i nieoczywistej z punktu widzenia popularnych stereotypów genezie stawania się ekstremalnym rasistą. Tak naprawdę historii, która jest przystępnie na tacy podanym dramatem człowieka i tragedią jego człowieczeństwa. 

poniedziałek, 29 listopada 2021

Dune / Diuna (2021) - Denis Villeneuve

 


Poniżej nie zaoferuję rozbudowanej analizy treści i także nie ma co liczyć na słowo nawet konfrontujące pracę Villeneuve'a i Lyncha, bowiem pośród jak zdążyłem się ostatnio przekonać (być może nie w większości w deklaracjach) powszechnej znajomości dzieła Franka Herberta, ja dla odmiany staje przed Wami z prawdą na ustach, która brzmi: ja Diuny nie czytałem, ja nawet Diuny według Lyncha nie oglądałem! Powyższe zapewne stawia mnie w świetle niezbyt przychylnym i wręcz nawet w pozycji całkowicie niesprzyjającej, by swoje zdanie wypowiadać i aby ono jeszcze było traktowane poważnie, jako kompetentne. Dlategóż właśnie, niezbyt ochoczo do seansu „nowej” Diuny przystępowałem, bowiem nie było we mnie ani ciśnienia na zapoznanie się z klasyką, ani tym bardziej sentymentem napędzanej motywacji, bądź dostrzeżonej szansy, aby na garbie/wydmie Diuny w mediach społecznościowych zaistnieć. :) Jedno co mnie przekonało, to oczywiście gorące obecnie nazwisko kanadyjskiego reżysera, którego filmy z pasją nie od wczoraj czy przedwczoraj oglądam. Od wielu lat (najszczerzej pisząc) czynię to bardzo systematycznie, śledząc w ten sposób rozwój jego kariery. Aby w zgodzie z zasygnalizowaną szczerością wypowiedzi pozostać, obsada tak znakomita też mi nie była nieobojętna (Isaac, Chalamet, Brolin, Bardem geniusze, plus o Jezu jak ja lubię spojrzenie Rebeki Ferguson) i miała aktorska ekipa swój wpływ na pobudzenie kultową historią zainteresowania. Wziąwszy pod uwagę, iż porównywać nie mam z czym, to też moja maksymalnie subiektywna ocena posiadać może walor powiązany z czystością percepcji i na tym naturalnie się skupiłem, przy rozdziewiczającym z tytułem starciu - o tym mimo obawy z ekscytacją teraz Wam donosząc. Widać pieniądz, pieniądz zainwestowany w znakomity wizualny efekt - wysublimowany i w hollywoodzkim stylu widowiskowym pozostający. Ale prócz pieniądza, jest doskonałe oko i wyborna myśl narracyjna. Mozolna i hipnotyzująca, ale przede wszystkim dla takiego świeżaka jakim ja w temacie jestem, jasno świat Diuny wyjaśniająca - nakreślająca skutecznie, bo efektywnie, kształty jego i reguły w nim funkcjonujące. Przyznaję, iż sprawnie mnie Villeneuve w tą epicka opowieść wciągnął i jej klimat pod względem wizualnym też odmalował. Majestatyczne ujęcia i surowy futuryzm oraz jego części składowe, jak pojazdy ważki, czyli ornitoptery oraz dziesiątki innych wytworów i koncepcji powstałych w umyśle Franka Herberta. Zrezygnował Villeneuve jak domniemam tym samym, z mnóstwa literackich niuansów w dialogach oryginału przemyconych. To mniejszy minus dla miłośników powieści Herberta i większy plus dla wszystkich, którzy mogliby poczuć się przytłoczeni bogactwem zawartym w pierwowzorze i być może skutecznie zaciekawieni sięgną w najbliższej przyszłości po tekst Herberta - bo bakcyla połkną, a nie wciskanym bez opamiętania bakcylem się zakrztuszą. W tym układzie w sumie na dwoje babka wróżyła - czego kumatym nie ma potrzeby wyjaśniać. Podsumowując, ale unikając jak widać telegraficznego skrótu. Morze piasku i ocean wyobraźni. Potężna technologia zaprzęgnięta do artystycznej wizji. Niby cała cytryna wyciśnięta, ale jeśli to prawda, że wizja filmowa nigdy nie dorówna potencjałowi literackiego pierwowzoru, to sporo cytrynowej treści w książce pozostało. Zatem bez dyskusji udana adaptacja, ale kto wie, czy kiedyś w przyszłości ktoś nie zrobi tego jeszcze lepiej. Póki co poczekam i zobaczę jak dalsze losy Planety Arrakis Kanadyjczyk mi sprzeda. 

