sobota, 15 czerwca 2019

Bloodbath - The Fathomless Mastery (2008)




To najbardziej po amerykańsku zagrany szwedzki death metal w dorobku super grupy Bloodbath. Krążek na którym po raz drugi i jak się okazało ostatni za mikrofonem zainstalował się Mikael Akerfeldt i zaryczał swoim niedźwiedzim growlem. Krwista porcja surowego deathowego mięcha, w której do głosu dochodzą fascynacje technicznym wymiotem zza oceanu ale i również brytyjską grind core'ową miazgą. Nie trudno zatem być zaskoczonym, że ona tak szybko jak poprzednie produkcje nie przebiła się do mojej świadomości i trwać dłuższą chwile musiało moje oswajanie z tym materiałem. Aby wyrwać z gęstej pracy sekcji i naporu mocarnych riffów tematy przewodnie trzeba było przemielić krążek wielokrotnie i finalnie dojrzeć do wychwycenia specyficznej melodyki i zakamuflowanej w niej szwedzkiej chwytliwości. Tłusta produkcja, znacznie mniej selektywna w porównaniu do Nightmares Made Flesh dopiero z czasem stopniowo zaczęła odsłaniać liczne niuanse formalne i detale szczelnie w strukturach kompozycji poupychane. Stąd album to w moim przekonaniu obecnie skrajnie inaczej niż wówczas około przełomu roku 2008/2009-ego spostrzegany, gdyż jego vibe możliwy do uchwycenia wyłącznie dla upartego i konsekwentnego słuchacza. The Fathomless Mastery dzisiaj, po latach osłuchania oferuje mi prawie tuzin oldschoolowych deathowych klasyków, jak powyżej dałem do zrozumienia zarówno mocno osadzonych w tradycji skandynawskiej, jak i równolegle odważnie czerpiących z klasyki amerykańskiej i wyspiarskiej ultra technicznej wersji szeroko pojmowanego gatunku metalu śmierci. Ta transfuzja świeżej krwi w postaci nowych wówczas w muzyce Bloodbath inspiracji początkowo zniechęciła i odepchnęła, by ostatecznie znaleźć drogę do mojego serducha, z którego nie ma siły by coś ją obecnie wygoniło.

piątek, 14 czerwca 2019

The Sting / Żądło (1973) - George Roy Hill




Jeżeli istnieje jeszcze ktoś, kto nie ma pojęcia skąd inspirację dla rodzimego kultowego Vabanku czerpał Juliusz Machulski, ten wreszcie się dowie, iż fundament pomysłu tkwi właśnie w roku 1973, kiedy to George Roy Hill nakręcił swój największy przebój kasowy, zgarniając przy okazji kilka oscarowych statuetek. Trzeba było być jednak ślepym i głuchym totalnie by tej oczywistości do tej pory nie dostrzec, bowiem wszystko dosłownie jasno i wyraźnie jest bliźniacze, a z pewnością nasuwające podejrzenia o naśladownictwo. Startując od scenariusza, który snuje względnie skomplikowaną, a na pewno przebiegłą intrygę mającą na celu dokonać błyskotliwej zemsty, po motyw muzyczny stanowiący mega istotny znak rozpoznawczy produktu. Tylko oczywiście miejsce akcji zupełnie inne oraz postaci genialnie odzwierciedlające polskie przedwojenne realia, co sprawia że jest to kopia (jakby to kuriozalnie nie zabrzmiało) bardzo oryginalna. Autentyzm Vabanku oraz dodatkowo jego wschodnioeuropejski sentymentalizm oddala go od hollywoodzkiego pierwowzoru, którego największym atutem jest przede wszystkim kapitalna rozrywka, jakiej dostarcza, nie zaś romantyczny sentymentalizm, czy jakieś odrywające od konsumowania popcornu smaczki poukrywane pomiędzy wierszami. The Sting, to pierwszorzędna, jednak tylko bajeczka, w której natłok niskiego prawdopodobieństwa i ustawicznego farta nie pozwala traktować filmu inaczej jak tylko dostarczyciela dobrej zabawy, z przymrużeniem oka nawiązującej bezpośrednio do hollywoodzkiego gangsterskiego kina z lat trzydziestych i czterdziestych. Sposób filmowania, sztuczki operatorskie, stylizowane przejścia pomiędzy kadrami, wreszcie quasi komiksowy charakter ekspozycji wizualnej i werbalnej czy zbudowanie fabuły z rozdziałów, to kapitalna i finezyjna zabawa konwencją. Poza tym, a bardziej przede wszystkim aktorski duet dojrzałego niebieskookiego Paula Newmana i jeszcze ówcześnie chłopięcego blond-rudzielca Roberta Redforda, w towarzystwie równie okazałego drugiego planu, to wisienka na tym dobrze nasączonym absolutnie nie tanią rozrywką torcie. Dynamiczna akcja, nośny scenariusz, łebskie dowcipy, ponadto ten ponadczasowy i hiper rozpoznawalny temat muzyczny oraz jak przystoi gangsterskiej komedii obowiązkowy happy end. Może i trąca myszką, ale jakby inne klasyki tak się starzały, to nie byłoby potrzeby kręcić rimejków. ;)

P.S. A w rok później dla stylistycznej równowagi gatunku powstał Ojciec chrzestny! Przypadek? ;)

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Iced Earth - Burnt Offerings (1995)




To dla mnie zaiste zaskakujące, iż w roku 2019-tym nagle zapałałem gorącym uczuciem do zapomnianych od dłuższego czasu heavy metalowców z Iced Earth, a tym bardziej że u podstaw tego kuriozalnego uczucia dostrzegam przede wszystkim ogromny sentyment, lecz szczęśliwie, co mnie nieco usprawiedliwia akurat nie wyłącznie. :) Znaczy już donoszę, iż odnowiłem swą więź z początkową i środkową fazą działalności ekipy Jona Schaffera, kiedy wokalnie w zespole udzielał się Matt Barlow i w kompozycjach Amerykanów oprócz epickiego patosu równie dużo było siarki. Pamiętam że po rezygnacji Barlowa szybko straciłem zainteresowanie tego rodzaju formą metalu, a złożyła się na to nie tylko wspomniana decyzja frontmana i poszukiwanie przez zespół inspiracji w monumentalnych konstrukcjach, ale także ogólna ówczesna posucha w heavy gatunku, który paradoksalnie powracając wówczas do łask, jednocześnie bardzo szybko obniżył poziom jakościowy. Nawet chwilowy powrót Barlowa przy okazji realizacji i promocji drugiej części Something Wicked (The Crucible of Man) nie zmienił sytuacji i tylko udowodnił, że z tej mąki już takiego wypieku jak lata wcześniej nie będzie. Wiedziałem oczywiście co w międzyczasie w kwestii kariery Iced Earth się dzieje, nie trudno było bowiem śledząc co w metalowej trawie piszczy usłyszeń doniesień o kolejnych próbach powrotu do łask i angażu mniej lub bardziej znanych heavy głosów, lecz żaden z późniejszych albumów grupy, czy to przesłuchany w całości czy fragmentarycznie już mojego zainteresowania, tym bardziej fascynacji nie wzbudził. Cztery płyt i pozamiatane, finito! Burnt Offernigs, The Dark Saga, Something Wicked This Way Comes oraz Horror Show, to cztery szczyty i każdy z nich jak się okazuje nawet obecnie, po niemal zupełnym moim rozbracie ze stylistyką (jedynie na uszy chętnie Maiden wrzucam, ale też w bardzo ograniczonym zasięgu) posiadają tą moc, która podkręca mnie do czynów żenujących, innymi słowy zmusza abym we względnie kontrolowanym uniesieniu wycinał tematy na powietrznym wiośle, towarzyszył w głębokim zaśpiewie wokaliście i też obowiązkowo zarzucał  łbem w rytm heavy/thrashowych hitów. :) Jeżeli entuzjazmu mi nie zabraknie to pojawia się na bloga stronach kolejne systematyczne wpisy odnośnie jankeskiej wersji heavy metalu, a że jak pisze się o muzyce, to oprócz ogólnych wniosków, rysu historycznego, czy luźno powiązanych z tematem osobistych dykteryjek powinno chociaż zdanie się pojawić bezpośrednio o samych dźwiękach, to więc teraz z poczucia obowiązku dopisuje, że Burnt Offerings jest najgroźniejszym z krążków Iced Earth. Mam tu na myśli natężenie mocy i ciężaru, ponurego mistycyzmu i mistrzowskiego operowania napięciem z użyciem siarczystego riffu, rozbudowanych solówek, siłowego bębnienia oraz quasi orkiestracji niczym piekielnej metalowej symfonii. To na razie na tyle.

niedziela, 9 czerwca 2019

Strapping Young Lad - The New Black (2006)




