Kiedy
jakąś kapitalną kinową nowość zdarzy mi się obejrzeć, lub w sytuacji gdy w
nostalgiczny nastrój popadnę, wtedy to ze względu na potrzebę utrzymania
kontaktu z kinem wybitnym i sentymentalnej wyprawy w przeszłość, funduję sobie tegoż rodzaju luksus i
powracam do kultowych tytułów, które na stałe w pamięć moją się wbiły i od lat
stoją na szczycie hierarchii. Tym oto sposobem po raz pewnie enty czas
spędziłem w towarzystwie (Liotta, De
Niro, Pesci) czyli chłopców, co w ferajnie siłę odnaleźli. Obraz to, którego
ząb czasu w najmniejszym stopniu nie nadgryzł, bo i żadnej szansy na to nie
miał, gdyż mistrz swoim geniuszem go naznaczył. On przecież epickim majstersztykiem
Martina Scorsese, klasyczną kryminalną opowieścią o emigranckiej
włosko-irlandzkiej gangsterce w amerykańskich realiach osadzonej. Dziełem
kompletnym pod każdym względem - fascynującej emocjonującej fabuły, autentycznej
scenografii czy muzyki, naturalnie w środowisku wydarzeń osadzonej. Aktorskim,
bo tylko wspomnieć co tutaj wyczynia naturszczyk w osobie Joe Pesciego lub wielki Robert DeNiro w markowym dla siebie wydaniu! Pełnym realizmu, w
kinowym ujęciu pasjonująco zaaranżowanym. Z drugim planem, gdzie autentyzm
postaci, każe się zastanawiać czy może prawdziwa gangsterka do odegrania samej
siebie nie została zaangażowana. Tutaj w centrum atrakcyjne życie Panów
życia i śmierci, cwaniaków w świecie ciemnych interesów i bezwzględnej
brutalności. W luksusowym anturażu twardziele ci jednak pełnego szczęścia nie
zaznają. Mogąc mieć wszystko, będąc wolni i niezależni paradoksalnie
zakładnikami, niewolnikami swojej profesji się stali. Kariera gangstera intensywna
i krótka, a na samym końcu upadek. Z hukiem czy po cichu w dole zakończona lub
gdy farta więcej w ukryciu, w atmosferze zdrady i ostracyzmu. Lepiej odważnie spalić się
intensywnym płomieniem czy bez honoru gasnąć powoli? Oni już indywidualnie wybrali! Próba charakteru weryfikacji dokonała!
środa, 13 maja 2015
poniedziałek, 11 maja 2015
Turbowolf - Two Hands (2015)
Jako
świeżak w świecie Turbowolf dwie refleksje, które mi od razu się narzucają na
starcie przedstawię. Pierwsza tyczy się wyglądu typa, co za wokalną stronę
odpowiada, że z twarzy to on mniej do nikogo, a bardziej do Franka Zappy
podobny. :) Druga zaś po linii pierwszej idzie, iż stylizacja ekipy wyspiarzy
to cecha nadająca im specyficznej oryginalności. Niby to wszystko już było, ale
każdy z nich jak ze zdjęć promocyjnych i klipów wynika idzie własnym szlakiem indywidualność
podkreślającym. To zawsze bardzo dobrze wróży dźwiękowej warstwie, bo szereg
inspiracji w jednym tyglu zmieszany nowe spojrzenie na rockową formułę
przynosi. Tako zakładam jest w przypadku Turbowolf, jeno może moja hipoteza
zbyt daleko idąca, bardziej intuicyjna niżby podbita wiedzą, bo ja przecież
świeżak w ich świecie. Nie czytałem o nich wiele, jedynie Two Hands już
wielokrotnie i intensywnie przerobiłem. Jest w tej muzie pomimo oczywistych
korzeni, entuzjastycznie to ujmując zajebiście świeże podejście do retro
tendencji. Żadne to prostackie odgrzewanie mielonych, tylko szerokie i celne
ogarnięcie trendu przez pryzmat własnej tożsamości, zbudowanej za pomocą z wyczuciem
wykorzystania punkowej zadziorności, rock’n’rollowej dynamiki i stonerowego
ciężaru. Wszystko w sosie elektroniki rodem z archaiczych gier pochodzących ze sprzętu sygnowanego marką Atari, która to w tej konwencji zastosowana
zamiast razić kiczem, poraża niczym piorun. Te klawisze, przetworniki
tajemnicze, to w moich oczach to, co dostarcza im waloru wysuwającego przed
szereg pośród setek czy nawet już tysięcy grup, które na retro graniu
współcześnie próbują się na szczyty wspiąć. Niecałe czterdzieści minut drugiego
w karierze Turbowolf longplaya, to czysta przygoda z każdym kolejnym kontaktem dostarczająca
wspaniałych emocji. Na koniec jeszcze deklaracja - nie interesuje mnie jaki hajp wokół tych typów na wyspach, czy gdziekolwiek indziej nakręcony. Póki takiej przedniej jakości rozrywki będą mi dostarczać, póty będę miał biznesowe menedżerów zagrywki głęboko w d!
piątek, 8 maja 2015
Little Children / Małe dzieci (2006) - Todd Field
Little Children, czyli nie można zmienić przeszłości,
ale przyszłość to już inna historia! W tym powyższym stwierdzeniu zamknięta
mądrość płynąca z treści tego obrazu. Świetnej kompozycji zbudowanej z
dojrzałej historii, urzekająco nakręconych ujęć, nieprzeholowanego dramatyzmu i
refleksyjnego poczucia humoru. W przenikliwym spojrzeniu na relacje
międzyludzkie - na człowieka w różnych fazach życia i okolicznościach w jakich
egzystuje. O ludzkich potrzebach i próbach ich zaspokojenia, o instynktach i
przekleństwach im ulegania. O poczuciu wartości, samoocenie w konfrontacji z
lustrem społecznej opinii, rutynie i uzależnieniu od bycia akceptowanym,
frustracjach i niepowodzeniach, popełnianych błędach i fiksowaniu się na nich.
Życie przecież jest potwornie skomplikowane, nasze osobowości formowane są
wieloźródłowo i wieloczynnikowo, a osadzenie przeżyć, których stajemy się
wiecznymi nosicielami w konstelacji kilkukondygnacyjnych relacji z bliższym i
dalszym otoczeniem, to ciągłe plątanie się w chaotycznej gmatwaninie przyczyn i
konsekwencji. Jednako jakby to banalnie nie zabrzmiało, to przecież my sami
jesteśmy kowalami swojego losu, reżyserami i scenarzystami naszej podróży przez
życie. Uzbrojeni w umiejętność przewidywania i korzystania z bogactwa
doświadczeń podejmujemy czynności, które nie zmieniają przeszłości, ale
projektują przyszłość. Dajmy sobie szansę, może pozwólmy dać szansę innym?
Wiem, ryzyko jest i ono wpisane w każdą naszą decyzję.
P.S. Jakim cudem swego czasu obraz ten przeoczyłem,
nie wiem. Jakim zbiegiem okoliczności na rekomendacje odnośnie jego wartości
wpadłem - to już dla mnie jasne i maksymalnie prozaiczne. Nie jestem
zwolennikiem internetowych grup zainteresowań, a szczególnie gawędziarstwa
filmoznawców, zbyt łatwo przeistaczającego się w spory, które to wprost
proporcjonalnie do podnoszonych wątków zamieniają się w pospolite pyskówki.