P.S. W swojej fantastycznej konwencji film wielki, ale poza nią tylko coś w stylu bardziej mrocznych i filozoficznie rozbudowanych Gwiezdnych Wojen, z kapitalnie osaczającą muzyką. Oglądałem nie dlatego, że jest to Diuna, obejrzałem i tłustym drukiem jeszcze raz na koniec to przekonanie eksponuje, gdyż jest to Diuna według Denisa Villeneuve'a.

niedziela, 28 listopada 2021

Last Night in Soho / Ostatniej nocy w Soho (2021) - Edgar Wright

 


Edgar Wright wyraźnie rozochocony sukcesem Baby Driver, ponownie wchodzi w buty żonglera filmowymi gatunkami i podobnie jak w przypadku opowieści o smarkatym mistrzu kierownicy zaczyna swój spektakularny pokaz od sceny rodzinnej, za bohatera biorąc sierotę wchodzącą w dorosłość i zderzającą się z tej dorosłości ścianą. Niewinność i naiwność, karmiona ucieczką w muzyczny świat, tym razem jednak ma płeć piękną, a miejscem akcji rodzinna dla Wrighta Anglia. Dokładnie (jak tytuł wskazuje i nie stara się bynajmniej w błąd wprowadzić :)) w londyńskiej dzielnicy rozrywki Soho nazwanej cała akcja się rozgrywa, a jej czas podzielony pomiędzy współczesność, a odległe lata 60-te. Nie powiem żeby pomysł Wrighta na taką zabawę filmowymi konwencjami nie był atrakcyjny i mnie się on także podoba. Nawet jeśli ewolucja ze słodkiego quasi musicalu w dość krwisty horror napędzany wątkiem kryminalnym, niekoniecznie była tym czego oczekiwałem, to całość na spójności nie tracąc, wciągnęła i na zegarek w międzyczasie nie zerkałem - a to się chwali, chwali! Ale zanim zacznę pomysłodawców i ekipę realizacyjną po pleckach poklepywać, muszę odrobinę krytyki do ogólnie pozytywnej reakcji dodać, bowiem im więcej odlotów wyobraźni i na finał bardziej "młodzieżowo" pod publiczkę, to tym mniej u mnie entuzjazmu i ochoty na kompletowanie. Chcę zatem powiedzieć, że kilka pomysłów finalizujących zostało przesadzonych, jednak cała historia także z zakończeniem na tyle spójna, że zapomnijcie co w bezpośrednio poprzedzających tą puentę zdaniach napisałem. :) Za super aktorstwo Panny Taylor-Joy i niezłe Thomasin McKenzie, jestem w stanie oko przymknąć na scenariusza wady, a szeroko w zamian otworzyć na oczywiste kobiece wdzięki. Również za realizację dynamiczną i ogólnie szlif wizualny (no te zjawy, nie wiem nie wiem do końca), ale ten neonowy Londyn, te cudne kreacje i za ścieżkę dźwiękową - za to wiele mogę wybaczyć. Wybaczyć też przesyt jump scare'ów i wspomnianą sztuczną na finał dramaturgię oraz podkreślone, strasznie cyfrowe zjawy. Te słabości zignorować i skupić się na całkiem głębokim społecznym przesłaniu oraz popkulturowym obliczu. Bo to oprócz cudnej blondyny na pierwszym/drugim planie, ogromne zalety, czasem nazbyt popuszczonych wodzy fantazji Pana reżysera. 

