Uwaga! Bieżący solowy Wilson jest zarazem niczym nowe (nie wiem czy lepsze) otwarcie i kontynuacja tego czego od lat można po nim się spodziewać (nie wiem czy to dobrze :)) jednocześnie, zarazem pisanie o nim jednoznacznie w sensie kategoryzacji jest odrobine trudne. The Harmony Codex jawi mi się (maksymalnie subiektywnie) jako zarazem album bliski twórczości Porcupine Tree, a jednocześnie krążek udanie wychodzący poza szufladkowanie Wilsona jako artysty typowo progresywnego. W sumie muzycznie wygląda jak esencja trzech ostatnich jego wydawnictw solowych, gdzie udanie przecież powiązał wielowątkowe suity z ambitnym popem i to też w pigułce zawiera na najnowszym albumie, który być może w tym momencie dla mnie jest wciąż trudny do opisania, gdyż zanim się pojawił i Wilson dość dużo o nim w międzyczasie mówił, to wydawać mógł się w mojej wyobraźni znacznie odważniejszy, szczególnie iż ponadto The Future Bites znacząco uciekał w prostsze, co nie znaczy że gorsze jakościowo od rozbudowanych konstrukcji. Dzisiaj bogatszy już o wiedze pochodzącą z licznych odsłuchów THC mam jednako to przekonanie, iż Wilson lekko kurs w stosunku do poprzedniczki zmienił, a nawet spojrzał ponownie bardziej wstecz i dzięki temu powstał materiał bardzo przekrojowy, a jednocześnie przede wszystkim ilustracyjny, bowiem trudno by esencji twórczości jego nie można było sprowadzić po prostu do komponowania muzyki niczym malowania fascynujących pejzaży z poukrywanymi w tle, nie bez znaczenia detalami. Teraz gdy w słuchawkach ta piękna muzyka płynie, a ja staram się zebrać myśli i koncentrując się na niej wyrwać z siebie jakieś ciekawe chociażby spostrzeżenia różniące się od poprzednich, to po prawdzie musze polec z kretesem, gdyż tylko w głowie myśli ze schematem w postrzeganiu pracy Wilsona się kojarzą. Nie wiem w sumie skąd właściwie to uparte poddawanie się obsesyjnemu przekonaniu, iż w przypadku THC powinienem móc napisać coś oryginalnego, kiedy doświadczenie z nią kontaktu absolutnie do wystukania owych nie predestynuje. Stąd może powinienem się rozpisać na temat każdego z numerów z osobna i tym samym być może z małych wniosków powstałby automatycznie wniosek nadrzędny, w którym o dziwo coś zaskakująco świeżego o aktualnej formie kompozytorskiej lidera Porcupine Tree dałbym radę powiedzieć, albo może lepiej zamiast silić się na analizy detalicznie przytulić z czułością nową muzykę i sprowadzić puentę do lakonicznych trzech zdań ciekawego, bo celnie kompresującego treść stwierdzenia? Tego drugiego, ale i pierwszego nie mogę chyba już uczynić, bo zapętliłem się w mętnieniu, więc głupie byłoby teraz tłumaczenie co osobnego w każdym z dziesięciu utworów się dzieje, bo tekst przybrałby rozmiary wymuszonej pod pozory "wiem o czym w stu procentach piszę" deliberacji, a moje ograniczone umiejętności syntetyzujące akurat w przypadku tak wymagającego przedmiotu analizy nie pozwalają w zdaniach zwięzłych zawrzeć celnego spostrzeżenia w formie robiącej wrażenie na czytelniku, to tak z konieczności pozostanę więc przy deformującej klasyczną recenzję formie bicia się z myślami i licząc, że przypadkiem zbaczając ze ścieżki wyznaczającej ślad dla meritum, zbudowałem coś z czego chociażby nie wieje przeciętną nudą, zakończę tylko zachęcającym do zaprzyjaźnienia się z The Harmony Codex określeniem go tak inspiracyjnie bogatym, jak warsztatowo doskonałym i emocjonalnie oddziałującym,. Zatem w sumie bez odrobiny zawahania postawię jego obok ostatnich dokonań Brytyjczyka, aby stał tam dumnie i przyciągał mnie do siebie - w co nie wątpię. Dziękuję za uwagę!
czwartek, 5 października 2023
Steven Wilson - The Harmony Codex (2023)
środa, 4 października 2023
Medusa Deluxe (2022) - Thomas Hardiman
Od pierwszej sceny uderza nawijka niczym u Quentina Tarrantino i Guy’a Ritchie razem wziętych, w dodatku nawijka uchwycona operatorskim szlifem przywołującym na myśli zakulisowe spacery w Birdmanie (tak, to trochę kopia genialnego filmu Iñárritu) i jestem od początku kupiony, bo w to mi graj, tego mi akuratnie trzeba było. W dodatku zamiast typowego tła muzycznego kapitalne samotne dźwięki podejrzewam że syntetycznych perkusjonaliów, z odrobiną dawki oszczędnej melodii w tematach. Przede wszystkim dużo gadają, dzieląc się własnymi spostrzeżeniami i siedzącymi we łbach obsesjami dotyczącymi relacji i ambicji, bo to ten inny świat - zepsuty zachód, wielka metropolia z przestylizowanymi dziwakami z nadmiernie przerośniętym ego i tymczasem w tym przypadku miłością do "barokowych" fryzur. Momentami może wizualnie wygląda lekko absurdalnie i przerysowuje postaci oraz sytuacje, ale pomysł jaki się za tym festiwalem popisów kryje naprawdę prądzi, a sama zagadka kryminalną wokół której osnuto nowoczesną narrację ze wspomnianymi operatorskimi i aktorskimi paradami, mimo iż z początku może być potraktowana nie do końca poważnie przez groteskowy sznyt quasi komediowy, to wciąga i prowokuje by ruszyć nieco główką. To wiercenie pojedynczym dźwiękiem też dodaje sugestywnej mocy i napięcie intensyfikuje, więc trudno by nie pozwolić się wkręcić przeżywając bardzo ciekawą kameralną przygodę i na koniec wydać werdykt, że było to naprawdę dobre - szczególnie z tym jak się okaże prozaicznym urwanym wyjaśnieniem i rewiowym finałem po starcie napisów końcowych, który wymiata.