Drażni mnie zarzucanie komentarzami w stylu; dobry, świetny, genialny i tym
podobnymi powtarzanymi do zanudzenia przymiotnikami. Wiem, chyba zramolałym,
zgorzkniałym dziadem się staję. :) Co tam o tego rodzaju aktywności nie sądzę,
cieszę się, że tym właśnie sposobem trafiłem na post, gdzie zgodnie uznano, iż
Little Children to wysokiej jakości filmowa propozycja. Dla tych, co odrobinę
po omacku wśród ogromnego bogactwa produkcji czegoś wyjątkowego poszukują, grupy czy fora to dobry przewodnik, jednak bardzo trzeba uważać by zacna idea w
potwora kąsającego swego twórcę się nie przepoczwarzyła.
czwartek, 7 maja 2015
Love is Strange / Miłość jest zagadką (2014) - Ira Sachs
Miłość
jest dziwna? To ten film jest dla mnie dziwny i niezrozumiały, a precyzyjniej
stwierdzając to nadmierne zachwyty nad nim są dziwne! Nie rozumiem skąd tak
euforyczne recenzje, gdy obiektem uniesień średniej jakości obyczajówka, próbująca
przybrać wymiar kina nader ambitnego, a w rzeczywistości serwująca w nudny
sposób jakieś banały. I nie chce się rozwodzić nad detalami, szukać pewnie na
siłę w nim czegoś wyjątkowego, czy pokornie przyznawać się, że może jest dla
mnie zbyt wymagający merytorycznie. Napiszę jedynie, że to kameralna opowieść
o zwykłej codzienności, okraszona kontrowersyjnym gejostwem z wartościowym aczkolwiek
oczywistym przesłaniem. Życie jest piękne gdy w nim dużo miłości – bez względu
w jakiej konstelacji.
P.S. Na dowód, że obejrzałem go uważnie donoszę, iż dostrzegłem w nim dwoje rzadko spotykanych na ekranie aktorów z kultowego Przystanku Alaska. Taki drobiazg, a dał mi radość. :)
środa, 6 maja 2015
Strapping Young Lad - SYL (2003)
Ostatnio o Obsolete Fear Factory pisząc, odważnie jako pokrewną zestawiłem formację Deftones z ekipą Burtona C. Bella i Dino Cezaresa. Czy zasadnie to już kwestia
bezwzględnie subiektywnej oceny. Teraz przy okazji refleksji wokół trzeciego
krążka Strapping Young Lad kolejną paralele sobie nakreślę. Mianowicie po lewej w tej triadzie projekt szalonego profesorka postawię – w
centrum fabrykę strachu, a po prawej miejsce załoga Chino Moreno będzie
zajmowała. :) Ryzykowne nazw zestawienie? W moim przekonaniu absolutnie nie, bo
ono przecież jak najbardziej zasadne! Strapping Young Lad, Fear Factory, Deftones - wszystko
mi tutaj w sensie teoretyczno-praktycznym gra. Nie rozwinę teraz jednako egzemplifikacji powyższej triady, pewnie kiedyś przy okazji ją szerzej udokumentuję z wyraźnym zestawieniem cech wspólnych i tych, które w moim przekonaniu wiążą powyższe grupy w łańcuchu powiązań z genezy gatunku wynikających. Teraz tylko skupię się na dziecku Devina Townsenda, a dokładniej na krążku z
2003 roku. Przyznaję, iż ani Heavy as a Really Heavy Things, ani City mnie swego czasu nie
przekonały. Zbytnio intensywne, nawet obłąkane się jawiły, natomiast krążek z
piórkiem na okładce, mimo, że uznany w kręgu fanów za zbyt komercyjny (to chyba
żart), idealnie zespolił specyficzne szaleństwo i przebojowość. Jest na nim
soczyście i ciężko jak jasna cholera, gwałtownie i brutalnie rzecz oczywista,
ale jest i zdecydowanie wyraźniej i przejrzyściej, bo w tych kompozycjach sporo
zabawy melodią wyłapuję. Taką faktycznie dla wielbiciela ekstremy, gdyż
typowy konsument radiowej papki jedynie chaos w tych numerach zidentyfikuje. W
moich oczach, bardziej uszach jednak ten gest w stronę większej czytelności
utworów, czy nawet chwytliwości jest wyczuwalny i on decydującą rolę w
zbudowaniu głębokiej z tym albumem więzi odegrał. Zwyczajnie lubię, kiedy
pewien umiar zachowany zostaje, a kontrola nad dźwiękami nie pozwala autorom
zbytnio w megalomani się zatracić, której efektem niestrawne szaleństwo czy
popisy dla popisów. Ten krążek złoty środek stylistyki Strapping Young Lad
eksploruje, a ja wybornie się w jego towarzystwie odprężam. Pisze jak jest!
P.S.
Powyżej może bezzasadnie dwa pierwsze wydawnictwa Strappingowe zignorowałem. Uprościłem
ich zawartość do nieprofesjonalnego mianownika, że zbyt obłąkane. Dlatego też
sięgnę po nie przy najbliższej okazji i z perspektywy czasu i dzisiejszych
własnych preferencji muzycznych ocenię. Moja wiedza zaktualizowana zostanie, a
i kolejny przy okazji tekst na strony NTOTR77 powstanie. Taki właśnie
ambitny, wyzwaniem mianowany plan sobie teraz nakreśliłem! :)
wtorek, 5 maja 2015
Boogie Nights (1997) - Paul Thomas Anderson
Paul
Thomas Anderson jako reżyser cuda wyczynia. Bawi się ujęciami, klimat muzyką
podkręca, wybornie obsadę dobiera i na najwyższe obroty w kwestii warsztatu
wkręca. Głęboki wgląd psychologiczny stosuje i w przenikliwy sposób refleksje
snuje. Taki z niego potencjalny chirurg anatomię i fizjologię obiektu studiujący, a może
bardziej patolog, który autopsje przeprowadza i powód zgonu próbuje nakreślić.
Tym denatem ludzka przyzwoitość i godność w obliczu sławy i pieniądza.
Bohaterami opowieści ludzie po przeróżnych przejściach – zepsuci i zgorzkniali
cynicy, sfrustrowane bezradne ofiary własnych potrzeb i popełnionych błędów,
ale także naiwne gówniary i narcystyczni gówniarze, złapani na przynętę łatwizny. Grube ryby i małe płotki w
jednym zbiorniku pływające. Temat wyjątkowo kontrowersyjny na warsztat wrzucony
i w sosie stylu Andersona zanurzony. Biznes pornograficzny to w oczach
Andersona uzależniająca i wyciskająca z żywiciela człowieczeństwo branża. Im
więcej luksusu, tym mniej rozumu, im intensywniejsze bogactwo fizycznych
walorów, tym bardziej doskwierająca bieda duchowa. Wybieraj i z konsekwencjami
dokonanej decyzji się skonfrontuj. Nie biadol później, bo to twoja decyzja
była. Instynkty i podniety najniższe cię przecież skusiły.
poniedziałek, 4 maja 2015
Wild / Dzika droga (2014) - Jean-Marc Vallée
Oczekiwanie
na nowy obraz Jean-Marca Vallée, to od momentu kontaktu z Dallas Buyers Club dla mnie akurat
kwestią istotną było. Zatem kiedy wieść o rychłej premierze nadeszła,
bezzwłocznie korzystając z nadarzającej się okazji seans odbyłem. Po nim jak i
przed jeszcze, kiedy rozeznanie w temacie robiłem oczywiste skojarzenia z
fenomenalnym Into the Wild Seana Penna, czy udanym lecz nie wybitnym, bo
niepozbawionym mielizn Tracks australijskiego reżysera zrazu się pojawiły.