To w zwięzłym ujęciu jest tak, że po wydaniu cholernie mocarnego, ciężkiego, energetycznego, intensywnego, epickiego itp. i przede wszystkim atomowego albumu jakim bezdyskusyjnie Alien był, Strapping Young Lad w zaledwie szesnastomiesięcznym odstępie czasowym powrócili z materiałem, który wówczas w tym bezpośrednim kontakcie z genialnym poprzednikiem jawił się jako krążek zawierający głównie odrzuty z sesji Aliena, z dodatkiem może dwóch, trzech numerów dorównujących jakością kolekcji sprzed ponad roku. Wówczas, a było to w okresie wakacyjnym roku 2006-ego nie byłem zadowolony z takiego spraw obrotu i dość wyraziście swoje rozczarowanie manifestowałem, nie zdając sobie oczywiście sprawy, iż grubo po ponad dekadzie od premiery niemal wszystkie słabości The New Black rozpoznawał będę jako jego walory, a całościowe i finalne chyba spostrzeganie płyty zmieni się aż tak radykalnie, że trudno będzie mi z pamięci na zawołanie przywołać wszystkie ówcześnie rozpoznawane krytyczne uwagi. Z tego co pamiętam to czepiłem się wówczas zbyt dużego rozstrzału stylistycznego, teraz spostrzeganego jako  kluczowy atut płyty.  Alien i City, może mniej self title, to były niemal wyłącznie tempa mordercze,  same strzały potężnie eksplodujące w głośnikach i tak w obydwu przypadkach takiego wiekowego mentalnego metalucha jak ja mogą dzisiaj już po latach nieco nużyć tą jednowymiarowością i potwornie podkręconym natężeniem dźwięku. Nie mylić jednak proszę jednowymiarowości z brakiem pomysłów, bowiem numery aż skrzyły się od ich obfitości i taka właściwie była zawarta w nich koncepcja aby słuchacza zmiażdżyć i po odsłuchu porzucić mocno wyczerpanym i paradoksalnie uzależnionym. Natomiast The New Black to materiał nie wyłącznie, a także wybuchowy i właśnie zróżnicowany, w którym kontrasty zostają spójnie zaaranżowane. Jest w nim niemal wszystko co maestro Devin Townsend we własnej twórczości od lat wykorzystuje - od poważnego skrajnego gniewu, wściekłości, totalnej sonicznej przemocy, po kapitalnie zdystansowaną autoironię i satyrę. Ultra przebojowość ożeniona zostaje z industrialnym chłodem, a nawet we fragmentach z jazzującym swingiem - świetne riffy, mielenie sekcji i kalejdoskop doświadczeń inspirowanych gigantyczną wyobraźnią z szaleństwem, bezkompromisową galopadą, heavy flowem jak i fantastycznie bujający groovem, oraz co oczywiste z atutem firmowym w postaci żaru wokalnego. Miliard pomysłów na sekundę, ale i starannie wyselekcjonowana koncepcja ich użycia - twórcze ADHD, napęd na dwie osie plus turbo, a nawet nitro doładowanie, które ma impet ale i posiada klimatyczne inklinacje, jak i co dla ostatniego jak dotychczas krążka grupy jest charakterystyczne pozwala w miarę sprawnie towarzyszyć Devinowi w wyśpiewywaniu, nie tylko samych refrenów. :) To jest ten album SYL w moim przekonaniu najbardziej eklektyczny, który jest esencjonalnie najmocniej zbliżony do całego ogromnego przecież dorobku solowego Devina - maksymalnie efektywnie oddający przekrojową specyfikę jego licznych metamorfoz i wcieleń.

piątek, 7 czerwca 2019

Black Country Communion - Afterglow (2012)




Dorobek pierwszej fazy działalności Black Country Communion, to w  zaledwie dwa lata trzy krążki nagrane. Do tego wszystkie utrzymujące jakość na najwyższym poziomie, skrojone według do bólu klasycznej receptury, a jednak posiadające magnetyczną świeżość. Nagrane przez dwa pokolenia rockowych weteranów i "syna legendarnego ojca", który to mimo ogólnej sympatii i poprawnego warsztatu pod względem stylu i charyzmy mógłby seniorowi co najwyżej zestaw rozstawiać. :) Jason Bonham, Joe Bonamassa, Derek Sherinian i wówczas już sześćdziesięcioletni nastolatek w osobie Glenna Hughesa kuli żelazo póki gorące, po sporym sukcesie jaki przyniosły debiut i zaraz za moment jego kontynuacja. Pokazali rockowej młodzieży i udowodnili też starym fanom, że pasji i żaru im nie brakuje, przy okazji chociaż na moment przywracając gatunkowi należną uwagę. Bowiem tak jak jedynka i dwójka, również i Afterglow to przekrojowa kopalnia hitów, a na pewno koncertowych killerów - od energetycznych rockerów, epickich mocarnych hymnów, po poruszające żywe ballady. Chociaż nie znajduję na trójce równie genialnej perełki, jaką na poprzednim albumie Cold było, to całościowa praca wykonana nie pozwala na krytyczne wnioski, że niby Afterglow czegoś brakuje. Charakterystyczne dla niej jest, że mniej w kompozycjach właściwej bluesowej nostalgii, a więcej progresywnych odjazdów, czy orkiestracyjnych aranży, z których akurat tryska AOR-owa chwytliwość. Klasyczna reinterpretacja archetypicznego hard rocka made in BCC jest głośna, ekspresyjna, tak samo rozbrykana jak przejmująca. Takich numerów nie pisze się na kolanie i nie powstają one na siłę, lecz są wynikiem głębokiej potrzeby i strumienia inspiracji płynących z podświadomości. Jest w nich żar pasji, naturalna smykałka, warsztat profesjonalny i nie boje się użyć górnolotnego określenia prawdziwa miłość do hard rockowej konwencji. Niby składniki powszechnie są znane i niby jak je ze sobą zmieszać, to też żadna tajemnica, ale oprócz technologicznych podstaw trzeba też zostawić podczas przygotowania wyjątkowej potrawy w niej samej masę serducha. Weź wiosło i Hammondy - stwórz riffy podbijane klawiszem, lub też emocjonalne i rozbudowane solówki gitar płynące na zmianę z popisami wirtuoza klawiatury nurtem zmiennym. Dodaj bas i bębny żyjące w idealnej symbiozie, aby rytmika bujający flow posiadała oraz  wtłocz w struktury mistrzowskie balansowanie napięciem, głównie dzięki ekspresji wokalnej i jak jeszcze będziesz wraz z ziomkami miał w sobie to coś określane talentem, to bądź pewny że narodzą się rockowe evergreeny. Tych na trójce obiektywnie mniej, ale są o czym przekonuję się po siedmiu latach od premiery. :)

P.S. Po nagraniu Afterglow zakończyli/zawiesili działalność przesyt sobą zapewne odczuwając i powracają do dłubania sobie każdy na swym podwórku. Długo jednak od siebie nie odpoczywali - po pięciu latach nagrywając BCCIV. :)

czwartek, 6 czerwca 2019

Machine Head - The More Things Change... (1997)




Taka banalna refleksja o charakterze uniwersalnym po bieżącym odsłuchu trzech startowych płyt Machine Head za mną zawsze chodzi, że progres to ogólnie fajna rzecz, lecz cholernie zarazem ryzykowna, bowiem znacznie modyfikując własny styl z krążka na krążek istnieje (z dużym prawdopodobieństwem) niebezpieczeństwo bardzo szybkiego dotarcia do ściany. Rozumiem, że określenie progres w znaczeniu prymarnym może być dyskusyjne w przypadku triady Burn My Eyes/The More Things Change... /The Burning Red, gdyż oprócz zanotowanego rozwoju muzycznego są one wyraźnym odzwierciedleniem trendu, jaki w owym czasie pojawił się w ciężkim brzmieniu. Jasne jest dla kumatych, że mam w tym miejscu na myśli silny mechanizm przeobrażający hard core/crossover w nu metal, a ekipa Robba Flynna pomimo zachowania wysokiej jakości jest jednym z bardziej reprezentacyjnych przedstawicieli owej metamorfozy, w tym wypadku zakończonej właśnie ekspresowym dotarciem do ściany i po zaledwie trzech albumach nieprzekonującym powrotem "do korzeni". Supercharger być może był uzasadnionym odruchem ratującym markę przed ugrzęźnięciem na nu metalowej mieliźnie, ewentualnie ruchem podyktowanym obawą lub brakiem jasnej wizji rozwoju, bądź zwyczajnym twórczym zastojem. Bezdyskusyjnym jednak zdaje się fakt, iż coś się wówczas (po The Burning Red) w tej maszynie zacięło i ostro przyhamowało pierwotny pęd. Z obecnej perspektywy krążki z lat dziewięćdziesiątych to milowe kroki w rozwoju grupy, a ten drugi step zmieniając wiele przyniósł paradoksalnie przekształcenia wyłącznie w rytmice, w której czuć ten nu metalowy skoczny flow, ale bez uszczerbku na ciężarze. To ta sama czadowa energia co na debiucie, tylko konstrukcja znacznie mniej siłowa. To bliźniacza ornamentyka z firmowym piszczącym akcentem wioseł i twardym, solidnym riffem. Ja akurat wówczas przyjąłem z zadowoleniem ten kierunek i fakt, że nie byli przyspawani do sukcesu Burn My Eyes pozwalał mi pokładać w nich jeszcze większe oczekiwania i liczyć, iż są w stanie im sprostać. Podobnie jak w późniejszych latach zaakceptowałem idee romansowania z rozbudowanymi heavy/thrashowymi strukturami, które sprytnie spajały chwytliwość, ciężar i wyobraźnię. Niewątpliwie jednak w obydwu przypadkach zabrakło dobrych pomysłów na dłużej o czym dobitnie świadczy poziom Supercharger i współcześnie Bloodstone & Diamonds/Catharsis.