sobota, 27 listopada 2021

Stillwater (2021) - Tom McCarthy

 

Mocna historia i sprawnie, chociaż nie wybitnie zajmująco opowiedziana. W niej Matt Damon w roli, która nie do końca do jego profilu aktorskiego pasuje, ale jak myślę odegrana zostaje tak, że bez złośliwych przytyków, to nie ma większego powodu by się do niej przyczepić. Nowy film niedawnego zdobywcy oscarowych laurów, niczym wybitnym się tak wprost powiedziawszy nie wyróżnia, bo charakter historii będącej prywatnym śledztwem Amerykanina w Marsylii, którego wpierw celem zdobycie dowodów niewinności córki skazanej za morderstwo, a później posklejania swojego życia, bowiem nadarza się okazja, narzuca oczywisty sposób narracji oraz metodologiczną, klasyczną w swej prostocie formułę. Film, mimo to jest ciekawie osadzony w kontekście kulturowym i pobieżnie lecz wyraźnie, konfrontuje zarazem "białą" mentalność mieszkańców amerykańskiej prowincji (Damon), z wielkomiejską mentalnością wielokulturowej Francji, w której problem emigracji powoduje podziały społeczne i skrajny stosunek do bliskowschodnich emigrantów. Niby kraje przez wzgląd na rasową różnorodność podobne, ale gdy się przyjrzeć i bliżej w temat wgłębić, chyba jednak różne, więc jak się chce, to można sporo w tym "pobieżnym" spojrzeniu wychwycić. To ważne, lecz tylko tło, dla trudnej walki ojca o wolność córki. Jego zmagań, nie tylko z tajemnicą zbrodni, ale też z prozaiczną, jednakowoż ogromnie utrudniającą barierą językową. Uparte działania ojca niedoskonałego, który sporo w swoim życiu zdążył spieprzyć i teraz w poczuciu winy i odpowiedzialności, po przejściu stosownego odrodzenia w atmosferze głębokiej wiary, stara się naprawić co jeszcze jest w stanie. Gość robi co może, ale przez skomplikowane przeszłymi zaszłościami oraz obecną sytuacją relacje, nie jest w stanie ot tak naprawić więzi - „od ręki” rany zaleczając. To co widać na ekranie ewoluuje i z czasem skupia się na relacji, by po granicznym wydarzeniu stać się właściwie dramatem, bardziej obyczajowym niż tak jak na początku śledczym - porzucając po drodze na dłuższą chwilę ten (już w sumie nie wiem) czy kluczowy wątek. Bohater bowiem odnajduje swoje miejsce w tej nowej rzeczywistości i układa sobie w miarę płynnie życie. Oczywiście do pewnego momentu, kiedy to reżyser włącza tryb sensacyjny i na jego fali niesie widza do wątpliwego happy endu.

P.S. Ten obraz współczesnej Francji, w której wyrosły getta jest niepokojący, a wręcz przerażający. Niebezpieczne dzielnice i uliczne gangi. Świat dilerów, drobnych cwaniaczków i powszechnej przemocy. Francja, jakiej można się bać i Francja zupełnie różna od tej z turystycznych folderów. Z tej perspektywy to piekło i każdy po zapoznaniu się z takim obrazem może poczuć się zagrożony ewentualnym napływem emigrantów, pośród których przecież pewnie jest tyle samo uczciwych i życia zgodnie z prawem pragnących jednostek, jak tych z marginesu niechcących się wyrwać. O tej oczywistości, Tom McCarthy ze wspólnikami scenarzystami, też nie omieszkał nieco przypomnieć.

piątek, 26 listopada 2021

Orange Goblin - Time Travelling Blues (1998)

 