Jednako głębsza percepcja i bardziej rozbudowana refleksja wbrew pozornym
podobieństwom sporo różnic unaoczniła. Odmienne podejście do tematu, chociaż forma użyta zbieżna. Kryzys i poszukiwanie przełomu, pokonywanie słabości,
zmierzenie się z uzależnieniami w różnych postaciach i wyrwanie się z pewnej
skostniałej rzeczywistości. Tyle, że kiedy Chris McCandless ze środowiska przeżartego
hipokryzją uciekał, to Cheryl Strayed podnosiła się po życiowych klęskach. Upadła tak
nisko, że dna niemal sięgnęła. Z tego miejsca względnie się pozbierawszy przed
wyzwaniem, które ostatnią szansą stanęła. Hart ducha i ciała Jean-Marc Vallée ukazał,
w mrocznym i poetyckim ujęciu. O ważkich kwestiach poruszająco opowiedział,
unikając szczęśliwie łzawej maniery na surowej, a przez co autentycznej
manierze się skupił. Nie silił się na egzaltowaną ponad miarę retorykę,
moralizatorski bełkot, którym miast wstrząsać tylko by politowanie wzbudzał. W
oszczędnych, odpowiednio dozowanych proporcjach zestawił sugestywny wymiar
milczenia ze sprawnie odkrywaną tajemnicą. I przyznaje, że z początku nie
rozumiałem o co bohaterce chodzi, co kryje się za relacjami z matką i
partnerem. Stopniowo to odkrywałem, bo odsłaniał tą niewiadomą reżyser powoli,
systematycznie i konsekwentnie. Z tych powracających retrospekcji skonstruował
obraz intrygujący i wartościowy, dojrzały i ujmujący, a za sprawą
urokliwych zdjęć i nienachlanej warstwy muzycznej dodał całości dodatkowego
atutu. Dokonał też tego, co o wyjątkowości reżyserskiego warsztatu świadczy.
Spiął bowiem dwa swoje ostatnie dzieła wspólnym mianownikiem, pozwolił odczuć w nich
swoją charakterystyczną twórczą rękę. Dla mnie to oczywiste nawet gdybym wiedzy
odnośnie autorstwa został pozbawiony, że Dallas Buyers Club i Wild to efekty
pracy jednego reżysera. W dodatku świetnego! Tak w kwestii ścisłości jeszcze
dodam, iż żeby tą produkcję w pełni zrozumieć i docenić potrzeba więcej niż
jednego seansu. Ma ona cholerny potencjał i obiecuje sobie, że w pełni go
odkryje.
P.S.
Muszę się odnieść rzecz jasna do kluczowego pytania, wokół którego spore ciśnienie
w kwestii tego obrazu było podkręcane. Czy blondyneczka dała radę? :) Tak dała,
jak zresztą zawsze, bo Reese Witherspoon to kapitalna uniwersalna aktorka, zarówno
dramatyczna jak i komediowa.
niedziela, 3 maja 2015
Miasto 44 (2014) - Jan Komasa
Sporo
czasu od głośnej prapremiery minęło, wzbudzone zainteresowanie naturalnie
ucichło, a emocje związane z oceną wartości obrazu przygasły. W takich
pozbawionych ciśnienia okolicznościach seans w końcu odbyłem i bogaty we własne
subiektywne przemyślenia tu i teraz zdań kilka w temacie tej gorącej produkcji
wyłuszczę. Prosto i bezpośrednio stwierdzam, iż zawiódł mnie Komasa niestety. Po
wspaniałym debiucie, jakim w mojej ocenie Sala samobójców była, tym razem
sięgając po temat współcześnie istotny, ale i zdecydowanie obecnie bardziej komercyjny
poległ pod ciężarem nie tylko oczekiwań, ale i własnej młodzieńczej fantazji.
Przekombinował i zamiast autentyzmem poruszyć, on zwyczajnie wzbudził poczucie
niesmaku. Popsuł film nowoczesnymi trikami w estetyce matrixowych czy kojarzących się wprost z grami komputerowymi ujęć. Potencjalnie poruszający dramat przekształcił w niskich lotów
melodramat z tłem w postaci efekciarskiego pokazu technicznej tandety, który po
latach jeszcze bardziej wzbudzał będzie grymasy politowania. Efekty, które już
teraz wyglądają niepoważnie zestarzeją się, co jest oczywistością, a
niedojrzała ckliwość w perspektywie czasu jedynie o zapędach w stronę kina
banału będzie świadczyć. To niestety nie wszystko, gdyż rozrywkowe efekciarstwo
dużo dalej zostało posunięte. Rezygnując po części z treści skupił się bowiem
Komasa na szokowaniu okrucieństwem w sposób prostacki podanym. Wydarzenia w
takiej formie ukazane nie wzbudzają we mnie poczucia przygnębienia, tylko
zniesmaczenie wywołują. Za wiele krwi i ludzkich flaków, a za mało cierpienia
duszy. Mierzi zaskakująco sielankowa atmosfera tuż przed wybuchem powstania,
zakłócana jedynie incydentalnie scenami okupacyjnego terroru. Zastanawia w
takich okolicznościach powód, dla którego decyzja o buncie została podjęta i
jeszcze mocniej boli cena, jaką stolica zapłaciła. Obraz jaki się wyłania do
wniosku prowadzi, że młodzieńcza fantazja pobudzana patriotycznymi ideami do
typowo romantycznych aktów braku realizmu doprowadziła. Rzeź jaka nastąpiła
efektem ułańskiej fantazji, a nie ludzkiej bezradności w obliczu zamordyzmu. Takie konkluzje wizja Komasy prowokuje, a ja nie potrafię wręcz patrzeć na tak
przedstawianą wersję zdarzeń. Może moja percepcja spaczona dotychczasową wiedzą
z różnych źródeł czerpaną? I chociaż ona tak po prawdzie dosyć mizerna, co
pokora każe jasno stwierdzić, to i tak trudno mi niezwykle przyjąć, iż ta
hitlerowska okupacja tak „słoneczna” była. Tak to sobie twórcy Miasta 44 wymyślili,
tak ludzką tragedię przedstawili, a ja akurat innej formuły od nich oczekiwałem. Więcej między wierszami, mniej prosto w ryj dostać chciałem, przez co stwierdzam, iż
bardzo wiele tej produkcji do arcydzieł traktujących o wydarzeniach z II wojny
światowej brakuje. Nie dorasta z tym obrazem pomimo wszystko utalentowany Komasa do pięt ani Spielbergowi,
Polańskiemu, Agnieszce Holland czy w bezpośrednim starciu Wajdzie. Skarlał "młodzieniec" jako obiecujący reżyser w moich oczach i pytanie czy po tej lekcji pokory wobec
filmowej materii w przyszłości wnioski wyciągnie i na powrót czymś równie
wartościowym jak Sala samobójców zaimponuje.
P.S.
Jeszcze po części tak na marginesie napiszę, iż widzę to tak, że powinien to
być obraz dla osób z wiedzą, a nie wiedza w obrazie adresowana do pozbawionych
pokory i elementarnej orientacji szczeniackich arogantów. Z pełną
świadomością to stwierdzam, zdając sobie sprawę, iż Miasto 44 natrzaskało sporą oglądalność
szkolnymi wypadami do kina. Motywowanymi w większości uniknięciem zajęć niż
potrzebą konfrontacji z wiedzą historyczną. Postulowałbym zatem aby zanim do
kina młodzież została zabrana, sprawdzian przed odpowiedzialnym, apolitycznym
historykiem przeszła, lub też podczas seansu licznymi przypisami wyjaśniającymi
okoliczności i konteksty bogato była dokarmiana.