środa, 5 czerwca 2019

Zabawa zabawa (2018) - Kinga Dębska




Po nieprzekonującym Planie B i kluczowych w nowym spostrzeganiu znaczenia twórczości jego autorki we współczesnym polskim kinie ogromnych oczekiwaniach rozbudzonych doskonałym wejściem do elity poprzez znakomite Moje córki krowy, Kinga Dębska proponuje obraz, który przywraca nadzieję, że ta wciąż obiecująca reżyserka nie rozmieni się na drobne już na dobre i wykorzysta jeszcze kiedyś tkwiący w sobie potencjał. Cokolwiek krytycznego napisać o jej nowej pracy (a z pewnością znajdą się w niej detale, może i nawet grubsze wpadki do poprawki), to jednak tym razem Zabawa, zabawa ma więcej wspólnego z emocjonalnie ciężkim dramatem, niż kinem środka zbudowanym wyłącznie z masowo wykorzystywanych prefabrykatów na irytującą współczesną modłę telewizyjnego serialu. Temat jest poważny i realizacja profesjonalna oraz chwilami to co najbardziej lubię w ambitnym kinie szacunek dla intelektu widza jest zamanifestowany, dzięki zastosowaniu "niedopowiedzeń", "niedomknięć", czyli innymi słowy tego wszystkiego co pobudza wyobraźnię i inspiruje do intensywniejszej umysłowej aktywności. Alkoholizm w tym ujęciu nie jest wyłącznie patologicznym problemem dołów społecznych, a dotyka również, a może często przede wszystkim elitę intelektualną i VIP-owską. To truizm, żadne odkrywcze stwierdzenie, tym bardziej zaskoczenie, lecz jak domniemam, a może sobie życzę Dębskiej nie chodzi o wykorzystywanie taniej sensacji, bądź objawionych prawd poszukiwanie. Sęk tutaj też w tym, że alkoholizm (w środowisku prawniczym, lekarskim i wszystkich innych funkcjonujących pod wspólnym mianownikiem zawodów zaufania publicznego) ma realne odzwierciedlenie w życiu społecznym zbiorowości i wpływ bezpośredni na funkcjonowanie milionów szaraczków lub po prostu utopijne w praktyce idee równości wszystkich wobec prawa. Nie ma sensu jednak utyskiwać, bo tej rzeczywistości znacząco się nie zmieni, choćby poświęcić syzyfowej misji przeorania stanu rzeczy masę energii, jedynie pozostaje ją konsekwentnie pokazywać z to w miarę obiektywnej strony. To się poniekąd Dębskiej udało, nawet jeśli chwilami tonęła bidulka w stereotypach posiłkując się nie tylko powszechnie znanym i oklepanym pustosłowiem, czy wtrącaniem do fabuły głośnych medialnych historii, bo pokazała życie bohaterów z w miarę różnych perspektyw, właściwy akcent kładąc na szczęście na całkiem przekonującą psychologię w kontekście relacji zawodowych i rodzinnych swoich bohaterów. Cieszę się z tego czego dokonała, bo obawiałem się, iż mogło być znacząco słabiej. Będąc dogłębnie świadomym, że Zabawa, zabawa to jeszcze nie ten poziom co Moje córki krowy, zgadzając się też z większością uzasadnionych przecież zarzutów profesjonalnej krytyki, to i tak zauważam w sobie potrzebę by zaklaskać Dębskiej, bo najważniejsze, że zdecydowanie bliżej Zabawie jakościowo do Córek niż poprzedniej, w istotnym stopniu rozczarowującej produkcji.

P.S. Jeszcze jedno zdanie, wątek obowiązkowy którego w treść znajdującą się powyżej jakimś niezrozumiałym niedopatrzeniem nie wtrąciłem. Aktorsko ogólnie jest wzorowo, znaczy warsztat zawodowców klasa i nie ma dyskusji, natomiast więksi i mniejsi amatorzy wraz z komikami, piosenkarzami, chyba też celebrytami i ich znanymi twarzami, to już inna bajka, której wciskanie do ambitnego dramatu mogła Dębska sobie darować.

wtorek, 4 czerwca 2019

Valley of the Sun - Old Gods (2019)




Istnieją i to w sporej reprezentacji takie grupy, które nie w czasie na scenie się pojawiły - za późno, generacyjnie niewstrzelone w trendy lub też poniekąd winę za ograniczoną ich popularność zrzucić należy na fakt, iż do wyjścia z cienia brakuje im iskry (może Bożej ;)), która to walorom ich muzyki dodałaby tego czegoś, właśnie dla zanotowania pełnego sukcesu koniecznego. Jedno i drugie zdaje się udziałem Valley of the Sun, bowiem największy hajp na stoner grunge'owe granie po linii głównie Kyuss i późniejszych inkarnacji kyussopochodnych, to co najwyżej druga pięciolatka lat dziewięćdziesiątych. Ponadto od kapitalnego mini albumun The Sayings of the Seers dwa kolejne i ten obecny krążek nie przyniosły już aż tak przez czterdzieści kilka minut ekscytującego materiału. To za każdym razem, jak i obecnie naprawdę fajna porcja mielenia pustynnego piachu na gryzący pył, ale podobnych płyt bliźniaczych kapel w  chyba obecnie kończącym się względnym trendzie stonerowym jest cała masa, a chwytliwa i na swój przyjemnie transowy sposób godna zauważenia propozycja rockersów z Cincinnati (ze świetnymi wokalami i gęstym wykorzystaniem fuzz efektu) nie w pełni eksploatuje tkwiący w kompozytorskich umiejętnościach potencjał. Przynajmniej ja po pierwszym kontakcie ze wspomnianym powyżej mini oczekiwałem w późniejszych latach od nich więcej finezji, niż wyłącznie wierności hipnotycznie serwowanym kilkunastu klasycznym riffom. Nie skreślam ich, mimo że trochę tutaj grymaszę, to nawet przez chwilę nie pomyślałem by odbierać im prawo do prawdziwego błysku przy okazji czwartego longa. Będę czekał!

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Welcome to Marwen / Witajcie w Marwen (2018) - Robert Zemeckis




Film na podstawie autentycznej historii Marka Hogancampa, który znalazł się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim towarzystwie i ulegając pod wpływem za dużej ilości alkoholu chwilowemu zaćmieniu zdrowego rozsądku, śmiał sprowokować kilku współczesnych sympatyków nazistowskiej ideologii swoim wyznaniem, że lubi w zaciszu domowym zakładać seksowne szpilki. Nazichujki poczucia humoru nie mieli, a że okazja akurat się nadarzyła by wyładować grupowo swoją frustrację (powiązaną zapewne z niepewnością osobistej orientacji seksualnej) na zdecydowanie słabszej ofierze, to nie omieszkali doprowadzić człowieka do stanu niemal agonalnego. Po uniknięciu cudem śmierci i odzyskaniu względnego sprawności fizycznej, nie było ofierze ślepej agresji jednak dane powrócić do pełnej równowagi psychicznej i aby nie oszaleć kompletnie uciekła ona w świat wyobraźni. Podświadomą reakcją na doznane cierpienie okazało się zbudowanie alter ego, w którym w świecie plastikowych hobbystycznych figurek jako oficer amerykański walczy Mark z nazistowskimi czarnymi charakterami. Historia zaprawdę niezwykle interesująca i nie dziwi że zagospodarowana została przez tytana hollywoodzkiego kina. Tyle że spodziewałem się iż Robert Zemeckis wyciśnie z niej równie sporo emocji jak uczynił to w przypadku ikonicznego Forresta Gumpa. Tym razem niestety nie do końca się udało, bowiem animowane zderzenie hollywoodzkiego kina akcji inspirowanego wojennymi produkcjami z połowy ubiegłego wieku z ambitnym psychologiczny dramatem wypadło mało przekonująco. Brakło polotu, a wyobraźnia w animowanych sekwencjach zeszła do poziomu teledysków swego czasu  królujących na listach przebojów popularyzatorów świata firmy Mattel w muzyce popowej, zamiast w moim przekonaniu sięgnąć do surrealistyczno-psychologicznych inspiracji kinem Terry’ego Gilliama. Niby ogląda się tą hybrydę rozrywkowego widowiska i głęboko zaangażowanego kina bez większych zgrzytów, nawet fajnie odbierając umieszczone w scenariuszu zemeckisowskie odniesienia do własnej twórczości (Back to the Future), ale chciałoby się jednocześnie aby w tej wartościowej etycznie opowieści było więcej nietuzinkowości. Czegoś co w całkiem podobnej konwencji osiągnął Steven Spielberg kręcąc swego czasu rewelacyjny Artificial Intelligence: AI. Zasłużyli na to zdeklarowani fani twórczej wyobraźni Zemeckisa, zasłużyli też tacy kręcący nosem malkontenci jak ja, zasłużył znakomity jak zawsze Steve Carell, wreszcie zasłużył też na to sam temat i autentyczny bohater tej niezwykłej historii.

P.S. W powyższej refleksji, która w założeniu ma być daleka od czystej formalnie i tylko w miarę poprawnej politycznie recenzji nie padło ani razu określenie homofobia itp., a paść zdecydowanie powinno, zatem z ludzkiej potrzeby wyraźnie dopisuje je chociaż w postscriptum.

niedziela, 2 czerwca 2019

Mary Queen of Scots / Maria, królowa Szkotów (2018) - Josie Rourke




Potęga patosu rządzi, lecz szczęśliwie patosu całkiem niebanalnego, w którym równie istotny jak epicki charakter ekspozycji jest chłód powściągliwych psychologicznych emocji wraz z kluczowymi dla fabuły intrygami w obliczu walki o koronę. Na pierwszy plan wysunięte fenomenalne, aczkolwiek szkoda, że nie równorzędnie potraktowane kobiece kreacje. Oszpecona, tylko pozornie zimna, tudzież rozhisteryzowana Margot Robbie w roli Elżbiety i doskonała w swej niewinnej aczkolwiek autentycznie dumnej pozie, chłodno myśląca Saoirse Ronan jako Maria, łączą w sobie liczne osobowościowe paradoksy, spychając na plan dalszy wyraziste męskie postacie. Adaptacja książki Johna Guy’a w reżyserii debiutującej na dużym ekranie Josie Rourke w szczególności wizualnie posiada ogromną siłę oddziaływania - kostiumy i charakteryzacja robią gigantyczne wrażenie, scenografia, wnętrza i plenery, skupione na detalach ujęcia i również szerokie imponujące kadry to wyśmienita robota, zaś zdjęcia potrafią oddać w pełni walory gigantycznej pracy. Lecz w ogólnym rozrachunku, po całościowej analizie, to tylko technicznie porządnie, bardzo klasycznie zrealizowane kino historyczne, w którym szablonowa teatralność gasi tkwiący w historii ogień i w konfrontacji z takim charyzmatycznym dziełem jak Faworyta Yorgosa Latimosa narracyjnie wypada tylko rzetelnie, bez oryginalnego szlifu czy większego błysku. Dość żywa internetowa krytyka odnosiła swe pretensje do słabego tempa, chwilami dość nieczytelnej, a nawet mało angażującej narracji i jak twierdzą liczni samozwańczy eksperci, przede wszystkim nieścisłości historycznych. Natomiast warsztat aktorski i strona wizualna chóralnie ocenione zostały w kategoriach podstawowych walorów produkcji. W sumie produkcji artystycznie imponującej, posiadającej oczywiście uzasadnione powyżej mankamenty, jednak myślę iż nawet nie będąc fanem kina kostiumowego obejrzałem ten rozbudowany spektakl z całkiem sporym zainteresowaniem, szczególnie mocno przeżywając doskonale zaaranżowaną scenę spotkania sióstr przyrodnich postawionych przez historyczne zawirowania w opozycji wobec siebie.