P.S. Kiedy za kamerą zasiada taki Robbie Ryan odpowiedzialny za zdjęcia w Faworycie Lánthimosa, to szczególnie filmowi debiutanta mnóstwo estetycznego waloru dodaje i jednak zamaskowuje końcowe wrażenie, że za artystycznym szlifem obrazu, to scenariusz za wiele ciekawego nie miał do powiedzenia. Tak sobie po kilku godzinach od seansu pomyślałem. :)
wtorek, 3 października 2023
Ostře sledované vlaky / Pociągi pod specjalnym nadzorem (1966) - Jiří Menzel
Opowiem Wam historię nieodkrywczą, historię jak to trzeba do pewnych dzieł dorosnąć i że w pewnym wieku pewne rzeczy nie przejdą z prozaicznego powodu, bo przykładowo są czarno-białe, albo małolat najzwyczajniej nie jest gotów intelektualnie, by się nimi zainteresować i przypomnę (już kiedyś przy okazji czegoś filmowego to robiłem), że taki jeden czy drugi belfer może nie tak skrzywdzić młodego człowieka nieodpowiednimi do wieku treściami (żartuje odrobinkę sobie) i tym samym, przez brak rozwagi te treści skazać na wieloletnie późniejsze przez już dorosłego szczawia omijanie. Bowiem Pociągi pod specjalnym nadzorem jako dość młody człowiek w okolicznościach ambitnego kina dla smarkaczy serwowanego widziałem i może nie tak bardzo ich z treści nie pamiętałem przez lat sporo, jak zapamiętałem, że mnie mało oprócz wiadomo jakich scen mnie zainteresowały - a przecież jak już wiek dojrzałość względną (jestem wdzięczny) przyniósł, to opowiadanie Hrabala w interpretacji Menzla zupełnie inaczej odebrałem i do końca swego tutaj na łez padole bycia, zamiar powziąłem go kultem otaczać. Technicznie jak dziś już w pełnej okazałości widzę, niby kameralnie surowo i archaicznie poniekąd, a jednak nie trudno mi sobie wyobrazić, że w takim kształcie ktoś mógłby współcześnie nawiązywać do klasycznej formy i właśnie tak dokładnie wprost w bieżących okolicznościach spróbować imitować obraz w szarościach i w proporcjach 4:3, więc roszczę sobie prawo napisać, iż wówczas po kosztach powstał obraz bardzo nowoczesny, a na pewno błyskotliwie skrojony. Ponadto jest oczywiste, że to co z pozoru proste, a na pewno skromne i unikające nawiązań do bieżących mainstreamowych mód, to starzeje się z godną zazdrości klasą i jakoś tak naturalnie odporne na ząb czasu się staje, a praca Menzla idealnym takiej sytuacji przykładem. Nie jestem szkolony w znajomości kinematograficznych stylistyk i historii kina w uniwersyteckim wydaniu, ale doczytałem sobie ponad moje własne laika spostrzeżenia, że forma artystyczna czerpiąca ze szczycącej się ambicją, a odbierającą jednak najszerszy z możliwych zasięg Nowej Fali, a obraz jednym z największych jej osiągnięć w Europie środkowej. Jak sam Menzel stwierdził – „Dobra komedia powinna traktować o poważnych rzeczach. Jeśli zaczynasz mówić o poważnych sprawach zbyt poważnie, popadasz w śmieszność.” Stąd Pociągi... nie są absolutnie w wymowie nadęte czy nachalne, niczego nie demonizują i niczego też przesadnie karykaturalnie nie ośmieszają (ludzie są ludźmi ze swoimi przyrodzonymi potrzebami, tęsknotami, lękami oraz podłościami wynikającymi często nie jak by łatwo wnioskować z czystego łajdactwa, a po prostu z głupoty), pokazując rzecz jasna rzeczywistość przez groteskowo nieco zniekształcające obraz okulary, lecz nie odzierając go z właściwej dla miejsca i czasu akcji głębi oraz tragizmu, będąc w swym paradoksalnie przystępnym jak na kino bardzo wysokiego intelektualnego lotu geniuszu, specyficzną rubasznie-romantyczną mieszanką „komedii, tragedii, farsy, erotyzmu i satyry, naturalizmu i absurdu”, z fenomenalnie przerysowanym aktorstwem i bez happy endu, który gdyby zastąpił tragiczne zakończenie odebrałby właściwą istotę zekranizowanej literaturze Hrabala.
poniedziałek, 2 października 2023
Graveyard - 6 (2023)
Mam takie marzenie, które od wielu już lat chciałbym spełnić, a które ziścić się od ponad dekady nie może, żeby w anturażu podobnym do tego w jakim widziałem Orchid także Graveyard zobaczyć. Mały zadymiony klubik, może nawet klimatyczne stoliki z małymi lampkami i Graveyard na scenie. Niestety jakoś im do naszego kraju nie po drodze, a ta sytuacja kiedy na Soulstone Gathering gdzie w 2019 roku zagrali, a ja jakimiś potwornie błahymi okolicznościami powodowany wyprawę do Krakowa sobie odpuściłem - to mi się śniło w postaci koszmaru niewykorzystanej szansy, szczególnie po tym jak dowiedziałem się że w chwile po tym gigu bodajże, karierę zawieszają i być może była to ostania nadarzająca się okazja. Okazało się jednak iż Peace to nie był finalny Graveyard krążek i działalność wznowili, a ja na nowo zacząłem żyć powyżej wspomnianą koncertową nadzieją. Zanim jednak może w końcu ich trasa zahaczy o (wciąż kwitnącą pod rządami konserwatystów opętanych komunistyczną obsesją absurdalnie socjalistycznych zbawicieli) moją ojczyznę, mam ja do odsłuchu nowy album i natychmiast donoszę, iż po kapitalnym singlu z obrazkiem (Twice), jaki nawiedził najpopularniejszą platformę z podobnymi formami, drugi numer promujący "szóstkę" nie zrobił już na mnie tak dużego wrażenia i miałem obawy co do tego, iż być może ten akurat album Szwedów nie sięgnie poziomu dotychczasowych. Nie powiem iż Breathe In Breathe Out nie dysponuje czarem retro grania, lecz za mdły mi się z pozoru na początku zdawał, a że pozory bywają mylące w dalszej części tekstu najwięcej pomiędzy wierszami wspominać będę. Nowa płyta bowiem bardzo powoli się słuchaczowi (mam na myśli mnie) w głowę zasysa i fakt że nie powtarza wyłącznie jeden do jednego patentów z poprzednich, to nie jest aż tak łatwo od razu ulec jej urokowi. Więcej tu ciepłego, niemal balladowego grania, gdzie nie tylko quasi akustyczne wiosła ale i pianino swój istotny ślad na konstrukcji kompozycji odciska. Ogólnie i finalnie jednak nie ma obaw że Graveyard zrezygnował z szorstkiego i dudniącego brzmienia w mocniejszych numerach, a i w tych lżejszych nie trudno o podobne akcenty i jak ja od razu zachwycony pulsującym cudownie Twice byłem, tak po odsłuchu premierowym całości najmocniej w pamięci pozostał mi rasowo nakręcający się Just A Drop - idealnie przekazujący emocje w sposób do jakiego nuta ekipy z Gothenburga mnie przyzwyczaiła. Chcę przez to powiedzieć że czasu też potrzebowałem aby resztę programu płyty docenić, a że nie trwało to miesiącami, to już dzisiaj w kilka dni po premierze śmiało mogę napisać, iż 6 uwielbiam tak jak każdy inny krążek "cmentarzyska", a najmocniej obecnie to wkręcony jestem w numer Brights Lights i szczerze wierzę, iż każdy z pozostałych ośmiu indeksów to coś wspaniałego. Twice i Just A Drop uznaję już za hity, ale intensywne powracanie do pozostałych musi przynieść przekonanie że Graveyard wciąż aranżacyjnie dojrzewa, a że jego ewolucja nie ma nic wspólnego z rewolucją tylko stopniowymi przemianami, to może i dla klasycznie rozumianego hard rocka na bluesowych resorach i lepiej. Niespiesznie, przede wszystkim odprężająco z tym charakterystycznym kołyszącym vibem i brzmieniem fenomenalnie pod dawno minioną epokę ukręconym oraz genialnym wokalem Joakima Nillsona, który z nostalgicznej chrypki i ckliwego tembru potrafi zrobić fantastyczny użytek miziając mnie po uszkach. Kocham ten band i czekam z utęsknieniem na gig!