sobota, 2 maja 2015
Deep Purple - Fireball (1971)
I poszli za ciosem jak to ówcześnie w muzycznym biznesie się przyjęło i w zaledwie ponad rok od premiery In rock na rynku zagościł nowy purpurowy longplay. Do stabilnej już formuły dorzucili odrobinę country zacięcia plus funkowej i soulowej subtelności. Jednak sednem tego wydawnictwa trzy kompozycje na lata już stałą rolę hiciorów grupy pełniących. Energiczny, pędzący przed siebie Fireball, o potężnym groovie Demons Eye oraz rytmiczny Strange Kind of Woman, po latach do albumu dorzucony. Wszystkie jednak kawałki z programu płyty na najwyższym poziomie i chociaż wśród trzech klasycznych krążków (In Rock, Machine Head, Fireball) on najmniejszą estymą się cieszący, to w żadnym wypadku w moim przekonaniu jakością od kultowego dwóch braci nie odstaje! MK II z pierwszego okresu to wielka klasa i tyle. :)
środa, 29 kwietnia 2015
Everything is Illuminated / Wszystko jest iluminacją (2005) - Liev Schreiber
Napiszę
krótko, bo tak po prawdzie cholera wie, co mam w temacie tym skreślić. To
chyba nie moja bajeczka, nie trybie tego rodzaju konwencji, gdzie śmiertelnie
poważny temat w niebezpośrednio poważnej formule się ukazuje. Rzecz jasna
doceniam misternie zbudowaną i gruntownie przemyślaną konstrukcję, w której
luźna czy bardziej ironiczna atmosfera płynnie zaaranżowana zostaje do
przekazania niezwykle ważkich treści. Tyle, że obiektywnie uznając wartość,
absolutnie nie chwytam tego typu poczucia humoru. Nie jestem w stanie, zatem w
pełni wkręcić się w opowiadaną historię i z sugerowanej perspektywy usprawiedliwić
takową formułę narracji. Jestem jednak w stanie wyobrazić sobie, że dla
zwolenników takiego kina, to właśnie spojrzenie na temat holokaustu będzie
szczególnie ciekawe i cenne. Mnie niestety zmęczyło i nic na to nie
poradzę.
P.S. Tak na marginesie, kolejny ceniony aktor wlazł tu w buciory reżysera.
P.S. Tak na marginesie, kolejny ceniony aktor wlazł tu w buciory reżysera.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
Maps to the Stars / Mapy gwiazd (2014) - David Cronenberg
Tak
się składa, iż znajomość twórczości Davida Cronenberga u mnie znikoma. Znam ze
słyszenia sporo jego tytułów, mimo to okazję widzieć to miałem jedynie poprzedzającą
Maps to the Stars produkcję, Cosmopolis nazwaną. Nie przypadła mi ona zupełnie do
gustu, więcej ona mnie znudziła wyczerpując ogromnie. Obiecałem sobie mimo tego nieprzyjemnego doświadczenia, że starsze obrazy jak będzie okazja
przepracuję - bo przecież zaskoczyć się na plus, gdy oczekiwania niewielkie to sympatyczne odczucie. :) Zanim jednak to może nastąpi, tu i teraz zdań kilka w
temacie najnowszego dokonania Cronenberga zapisane będzie. Dziwaczne to było przeżycie,
a określenie to mam wrażenie najtrafniej opisuje materie z którą było mi dane przez
ponad półtorej godziny obcować. Śmieszno i straszno jednocześnie, gdyż postaci,
jakie bohaterami mocno zeschizowane, przez co wzbudzające politowanie, a przesłanie,
które z treści odczytuje niezwykle gorzkie. Zepsuci, popieprzeni solidnie
prostacy, egoistyczne karykatury człowieka, bezwzględne złamasy, psychotyczni
lanserzy, bezrefleksyjni, zimni cynicy, aroganccy hochsztaplerzy, odarci ze
wszelkiej empatii pretensjonalni megalomaniacy i psychiczne wraki, czyli w kilku słowach obraz hollywoodzkiego światka, jakiego od niekorzystnej strony Cronenberg daje uświadczyć. Tego który na kozetce u terapeuty za grubą kasę eksploruje własną
emocjonalną niedojrzałość, symuluje skuteczne leczenie kompleksów, uzależniając
się od głasków. Nikt nie jest choć w miarę normalny, granica pomiędzy
ekscentrycznością, a obłędem płynna i dynamicznie pulsująca. Obejrzałem ten
osobliwy spektakl i zastanawiam się teraz, co chciał reżyser dać do
zrozumienia. Zakładam, że przesłanie wysublimowane, wokół przekonania, że w pewnych okolicznościach ego rozmiary gigantyczne przybiera, a konsekwencje tego stanu dramatyczne. Ok, rozumiem ale porwany
się nie czuje, może tylko kapitalne role większego artystycznego wrażenia
dostarczyły. Bo sama fabuła jakoś nie wykonała zakładanej roboty. To tylko moje
przekonanie, człowieka dla którego twórczość Cronenberga nadal tajemnicę stanowi.
piątek, 24 kwietnia 2015
Inherent Vice / Wada ukryta (2014) - Paul Thomas Anderson
Właśnie
seans z Inherent Vice zaliczyłem, znaczy kolejną odsłonę nieprzeciętnej jakości
talentu Paula T. Andersona miałem okazje smakować i spieszę natychmiast swoimi
refleksjami się podzielić. Obraz
oryginalny, rzekłbym specyficzny, inteligentny, dodałbym przenikliwy,
błyskotliwy i szczwany. Gorzki i zgrywny
zarazem i co jego najwyraźniejszym atutem, z fenomenalnym klimatem. Tak to już
u tego Andersona bywa, że jak film kręci to jak nikt inny potrafi uchwycić
ducha czasów i miejsca w których akcje umieszcza! To kino efektowne i efektywne
zarazem, gdzie nietuzinkowe podejście do materii nie przytłacza sensu i treści.
Dla mnie kapitalnie spędzone dwie i pół godziny, z całą plejadą
wybitnych person w obsadzie - z takimi tuzami na czele jak Benicio Del Toro, Josh Brolin, Owen Wilson i przede wszystkim niesamowitym Joaquinem Phoenixem. W rolach,
które na długo w mojej pamięci zakotwiczą i układem odniesienia dla przyszłych
ocen kolejnych aktorskich popisów się staną. Bo jakość występów, jakie z ekranu
się sączyły ponadprzeciętnie wysoka, a zasługa tkwiąca nie wyłącznie w samych hollywoodzkich gwiazdach. Są właśnie wśród reżyserskiej elity, takie oto
postaci, które z aktorskich indywidualności maksimum wyciągnąć potrafią. Przenieść
rzemiosło na poziom sztuki i pełen aktorski potencjał z rzeczywistym efektem zrównać.
Tego Anderson błyskotliwie dokonał, łącząc w jednym dziele koncertowe kreacje z
niezwykle przekonującym klimatem i intrygującą zawartością treści w treści. Przez bite 150 minut przykuwał moją pełną uwagę fabułą, ekscytował dialogami, detalami w mimice postaci gęsto nagromadzonymi - oczarowywał obrazem i muzycznym
tłem fascynacje podsycał. Dał powody do refleksji i bezpretensjonalnej zabawy, z dawką humoru
niebanalnego w dominujących proporcjach. Uczynił też coś, co w tak doskonałej formie w
kinie trudne do uzyskania. Tak ukształtował relacje między kluczowymi
bohaterami, iż napięcie seksualne niemal do wrzenia doprowadzone. Bez
bezpośredniej dosłowności, niemal wszystko w dialogach i gestach, pomiędzy
wierszami gęsto poupychane. Tą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych
bezpruderyjną, dymem zioła spowitą hipisowską aurę fenomenalnie odwzorował, a
teatralna poniekąd przerysowana prezentacja jej swoistych cech, idealnie
wtopiona w konwencje została. Wiem, rozumiem, świadom absolutnie jestem, iż to
produkcja, która nie wszystkich przekona, bo to Andersona podejście do filmowej substancji niepowszednie i pewnej osobliwej optyki u widza wymagające. Ja
rzecz jasna do bólu subiektywnie entuzjastycznie nastawiony, tej magii bezgranicznie się
poddałem i z odpowiedzialnością za słowo stwierdzam, iż pomiędzy przewidywalnością
kina standardowego i często niewspółmiernie ambitnych założeniach kina
intelektualnego - gdzieś na styku oryginalnej formuły i efektywnej treści swoją
przestrzeń Paul Thomas Anderson odnalazł, każdym autorskim dziełem dając możliwość
kontaktu ze sztuką wielkiego formatu.