sobota, 1 czerwca 2019

Ghost - Infestissumam (2013)




Ja wiem, że od czasu debiutu przez zaledwie dziewięć lat Ghost przeszedł długą drogę stając się z sensacji znanej wyłącznie scenie metalowej, przedsiębiorstwem przynoszącym pokaźne profity o zasięgu niemal globalnym. Tyle że muzycznie przez te lata tak naprawdę to aż tak wiele w propozycji Szwedów się nie zmieniło, mimo że personalne roszady były znaczne. Tajemnica ich sukcesu komercyjnego to nadal dla mnie ogromna zagadka, natomiast kwestie kompozycji i związana z nimi linia artystyczna pozostające w gestii jednej persony, to żadna wielka zagwozdka. Szef tej korporacji jest jeden i nie istotne jaki przybiera pseudonim i jakie bezimienne ghule kryją się pod towarzyszącymi mu zakapturzonymi czy zamaskowanymi instrumentalistami. On wytycza kurs i pilnuje by wszystkie ręce na pokładzie działały we wspólnym celu, który prowadzi do ściśle określonego miejsca, w którym zapewne pogodzone zostaną artystyczne ambicje z mainstreamowym hajpem. Dzisiaj wokół Ghost pewnie funkcjonuje cała masa doradców w randze różnorakich speców od marketingu, lecz wówczas tylko dwa i pół roku po głośnym debiucie jeszcze ta armia nie została sformowana, więc i pomysły na drugi krok miały więcej wspólnego z potrzebami duszy niż kieszeni. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, iż jak robi się wokół siebie tak gigantyczny jak na metalowo-rockowe okoliczności szum, to nie jest to wypadek przy pracy, tylko efekt przemyślanej strategii. A strategia owa wówczas stawiała zapewne na rozszerzenie rozpoznawalności poprzez zastosowanie lekkich aranżacji, unikając jednak zbytniego rozmiękczenia brzmienia. Startując zatem z pozycji zręcznych epigonów Mercyful Fate do koncepcji z Opus Eponymous dodali popowej chwytliwości, rockowego luzu i aby zachować oryginalny dla siebie rodzaj transowości, także nieco psychodelii. Wraz z całkiem okazałym sakralnym sznytem i barokowym bogactwem klawiszowych motywów stworzyli dopracowany teatrzyk, który mimo że paradoksalnie był ubogi w bezpośrednie hiciory i nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia jako było to w przypadku debiutu, to nie pozwolił na zaprzestanie obserwowania ich dalszych poczynań, czy przede wszystkim poddanie się pokusie uskuteczniania jadowitej krytyki. :)

czwartek, 30 maja 2019

The Neon Demon / Neon Demon (2016) - Nicolas Winding Refn




Od Tylko Bóg wybacza do twórczości Rehna z jeszcze większym wewnętrznym niepokojem podchodzę, stąd z ograniczonym entuzjazmem i sporym poślizgiem czasowym przystąpiłem do wymagającej sporej odwagi degustacji kolejnej koncepcji powstałej w jego pokręconej wyobraźni. Okazuje się iż ponownie otrzymałem firmową dla Rehna teledyskową wizję, będącą wizualnym majstersztykiem, ze szczególnym uwzględnieniem roli jaskrawych barw, doskonałego aktorstwa i świetnie zaaranżowanego za pomocą właśnie zdjęć i muzyki klimatu, ale oprócz tych artystycznych i techniczno-warsztatowych walorów także treść w miarę wyraźnie do symboliki inkorporowaną. Mimo wszystko określenia pod adresem reżysera też bez większej złośliwości padają, iż to typowy przerost formy nad treścią i o ile mogę się zgodzić, że w tej diagnozie jest ogólne ziarnko prawdy (odnoszące się do całościowej kariery Duńczyka), tak po seansie Neon Demon, mimo że z tyłu głowy owa uzasadniona myśl pulsuje, to jestem na tyle mocno przekonany optycznymi wrażeniami, że ta formuła wyrafinowania i intelektualnej pozy nie budzi aż tak silnego oporu i krytycznego wzburzenia. Chcę przez to powiedzieć, iż w tym akurat przypadku widzę idealną symbiozę pomiędzy teatrem ruchu/gestu i poezją mimiki uchwyconych znakomicie obiektywem kamery, a zawartym w symbolicznej głębi wyrazistym przesłaniem. Minimum słów i maksimum treści w alegorycznej formule i szokujących ilustracjach uchwycone. W brutalnej futurystycznej baśni stworzonej na bazie klasycznych komponentów, w której to do głosu dochodzą wstrętne instynkty zaspokajające egoistyczne potrzeby, inspirowane niskimi pobudkami i potwornie silnymi pokusami.

wtorek, 28 maja 2019

Summer of 84 / Lato 84 (2018) - François Simard, Anouk Whissell, Yoann-Karl Whissell




Uwaga dorastający w latach osiemdziesiątych, nieco starsi ode mnie siostro i bracie! Jeśli poszukujecie w kinie nostalgicznej przygody, to mam ja dla was teraz rekomendacje znakomitą, więc nawet przez moment nie powinniście zwlekać z odszukaniem w sieci produkcji studia Brightlight Pictures wyreżyserowanej wspólnymi siłami przez trzech względnie młodych i w dodatku chyba mało znanych w wielkim filmowym środowisku artystów. Z takim talentem do odtwarzania rozrywkowego ejtisowego kina wróżę im przynajmniej przez chwilę pracowitą przyszłość, szczególnie że hajp na tego rodzaju sentymentalizm jest obecnie dość spory, więc i zapotrzebowanie wzrasta. Tercet ten zrobił bowiem świetne, choć przecież archaiczne dzisiaj kino - kino wprost nawiązujące do hollywoodzkich klimatów sprzed ponad trzydziestu lat, łączące między innymi urzekającą atmosferę beztroskiej chłopięcej młodości (bmx-y, świerszczyki :)) z przygodą, zagadką i wreszcie wartościową puentą. Posiłkując się synth-popową muzyką, malowniczą scenografią i magicznym sentymentalnym spojrzeniem na familijne ejtisowej produkcje, François, Anouk i Yoann-Karl powiązali  je z brutalnym kinem spod znaku mainstreamowego slashera, w dodatku przemycając w treści również piękne prawdy o dziecięcej wrażliwości i spojrzeniu z tej właśnie perspektywy na dorastanie. Nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś zdecydował się zrobić taki film i jak donoszą fani serialowi nikt tego nie robił przez wiele lat, aż do teraz właśnie poza twórcami popularnego Stranger Things. Moje akurat (człowieka totalnie w serialowej nawałnicy zagubionego) współczesne skojarzenia powędrowały w stronę Nostalgii anioła Petera Jacksona i chociaż to nie to samo w skali 1:1, ale dostrzegam pewne znaczące podobieństwa chociażby w przyjętej formule narracji, czy te najbardziej wyraźne w kwestii skonfrontowania bezpośredniej brutalności rzeczywistości z dziecięcą naiwnością. W kategorii współcześnie nakręconej hybrydy kina familijnego, przygodowego kryminału i dreszczowca Lato 84 to mój faworyt. Rozrywka jak się patrzy, której lata temu w filmowym biznesie było zatrzęsienie, a dzisiaj powraca ona jeszcze dość nieśmiało korzystając z oczywistych szablonów, gdzie w obsadzie królują uroczo fajtłapowaty grubas, bystry patyczakowaty wrażliwiec, prymus w okularach, przystojny mroczny buntownik i nieco starsza od nich królowa szkolnego balu. Kapitalny casting i doskonała robota speców od charakteryzacji, poza tym wizualna uczta (światło-cienie) i proste, prawdziwe emocje. Masło orzechowe, dżem i chleb tostowy, a wszystko obficie popite mlekiem z kartonu, czyli kwintesencja beztroskiej Ameryki z przedmieść lat osiemdziesiątych. Wspaniała nostalgiczna przygoda, jednak oczywiście tylko dla tych, którzy w pamięci obrazy podobne do Goonies przechowują i tęsknią do dzieciństwa pełnego wyobraźni w czasach walky talky, czyli zdecydowanie erze przed smartfonowej.

poniedziałek, 27 maja 2019

Protest the Hero - Fortress (2008)