Sabbathowo, w znaczeniu bluesowo i psychodelicznie Orange Goblin na Time Travelling Blues uderzają, a w Shine na wejście, to nawet klawisze na podobieństwo pracy wykonanej przez Jona Lorda na między innymi In Rock wybrzmiewają. Zatem to co tutaj gra, to przede wszystkim (tak wówczas, jak i dzisiaj) współczesny hołd dla dwóch brytyjskich gigantów - głębiej i bliżej w inspiracje nie wnikam. Bez zabiegów studyjnych talentu dodających, gra z łapy i z pasją, stąd materiał powstały zdatny jest zarówno do machania bańką, jak i nóżką potupania. Te dźwięki po prostu dusze posiadają, a sami Orange Goblin jak myślę (grając zawsze według podobnej metody, w serduchu posiadającej swe źródło), to w schematycznej formule tak na dobre nie ugrzęźli - choć też równocześnie nigdy mocno do przodu swojej muzyki nie pchnęli. Ja akurat ich nutę (po szybkim przytuleniu) dość powoli oswajałem, w kierunku odwrotnym rzecz jasna do powstałego. Bowiem rozpoczynając przygodę dopiero na wysokości Healing Through Fire (2007), systematycznie do starszych albumów się przekonywałem. Mimo iż charakterystyczne logo niemal od startu ich kariery znałem, to nie było na tyle sprzyjających okoliczności, aby już wcześniej wpaść w ich łapska. Dzisiaj po latach odsłuchów wiem już, iż nie poszukując nowych form dla rytmu i harmonii, też wyróżnić im się udało skutecznie. Wiem znacznie więcej i zauważam też ten paradoks, że do bólu klasycznie, na sprawdzonych wzorach, a jednak po swojemu i bez uczucia aby było to jakieś mizerne kopiuj/wklej. Kawałki konsekwentnie tematy rozwijają i poziom dźwięku spiętrzają, a dzięki temu Time Travelling Blues kapitalnie buja, dostarczając bezpretensjonalnych powodów do korzystania z tej przyjemności. Chłopaki grając robią przekonujące wrażenie, jakby doskonale się bawili - jakby to smarkacze szalały w kałuży. Za to ich właśnie szanuję, że nigdy nie mieli ciśnienia na coś więcej. 

czwartek, 25 listopada 2021

Respect / Respekt - królowa soul (2021) - Liesl Tommy

 

Hollywoodzka konwencja biograficzna, narzuca mnóstwo ograniczeń natury formalnej i jest gatunkową estetyką, jedną z tych chyba najbardziej konserwatywnych. Bardzo rzadko pojawia się tytuł biograficzny, który wychodzi poza ramy, proponuje coś nowego, świeżego i dzięki temu już na starcie się wyróżnia. Trudno było się jednak spodziewać, by życie Arethy Franklin ukazane zostało w sposób daleki od tylko odrobinę szorstko oszlifowanego szablonu, rezygnując z klasycznych filmowych wytrychów i tak w rzeczywistości jest. Respect, to film zrealizowany niewątpliwie znakomicie, lecz tylko z perspektywy do bólu oczywistego przywiązania do sprawdzonego schematu. Film, którego wartość oglądalności paradoksalnie tkwi w pozostawaniu wiernym standardowej metodzie i w takim układzie też wrażenie zrobić potrafi, bo widz zrasta się z bohaterką i przeżywa jej koleje losu z ogromnym empatycznym zaangażowaniem. Nie przeszkadza mu w tym pieczołowicie dobrana i wypieszczona przez speca od światła wizualna strona i staranne, choć również niegrzeszące brawurą aktorstwo. Ponadto jest jeszcze na całe szczęście ponadczasowa muzyka - całe tony znakomicie opierającej się zębom czasu muzyki i ona robi rzecz jasna kapitalne wrażenie. Jej puls fenomenalny, jej liryczna strona, dotykająca do głębi i pobudzająca, jako całość emocje. Tu jest mnóstwo muzycznego dobra i trudno, aby widz z powyżej zauważonych powodów wręcz rozczarowany brakiem odwagi realizacyjnej, mógł poczuć się zawiedziony stroną odtwarzającą archiwalne występy i sesje nagraniowe. Za te cechy pozwalam sobie sporo punktów ekipie odpowiedzialnej za efekt całościowy przyznać i ze względu na to, ich pracę teraz polecam, a te mankamenty wyrastające wprost z gatunkowej formuły, które powyżej wymieniłem, stają się z tej perspektywy w umiarkowanym stopniu dla końcowej oceny istotne. Bowiem powtarzam - występy, odtworzona ich atmosfera i choreografia, cud miód. Mnie to wystarczyło, by było poruszająco, ale też zwyczajnie dla ucha miło.