P.S. Wiem, Joaquin Phoenix zasłużył, by słowo więcej niż jedno tylko o jego roli napisać. Ale jakbym o tym majstersztyku teraz zaczął się rozpisywać, to pewnie tekst bym objętościowo potroił, a zasady by być zwięzłym jednak do konsekwencji mnie obligują. Zatem się powstrzymam, bo gdzie bym był teraz, w jakim gigantycznym chaosie się miotał, gdyby nie reguły, szczególnie te samemu sobie narzucane. :)
P.S. Wiem, Joaquin Phoenix zasłużył, by słowo więcej niż jedno tylko o jego roli napisać. Ale jakbym o tym majstersztyku teraz zaczął się rozpisywać, to pewnie tekst bym objętościowo potroił, a zasady by być zwięzłym jednak do konsekwencji mnie obligują. Zatem się powstrzymam, bo gdzie bym był teraz, w jakim gigantycznym chaosie się miotał, gdyby nie reguły, szczególnie te samemu sobie narzucane. :)
czwartek, 23 kwietnia 2015
Fear Factory - Obsolete (1998)
Po tak silnym, a przede wszystkim spektakularnym
ciosie jak Demanufacture, który to Fear Factory na szczyty popularności w
estetyce ciężkich brzmień wyniósł, nagranie kolejnego równie dobrego krążka
było wyzwaniem. Zatem Obsolete już od startu łatwo nie miał! Porównywanie go z
poprzedzającą produkcją było naturalne, a wynik takowego zestawienia dość
przewidywalny. Tak to już bywa, że jak coś od początku w status kultowy
obrośnie to żadnym sposobem to, co przed i po podobnego efektu nie odniesie.
Demanufacture pozamiatał, na Olimpie się zainstalował, z góry na wszelką
konkurencje spoglądając, a Obsolete wyłącznie przynosząc kolejną rewolucję mógł
go w cień zepchnąć. Tak się jednako nie stało, bo krążek z 1998 roku to nic
innego jak kontynuacja ścieżki, jaką Demanufacture wytyczył. Czyli, jest ciężko
jak diabli, ale już nie tak przebojowo, bas z wiosłami grzmoty emituje,
produkuje rwane struktury, które co oczywistością niewiele z death metalem z
czasów Soul of a New Machine mają wspólnego. Tutaj to szufladka z później
zdefiniowanym nu metalem się wysuwa, a Fear Factory kładzie podwaliny pod tą
stylistykę. Tylko, że ten obecnie wyszydzany na równi z metal corem nurt w
rozumieniu fabryki strachu to nie miałkie i manieryczne melodyjne granie, a
rasowe riffowanie podlane zimną elektroniką z konkretnym rykiem wokalisty.
Nawet te chwytliwe zaśpiewy miast strukturę kompozycji rozmiękczać w myśl zasady czysto i melodyjnie to przebojowo i łatwo, one ją wzbogacają i w odjechane rejony pchają. Dla mnie po nu
metalu do cna wyczerpanym przez tony tandeciarzy, dwie formacje wartościowe
pozostały. To właśnie Fear Factory wraz z Deftones budując od podstaw
archetypiczny wzorzec stylistyki i nadal współcześnie go w sposób wyrafinowany
rozwijając, udowodniły swój zasłużony kultowy status. To śmiem stwierdzić, choć to przecież formacje zupełnie odmienne i bliźniaczo podobne zarazem. Bredzę i
nonsens za nonsensem produkuję? Możecie mnie pocałować! ;) Tak to widzę, a
bardziej słyszę i jak ktoś tego w ten z moim spostrzeganiem zbieżny sposób nie odbiera to mu szerszej perspektywy i większej wyobraźni życzę! :)
P.S. Ok, opamiętuję się i przepraszam za arogancję,
bo jak wszyscy się obrazicie to kto będzie moje koślawe teksty czytał.
Przepraszam zatem i na odrobinę wyrozumiałości liczę. ;)
wtorek, 21 kwietnia 2015
Jeziorak (2014) - Michał Otłowski
Bardzo
sprawnie skonstruowany mroczny kryminał, korzystający ze sprawdzonych na wpół
skandynawskich i amerykańskich wzorców, a osadzony w rodzimych realiach. Żadne to kino wybitne, dzieło w jakikolwiek sposób wyjątkowe, jednak
obejrzane przeze mnie bez większych zgrzytów, płynnie i ze sporą ciekawością.
Bo trzymał w intensywnym napięciu, klimatem osnuwał podczas projekcji oraz przykuwał uwagę wyraziście skrojonymi postaciami. Bez nadmiernej kombinacji, prosto do
przodu parł i nudzić się nie pozwalał. I wszystko wskazywałoby na to, że
większych wad nie dostrzegałem, gdyby nie to, iż od początku po sam koniec nie
opuszczało mnie odczucie natrętne, że to tylko taka bardziej mroczna, jednak
nadal niestety typowo polska poniekąd serialowa konwencja. Trochę szkoda.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Coherence (2013) - James Ward Byrkit
Niskobudżetowy,
kręcony "z ręki" obraz science fiction lub inaczej ograniczone do minimum użytych
środków filozoficzno-psychologiczne studium przypadków. Tak czy siak efekt w miarę udany, nawet kiedy ta
próba zrobienia wrażenia poprzez skomplikowaną treść nieco osamotniona, bo za
cholerę nie dopatrzyłem się tutaj nawet śladowych części jakiegokolwiek artyzmu, ani też warsztat aktorski jakiegoś, chociaż częściowego podziwu nie wzbudził.
Zamiast sztuki, która wzbogacałaby odbiór otrzymałem do konsumpcji absolutnie
nieduchowej, wyłącznie zawiłą fabułę, powykręcaną bezlitośnie, bez grama
autentycznych emocji i zagraną zimno w sztucznej manierze. A chciałoby się, aby
wymagająca logicznego myślenia treść współegzystowała z artystycznymi walorami,
miast swoją atrakcyjność jedynie do czystej zagadki sprowadzać. Problem też
właśnie w tym, że psychologiczna płaszczyzna pomimo prób wyłuszczenia jej
istoty, poprzez tą kwadratową postawę aktorów całkowicie położona. Inną kwestią
zaś moje przekonanie, iż często ta prawdziwa pasjonująca psychologia w
prostych, czasem banalnych treściach zawarta. Skupienie się na łamigłówce,
która uwagę swoją zakręconą ideą niemal w całości kradnie powoduje, iż
umysł humanistyczny zagubiony i niespełniony się czuje. Natomiast człowiek z
predyspozycjami do nauk ścisłych w takich okolicznościach zachwycony
wykorzystaniem naukowych teorii pomija w percepcji kwestie psychologiczne lub
traktuje je przynajmniej po macoszemu. To właśnie problem tego rodzaju
produkcji, że tych dwóch skądinąd fascynujących światów nie są w stanie udanie zespolić.
P.S.
Powyżej jedna próba przybliżenia istoty spójności, gdyby jednak ona
nieczytelną była, próba numer dwa zostaje też uskuteczniona. Coherence tak na
podstawie prostych skojarzeń w niszy gdzie ostatnio szał zrobiły takie akty jak Cloverfield, Paranormal Activity czy hiszpański [Rec] bym umieścił.
piątek, 17 kwietnia 2015
Minsk - The Crash & the Draw (2015)
Jedyny problem jaki mam z takim graniem, to ta tendencja
wśród tych, co tego rodzaju młóceniem się parają, by do oporu krążki zapełniać.