Póki co debiutu Protest the Hero jeszcze nie poznałem, zatem zanim kiedyś uda się jedynkę premierowo odsłuchać skupię się na skompletowaniu refleksji w temacie pozostałych trzech długograjów Kanadyjczyków. A że Scurrilous i Volition w miarę obszernie w sporej już perspektywie czasowej zarchiwizowałem, to pozostał mi Fortress, czyli krążek z roku 2008-ego. Niewiele nowego po analizie najnowszych albumów w temacie dwójki można dopisać, bowiem styl grupy mimo pewnej ewolucji w stronę jeszcze większej chwytliwości w zasadzie prezentuje się bardzo podobnie. Podstawą są tutaj charakterystyczne galopady zbudowane na fundamencie dużej dynamiki, w obszarze rytmiki i nawałnicy riffów oscylujących wokół heavy/thrashowej tradycji. Pomimo wycieczek w stronę nawet math core'owej kombinatoryki, jako główny budulec struktur kompozycji spostrzegam ejtisową tradycję spod znaku szeroko rozumianej chwytliwej gitarowej ekwilibrystyki. Dlatego też trudno tak bez głębszej refleksji wrzucić ich do worka z napisem "dillingerowe konotacje", gdyż na charakter Fortress i pozostałych krążków formacji równie istotny wpływ mają kapele pokroju Annihillator, Iron Maiden czy nawet w chwilach zabawy syntezatorem Dream Theater. Im dłużej prześwietlam ewolucję Protest the Hero, tym mam większe właśnie przekonanie, że szaleństwo w ich twórczości (spostrzegane jako rodzaj energetycznego udziwniania) nie wypływa wprost z warstwy czysto instrumentalnej, która w zasadzie poza częstymi zmianami motywów przewodnich, daleka jest od większej gimnastyki intelektualnej, opierając się właściwie na wykorzystaniu przede wszystkim przestrzennych pasaży sczepianych sprytnie załamaniami rytmicznymi. Ten heavy progresywny metal core (ło Jezu) jako bezdyskusyjnie ekscytująca całość, zawdzięcza więcej wokalnej ekspresji Rody Walkera, niż pomysłowości aranżerskiej instrumentalistów. Bez bezczelnego szaleństwa w jego interpretacji pozostałby fajny, ale chyba nieco jednak męczący festiwal efekciarskich fajerwerków. 

piątek, 24 maja 2019

Ben Is Back / Powrót Bena (2018) - Peter Hedges




Jestem pod ogromnym wrażeniem i nie mam na myśli głównie całościowego efektu jaki Peter Hedges uzyskał, gdyż mimo iż film reprezentuje wysokim poziom, całkiem sprawnie lawirując pomiędzy gatunkowymi konwencjami, to przez wzgląd na chwilowe uproszczenia, bądź drobne luki scenariuszowe nie jest produkcją wyjątkową. To co tutaj najmocniej do serducha przemawia i bezsprzecznie ma charakter wyjątkowy, to rola Julii Roberts, która daje niesamowity popis warsztatowego profesjonalizmu i jako doświadczona przez życie matka dostarcza prawdziwej emocjonalnej uczty, przy okazji skutecznie kamuflując fabularne niedostatki. Chociaż jej rola jak myślę nie musi być teoretycznie spostrzegana jako pierwszoplanowa, to w praktyce ona właśnie przyciąga największą uwagę, a jej perspektywa sugestywnie buduje obraz wielopoziomowego rodzinnego dramatu. Natomiast przeżywający obecnie swoje pięć minut Lucas Hedges (syn scenarzysty/reżysera i między innymi Patrick z głośnego Manchester by the Sea), nie stanowi może najsłabszego ogniwa, ale posiadając dość charakterystyczną aparycje i standardowy wachlarz mimiczny łączony z podstawowymi aktorskimi umiejętnościami, nie wychodzi poza solidną poprawność, która prawdę pisząc w konfrontacji ze świetną drugoplanową rolą Kathryn Newton wypada dość blado. Dostrzegam pomimo własnego czepialstwa w obrazie doświadczonego scenarzysty (Co gryzie Gilberta Grape'a) walor autentyzmu, zakładam iż widzę w nim prawdę o koszmarnym i niestety najczęściej zakończonym porażką wychodzeniu z uzależnienia. Prawdę o porażkach w zmaganiach z narkomanią wynikających w głównej mierze z zapętlenia w konsekwencjach płynących z decyzji i czynów podejmowanych w fazie ćpania, wciągających delikwenta wciąż na nowo, niczym wir w szemrane środowisko i okoliczności bogate w pokusę. Poza tym obserwuję skomplikowany charakter różnorodnych wpływów, a także okoliczności nie zawsze bezpośrednio od ofiar zależnych, oddziałujących podstępnie na rodzinę i najbliższych. W sumie to z każdą minutą projekcji film się rozkręca i coraz mocniej wciąga w tą nie do końca sztampową historię, którą dość niewinnie inicjuje widok Bena, powracającego ku zaskoczeniu rodziny z odwyku na święta.

środa, 22 maja 2019

Disobedience / Nieposłuszne (2017) - Sebastián Lelio




Nieoczywisty melodramat, ogólnie podejmujący problematykę kontrowersyjnej obyczajowości, a dokładnie miłości homoseksualnej w ortodoksyjnym środowisku Londyńskich Żydów. Sebastián Lelio po raz kolejny nakręcił obraz, w którym orientacja seksualna (czy jak w przypadku hiszpańskojęzycznej Fantastycznej kobiety tożsamość płciowa) stanowi oś, wokół której buduje przenikliwą analizę społecznych konwenansów, oraz w rzeczy samej głównie subtelnie snuje emocjonalną refleksje o głębokiej więzi pomiędzy trzema osobami. To jasne, że obecnie w dobie histerycznego przywiązania do konserwatywnych wartości, tudzież zwłaszcza partykularnego wykorzystania kwestii orientacji seksualnej w bieżącej polityce temat wydawać się może już zbytnio męczący, lecz w takim ujmująco poetyckim (sugestywnie zaaranżowana rola Lovesong, The Cure ;)) i uciekającym od podłej zapalczywości ujęciu niesie ze sobą tak konieczny wartościowy pierwiastek ludzki. Szczególnie, że również aktorsko jest wyśmienicie - chemia pomiędzy kluczowymi postaciami jest silnie odczuwalna, tworząc wraz z przekonującą psychologią i wnikliwą eksploracją duszy interesującą mozaikę doskonałego warsztatu, merytoryki i wrażliwości, a głośno komentowane odważne sceny miłości lesbijskiej pozbawione są w rzeczywistości wulgarności na rzecz pięknego wyeksponowania namiętności. Poza tym finał niesie ze sobą nadzieję i jak się zdaje odkłamuje nieco przekonanie, iż w religijno-moralnym purytanizmie nie ma miejsca na indywidualną świadomość i instynktowne odruchy.

wtorek, 21 maja 2019

Rammstein - Rammstein (2019)



Myślę że poniekąd uległem masowej hipnozie środowisk związanych z szeroko rozumianym „mocnym uderzeniem”, nakręconej wraz z zapowiedzią przyjścia na świat nowego, pierwszego od dziesięciu lat albumu Rammstein. :) I mimo że w momencie debiutowania na scenie dzisiejszej teutońskiej ikony (a było to już prawie ćwierć wieku temu), dorwałem ja przypadkowo od znajomego taśmę z Herzeleid i w późniejszych latach kierowany chyba ciekawością (a może właśnie modą), systematycznie nabywałem drogą kupna jeszcze trzy ich kolejne albumy, to nigdy nie czułem się fanem Niemców, a nawet byłem krytyczny wobec dźwięków jakie tworzyli. Może to co nagrywali nie było metalowym disco, ale sporo w muzyce Niemców zawsze pierwiastka prostej przebojowości odnajdywałem, a nawet tanecznych bitów, które oczywiście nie kojarzyły się wprost z dyskoteką, ale przywoływały na myśl wstydliwe podobieństwa do niemieckich metalowo-gotyckich pierdów spod znaku Crematory. Chciałbym być dobrze zrozumiany, bo rzecz jasna obawiam się linczu ze strony licznej grupy zdeklarowanych fanów ekipy dowodzonej przez Tilla Lindemanna i zapewne go uniknę, jeśli uzbroją się oni w cierpliwość i poczekają do czasu, kiedy wyłuszczę tutaj moje refleksje w przedmiocie pozostałych krążków grupy. Będąc wówczas bogatsi w znajomość mojej twardej argumentacji, liczę iż staną się gotowi aby z wyrozumiałością, a może nawet ze zrozumieniem przyjąć na klatę powyższe, na pierwszy rzut oka bezdyskusyjnie haniebne porównanie. W tym miejscu jednakowoż odnosząc się wyłącznie do świeżego materiału stwierdzam z pełną świadomością, ponadto całym szacunkiem dla pozycji Rammsteina oraz doceniając umiejętności marketingowe zespołu i managementu, iż nie to jest ważne z czym się do tego momentu kojarzyli, ale to co właśnie z głośników, jako właściwy finalny produkt do moich uszu dociera. A dociera muzyka bez wątpienia bezpieczna, wyraźnie nawiązująca do stylistyki wypracowanej przez lata, lecz podana w sposób świeży, tak aby w klasycznych rozwiązaniach nie zabrakło ciekawych detali, które prostocie ostrego riffu i twardej artykulacji dodały popowej aparycji, oraz co akurat zaskakujące, jednocześnie także quasi progresywnego charakteru. Niby ten Rammstein grając w miarę prosto zawsze korzystał ze względnego rozstrzału stylistycznego, zaliczając tak jak na obecnym albumie numery skoczne, bezpośrednie, epickie czy dość rozbudowane transowe suity, lecz akurat to narzuca się po przesłuchaniu s/t najmocniej, że pięć z sześciu otwierających i zamykających płytę kompozycji, to cztero/pięcio minutowe hymny stanowiące esencje ich stylistyki i to bez przesadnego przeładowania autocytatami, a z wyczuciem korzystającymi z wypromowanego etosu zespołu. Jednak z tych jedenastu numerów, to start i finał zapętlam automatycznie i w nich najdobitniej dostrzegam pełnie pasji i profesjonalizmu, za które bez względu czy album przetrwa bardziej lub mniej próbę czasu, to szacunek wyrażony zaniechaniem bezpardonowej krytyki im się należy. Myślę, że poniekąd uległem masowej hipnozie… ;)