sobota, 30 września 2023
Berdreymi / Piękne istoty (2022) - Guðmundur Arnar Guðmundsson
Na początek, we wstępie dla celów wprowadzenia o typowej gówniarskiej przemocy wśród rówieśników. O drugim życiu, życiu toczącym się poza wglądem mamy, taty, szkoły - życiu skupionym na dominacji w grupie, a dominacji tejże rzecz jasna opartej na sile fizycznej, agresji i psychicznym nękaniu. O przemocy tkwiącej w samczej naturze niedorostków, która pozornie może wydawać się naturalnym procesem w podobnych grupach społecznych, ale absolutnie nie jest niewinnym działaniem, bo ofiary cierpią naprawdę, a konsekwencje przeżywania przez nich traumy mogą skończyć się tragicznie. Mogłoby się wydawać, że kolejne podnoszenie tego tematu będzie szablonowe i często się zdarza, iż wręcz naiwne bywa, ale nie tym razem, bo trzymając się kurczowo przerażających realiów, reżyser tworzy intrygujący obraz sytuacji i nakreśla portrety nastoletnich postaci nie dosłownie i nie łopatologicznie, wchodząc tak w kwestie genezy jak i reperkusji całej palety zmiennych, powodujących, iż rzeczywistość nie wygląda jakoś niby bardzo odmiennie od tej jakie starsze pokolenia też z doświadczenia znają (poświadczam), ale absolutnie nie napawa to nadzieją - choć cywilizacyjny rozwój, świadomość i ewolucja mogłyby sugerować przemiany w dobrym kierunku. Nie ma poza tym wzoru (jakbyśmy takiego odkryć nie pragnęli, jakby się każdy z nas dorosłych nie wytężył, nie ma opcji), według jakiego można dobrze smarkacza wychować, bo tak niby wiele od dorosłych zależy ale i równie sporo dzieje się poza ich kontrolą Stąd czasem kwestia farta, odpowiednich zbiegów okoliczności, ale też nie zrzucając odpowiedzialności ze świata dorosłych, ich błędów i zaniechań (bijemy się w piersi, tłumnie bijemy). Z drugiej strony jak się młodość nudzi, to młodości po prostu od Ebuje i jak młodość innej młodości nie zaimponuje, to ta młodość czuje się kompletnie niedowartościowana. Młodość też rzecz oczywista ucieka przed starych chu Owym byciem - frustracjami i kompletną nieporadnością, często zapijanymi i pogłębiającymi patologiczne gówno, w jakim i tak już po pas brodzą. Nie tłumacząc jednak głupich niedorostków, to nie rzadziej niż przez starych, to oni sami z siebie i z za dużego poczucia bezkarności, czy poczucia subiektywnego bezpieczeństwa, w słabą stronę się kierując, eksperymentując i sprawdzając tak własne jak i starych granice cierpliwości czy wytrzymałości zapadają się w emocjonalnym szlamie. Głupie pomysły, czasem spontaniczne ataki hormonów i nakręcona spirala brutalnej przemocy – niewiele potrzeba. Tak sobie sens tego filmu wytłumaczyłem, który zaczyna się w sumie jak wszystkie podobne, ale robi później taki myk, że uważajcie widzowie oczekujący li tylko społecznego dramatu, bowiem dostajecie brutalne, sugestywne, ale też odjeżdżające w kierunku metafizyki i odmiennych stanów świadomości, lecz niestety pomimo... (sprawdźcie z ciekawości co mam tu na myśli), w przesłaniu dołujące kino. Poza tym w nim naturszykowaty aktorski walor, ale jednak co doświadczenie wieku i teoretyczne przygotowanie, to no... he he wiadomo. ;)
piątek, 29 września 2023
Kurak Günler / Gorące dni (2022) - Emin Alper
Tureckie kino? No nie może być - nie może być aby było dobre, bo przecież Turcy kręcą chyba wyłącznie takie tandety podobne do bollywoodzkich roztańczonych widowisk, albo inne gnioty telewizyjne, które kupuje nasza publiczna i raczy wysmakowany gust swoich arcy świadomych politycznie wyznawców jedynie słusznej opcji. Dlatego gdyby nie rekomendacja kogoś kogo nie mam obawy uznać za rodzaj wyroczni w kwestii gustu (tak, mam takich), to bym Gorące dni ominął, choć "sygnatura" canneńska wzrok przyciągnęła i oczywiście już wcześniej kusiła, oj kusiła. Pierwsza scena i od razu mam podejrzenia, że to mocna metafora mentalności bohaterów - mieszkańców małego prowincjonalnego miasteczka, a w nim układów i wewnętrznych niebezpiecznych gierek lokalnej władzy oraz wpływowych autochtonów. Interes jest tam gdzie są oddziaływania, a do korytka wiadomo ciągną najbardziej okoliczne cwaniaki, w tej sytuacji prostaki z wąsem, zażywający rozrywki podczas sadystycznych polowań i mocno zakrapianych biesiad, podczas których załatwiają swoje biznesy, budując przewagę podłymi szantażami. Szantaż jest w tej historii kluczem, a zasugerowane kwestie zmian klimatycznych dalekim, lecz nieobojętnym tłem dla socjologiczno-kryminalnej rozkminy, która mozolnie się rozbudowuje, rozwijając dość oczywiste podejrzenia co się za tym kryje, więc można się bez większego wysiłku intelektualnego domyślić, ale nie przewidzieć do końca gdzie ona nas zaprowadzi - bowiem meandruje sobie. Snuje się i kręci, a mimo zakol jednak za rączkę prowadzi do potężnego, jak wspomniana moja wyrocznia napisała "przerażającego transowego finału". Nie ma się więc co dziwić, że kojarzy się z głośnym Lewiatanem Zwiagincewa, bo te korupcyjne motywy, ten klimat zmowy, a oprócz geograficznej skrajnej różnicy temperatur, to pomimo iż trudno dobrze nie ocenić filmu Alpera, to jednak Zwiagincew potrafił tą atmosferę prowincji sugestywniej w obraz wtłoczyć - mentalności historycznymi zawiłościami przeoranej, beznadziei obecnej przeokrutnej i znacznie intensywniej (o Lewiatanie wciąż mowa) czas z filmem Zwiagincew spędziłem. Jednako Turek też kompletnej lipy nie wciska i atmosfera osaczenia, badawcze cyniczne rozpoznania, uśmieszki fałszywej przyjaźni, próby wymuszenia przychylności, a jak nie wychodzi to wzbudzenia strachu, bądź wprost jak się okaże poprzez już nie tylko uśmieszki wyższości zastraszenia, mogą przeryć psyche, gdyby jeszcze aktorstwo nieco odlepiło się od standardowo kojarzącego się ze wspomnianymi we wstępie powszechnie uznanymi za sztandarowe produkcjami, szeroko rozumianej tureckiej kinematografii.