Przez to materiały stają się zwyczajnie ciężkostrawne i męczące. Z natury to dźwięki,
co gniotąc ciężarem, spowijając mrokiem i emocjonalnym dołem do łatwych w
odbiorze nie należą, stąd nadmierna ilość tego „dobra” jest często wyzwaniem
ponad moje siły. Niemal osiemdziesiąt minut nawet w towarzystwie ciekawych
rozwiązań aranżacyjnych, na zmianę chwytliwych i ultra ciężkich riffów, w
przypadku najnowszej odsłony ekipy zza wielkiej wody, to dla mnie zbyt wiele. Po
kilku seansach z tym monolitem powyżej zaznaczona oczywista refleksja nie daje
mi spokoju. Gdyby The Crash & the Draw w nieco ponad trzech kwadransach zamknąć i ograniczyć
do pewnego rodzaju esencji, w moich oczach krążek nabrałby zgrabnych kształtów,
których powab byłby zdecydowanie intensywniejszy. W obecnej formie niestety
nadmierna masa przytłacza i finalnie monotonią trąca. Rozumiem, iż rozmiary w
tej estetyce zdają się mieć kluczowe znaczenie, a hasło „zmiażdżyć słuchacza”
jest przewodnim dla jej twórców. Uparcie jednak postulowałbym o umiar, bo
paradoksalnie im w rozsądnych proporcjach mniej tej miazgi tym wyraźniej
odczuwalne wszelkie jej walory. Numery wtedy nie zlewają się w jedną
bezkształtną substancję, tylko uwypuklają charakterystyczne cechy konstrukcyjne. Nie
są powielane w schematycznym układzie, a siła ich rażenia jest bardziej
precyzyjnie naprowadzana. Może moja ograniczona znajomość tej gatunkowej
konwencji nie predestynuje mnie do eksperckich wniosków. Mam jednako laickie
przekonanie, opierane na zwykłej uniwersalnej wrażliwości muzycznej, że tych
świetnych pomysłów na tym krążku starcza na w przybliżeniu minut pięćdziesiąt,
a reszta to niepotrzebne nabijanie licznika. Terapia wyszczuplająca na dobre by
wyszła, a za wzór powinien, Blindead z Affliction posłużyć. Niewiele ponad trzy
kwadranse w wykonaniu rodaków, to bogate emocje, które po każdorazowym finale na
nowo chce się przeżywać. The Crash & the Draw bez wątpienia ma potencjał na podobnym
poziomie, przykro jednak, że został on nieprzyzwoicie rozciągnięty, niczym
markowe dresy karka spod remizy. Gdyby one opinały wypracowane tonażem mięśnie
pewnie więcej wzroku gorącego towaru by przyciągnęły. :) Tak to widzę i tego
porównania z portkami karków się nie wstydzę. To skojarzenie proszę wyłącznie z
wagą kompozycji Minsk łączyć.
P.S. Wyróżniam i jako
fundament ustawiam te wyborne kompozycje: Within and Without, To You There Is No End, To the Garish Remembrance of Failure, When the
Walls Fell i cztery odsłony Onward Procession.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Force Majeure / Turysta (2014) - Ruben Östlund
Na
dwóch poziomach tą produkcję podczas seansu smakowałem, a precyzyjnie ujmując
zarazem mlaskałem z zachwytu, by także niestety kręcić nosem i pewne oznaki
niestrawności odczuwać. Po pierwsze walory opiszę. Nimi piękne majestatyczne
góry, bajeczne krajobrazy w zachwycających kadrach zatrzymane. Klasyczny motyw
muzyczny powracający z uporem i niezwykłej oprawy obrazom dodający. I przede
wszystkim duszny, gęsty klimat w moim przekonaniu bezpośrednio nawiązujący do atmosfery,
jaką Stanley Kubrick w swoich dziełach kreował. Nie byłem w stanie przejść obojętnie obok powyższych skojarzeń, wobec tak wyraźnych prób skorzystania z zacnego, na
wskroś oryginalnego dorobku warsztatowego mistrza. Te właśnie atrybuty współegzystują z drażniącą mnie w tym przypadku niemiłosiernie, próbą
psychologicznej eksploracji natury człowieka postawionego wobec zupełnie
zaskakujących go okoliczności. Jedno wydarzenie zostawia ślad, a jego
reperkusje istotą fabuły. I może rozwijanie tej podstawy byłoby dla mnie doświadczeniem
w pełni fascynującym, gdybym był w dobrobycie zachodnioeuropejskiej
rzeczywistości wychowywany. Wtedy ta po prawdzie ciekawa warstwa
socjologiczno-psychologiczna, nie byłaby skutecznie przesłaniana poprzez
pryzmat, napisze jak najprościej – robienia wideł z igiełki. Tak taką traumę się
przeżywa, kiedy brak autentycznych trosk, a bogate nacje na taki przywilej mogą
sobie pozwolić. Rozmieniać się na dobre i z każdej pierdoły bez większego
znaczenia temat do dyskusji z terapeutą kozetkowym robić. W teorii problem rozwiązywać,
a w praktyce przysporzyć sobie kolejnych mniej lub bardziej autentycznych komplikacji. Takie "rozmnażanie przez pączkowanie" uskuteczniać, rozdrapywać bez
znaczenia rany, by finalnie chcąc je przepracować dla dobra własnego i otoczenia, to tą podręcznikową teoretyczną strategią właśnie prawdziwych trosk sobie dostarczać. Ruben Östlund ambitnie temat potraktował, artystycznie świetną robotę wykonał,
jednak merytorycznie w moim przekonaniu świadomie czy nieświadomie ośmieszył tą całą współczesną modę na „czy chcesz o tym porozmawiać”, „jak się z tym
czujesz”, „podziel się z grupą”. Doceniam oczyszczającą rolę rozmowy,
dyskusji, ogólnie mówiąc komunikacji międzyludzkiej, jednak sprowadzanie jej do
rozmiarów karykaturalnych uznaje za niepotrzebne dezorganizowanie relacji. Nasze
życie jest i tak już nadmiernie wieloznaczne byśmy pozwalali na
niekontrolowaną formę utrudniania sobie go na życzenie. Czasem trzeba pewne
kwestie przemilczeć, by pozwolić im odejść w niepamięć. Zając się dobrą zabawą,
olać używając prostackich określeń! Gdyby mnie akurat było stać na taki
alpejski urlop z rodziną i przyjaciółmi skupiłbym się na relaksie zamiast jakąś
cholerną terapię praktykować. :)
P.S.
Kino skandynawskie sporadycznie ląduje w przerabianym przeze mnie materiale filmowym, tyle
propozycji anglojęzycznych, że czasu brakuje, stąd traktuje je jako rodzaj
egzotyki, zdając sobie jednakże sprawę, iż zasługuje na większą uwagę.
środa, 15 kwietnia 2015
Kill the Messenger / Wyrok za prawdę (2014) - Michael Cuesta
Żadne
to kino wybitne, tylko w miarę porządnie zrealizowana produkcja, która
kapitalny temat nie w pełni wykorzystuje. Autentyczna historia dziennikarza,
który wpada na skandal wielkiego kalibru i upublicznia go podpisując jednocześnie
na siebie wyrok. Forma ewoluuje z thrillera politycznego w dramat o wyraźnym
sznycie psychologicznym, przenosząc ciężar z samej afery na kwestie manipulacji
faktami, wywierania presji psychicznej wobec człowieka stającego do walki z
ogromną państwową machiną. Konsekwencji odbijających się na jego życiu
rodzinnym czy w końcu na zagrożenia wynikające z ujawniania prawdy szerokiemu
społeczeństwu. Sporo tych ważkich kwestii do analizy i tylko niestety
brakło w efekcie końcowym czegoś, co samą produkcję ponad sztampę by wyniosło.