P.S. Gwoli ścisłości i uzupełnienia - merytorycznie o charakterze jaki się wykuł w świecie zdominowanym przez autokratycznych mężczyzn, o sile zrodzonej z cierpienia duszy oraz o powracających demonach i wreszcie o sytuacji polityczno-społecznej i zaangażowaniu w ruchy wolnościowe, które przez frustracje mądrej kobiecie rozum odbierały. Bo dźwigała kilka ciężarów naraz i niestety one ją czasami przygniatały.

środa, 24 listopada 2021

The Electrical Life of Louis Wain / Szalony świat Louisa Waina (2021) - Will Sharpe

 


Plan - realizacja! Wczoraj względnie nieszablonowa biografia, jutro biografia klasyczna, a dzisiaj taka można by rzec, niemal na całego oryginalna. Czyli raz Tick, Tick... Boom!, trzy Respect, i w tym miejscu (dwa) The Electrical Life of Louis Wain. Nie wykluczam aczkolwiek, iż należy się spierać, czy bardziej poza schemat wychodzi estetyka musicalowa, czy może w formacie 4:3 bliskie bardzo manierze Wesa Andersona baśniowo-groteskowe spojrzenie, w cudzysłowiu na XIX-wieczną elektryfikacje. :) Obydwa jednak ujęcia, w kwestii nietuzinkowej optyki, wyprzedzają filmowy biopic Arethy Franklin i tym samym/i tak samo się spożytkowanym schematem wyróżniają, jak jakościowo przez wzgląd na kluczową przyjemność z oglądania, wspinają akurat na ten sam wysoki level. Nie zamierzam jednak grzęznąć poniżej w porównaniach i przytaczać na taką okoliczność cechy i fakty, które już zdążyłem dzień wcześniej i zamierzam za dzień już tylko wyartykułować i opublikować. Dzisiaj już do samego dołu blogerskiej szpalty i zamykającej potok myśli kropki na koniec, będzie wyłącznie o historii oryginała o nazwisku Wain, w którego postać szeroko znany, powszechnie lubiany i chyba wciąż odrobinę nadto aktorsko przeceniany niejaki Benedict Cumberbatch (w towarzystwie zacnym) się wciela i swoje założone cele, dzięki tej kreacji osiągając, tym razem na bezdyskusyjne brawa zasługuje. Dał bowiem widowiskowy aktorski koncert, grając człowieka tak dobrodusznego i tak bez litości przez koleje losu dotkniętego, który mimo dramatu i braku umiejętności, aby w skomplikowanym świecie ludzkich uczuć i reakcji funkcjonować, zachował wewnętrzne piękno i dzielił się nim, bez względu na własny, niekoniecznie dobry stan psychiczny. Jakaż, poza wątkiem liryczno-tragicznym, jest tutaj jednak cudna scenografia - i należy jej obowiązkowo fragment tekstu poświęcić. Scenografia, która wspólnego to ma pewnie niewiele z cuchnąco-parujacą rzeczywistością wielkiego wiktoriańskiego miasta, ale dzięki wykreowaniu obrazu podrasowaną estetyką stawiającą na miłe doznania wzrokowe, uzyskuje efekt zachwycający i przyjazny klimat dla pięknie pracującej wyobraźni tworzy. Przyznaję z satysfakcja, z radością wprost z błysku oczu płynącą, że takich urodziwych ujęć uliczek, kamieniczek i okoliczności przyrody (bo nie tylko miasto jest tutaj olśniewające, ale wieś też takaż), to tylko w kinie dla dzieci i młodzieży z mniej więcej polowy XX wieku można się dopatrzyć i ewentualnie jeszcze u wspomnianego Wesa Andersona współcześnie szukać. Mnie taki sposób ekspozycji zawsze cieszy i nie przestaje upajać. Zatem mogę z odwagą przyznać, iż dawno tak romantycznie mi się nie wzdychało, oglądając podobne widoczki. Gdy zauważyć jeszcze fantastyczną pracę kamery, nie unikającą zaskakującej perspektywy, to w kategorii wizualnej, jest to produkcja dotykająca absolutu. Nie daje tym samym do zrozumienia, że estetyka wyprzedza fabułę i zostawia ją w tyle, bo historia życia Louisa Waina, opowiedziana ciepłym kobiecym głosem, posiada kinowy potencjał i dała się w tym przypadku z uczuciem poddać filmowej obróbce. Mamy tu więc miłość i tragedie - życie pełne wzlotów i upadków. Mamy też oczywiście, najbardziej kojarzące się z artystycznym obliczem Waina koty oraz uwaga! Mamy też właśnie elektryczność, w zupełnie innym niż ten praktycznie nam bliskim sensie oraz  gościnne epizodyczne udziały, takiego jednego Taika Waititi i takiego innego Nicka Cave'a. :)