środa, 27 września 2023
Triple Frontier / Potrójna granica (2019) - Jeffrey C. Chandor
Dla mocnej obsady i dla nazwiska reżysera na projekcję się zdecydowałem, mimo że twarde męskie kino jak był reklamowany, niekoniecznie ustawicznie stanowi mój filmowy target, a szczególnie nim nie jest, tym bardziej jeżeli okazuje się zrobione nie do końca na mega wysokim poziomie, a istniała taka obawa w przypadku Triple Frontier, biorąc pod uwagę opinie i komentarze. I tutaj wcisnę moje zdanie, a ono stwierdza że technicznie (strzelaniny i te wszystkie inne atrakcje) to jest bardzo bardzo ok. Reszta (nie będę jęczał, bo nie godzi się), też jest na poziomie - rzec jasna poziomie gatunkowym, bo te wymagania dotyczą klasycznie, a wprost szablonowo rozegranego męskiego kina, składającego się z męskiej (podkreślam) szorstkiej przyjaźni, gdzie poświecenie w zbudowanej więzi odgrywa istotna rolę, ale się o tym za dużo nie gada (bo wiadomo) oraz obowiązkowej rozpierduchy, na szczęście bez za ostro forsowanych tendencji do superbohaterki, odbierającej Potrójnej granicy wówczas atut względnej wiarygodności w kwestiach realiów. Ogólnie rzecz się rozgrywa wokół wyeliminowania złego typa i przytulenia kasy przypadkowo w kwocie mocno przesadnej. Operacja wydaje się do zrealizowania niby prosta, szybka akcja i wycofanie - co może pójść nie tak? Okazuje się że wystarczająco sporo. Chandor spróbował sił na polu przygodowego (tak tak) akcyjniaka i na pewno nie poległ, mimo że nie stworzył tytułu, który zostanie w tej estetyce na lata zapisany, bo też nawet w sumie pojawiając się na platformie streamingowej, tytuł nie odbił się wśród szerszej opinii głośniejszym echem, więc jest to dla niego sygnał myślę, że może wystarczy na tym poprzestać i powrócić do kręcenia takich sztosów jak mój ulubiony Rok Przemocy i Chciwość, która (chciwość definicyjna) notabene jest powodem dla którego wszystko ekipie twardzieli w Potrójnej granicy nie tak jak miało poszło.
wtorek, 26 września 2023
Les ombres persanes / Między lustrami (2022) - Mani Haghighi
Na dobre już (odnoszę wrażenie) wkręciłem się w kino całkiem egzotyczne i tak przykładowo teraz sprawdzam sobie na bieżąco co w azjatyckim dramacie słychać, jak równolegle nie tylko na daleki wschód, ale i na ten bliższy (bardziej południowy) zerkam z przyjemnością i doceniam jakość oraz kunszt produkcji z tych dotychczas omijanych rejonów. W przypadku Między lustrami (Tafrigh/Les ombres persanes) przyciągnęło mnie też porównanie do kina Asghara Farhadiego, bo je cenię wielce, a i ostatnio też kilku innych twórców podobnych dzieł sprawdziłem i nie byłem zawiedziony. Oczywiście praca owych dość mocno europeizacji poddana, bowiem powiązania postkolonialne dają im poniekąd możliwości szerszego zaistnienia oraz poszukiwania środków na realizację projektów w bliższej nam długości i szerokości geograficznej - wiadomo, w takim Iranie lekko obyczajowo nie jest, króluje naturalnie hipokryzja, ale oficjalnie MO-RA-LNOŚĆ, to jest to o co mężczyźni tamtejsi z zapałem inkwizytora walczą. Tym razem jednak wybór filmu niejakiego Mani Haghighi okazał się nietrafiony, choć zapewne znajdą się filmowi krytycy ze mną nie zgadzający, uznający iż totalnie położonego filmu nie obejrzałem, ale ja pozostanę przy swoim odczuciu, że gdzieś maniera i ta historia nie zrodziły chemii wystarczającej, aby nawet króciutko zapiać z zachwytu. Ot co najwyżej (może dla kogoś) poprawne kino, bo powtórzę że ta cholerna maniera, którą trudni mi jasno opisać, a która nie pozwala się wczuć w snutą opowieść o…. - o czym właściwie? Poplątane to i dziwnie niespójne, bo niby tajemnica i muzyka budująca niepokój, a się rozłazi i ani mrowienia, ani wciskania w fotel, tym bardziej wstrząsu emocjonalnego jakiegokolwiek. Letnie i scenariuszowo przekombinowane, używając współczesnego młodzieżowego języka żadne.