niedziela, 19 maja 2019

The Last Boy Scout / Ostatni skaut (1991) - Tony Scott




W sytuacji kiedy mam okazję polecić młodzieży film akcji z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, to przede wszystkim bez wahania proponuję coś z produkcji nieżyjącego już niestety Tony’ego Scotta. Nawet jeśli Ostatni skaut to nie ta najwyższa liga, co akurat kultowy Prawdziwy romans i nawet późniejszy Zawód szpieg (Top Gun - nie uznaje :)), to jednak jak pamiętam z czasów, kiedy byłem nastolatkiem i pierwszy raz obejrzałem tego hiciora, był to kawał fantastycznie stunningowanego pod potrzeby rozmiłowanej w rozrywce publiczności kina. Jak ja wówczas, gdy w szaleństwo kinowe się wkręcałem jarałem się każdym tekstem który przez Bruce'a Willisa z nonszalancją był wypowiadany i jak mnie kręciły właśnie te pojedynki werbalne pomiędzy nim a Damonem Wayansem. Ten twardziel Hallenback robiący w branży detektywistyczno-ochroniarskiej bez problemu mógł gówniarzowi zawrócić w główce i mimo, że ówcześnie w realu strasznie brakowało mi fizycznych atutów i także tej kozackiej przebojowości, to jednak jako taką wyobraźnię posiadałem, więc tak na własny wewnętrzny użytek z detektywem Hallenbeckiem się utożsamiałem. Teraz po prawie trzydziestu latach i po długiej przerwie od ostatniego (wtedy pewnie z dwudziestego lub więcej seansu) perspektywa się znacząco zmieniła, a postrzeganie dość przewidywalnej akcji i nieco "sucharami" woniących potyczek słownych, nie jest już oczywiście przyjemnością o znamionach gigantycznego podniecenia. Jednak sposób prowadzenia narracji posiada ten czar, który sentymentem napędzany jest nadal w stanie podarować mi nieco ponad dziewięćdziesiąt minut kapitalnej rozrywki. Zabawa jest przednia, z rodzaju tej odwołującej się do emocji minionych, bo wyjątkowa specyfika kina sensacyjnego mocno podbitego ejtisowym dystansem, to niestety dzisiaj już tylko odległe wspomnienie czasów nie tylko dzieciństwa, ale też doświadczenie zupełnie innego spojrzenia na filmową materię. Teraz już takich filmów się nie kręci, a nawet jak próbuje (patrz. Nice Guys), to w stosunku do klasyków wypadają one bladziutko. 

P.S. Spostrzegawczy czterdziestolatek, lub uświadomiony millennials z pewnością dostrzegł, iż wymieniając to co najlepsze w karierze Tony'ego Scotta pominąłem dwójkę z przygód Axela Foley'a. Sam sobie zadaje pytanie, dlaczego właściwie mam problem by takie serie jak Gliniarz z Beverly Hills, czy Zabójcza broń traktować jako pełnowartościowe kino? Dlaczego, mimo że w tych i wielu innych przypadkach kontynuacje wychodzą świetnie, to ja nadal uparcie uważam że lepiej by było jakby ich nie było? W czym cholera tkwi mój problem? 

piątek, 17 maja 2019

Black Peaks - All That Divides (2018)




Recka pół roku spóźniona, jednak postawa moja wobec nowego albumu Brytyjczyków wydaje się w dużej części usprawiedliwiona, gdyż po zapoznaniu się przed trzema laty z ich debiutem w większą euforię nie popadałem, a to że zaznajomić się szerzej z ich biografią obiecałem sobie, w niepamięci szybko zatonęło. Nie trudno więc o wniosek jasny, że formacja na marginesie moich fascynacji tkwiła i gdyby nie przypadek, to w All That Divides wtajemniczyłbym się jeszcze później, lub nawet i wcale. Dwójka w dorobku Black Peaks okazuje się logicznym rozwinięciem pomysłów z debiutu, a one zaś oscylowały wokół inspiracji płynących ze sceny metal core'owej. Tyle że jak większość kapel tego grzęznącego od dłuższego czasu w marazmie nurtu stawia wyłącznie na agresję, rozmiękczaną piosenkowymi refrenami, tak wyspiarze zdają się nieco bardziej przychylnym okiem spoglądać w stronę form eksplorujących nagie emocje, przez co bliżej im do deftonowskiej melancholii, niż na przykład bezpośredniej chwytliwości Killswitch Engage. Inkorporują do swojego hałasu oczywiście sporo schematów, ale też nie stronią w miarę własnych, jeszcze nie rzucających na kolana aranżerskich możliwości od zarzucania monotonii na rzecz odważnego wjeżdżania na mniej utwardzone grunty.  Obwąchują się młodzianie z progresją, czy nawet w przypadku takiego Eternal Light i Slow Seas szukają urozmaicenia w postaci mastodonowego rozedrgania i czynią to może jeszcze nierówno, ale z pewnością obiecująco. Myślę że drzwi do większej rozpoznawalności nie są przed nimi zamknięte, szczególnie że w tej ich rozkrzyczanej twórczości jest coś hipnotyzującego, a bardziej ambitnej młodej konkurencji w gatunku obecnie nie dostrzegam, więc dla wyposzczonego fana etosu przestrzennego metal core'a jest to całkiem interesująca propozycja.

czwartek, 16 maja 2019

Foals - Everything Not Saved Will Be Lost Part 1 (2019)




Nie bardzo się orientuje, czy od dawna Foals na scenie funkcjonuje jako gwiazda alternatywy, tudzież inaczej pośród rockowego mainstreamu jest spostrzegana jako ta ambitna twarz popularnej sceny? Czy może dopiero za sprawą pierwszej części dyptyku  Everything Not Saved Will Be Lost stał się jednym z jej liderów? Widzę jednak wyraźnie, iż ma nie tylko spore grono fanów pośród miłośników eklektycznego rocka, ale co dla popularności i wysokiego statusu najistotniejsze bardzo sprzyja im profesjonalna krytyka, bowiem napotkane recenzje dziennikarzy oscylują wyłącznie wokół ocen najwyższych. Nie wypada zatem aby taką grupę zignorować, a więcej to nawet w takiej sytuacji z obowiązku należy się zapoznać z jej muzyczną propozycją. :) Nie robię tego jednak wyłącznie z obowiązku, a przede wszystkich moje zainteresowanie oparte zostaje o fakt, iż poprzedni album formacji przez chwile kręcił się w moim odtwarzaczu i mimo, iż Foals wraz z nim nie przebili się do mojego osobistego topu, to jednak zostali zapamiętani, a nazwa teraz ponownie wraz z nowym krążkiem wkraczając w przestrzeń medialną nie była mi obca. Pamiętam zawartość What Went Down całkiem nieźle, ale aby być w kilku procentach więcej wiarygodny, to tuż po kilku odsłuchach bieżącego albumu zrobiłem jego odświeżające przesłuchanie i teraz słyszę już dokładnie co pomiędzy obydwiema płytami w sensie muzycznym w Foals się zmieniło. Co najważniejsze i w pierwszej kolejności się narzuca, to prawie kompletne odrzucenie riffów na rzecz rozbudowanej syntezatorowej elektroniki i zaniechanie gwałtowniejszego traktowania wioseł. Obecnie produkt Foals to swoista hybryda niemal tanecznego pulsu w duchu ejtisowego synth-popu i psychodelii kojarzonej ze współczesnymi albumami legendy Radiohead. Jest w nim zarówno sporo energetycznego zacięcia, nienachalnej aczkolwiek mocno klejącej się do ucha chwytliwości, jak i rozbudowanej refleksji oraz melancholijnego klimatu o progresywnych konotacjach. Ponadto warstwa liryczna nie jest jak na standardy quasi romantycznej elektroniki banalna, lecz odnosi się do istotnych problemów cywilizacyjnych w (jak tematyka sama narzuca) dość przygnębiającej formule. To jest zaskakujące, iż kompozycje przebojowe i radosne brzmieniowo niosą ze sobą dołująca wizję świata. Tak jakby to co systematycznie niszczymy nie było już do uratowania, więc póki jeszcze jest czas to weselmy się zamiast kończyć w depresji. Zaiste (jeśli trafnie zrozumiałem przesłanie zawarte w tłumaczeniach tekstów), to pod względem lirycznym krążek ten jest całkiem ciekawie zaserwowaną przekorą, dźwiękowo zaś równie intrygującym sposobem na przekonanie nieprzekonanych lub nawet z góry nastawionych negatywnie, że alternatywa nie musi być sprowadzona do nadętego tworzenia przekombinowanych dziwactw kosztem uroczej piosenkowości. Nawet jeśli nie zatapiam się codziennie w kompozycjach z tego wartościowego krążka i pewnie nadal Foals ze względu na przynależność gatunkową nie wzbudzi we mnie długotrwałej fascynacji, to z przyjemnością będę do niego sporadycznie powracał i czekał na drugą jego odsłonę. 