wtorek, 23 listopada 2021

Tick, Tick... Boom! (2021) - Lin-Manuel Miranda

 

Zaczyna się niczym mniej zasobny w fundusze La La Land. Startuje z wysokiego C, od kapitalnie zmontowanej sceny musicalowej i ja od początku dzięki temu zabiegowi jestem kupiony, mimo iż Andrew Garfield pozostawał w moich oczach aktorem z obliczem nazbyt mało plastycznie wyrafinowanym i manierą osobliwie irytującą, którego jakość gry w niemal stu procentach zależy od intuicji obsadzających. Przychodzę w tym przypadku z dobrą jednak nowiną - w tym miejscu będę pracę castingowych fachowców komplementował i chłopaka chwalił, bo historia krótkiego młodego życia Jonathana Larsona napisana na potrzeby debiutu filmowego Lin-Manuela Mirandy (piszą, że Larson dla niego bohaterem młodości) przez  Stevena Levensona, ma wielką moc wzbudzania sympatii, ale jej znacząca siła, prócz oddziaływania piosenkowych perełek, opiera się na brawurowej kreacji właśnie Garfielda. Ale to jest tak ogólnie fajne, jako w połowie sceniczno-broadwayowskie widowisko, dla oczu i duszy niezwykle przyjemne. To jest wzruszające i to jest mądre. To jest chwilami wręcz genialne (Therapy :)) oraz od początku do końca takie świadome i dojrzałe. Kawał świetnej roboty aktorskiej, wokalnej, jak i oczywiście inscenizacyjnej, w filmowym spektaklu o człowieku ognistej pasji i żarze pasji w człowieku. O talencie gigantycznym i za krótkim czasie by się nim w pełni podzielić. Bardzo sympatyczna, także na finał prawdziwie smutna biografia w musicalowej oprawie - coś podobnego do ostatnio popularnego hołdu dla Eltona Johna, tylko bardziej wielowymiarowo, ponadto tak kameralnie i młodzieżowo. Mniej odtwórczo, a bardziej kreatywnie i poza tym o twórcy i artyście docenionym, lecz na tyle niszowym, że dla mnie i zapewne dla wielu dalekich od nowojorskiej bohemy widzów kompletnie nieznanym. Znakomita porcja przemyślanej optymistycznej rozrywki i zarazem inteligentna lekcja pokory wobec życiowej drogi artystycznej i wyroków losu. Do śmiechu i do łez, też.

Drukuj