Nawet zgrabne wplatanie w formę zdjęć dokumentalnych czy nader właściwa ciekawa i
tragiczna historia nie spowodowały, iż wrażenia ponadstandardowe na koniec
odczułem. Obejrzałem nie zasypiając w trakcie, więc notą średnią nie skrzywdzę
twórców tego obrazu.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Led Zeppelin - III (1970)
Niemal
wszyscy w większych lub mniejszych fragmentach znają, jednak nie wszyscy muszą kochać,
bo to taki typ dźwiękowej strawy dopiero w dojrzałych osobnikach wywołuje pełny
efekt fascynacji. Zwyczajnie czują te wibracje ci, co z rockową estetyką przez
lata zapoznawani i przez to odpowiednio przygotowani do doceniania ukrytych
walorów. Ja też na nich tak w pełni późno się poznałem, jednak dojrzałem w końcu by stwierdzić
odpowiedzialnie, że Led Zepp wielki jest! Trzecie rozdanie w ich karierze to
pewna nowa jakość, bo też i mniej w tej muzyce bezpośredniego grania, a
zdecydowanie więcej subtelnego posługiwania się bardziej wyrafinowanymi
narzędziami. Czuć, iż w poszukiwaniu inspiracji jeszcze głębiej kopać
postanowili, by w konsekwencji pełnymi garści czerpać między innymi z
archetypicznego czarnego bluesa. Centralny punkt płyty w postaci Since I’ve
Been Loving You najbardziej dosadnym potwierdzeniem powyższej tezy. Wibracje
płynące z tej wspaniałej kompozycji, to prawdziwa ekstaza dla każdego, kto duszy
w dźwiękach poszukuje. Tutaj czar płynie z natchnionych wokalnych popisów Planta i bogato nasączonej feelingiem gry Page’a, wspomaganego zjawiskowym klawiszem i
wyraźnymi akcentami Bonhama, pośród w większości stonowanego nabijania
klasycznego spokojnego rytmu. Można pewnie bez ryzyka stwierdzić, że Panowie
sięgnęli też do folku i białego country przez co nieco zmiękli, bo nawet te
bardziej energetyczne czy dynamiczne numery nie posiadają w sobie tego pazura,
jaki w Whole Lotta Love czy Heartbreaker zawarty. Dla mnie to kiedyś był powód,
który stawiał III poniżej reszty klasyki zespołu, jednak dziś wiem, że ten
ówczesny mankament, współcześnie spostrzegam w kategoriach waloru, wzbogacającego dyskografię legendy. Zrobili to na co mieli ochotę, zakładam, że w pełni
świadomie, a tylko najwięksi mogą sobie pozwolić na taką dozę nonszalancji, by
zamiast na oczekiwane przeboje postawić na artystyczną swobodę. Stąd trzecia odsłona ma swą ogromną wartość
i z perspektywy czasu broni się odrobinę inaczej, ale z jednak równą
skutecznością co jedynka, dwójka czy ikoniczna czwórka.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Selma (2014) - Ava DuVernay
To trudne, by zrobić film trzymający w napięciu, gdy historia znana, a finał oczywisty. Ta sztuka w tym przypadku się udała i powstał obraz wizualnie i merytorycznie najwyższej klasy, wstrząsający i poruszający, jasno stawiający granice aby po właściwej stronie się opowiedzieć. Z emocjonalnym muzycznym tłem, nie pozostawiającym człowieka obojętnym wobec przedstawionych wydarzeń, na czele z promującym film numerem Glory, za który Oscar w rękach twórców wylądował. Obraz o uprzedzeniach i nienawiści, politycznej grze wymierzonej przeciw konsekwentnemu człowiekowi z zasadami, oddanemu sprawie, lojalnemu pełnemu charyzmy i rozsądku. On dyktat prostaków wraz z oddanymi zwykłymi ludźmi złamał, twardo negocjował, racjonalnymi argumentami się posługiwał i do wrażliwości potrafił przemówić. Miał też po drodze sporo wątpliwości, przeżywał chwile słabości z bezradnością wobec betonowej materii związane. Finalnie jednako napędzana paradoksalnie przez białych radykałów czarna determinacja w rzeczywistość sen zamieniła. Prawo jednak łatwiej zreformować, niż zrewidować pewne poglądy - mentalność przeobrazić. Rest in Peace doktorze!
piątek, 10 kwietnia 2015
Serena (2014) - Susanne Bier
Niewiele się spodziewałem, a finalnie sporo emocji przeżyłem, bo Serena to duszny, przygnębiający klimat, świetnie skorelowana z obrazem muzyka, przepiękne krajobrazy i sugestywne role Jennifer Lawrence oraz gości z drugiego planu - Toby Jonesa, Davida Dencika czy Rhysa Ifansa. Nawet ostatnio hiperaktywny Bradley Cooper przyzwoity poziom utrzymuje, a ta jego nadmierna obecność na ekranie i powielane schematy warsztatowe nie drażnią. Sama historia może oryginalnością nie grzeszy i wykorzystuje wiele standardowych wzorów, ale ma w sobie coś hipnotyzującego i sporo w narracji między wierszami przemyca. Pozornie rozsądna i racjonalna kobieta psychiczne zaburzenia spowodowane traumą z dzieciństwa z powodzeniem do krytycznego momentu ukrywa. Jednako prawdziwa natura zostaje uwolniona, niestety zazdrość kontrole przejmuje by tragedie mnożyć. Czułem te emocje, napięcie wyraźnie mnie przeszywało, że coś wisi w powietrzu, a sprzyjające okoliczności pobudzą serię tragicznych zdarzeń. Miałem trafne przeczucia, czyżbym był jak Gallowey jasnowidzem? ;)
P.S. Na marginesie dorzucę, iż cholernie mi się pod wieloma względami z Lawless Johna Hillcoata kojarzył.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Behind the Candelabra / Wielki Liberace (2013) - Steven Soderbergh
Trochę
czasu czekałem by w pełni pozytywną notę wystawić produkcji sygnowanej
nazwiskiem Soderbergh. To właśnie teraz uczynić mi przyszło, bo Behind the
Candelabra to najlepszy obraz Soderbergha od czasu kapitalnego Traffica i
równie doskonałej Erin Brockovich. Jestem świadom, iż nie wszystkie projekty w
międzyczasie widziałem, gdyż reżyser intensywnie nowymi efektami pracy
częstował – robił dużo, ale niekoniecznie się to na jakość w poznanych
przypadkach przekładało. Tym razem jednak po seansie jestem do końca
ukontentowany, albowiem obejrzałem przede wszystkim kapitalną robotę w kwestii
odzwierciedlenia postaci, gdzie wszystkie role są wybornie przygotowane pod
względem własności fizycznych i umiejętności wyrażenia specyficznych cech osobowości bohaterów. Michael Douglas w roli Liberace daje
popis, w pełni realistycznie kopiując manieryczność immanentną odgrywanej
postaci, a Matt Damon w sposób olśniewający wtapia się w rolę, rozsiewając pewien
rodzaj eteryczności. W sukurs nim idzie cały drugi plan, a w szczególności Rob
Lowe jako cyniczny doktorek z porcelanowa buźką i szparkami zamiast oczu. Ten
świat pełen luksusu, przepychu i blichtru z kiczowatym, połyskującym tandetą
gejostwem zamiast budzić pobłażliwość, intensywnie fascynuje. Obserwacja
psychologicznej metamorfozy Scotta, jego uzależnienia od narkotyków i związku, wespół
z całym kontrowersjami przepełnionym i przed opinią publiczną skrywanym
prawdziwym życiem Waltera Liberace, dostarczają sporej ilości materiału do
analizy i refleksji. Klucz do uzyskania tak intrygującego efektu w tej autentyczności,
jaka zawarta w obrazie i bohaterach oraz umiejętności przerzucenia środka
ciężkości z samej kwestii homoseksualizmu na ludzkie relacje. Pełne słabości i
karmionych bez opamiętania potrzeb, które miast uszczęśliwiać, zniewalają.