wtorek, 14 maja 2019

Cape Fear / Przylądek strachu (1991) - Martin Scorsese




"Jeden z nielicznych przypadków, kiedy remake okazuje się lepszy od oryginału" - tak doczytuje w kilku recenzjach Przylądka strachu i jestem w stanie uwierzyć, iż stwierdzenie to jest zgodne z rzeczywistością, mimo że pierwowzoru J. Lee Thompsona nie było mi dane zobaczyć. Bez znaczenia jednak czy to prawda, oceniając efekt uzyskany przez legendarnego Martina Scorsese nie ośmielę się napisać więcej niż jednego zdania krytycznego, a ono jedno tylko odnosi się do charakterystycznej formuły finałowej, w której prymat nad realizmem przejmuje szablon zakładający, że bohater negatywny ginie, ale nie za pierwszym, czy nawet drugim razem, a dopiero wówczas, gdy wyczerpie się wyobraźnia scenarzysty. :) Prócz tego pojedynczego "drobiazgu" wszystko poza nim to najwyższej jakości kinowa uczta, podczas której kwestie techniczne, gra aktorska i ustawiczne podbijanie napięcia w oczekiwaniu na finał nie pozwalają w żadnym stopniu odczuwać niedosytu. Z dzisiejszej perspektywy ogląda się Przylądek jako klasyk, który zaś sam nawiązuje do klasyki. Mam akurat na myśli przede wszystkim wrażenie jakie od początku projekcji się pojawia, iż Scorsese zrobił film, który korzysta pełnymi garściami z Hitchcockowskiej konwencji kina grozy. Z pełną gamą wyjątkowych dla mistrza tricków wraz z mocarnie i sugestywnie budującą napięcie rolą potężnej symfonii dźwięku z dęciakami i instrumentami smyczkowymi. Jednocześnie z wyraźnym posmakiem nowoczesności w retro wydaniu, co oznacza, iż realizacja jest bogata we współczesne wówczas smaczki, ale też pełna szacunku dla tradycji amerykańskiego kina lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Niezwykle dynamiczna praca kamery, genialnie zsynchronizowana z muzycznym tłem, kapitalnie eksponująca całą masę istotnych elementów scenografii i operatorskich sztuczek w agresywnym montażu. Wszystko po to aby potęgować dramaturgię, by podkręcać poczucie lęku i podnosić ciśnienie, które wydziarany De Niro utrzymuje we władaniu niczym socjopatyczny dyrygent z ostrą fazą maniakalną. Mimo iż De Niro bezdyskusyjnie wykonuje tutaj najbardziej spektakularną aktorską robotę, to żadna z pozostałych postaci nie traci warsztatowo dystansu, a ze specyfiki konkretnej roli wyciąga wszystko co najlepsze. Rozpoczynająca wówczas na całego karierę Juliette Lewis, już uznani Jessica Lange i Nick Nolte oraz przekornie obsadzeni weterani w osobach Roberta Mitchuma i Gregory'ego Pecka - miodzio, paluszki lizać. :) Poza tym Przylądek strachu to doskonale rozpisana psychologiczna rozgrywka, która frapująco w fabularnej formule ukazuje procesy zachodzące w relacjach rodzinnych i w szczególności autentycznie podnosi i uwiarygodnia liczne tezy odnoszące się do skomplikowanych kwestii sprawiedliwości i moralności. Tak dużo intrygującej treści merytorycznej, równie sporo kapitalnej rozrywki i wreszcie z najwyższej półki warsztatu filmowego w jednym obrazie, który zdaje się bezpodstawnie został pośród innych legendarnych kinowych dzieł nieco zapomniany. 

czwartek, 9 maja 2019

At Eternity's Gate / Van Gogh. U bram wieczności (2018) - Julian Schnabel




Cechą charakterystyczną kolejnej ostatnio po głośnym Loving Vincent biograficznej opowieści o tragicznym życiu Vincenta Van Gogha jest nerwowa praca puszczonej w ruch kamery. Podyktowana zdecydowanie względami artystycznymi, ale efekciarska w istocie zagrywka, która mnie akurat utrudniała odbiór wizualny, a przez wzgląd na formę czy artyzm obiektywnie patrząc niewiele istotnego właściwie do poetyki obrazu wnosząca. Zdaje się ona stąd w tak dużym natężeniu zbędna, a na pewno jako kłopotliwa w odbiorze podczas projekcji mogła być spostrzegana. Film Juliana Schnabela może i w pewnym sensie nabiera dzięki niej oryginalnej faktury (która też mocno kojarzy się ze stylem kadrowania w filmach Terence'a Malica, czy Terry’ego Gilliama) lecz w moim osobistym przekonaniu więcej w wymiarze percepcyjnym Schnabel uzyskuje, kiedy przy akompaniamencie fortepianu i smyczków pozwala operatorowi rozmywać szerokie w miarę ustabilizowane kadry, bądź skupionym okiem kamery spoglądać bohaterom prosto w twarz, miast wirować wokół postaci czy z ich perspektywy spostrzegać najbliższe otoczenie. Niestety większość czasu niemal dwugodzinnego seansu, to meczące dla wzroku ustawicznie lawirowanie pośród konstelacji postaci i pieczołowicie odtworzonej scenografii, z intencją wszczepiania w formę wątpliwego waloru irytująco nadgorliwego artyzmu. A może warto było nie posiłkować się tak zapiekle efekciarską kompozycją ujęć, a skoncentrować wysiłki ponad wszystko na wymiarze psychologicznym i jeszcze bardziej hipnotyzująco plastycznie oddać specyfikę wymagającego poświęcenia oraz wysiłku psychicznego procesu twórczego i wszystkiego, co w różnym natężeniu wpływa na jego złożony charakter. Mimo dyskusyjnego efektu pracy  Benoît Delhomme i nad tym procesem nadzoru reżyserskiego, to wymiar merytoryczny nie powinien rozczarowywać, bowiem cechy osobowościowe i dyspozycje psychiczne Van Gogha zostały ukazane wyczerpująco i sugestywnie, oraz mimo użycia bujanej kamery rola przyrody i jej ekspozycja w świetle słonecznym w kwestii wizualnej potrafiły wzbudzić uznanie. Może ta biografia jest nazbyt elitarnym artyzmem przesycona zgłaszając wybujałe formalnie pretensje, tak samo jak emocjonalnie ma ambicje topić widza w wszechogarniającym smutku. Tyle, że te emocje oddziałują tylko krótkotrwale, gdyż bez wyraźnego zarysowania kulminacji stanowią monotonię pozbawioną efektu zaskoczenia, a formuła artystycznie mdła i jeszcze narracja tak mozolna, że aż nużąca dopełniają efektu przeżywanej męczarni. Dobrze ze obsada jest świetna i dialogi są interesujące, inaczej nie przebrnąłbym przez te 110 minut operatorskiego myszkowania po zakamarkach ascetycznych izb, czy studiowania epickich pejzaży oraz prześwietlania zaburzonej ludzkiej psychiki. A może tak ostro moje odczucia puentując tylko się przekomarzam uciekając bez jakiegokolwiek logicznego ładu i składu w przekorę, wszak potwornie trudno mi pogodzić się z apatią po obejrzeniu czegoś tak dokumentnie przygnębiającego?

środa, 8 maja 2019

Loro / Oni (2018) - Paolo Sorrentino




Chwilę poślizgu zaliczyłem zanim najnowszą odsłonę reżyserskiego geniuszu Paolo Sorrentino poznałem. Nie czułem się wówczas, te kilka miesięcy wstecz na siłach, aby grubo ponad dwugodzinny film przyjąć na klatę i podołać zadaniu precyzyjnego odczytania rozbudowanej treści wymagającej pełnego skupienia. Teraz już widzę to, co przypuszczać mi tylko wtedy było dane, iż podobnie jak w przypadku Wielkiego piękna odleciał Sorrentino w teledyskowych ujęciach, pełnych wyrazistej ferii barw i na pierwszy plan wysuniętego blichtru wszelkiego. Szczególnie bezwzględnie podporządkowane jest pierwsze kilkadziesiąt minut seansu estetyce luźnej teledyskowej fantazji – momentami niejasnej, czy wręcz chaotycznej. A ja lubię, kiedy Sorrentino jest dosadny w bardziej refleksyjnej niż szokującej pozie, gdy własną ambicję intelektualną ubiera w mniej jaskrawe ciuszki. Dlatego też wbrew programowej linii zawodowej krytyki Wszystkie odloty Cheyenne'a i Młodość to moi faworyci, a wielokrotnie nagradzane Wielkie piękno nie zdobyło w moich oczach takiego uznania jak u przedstawicieli bardziej wysublimowanych gustów. Sorrentino na starcie fabułę traktuje ze sporym dystansem, natomiast atrakcyjną dla oka stronę wizualną z nadmierną atencją, stąd pozornie scenariusz nie wydaje się najważniejszy, choć stwierdzenie, że nie ma on większego znaczenia li tylko konstytutywne, byłoby całkowicie chybione i dla takiego intelektualnym artyzmem kierowanego twórcy jak Sorrentino zaiste prowokacyjnym policzkiem. Chodzi oczywiście o świadomy zabieg, którego celem jest przekazanie idei za pośrednictwem całej gamy symbolicznych środków stylistycznych w postaci między innymi licznych alegorii i metafor, a prócz nich także właśnie przerysowanych, wręcz groteskowych wizualizacji. Muzyka wyznacza tempo, pulsujące światła dodają intensywności, a ruch półnagich ciał dopełnia obrazu zatracenia w pustej euforii. Pieniądze, władza to atrybuty króla życia - seksownych kobiet wianuszek i banda żałosnych pochlebców wokół niego jako przymiot korzystania z pozycji i przywilejów. On i oni, czyli Pan i władca oraz elita, kasta najwyższa poddana przez Sorrentino precyzyjnej wiwisekcji, w formule celnej satyry, która po początkowym zachłyśnięciu się kiczem pięknie ewoluuje w niejednoznaczną, lecz z pewnością uwodzicielską melancholijną przypowieść o współczesnym człowieku sukcesu. W niej kilka scen to prawdziwe perełki o nieprawdopodobnie sugestywnym obliczu, ze szczególnym znaczeniem dwóch dialogów charyzmatycznego głównego bohatera ukazujących awers i rewers tej samej maski, której właściwie nie zdejmuje - bowiem brak takiej konieczności.