poniedziałek, 25 września 2023
L'immensità / Bezmiar (2022) - Emanuele Crialese
niedziela, 24 września 2023
Susanne Sundfør - The Brothel (2010)
sobota, 23 września 2023
Lathe of Heaven - Bound By Naked Skies (2023)
Dokładnie z Brooklynu dotarła do mnie taka ejtisowa wibracja, ale żadna dziwota że w Nowym Jorku gra się jakąś nutę która przed laty była w rockowym światku jedną z najpopularniejszych. Zadziwienie jednak pojawia się wtedy, gdy pierwsze dźwięki konkretnie oznajmiają, iż do czynienia mam z nowofalowo-zimnofalową emanacją post-punkowej obecnie mody, która już od lat kilku bardzo śmiało zastępuje tendencje na wysiew grup retro rockowych. Trudno w sumie było się nie spodziewać, że jeśli trend na granie z lat siedemdziesiątych święciło w bardziej piwniczno undergroundowym, bądź w pełnym świetle mainstreamowym środowisku triumfy, to nie przyjdzie czas na odgrzewania kolejnego niby starego kotleta, ale ponownie w formule która niby rodzajem kalkomanii, lecz o tak wdzięcznym brzmieniu i wprost doskonałym warsztacie kompozycyjnym, że nie jest człowiek się jej jednak oprzeć. Podążam więc z radością za kolejnymi albumami Grave Pleasures, które wystartowało jako Beastmilk, zasysam sobie do wnętrza systematycznie dwa krążki Whispering Sons i nie wspominając w detalach uwielbiam sączyć romantyczną esencję takich syntezatorowych perełek jak The Black Queen, Crosses, czy ostatnich płyt legendarnego Ulver, a teraz na najlepszej drodze by dołączyć do wymienionych znajdują się właśnie Amerykanie z Lathe of Heaven. Nazwę zaczerpnęli jak doczytałem z powieści scie-fiction ich rodaczki Ursuli K. Le Guin, a nuta praktykowana porównywalna z takimi tuzami brytyjskimi w rodzaju Joy Division i Killing Joke, z wyrazistym muśnięciem stylu holenderskiego Clan of Xymox. Mocna sekcja rytmiczna, gitary tnące powietrze raz bardziej melodyjnymi, innym razem obskurnymi tematami, niemal skandowane, a jednocześnie tęskne wokale i mnóstwo zimnego syntezatorowego dopełnienia tego nostalgicznie pulsującego klimatu. Wszystko tak jak się patrzy - jak się patrzy na początku dziewiątej dekady na brytyjskich wyspach. Do tego w tekstach wspomniana futurystyczna melancholia w atmosferze podziemnego jeszcze grania, ale czy wkrótce nie będzie o nich głośniej i nie wychylą nosów poza piwnicę? Postaram się śledzić rozwój sytuacji i jeśli druga płyta w przyszłości przyniesie silną tendencję rozwojową, to zdecydowanie mogą urosnąć do pierwszoligowej nazwy, a ja się będę wtedy nosił w chwale wyczucia w nich potencjału już w roku 2023. :)
piątek, 22 września 2023
El Conde / Hrabia (2023) - Pablo Larraín
czwartek, 21 września 2023
Crippled Black Phoenix - Ellengæst (2020)
Słucham sobie w tym momencie trzeci raz z rzędu Ellengæst po kilkumiesięcznej przerwie i dopada mnie refleksja prosta, która już kiedyś lekko korzenie w mojej głowie zapuszczać zaczęła, że ten krążek to najlepszy album Crippled Black Phoenix jak zdarzyło mi się więcej niż około dwudziestokrotnie przesłuchać, a przewaga jego nad ostatnim, to zdecydowanie bardziej zwarta formuła, bowiem nie jestem fanem albumów o przesadnie dużej zawartości muzyki, a niestety Banefyre takimż właśnie kolosem jest i mnie akurat niełatwo z tym żyć. O Bronze i Greate Escape pisząc też bodajże napomknąłem, iż przesadne rozmiary nie sprzyjają w moim przypadku nawiązaniu z płytą trwałych relacji, a Ellengæst mimo iż niewiele krótszy, to myślę za sprawą ciekawszych, bo mniej szablonowych aranżacji w konfrontacji z wymienionymi zyskuje. Progrock na całego, mroczny (cold wave wpływy robią swoje) i wielowątkowy, a w dodatku urozmaicony licznymi wokalami (zacnymi nazwiskami, bowiem wówczas coś tam się w relacjach wewnątrz zespołu w międzyczasie popsuło i główny głos męski zdezerterował. Formuła która otwiera nowy rozdział w życiu CBP, lecz trudno by było napisać aby nie rozjeżdżając się z rzeczywistością autorytatywnie stwierdzić, iż kompletnie nowe otwarcie z zupełnie odmienną stylistyką przewodnią. Mnie jako raczej z przyczajki obserwatora poczynań ekipy dowodzonej przez Justina Greavesa, Ellengæst jawi się jako coś świeżego lecz oczywiście mocno związanego z rozwijanym od lat sukcesywnie fundamentem, więc nie jako rewolucja, a właśnie ewolucja tym razem już bezdyskusyjnie nakierowana na progrockowe momenty, gdzie można popisać się rozwijanym tematem, jakąś frapującą ale przede wszystkim atmosferyczną solówką, a także przy okazji opowiedzieć dojmująco oddziałującą historię. Takież wrażenie album z 2020 roku na mnie robi, korzystając zarówno stylistycznie z wypracowanego charakteru muzyki Brytyjczyków, jak i inklinacji idealnie w tym układzie do kierunku zamierzonego pasującej. Nie tworząc absolutnie dźwięków w gatunku nowych, formacja Greavesa nie ogranicza się li tylko do ich z instrumentów schematycznego wydobywania, a urozmaicenie w postaci sampli kojarzących się z jednym ze wcześniejszych etapów działalności Anathemy dodaje nabrzmiałej od powagi nucie epickiego rozmachu i zimnogotyckiego mroku oraz dodatkowego waloru ilustracyjnego, bez poczucia że słucha się nieznośnie intelektualnego przekazu.
środa, 20 września 2023
Gong-jak / Szpieg (2018) - Jong-bin Yoon
Poważna sprawa, thriller szpiegowski o stosunkach pomiędzy zwaśnionymi Koreami z perspektywy działalności służb wywiadowczych. Zrealizowany podług hollywoodzkich wzorców, lecz oczywiście nie wolny od azjatyckiego manieryzmu, więc odczucie moje podpowiada, że jest nieco topornie i w tym dziwnym (w tym przypadku lekko irytującym) trybie niejako oznajmującym w dialogach. Ten akcent robi swoje, ma eksponowany przeze mnie wpływ na opinię, ale też montaż jest bardzo schematyczny, więc aby odnieść finalnie jednak pozytywne wrażenie na plus musiały przemawiać dobre skupione na detalu zdjęcia i sama historia, na szczęście nie opowiedziana tak straszliwie topornie, aby było ciężko złożyć poszczególne składowe w napędzającą się względnie dynamiczną całość, ze zrozumieniem szczegółów i kontekstów. Wyszło zatem solidnie, tylko bez finezji i raczej szablonowo, ale nie przeszkadzają te ogólne słabości, aby dać się wciągnąć i pozwolić ponad 140 minutom się dłużyc w nieskończoność. Może nie pomaga również osobliwie komiczna (te grymasy mam na myśli) rola główna i stylizowana w kierunku skrajności patetyczna atmosfera, która to mierzi i może odbierać fabule wiarygodności, ale co ja niby wiem o tamtych realiach - także w obrębie mentalnym relacji międzyludzkich.