Świat oparty na posiadaniu ogranicza i w psychozy wpędza, a zazdrość jest
wyłącznie wynikiem ubezwłasnowolnienia umysłu. W tej rzeczywistości długotrwałe
szczęście i stabilizacja jest pozorna, a przekonanie o kontroli iluzoryczne.
środa, 8 kwietnia 2015
Opeth - Blackwater Park (2001)
Jakie
efekty mogła przynieść współpraca grupy Mikaela Akerfeldta ze Stevenem
Wilsonem? Odpowiedź dla otwartych na rozwój fanów opethowskiej twórczości była
jasna - wyłącznie wyborne. Może jedynie zwolennicy archetypicznej muzycznej
formuły, jaką na początku kariery Opeth realizował mogli mieć uzasadnione obawy.
One usprawiedliwione spoglądając na zawartość Blackwater Park, bo całkowicie
zniknęły te surowe kontrasty charakterystyczne dla trzech czy nawet czterech
poprzednich krążków, a w zamian pojawiły się w pełni spójne kompozycje korzystające
z przepisu, agresywnie na zmianę ze zwiewnie jako jedynie punktu wyjścia, a nie
celu samego w sobie. One pozostają sednem utworów, jednak brzmienie cieplejsze
i aranżacje doskonalsze sprawiły, iż każdy numer nabrał cech swoistych, przez
co album jako całość pachnie świeżością nowej dojrzalszej jakości. Pewnie większość
znawców tematu zauważy, iż już Still Life dostarczał przekonania o kierunku rozwoju,
jaki na Blackwater Park konsekwentnie nasilany, jednako ten przeskok jakościowy pomiędzy czwartym krążkiem, a piątą odsłoną bardziej zauważalny
niż pomiędzy albumem z 1997, a 1999 roku. To z pewnością zasługa właśnie
Wilsona, którego wpływ na kształt zarówno brzmienia jak i konstrukcji
kompozycji niepodważalny. Nadał on wraz z muzykami grupy płycie zamglonej,
rozmarzonej aury. Doprawił nostalgicznym mrokiem i typowo progresywnym podejściem do
tematu. Brak tutaj drapieżności Orchid, Morningrise czy My Arms Your Hearse oraz
sterylnej mechaniki kolejnych trzech krążków (wyłączam rzecz jasna Damnation).
Przez co z perspektywy czasu jawi się jako album w dyskografii grupy wyjątkowy,
o klimacie jaki już w takiej formie nie pojawił się na żadnym innym albumie sygnowanym logo Opeth.
wtorek, 7 kwietnia 2015
Trash / Śmieć (2014) - Stephen Daldry
Nowy
obraz Stephena Daldry’ego to dla mnie zawsze wydarzenie, gdyż w moim prywatnym
rankingu wybitnych reżyserów, już od dawna wysoką lokatę zajmuje i jego dzieła,
wszystkie absolutnie bez wyjątku niemal bezkrytycznie kupuję. I pomimo, iż to najnowsze rozdanie nie
jest majstersztykiem na miarę The Hours czy The Reader, to i tak to klasa sama w
sobie. Egzotyka miejsca, poruszająca brutalna rzeczywistość, ciekawa akcja,
wartościowe przesłanie i wyśmienity warsztat ekipy z trzema kapitalnymi rolami
dziecięcymi na pierwszym planie, to jego największe walory. Ujmująca historia kilku łebków zbiegiem okoliczności na drodze wpływowych typów stających, w
nierównej walce, w grze o własne życie i elementarne zasady. W obrazie, który
można określić filmem akcji z duszą, w którym
ludzi „śmieci” w żadnym stopniu odpadami nazwać nie można.
piątek, 3 kwietnia 2015
A Most Violent Year / Rok przemocy (2014) - Jeffrey C. Chandor
Jak pozostać w miarę uczciwym, gdy z własnym interesem docierasz do miejsca gdzie działalność biznesowa staje się na wielu płaszczyznach wysoce ryzykowna. Bezpieczeństwo rodziny zostaje zachwiane, poczucie wspólnoty frustracją zagrożone, a ambitna strategia rozwoju firmy może niechybnie nieprzewidzianymi okolicznościami zostać zrujnowana. Grunt pod nogami wtedy palić się zaczyna, plany wszelkiej stabilizacji walą się niczym domek z kart, a człowiek przed wymagającymi decyzjami staje. Ciągłe dylematy są codziennością, wybory ogromną odpowiedzialnością obarczone, a i tak nie wszystko od własnej inicjatywy zależne, bo poważny problem wynikiem wieloźródłowych zmiennych. Napięcie rośnie, a nerwy ekstremalnymi przeciążeniami są doświadczane! Wtedy tylko zachowanie zimnej krwi pozostaje, konsekwentne działanie - siła woli i charakteru sprawdzianowi poddana być musi aby w konsekwencji zahartować przed przejściem na kolejny poziom zaawansowania. Szczęśliwie czasem się okazuje, że w sieci układów pewne niepisane szlachetne zasady funkcjonują, nawet tam gdzie przecież przede wszystkim o kasę chodzi. A Most Violent Year to kawał soczystego amerykańskiego kina, gdzie wiarygodnie wykreowany autentycznie ciężki klimat intrygujące doznania zapewnia. Precyzyjna scenografia, wraz z doskonałą pracą operatorską efekt prawdziwej wizualnej uczty daje. Emocje są wyraźnie odczuwalne i tandetnej sztuczności pozbawione, a aktorskie rzemiosło na najwyższym poziomie. W tym miejscu na osobne komplementy Oscar Isaac zasługuje, bo kreacja jakiej autorem zachwyca i jego jako aktora wśród tych największych i najbardziej uniwersalnych współczesnych gwiazd kina w moim przekonaniu umieszcza. Jestem pod ogromnym wrażeniem, szczególnie, że postaci jakie w ostatnich latach udziałem jego zawodowych wyborów, to zupełnie różne bajki, a w każdym z przypadków kreacje to co najmniej przekonujące. Ogromny talent i tyle! Jeśli mocne kino, gdzie psychologia postaci istotą, a akcja do niezbędnego minimum ograniczona, jest akurat w granicach waszego zainteresowania to polecam, bo ten obraz to gangsterska opowieść o regułach zupełnie niegangsterskich.
czwartek, 2 kwietnia 2015
AC/DC - For Those About to Rock (1981)
Wystartowałem ostatnio z refleksjami w 1980 roku przy dźwiękach dzwonów, by teraz przenieść się o rok do przodu i przy salwach dział oraz zmiatającej z powierzchni ziemi wszystko mocy, dać porwać się kolejnemu klasykowi. Back in Black na tyle skutecznie wzbił w powietrze pył, kurzem przesłonił rockowy świat by jego następca w postaci For Those About to Rock utrzymał ten stan bez większych problemów. Fakt bezsporny, że kontynuując serie ciosów wyprowadzonych przez album o dzwonów piekielnych mocy, nie przyniósł równie popularnych przebojów. Jednakże nikt kto małżowin usznych nie poddaje wyłącznie plastikowej popowej estetyki dominacji, stwierdzić nie może, że zawodem salwa ta armatnia się okazała. Potężny groove, bluesowy klimat, bez napinki - zwyczajnie luz, blues i najebka. ;) Z przytupem, rytmiczną bujającą, żwawą jak cholera kompresją. Nóżka podryguje, szyjka i główka rytmicznie pląsa, a zadek kręci wywijasy. Parafrazując na koniec klasyka (tego od pudełka czekoladek jak życie :)) - jak w tle grają AC/DC to wszędzie gdzie idę to tańczę, takim oczywiście stylowym angusowym krokiem! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




.jpg)




