P.S. Tak, tak - wiem! Prawie zapomniałem wspomnieć o genialnym Toni Servillo z tym wklejonym jak u Jokera wymownym uśmiechem.

niedziela, 5 maja 2019

Dragged Across Concrete / Krew na betonie (2018) - S. Craig Zahler




S. Craig Zahler, czyli nowa jakość i jeszcze względnie młoda wiekowo persona w amerykańskim kinie powraca trzecim, a w zasadzie drugim swym filmem, który akurat odbija się głośniejszym echem w kinowym środowisku. Bone Tomahawk w 2015 roku nie przeszedł bez echa i chociaż jak na moje gusta, pomimo wysokiej jakości warsztatowej był trochę więcej niż tylko odrobinę zbyt nachalny, a nawet efekciarski eksponując krwawą rzeź w bezpośredniej formule, to został przeze mnie zapamiętany i z ciekawością oczekiwałem kolejnego reżyserskiego kroku w karierze Zehlera. Pierwsza istotna kwestia pisząc o Dragged Across Concrete to fakt, że ja już dawno nie widziałem Mela Gibsona w ambitnej produkcji, a właściwie jak sięgam wstecz pamięcią, to nie miałem okazji zobaczyć go w jakimkolwiek filmie od ponad lat piętnastu. Wiem że może nie grał zbyt intensywnie, ale w kilku typowych akcyjniakach się pojawiał, tyle że do tej kategorii gatunkowej podchodzę z ogromną ostrożnością i akurat nic do tytułów w rodzaju Furii, Dorwać Gringo i tym bardziej Niezniszczalnych prócz nazwiska mojego bohatera sprzed wielu laty mnie nie przekonało. Stąd też jestem cholernie zadowolony, iż Zahler wyciągnął Gibsona z aktorskiej zapaści i chociaż rola twardego policjanta jak ulał skrojona pod jego zawodowe emploi, to tutaj postać ta wymagała czegoś więcej niż tylko szablonowego podejścia i mam satysfakcję napisać, że weteran Gibson nie sięgając mimo wszystko oscarowych szczytów zagrał naprawdę przekonująco. Tym bardziej, że u jego boku kapitalnie formą błysnął Vince Vaughn, idealnie dopasowując styl interpretacyjny do wymogów narracyjnych kina Zehlera. Po drugie, a zasadniczo przede wszystkim Dragged Across Concrete, to w świecie akcyjniaków film z głębokiego marginesu stylistycznego, bowiem korzystania z klasycznej formuły zabili go i uciekł jest tu tyle, co kot napłakał, a akcja ogranicza się do postawienia decydującego akcentu na wiarygodne odzwierciedlenie brutalnej surowizny rzeczywistości mrocznego świata zbrodni. Jedyną bardziej urozmaiconą stroną wolnej i metodycznej narracji są wycyzelowane dialogi, które dodają mozolnie rozwijającej się fabule kapitalnego posmaku sadystycznego sarkazmu i cynizmu. Obok precyzyjnie skonstruowanych i wiarygodnie umotywowanych postaci oraz drobiazgowo rozpisanego i nieprzekombinowanego scenariusza, którego realizacja w sensie zbudowania wyjątkowo przygnębiającej strony wizualnej (długie sceny, paleta barw), stanowią one strategiczny walor obrazu. Filmu, który jak myślę należy odbierać jako głos inspirujący do myślenia, szczególnie właśnie w kategoriach etycznych, mimo iż żadnej nachalnej moralizatorki w nim nie uświadczmy. Obrazu jak domniemam starannie przemyślanego w fazie przedprodukcji i jak już mam pewność z intrygującym pomysłem doskonale przeniesionym na ekran. Podkreślam jednakże, iż nie jest to film dla tych, co w filmach sensacyjnych poszukują wyłącznie atrakcyjnej pod względem tempa akcji, jako że ona wyłącznie tłem dla mocnego psychologicznego dramatu i przez ten fakt zupełnie nie zawierająca w sobie nawet grama rozrywkowego potencjału. Mimo tego obraz to kompleksowo ekscytujący i podczas seansu siedzi się jak na jakiejś minie, zastanawiając się czy jakby człowiek odszedł na chwilę sprzed ekranu, to czy wtedy nie zadziałoby się akurat coś kluczowego, co akurat niekoniecznie w sensie rozwoju akcji, ale zawartego w nim symbolicznego argumentu nie wpłynęłoby na zrozumienie istoty zawartego w nim przesłania. Ot, taki to w tej ospałej narracji przemycony został myk przebiegły. :)

sobota, 4 maja 2019

Witness / Świadek (1985) - Peter Weir




To może nie całkowicie, ale jednak nieco inny kryminał. Na pewno nie od sztancy odbity, bowiem nazwisko reżysera zobowiązuje, a środowisko i okoliczności w których większa jego część osadzona pozwala wznieść się ponad szablonowe śledztwo i łyknąć też co nieco uniwersalnych prawd o tym co w życiu jest najważniejsze i co człowieka najbardziej potrafi uszczęśliwić. Szczególnie gdy on policjant, czyli główny bohater poddany presji i sfrustrowany - chyba też mimo zawodowej pasji nieszczęśliwy w brutalnym świecie przemocy, a na horyzoncie za sprawą kolejnej w karierze zbrodni do rozwikłania pojawia się przekonująca alternatywa w postaci miłości do kobiety funkcjonującej w zupełnie innej rzeczywistości. Kobiety żyjącej we względnym odosobnieniu, pośród wspólnoty Amiszów, gdzie człowiek człowiekowi nie jest wilkiem, gdzie szacunek dla współbrata i siostry jest codziennością, a wspólny wysiłek nie jest nastawiony na chęć zysku czy dominacji. Ale zanim oczekiwane szczęśliwe zakończenie nastąpi, prawdziwy mężczyzna musi dokończyć swoje sprawy, zamknąć je dokonując zemsty na przekupnych glinach, konfrontując się z brutalnym i skorumpowanym światem. Może sobie odrobinę zażartowałem i nieco fabułę spłyciłem, a na pewno pod z góry upatrzoną tezę fakty z fabuły podciągnąłem. :) Jednak absolutnie nie ma tym pokpiwaniu ani grama złośliwości, bowiem w obrazie nie znajduję powodów do śmieszkowania, gdyż Świadek to wysokiej jakości obraz kapitalnie spinający sensacyjną opowieść o policyjnej intrydze z przypowieścią o zderzeniu dwóch światów i zupełnie odmiennych wartości oraz przede wszystkim o głębokimi dojrzałym i niestety niespełnionym uczuciu. Harrison Ford, Kelly McGillis oraz między innymi charakterystyczny (tuż przed genialną rolą sierżanta Murtaugha w Zabójczej broni) Danny Glover i bardzo młody wówczas Lukas Haas w filmie nie byle kogo, bo uznanego i posiadającego swój własny reżyserski szlif Petera Weira. W produkcji która daje sporo emocji trzymając w napięciu i pozwalając także zastanowić się nad kilkoma bardzo istotnymi kwestiami bardzo dalekimi od czystej  filmowej rozrywki.

środa, 1 maja 2019

Evergrey - The Inner Circle (2004)




Swego czasu bezapelacyjnie krążek numer jeden w dyskografii Szwedów - czasu kiedy albumy Evergrey gościły w moim odtwarzaczu regularnie, nie tylko przez dwa tygodnie od premiery. Tyle że od połowy lat dwutysięcznych dość sporo w moim guście muzycznym się zmieniło, a raczej ewoluowało w stronę większej surowości kosztem bezpośredniego patosu, stąd dzisiaj dyskografia Evergrey powraca do odsłuchu sporadycznie i to tylko właśnie na fali chwilowego zainteresowania chwytliwym potencjałem, nadal obiektywnie świetnych, na bieżąco wydawanych płyt zespołu. Nie zmienia to jednak faktu, iż akurat The Inner Circle zestarzał się z klasą i jeśli już kręci się w stereo to nie wywołuje odruchów wymiotnych przesadnym mroczno-epickim zadęciem. Powód takiego stanu rzeczy dostrzegam przede wszystkim w doskonałym rozłożeniu akcentów pomiędzy emocjonalnością i siła głosu Toma Englunda, a rwanymi riffami, które ratują kompozycje przed popadaniem w typową dla dark/gothic/heavy metalu patologiczną emfazę. Oczywiście nie brakuje tutaj intensywnego oddziaływania pompy w postaci warstwy generowanej przez parapet, czy też egzaltacji w odważnym temacie jaką liryki wprowadzają - lecz nie jest to typowa górnolotność. Nawet jeśli muzyka jest niezwykle emocjonalna, to jest to ten rodzaj emocji w dźwiękach, który bez większej sympatii dla zespołu mogę nazwać wysublimowanym obliczem w koturnowym gatunku. Więcej w nim bowiem względnie ostrego pazura, także artrockowej ornamentyki i progresywnego zacięcia, niż irytującej pretensjonalności i zwyczajnej miałkości ubieranej w nadęcie. Arsenał środków jakimi na The Inner Circle Evergrey przekonuje jest różnorodny (m.in. sporo wsamplowanych detali i rozbudowanych solówek), a umiejętności aranżerskie pozwalają wtłoczyć je do utworów, bez ryzyka nadmiaru, czy przewagi ilości nad jakością. Poza tym osoba lidera, to atut decydujący, gdyż zarówno wokal Toma jak i jego charyzma zapewniła grupie przewagę nad konkurencją już na samym starcie. Bez jego charakterystycznego brzmienia głosu, wspieranego sporadycznie w tle równie ciekawą barwą Kariny Englund, nawet świetne kompozycje miałyby zdecydowanie mniejszą siłę rażenia, bez względu na cały wachlarz pozostałych walorów jakie w takiej stylistyce Evergrey pośród konkurencji wyróżniają. Dla mnie osobiście The Inner Circle, to zawsze wspaniała sentymentalna przygoda podczas odsłuchu, szczególnie gdy okoliczności wieczorne wspomagają przyswajanie tych niezwykle emocjonalnych kompozycji, pozwalając na kilkadziesiąt minut uciec w świat ujmujących przeżyć. Oczywiście sporadycznie! ;)

Drukuj