wtorek, 19 września 2023
Squid - O Monolith (2023)
Druga dopiero płyta, a już własny styl, ogromna dojrzałość i rozwijane z rozmachem ambitne tendencje. Rozbudowane aranże, skomplikowane tematy, ekspresywne kulminacje, puls intensywny oraz nieszablonowa ekspresja jazzowa w post punkowych klimatach - wreszcie wokalista za bębnami. Tak ich widza, tak ich piszą eksperci - gdybym sprowadzając do esencji sparafrazował ich opinie. Brzmi interesująco, lecz czy to we mnie w praktyce rezonuje? I tak i nie, chyba jednak z przewagą zaprzeczenia, gdyż tak debiut jak i drugi krążek odsłuchany nawet kilkukrotnie, nie wzbudził we mnie zakładanych lub życzeniowo wyczekiwanych emocji i choć zostanie zapamiętany i zamrożony, być może do bardziej odpowiedniej pory, kiedy zagada, to dzisiaj stanowi jedynie frapujący i nie w pełni naturalnie jeszcze zrozumiany fenomen. Krytyka się nim jara i poniekąd rozumiem w czym rzecz, lecz muzyka tak do mego środka nie trafia. O Monolith jest skondensowany bardziej od debiutu (zgadzam się), odbierając złośliwym argument że chłopcy (bo to przecież bardzo młodzi ludzie Squid tworzą) na początku swojej drogi kompletnie popadają już w megalomanie i gigantyzm, więc O Monolith jest spójny, także równie fajnie że tajemniczy. Wiąże w sobie kilka emblematycznych szczególnie dla ejtisów rockowych styli/gatunków, ale wiąże je raczej nieszablonowo – pozwalając ponieść się własnej oryginalnej wizji przepracowywania wspomnianych. Gdybym jeszcze przestudiował dogłębnie teksty, to zapewne mógłbym dodać, iż dopełniają one celnie muzyczną wizję, mało przyjazną przeciętnemu pancurowi czy metaluchowi i łatwiej z nią trafić im myślę pod strzechy jazzowych czy alternatywnych rockowo odszczepieńców, niż właśnie fana nuty bardziej bezpośrednio przemawiającej. Jednak jak obraz odbioru Squid na scenie raczej ekstremalnej pokazuję, są wśród nich i może mimo wszystko nie w mniejszości znacznie mniej stereotypowi wyznawcy hałasu, że tak dobrze się Squid przyjąć udało. Ja ze swojej strony przyrzekam, iż zrobię wiele aby móc się dostać na listę obecności tych drugich - zatem po obecnie zapowiedzianej przerwie, będę tak debiut jak i dwójeczkę Squid odsłuchiwał uparcie, aż w końcu zatrybi. Łatwiej by mi było gdyby więcej grali po linii takiego Undergrowth lub też Siphon Song.
poniedziałek, 18 września 2023
Boy from Heaven / Chłopiec z niebios (2022) - Tarik Saleh
Władza na każdym kontynencie, bez wyjątku samców kręci. Do władzy mężczyźni arabscy jednak w stopniu minimalnym nawet kobiet nie dopuszczają i tylko dzielą się nią poniekąd sami ze sobą na dwóch gruntach, kontroli państwowej i religijnej. Nietykalny Prezydent i jeszcze bardziej Wielki Imam duszami rządzą, a ich wpływy się przenikają i to od nich wspólnie wszystko zależy. Obserwujemy dwie strony w zasadzie tej samej fałszywej monety, bo światy władzy świeckiej i opartej teoretycznie na boskiej interwencji się przenikają - wikłając w stałą wzajemną inwigilację. Tarki Saleh poddaje autopsji kulisy walki o wpływy - zachowania i przejmowania dominacji w kraju dwóch równoległych władz autorytarnych. Przyglądamy się przestępczym procedurom z punktu widzenia kompletnie nieświadomego realiów stojących za wzniosłymi ideami syna rybaka, który otrzymawszy życiową szansę wyjeżdża na studia teologiczne na najbardziej prestiżowej uczelni w Kairze. Wplątany w intrygę poprzez bycie świadkiem zbrodni, ale też obiektem wykorzystywanym przez manipulacyjne struktury - szantażem, przekupywaniem pomocą, przywilejami. Zwerbowany jako wtyczka jednych, poddający się praniu mózgu przez drugich jest zmuszony dostosować się do wymagającej sytuacji uczestnicząc w brudnych interesownych praktykach i konfrontacji nurtów czy obozów poszukujących okazji do rozgłosu w obrębie interpretowania religijnych dogmatów. Film Saleha (The Nile Hilton Incident) to obraz surowy, bezpośredni i mroczny - idealny egzotyczny thriller polityczny, który do mnie przemówił nie tylko jako gatunkowa wysoka jakość, ale i kapitalna lekcja o islamskim świecie. Wiarygodna wykładnia ideowego piekła, w sensie starcia górnolotnej teorii z ociekającą hipokryzją praktyką na poziomie wzorcowych mistrzów obłudy.
niedziela, 17 września 2023
The Veils - Total Depravity (2016)
Właśnie poznałem indie rockowe w ogólnym rozumieniu mega zjawisko i trafiłem na nie przy okazji spóźnionego o pół roku rozpoznania najnowszej jego produkcji, czyli ...And Out of the Void Came Love. Tylko że wspomniana jeszcze mnie nie miała okazji zasysnąć, bo po dwóch odsłuchach na tyle mnie zaintrygowała, że postanowiłem rzucić okiem-uchem na wcześniejszy The Veils krążek, który światło dzienne ujrzał dość spory, bowiem sześcioletni wstecz czasu kawał. Dlaczego wpierw wystukuje tekst odnośnie albumu z 2016-ego, zamiast odnieść się do świeżego? Ano dlatego, iż Total Depravity porwał mnie jak na razie znacznie bardziej, czyli do czynienia mam z sytuacją taką oto, że po dorwanej nitce do początku tego kłębka zmierzam i po drodze wręcz hipnotyczne oczarowanie notuję. Kompletnie nie wiem co czai się głębiej w The Veils przeszłości i póki dokładnie nie przepracuje wspomnianych, absolutnie nie zamierzam cofać się jeszcze znaczniej, chcąc skupić się tu i teraz na materiałach jakie same w sobie zawierają tak absorbujące zagrania, że czas im poświecić bez rozpraszania to mus z szacunku i z gigantycznej przyjemności. TD odbieram jako produkcję stworzoną bez poczucia trzymania się jednej konwencji, chociaż charakteryzuje się cechą jaka poszczególne różnorodne kompozycje wiąże w całość, a mam tu na myśli (osobiste odczucie) bezpretensjonalne mimo ambicji łączenie syntezatorowych pomysłów, opartych na basowych figurach i może nie gęstym ale sugestywnym oszczędnym bębnieniu, z niejako klasycznym soulem w bardzo mrocznej konwencji, sprowadzonego do czystej esencji znanego z lat szczególnie siedemdziesiątych, reprezentatywnie frazowanego performance'u interpretatorskiego. Album poza tym jako zbiór indeksów oraz całość kapitalnie potęguje kumulowane w nim napięcie do rozmiarów pulsująco świdrujących sprzężeń, ale i potrafi przedzierżgnąć się z równomiernego bujania groove'm, wręcz w kształt rytualnych eksplozji ciszy - jakby to kuriozalnie nie zabrzmiało i mówię tutaj tak o smutaskich balladach w stylu Nicka Cave'a, jak i kombinujących z elektronicznymi brzmieniami numerach, w których łączy się wyczucie doskonałej harmonii, tendencje eksperymentatorskie w wykorzystywaniu podłączonych pod napięcie interesujących (DIY) zabawek, a dokładnie wprost pomagających wspiąć muzykę na jeszcze wyższy muzyczny poziom efektów. W sukurs oczywiście warstwie instrumentalnej idzie ten genialny interpretatorski talent wokalisty, a w sumie sprowadzenie roli Finna Andrewsa jedynie do głosu wydawania obowiązku, to skrzywdzenie tak jego pozycji w zespole, jak i w dużym stopniu decydującego o fenomenalnym oddziaływania tego co robi i co on prawdopodobnie pisze w tekstach na kształt całości. Całości jaka jest ponurą, ale jakże piękną podróżą z dreszczykiem systematycznych emocji. Jestem póki co zafascynowany!
sobota, 16 września 2023
Beo-ning / Płomienie (2018) - Chang-dong Lee
Kino mało dynamiczne i snuje się niemiłosiernie. Może ono nie tylko w ekstremalnych przypadkach usypiać, ale w sumie jednak nie przynudza aż tak abym ja przysnął i obudził się, kiedy napisy końcowe przemierzają ekran z góry do dołu. Być może wbrew gorącemu tytułowi bardziej przeciętnego widza zziębi niż ogrzeje, mimo to czuć w nim sens, a droga ku osiągnięciu wartości merytorycznej prowadzi poprzez meandry miejsca/czasu, tak więc okoliczności w jakich bohater funkcjonuje i przymuszenia go do dźwigania ponad jego siły i wbrew pomysłowi na siebie konsekwencji nie swoich działań bagażu, jak też treść i kilka scen istotnych dla zrozumienia psychologicznych zawirowań w umyśle bohatera, odebranych zapewne na niekorzyść produkcji zostanie, jako dość bezpośrednich i niepotrzebnie wzbudzających wizualnie kontrowersje. Jest tu i klasyczny wątek miłości z zazdrością, jest też rozbudzanie namiętności i manipulacje emocjami, innymi słowy zabawa nimi, gdy uczucie i pragnienie zostało pobudzone. Jest też niezgoda - niezgoda zbudowana na fundamencie różnic klasowych w społeczeństwie niby ogólnie majętnym, ale też przez wzgląd na cechy charakterystyczne drapieżnego kapitalizmu w społeczeństwie skrajności. Jest zawiść, jest i zemsta, a poza tym ta snuja w nim, to też ta subtelna sentymentalna atmosfera pięknie w jednym z ważniejszych fragmentów podkreślona czarującym brzmieniem trąbki. Jeśli mowa o walorach artystycznych, to nie mogę odmówić Płomieniom wizualnego uroku, ze zdjęciami starannie obudowującymi mozolną narracje, jakby te dwa elementy konstruktywne przenikały się wzajemnie, spajając w jedną szalenie świadomą, choć niekoniecznie wprost właśnie atrakcyjną zaletę dominującą. Bowiem opowieść kompletnie nie spektakularna dysponuje hipnotycznym magnetyzmem i w sumie ze wspomnianego dramatu o relacjach zauroczenia ze społecznym kontekstem, przekształca się w pełen podskórnego napięcia quasi thriller z kryminalną tajemnicą - łapiąc przy okazji sznyt kina Polańskiego. To jest frapujący obraz, ale czy tak łatwo innemu widzowi będzie się z moim całościowym przekonaniem zgodzić?
piątek, 15 września 2023
Royal Blood - Back To The Water Below (2023)
czwartek, 14 września 2023
LOLA (2022) - Andrew Legge
Nie
mam pewności czy się ta historia w mniej więcej w stu procentach
logiczne skleja, ale jest to przecież coś na kształt awangardowego science fiction, choć intrygująco podciągnięte pod autentyzm oparty na
(uwaga, niewiarygodne!) fatycznych wydarzeniach. Oczywiście
podejrzewam (ba, mam pewność), iż bujna wyobraźnia twórców
puszczona została w samopas - jako jednak nie do końca nie wartej
sprawdzenia u źródeł czy jest w tej historii nutka prawdy, też pracy pod kierownictwem Andrew Legge'a nie uważam, więc... Lukam więc w netu przepastność wpisując
hasło Anioł z Portobello i jedno co widzę to Paulo Coelho -
Czarownica z Portobello, więc... Jednak jeśli wklepie Martha i
Thomasina Hanbury, to już coś więcej wyszukać jest możliwe, ale
to takie pomieszanie z poplątaniem więc... - wciąż nie wiem.
Mniejsza z podbudową związaną z autentyzmem na jakimkolwiek
poziomie - jak ktoś się wkręci i rozpozna szczegóły może mnie
poinformować, a ja pozwolę się z przyjemnością oświecić. W tym
momencie dam wyłącznie do zrozumienia, iż mnie się takie kino
podobało i z uwagą prześledziłem romantyczno-dramatyczne
perypetie z kluczowymi konsekwencjami majstrowania w teraźniejszości
znając poniekąd przyszłość. Między innymi wymazywanie
nieintencjonalne postaci dla wyższego celu, ale i wpływanie na
alternatywny bieg historii II wojny światowej - to ten cel wyższy. Takie etyczne
rozterki w klimacie estetycznie dla mnie bardzo bardzo - przyznaję.
Donoszę też, iż to ciekawe doświadczenie wizualne, sprawna praca
montażysty i reżysera gust wizualny warty poznania, bo forma w
odcieniach czerni i bieli oraz łączenie archiwaliów z aranżowanymi
zdjęciami w podobnej archaicznej formule (kręcenie starym sprzętem) wygląda spójnie i
ciekawie. Nie jest to też sztucznie przedłużane i finalne 80 minut idealnym czasem, aby ta historia się zawiązała, wybrzmiała i
pozostawiła po sobie jakąś refleksję w pamięci.
środa, 13 września 2023
Arctic Monkeys - Humbug (2009)
Na początek sorki - sorki że kiedyś Humbug po macoszemu potraktowałem, ale to wina cała i wielka, a wręcz gigantyczna wina wpierw AM, a dalej też Tranquility Base Hotel & Casino, bo to były tak doskonałe albumy, a już ten drugi to wręcz perfekcyjny i nie wyobrażam już sobie, aby Brytole nagrali kiedykolwiek coś lepszego, choć z pewnością kitu wątpliwego też dokąd istnieć będą nie ma obaw że mi nawciskają. Moja, może bardziej jednak negatywna zasługa, iż dopiero na wysokości krążka z 2013 roku "Małpy" poznałem i z tej wybitnej perspektywy wciąż patrząc na wcześniejsze nagrania, to jednak tak Suck it And See jak i Humbug gdzieś o poziom niżej, szczególnie w kwestii chwytliwości się pozycjonują. Niemniej jednak moje uszy dojrzały aby o Humbug jeno w superlatywach pisać, choć uparty będę że te superlatywy odnośnie albumów z dalszej fazy drugiej dekady XXI wieku, mają to coś co je znacznie dojrzalszymi w odbiorze czyni. Humbug jest znakomity, ale i znakomicie bardziej surowy, jest też jeszcze wciąż albumem budującym konstrukt stylu "małpiego" - innymi słowy etapem poszukiwań i wyrywania się szufladkom przypisującym do nazw poprzedników, dlatego w recenzjach owego można odnaleźć sporo odnośników do innych przedstawicieli tak indie rocka, jak brit popu, bez względu na fakt, iż tylko kompletny dyletant dziennikarski nie wyczułby tutaj zaczynu dla oryginalności. Ja kiedy robiłem pierwsze odsłuchu opisywanego, dokonywałem tego już po kilku latach od premiery, dlategoż śmiem się usprawiedliwiać, iż nie wyczułem pisma nosem, bowiem ten nos obwąchać już zdążył wspomniany AM, więc to chyba jasne co czułem i że zamiast cisnąć Humbug do oporu, wolałem powrócić do albumu świeżego, przed wówczas momentem wydanego. Jeśli ktoś teraz ma problem i chciałby się poskrażyć Pani, że ten typ od Dwóch Kos niewiele konkretów o zawartości "recenzjo-reflesksowanego" napisał, a tylko o własnych maksymalnie subiektywnych doświadczeniach w ekstatycznym tonie pierdzieli, to przypominam że nikogo tu na siłę nie przymuszam, a jak ktoś się jednak zdecydował, bo z jakiegoś powodu olać kolejnej moją recenzjo-wyrypy nie wypada, to dziękuję za czas stracony i polecam nie ufać albo tak ślepo wyszukiwarce, albo poczuciu obowiązku - jakby w dziwnych okolicznościach nie był wypracowany. Pod tekstem nie wrzucę też linków do innych opinii w poruszonym mało merytorycznie temacie, bo radźcie sobie sami raz, a dwa ja uważam, iż tylko ja się najlepiej znam na tym o czym piszę, a inni to powinni najsamprzód nauczyć się pisać ciekawie, a później opierać to co z siebie w przypływie weny wyduszą na weryfikowalnych faktach - innymi słowy kroczyć pewnie ścieżką własnego warsztatowego rozwoju ku nie tak profesjonalizacji, jak bardziej ku dystansowi do siebie. On pomaga (przysięgam), kiedy trafi się na mądrzejszych choć niekoniecznie bardziej rozgarniętych, bo można ich wytrącić łatwiej z równowagi, a na stówę strącić z pantałyku hasłem - olej to brachu, to nie jest warte twojej uwagi!
wtorek, 12 września 2023
Puma Blue - Holy Waters (2023)
Puma Blue, czyli Jacob Allen jest w swoim artystycznym zamyśle quasi akustyczny i Holy Waters jest przez to może lekko monotonna, ale to tylko pozór i jeśli ktoś jest najzwyczajniej mało spostrzegawczy i na wspaniałą nutę nieczuły, to nie zauważy naturalnie ile się na tym cudownie mglistym brzmieniowo krążku dzieje w kwestii rytmiki, a najbardziej umiejętności wykorzystania jakby się też na pozór wydawało wąskiej, a w rzeczywistości kiedy ktoś zmyślny przy niej pomajstruje, szerokiej przestrzeni do niebanalnej aranżacji. Ja akurat po znakomitym singlu opatrzonym niemniej znakomitym obrazem (piszę o Hounds) i konfrontując go z kolejnymi wydanymi, bardziej kameralnymi lub jak kto woli spokojniejszymi dźwiękowo obrazkami (O! The Blood, Dream of You, Pretty) miałem obawy, że pełna płyta oparta na tak subtelnie cichych aranżach i smutnym jak najczarniejsza czerń doświadczeniu depresji (żałoby), będzie zwyczajnie nazbyt przygnębiająca, monotonna i finalnie poprzynudza, a tu takie zaskoczenie, że ona jest w pierwszym odruchu oczywiście smutalska, mało dosłownie dynamiczna, ale w tej formule za cholerę nie mogę jej odmówić przymiotu intrygującej. Holy Waters jest albumem wręcz mnie obecnie pochłaniającym i nie mam żadnych wątpliwości, iż może to być tylko chwilowe moje zauroczenie estetyką muzyczną sygnowaną (jak rozumiem) pseudonimem artystycznym bardzo drobnego mężczyzny, śpiewającego, a raczej szepcącego z muśnięciem falsetu emocjonalnie drenujące, a warsztatowo genialne wręcz perełki, z takimi zdobnymi i do odkrywania wciąż na nowo aranżacjami, że ja nisko opuszczam głowę w geście gigantycznego szacunku. Staram się powiedzieć (nie wdając się zarazem w szczegółowe analizy), iż to może jak dałem do zrozumienia muzyka udekorowana w sposób wysmakowany w ogromną dawkę błyskotliwości do wychwycenia (zgodnie hipnotyzujący taniec perkusji i basu, klawiszy wspólne z samplami akcenty i to saksofonowe doładowanie), ale w pierwszym rzędzie muzyka wrażliwej duszy i tym samym do głębi człowieka docierająca i mocno tą psychologiczną stronę ludzką dotykając, dla mnie już bardzo ważna. Hounds mnie rozkołysał, ale kolejne wewnętrznie pulsujące dzieła Pumy mnie oczarowały, wessały i stały się w formule długograja jednym z najlepszych jakie w tym roku dane mi było poznać. Takiego lekko jazzującego R&B, z taką lekkością korzystającego ze stylu lo-fi sobie życzę.



.jpg)






.jpg)










