Pablo Larraín po nakręceniu biograficznej Jackie wraca do ojczyzny i robi hiszpańskojęzyczny obraz/widowisko, w którym na równi z treścią i ambitną formą współegzystuje choreograficzny artyzm. Muzyka, taniec, ale i kapitalna aranżacja intensywnego światła. Palety barw wyrazistych, które wspaniałe kontrastują z odcieniami szarości codziennego życia tytułowej Emy. Egzystencja, walka o przetrwanie w latynoskiej metropolii, bez większych perspektyw rozwoju vs. gorąca taneczna pasja - ucieczka w eskapizm i w maniakalną żądzę oraz namiętność. Konsekwencje niedojrzałych decyzji, odpowiedzialność za cierpienie osobiste i narażanie na przykrości najbliższych. Twórcza ambicja zawarta zarówno w formule kina nietuzinkowego jak i w obsesyjnie analitycznym wnioskowaniu oraz fascynującej grze dynamiką, rytmem narracji. Obraz wizualnie oryginalny i estetycznie dopracowany - skupiony na precyzji w podkreślaniu wewnętrznie pulsujących emocji oraz na sposobie ich portretowego kadrowania. Centralne umieszczanie bohatera w scenach rozmowy, mnóstwo płynnych zbliżeń i korzystania z szerokiej panoramy pomieszczeń. To cechy charakterystyczne fotografowania w filmach Pablo Larraína. Duszna atmosfera, niepokój, ale i w tym przypadku także ognisty temperament. Bardzo cenię zacięcie artystowskie, szanuje surową manierę posługiwania się środkami stylistycznymi, ale po seansie Emy nie mam przekonania, że to dotychczas najlepsze dzieło chilijskiego reżysera. Larraín to bez wątpienia ekscentryk współczesnego kina, pracujący tutaj na zasłużoną opinię wizjonera symbolicznie malującego obrazem, muzyką i treścią merytoryczne nieoczywistości. Rzecz jasna nie w oczach każdego kto trafi na seans Emy. Taki już nietuzinkowego artysty los. :)
wtorek, 5 stycznia 2021
poniedziałek, 4 stycznia 2021
Fear Factory - Transgression (2005)
niedziela, 3 stycznia 2021
Druk / Na rauszu (2020) - Thomas Vinterberg
O nadużywaniu alkoholu filmów w kinie była cała masa i jeśli akurat nie były trunki wszelakie głównym ich bohaterem, to zawsze gdzieś swoje miejsce miały i rolę niemarginalną odgrywały. Ostatnio na naszym podwórku wokół ich oddziaływania to rzecz jasna Smarzowski w Pod mocnym aniołem gorzko bawił, a w hollywoodzkim wydaniu jak teraz sobie na zawołanie przypominam ponad dwie dekady temu głośny Zostawić Las Vegas zasłużony chyba szum wzbudził. Obecnie Thomas Vinterberg idzie w procentowy temat i nareszcie od czasu Polowania kręci tak jak od niego ja oczekiwałem. Tworzy obraz naturalnie subiektywnie patrząc niemalże kompletny, w charakterystycznym stylu z naciskiem na narracje surową i wykorzystane środki dość ascetyczne, przez co bezpośrednie ich użycie pozwala skupić się na kluczowych bohaterach, a nie dekoncentrować się obserwując na przykład popisy speca od spektakularnych ujęć. Kamera z łapy, odrobina tylko artystycznie sprofilowanych odjazdów i aktorzy grający w punkt bez posiłkowania się tanimi chwytami - to jest walor w pracy Vinterberga fundamentalny. Nie ukrywam iż samo podejście do problematyki alkoholowej jest też wielce oryginalne, a przez to treść jednocześnie potraktowana z dystansem lecz bez popadania w przerysowaną groteskowość. Gdyż do poważnego uzależnienia prowadzi droga od zabawy do częstokroć śmiertelnego dramatu, a same procenty nie wszystkich ich amatorów przecież zabijają. Jest Na rauszu pozbawiony tych wad, które wielokrotnie rozprawy o wpływie gorzały na życie człowieka przyprawiały wprost o banał, bo mega intelektualna emfaza materię demonizowała lub z drugiej strony niekoniecznie przez pryzmat dobrego humoru eksploatowanie widowiskowych alkoholowych upadków mogło wzbudzać przekonanie o instrumentalnym wykorzystywaniu istotnego tematu, a częstokroć zwyczajnego go ośmieszania. Jest też mimo licznych zalet Na rauszu filmem nie tak od strony kulturowej uniwersalnym, bo można się czepiać pewnych w treści szczególnie z punktu widzenia wschodnioeuropejskiej tradycji kompletnego upadlania się pod pozbawionym wszelkich hamulców etanolowym wpływem. Innymi słowy nie takie balety najebani Polacy czy Rosjanie rozkręcają i duński model mimo iż też jak na absolutnie dalekie od abstynencji skandynawskie pochodzenie może robić wrażenie, to jednak cywilizowanemu zachodniemu światu dość daleko do ekstremalnego modelu słowiańskiego. Zwyczajnie zachodnie nacje to jednak mają słabe nerwy i do wszystkiego podchodzą niezrozumiale spięci robiąc przysłowiowo z igły widły. :) Konkluzja jest jednak bez względu na szerokość czy długość geograficzną jasna i wciąż aktualna. Alko ogólnie jest fajny, ale konsekwencje nadużywania tej mocy odprężającej już nie bardzo. Ale w sumie to nie on jest największym problemem - on jest tylko następstwem problemów człowieka z samym sobą i jako takim wyłącznie narzędziem które może pomóc, jak i potwornie zaszkodzić. Niewątpliwie uważam iż to najlepszy obraz Vinterberga z jakim miałem dotychczas do czynienia. Duński reżyser robiąc film po swojemu, bez większych ograniczeń formalnych udowodnił, że można stworzyć coś zarówno oryginalnego jak i głęboko penetrującego temat. Oczywiście najbliżej Na rauszu formalnie do Polowania, a najdalej do Z dala od zgiełku - co tylko wychodzi mu na zdrowie. Ogólnie Thomas Vinterberg w języku duńskim jest zdecydowanie bardziej interesujący niż Thomas Vinterberg wciskany w kino angielskojęzyczne. Ręka w górę kto się z tą tezą zgadza!
sobota, 2 stycznia 2021
Possessor (2020) - Brandon Cronenberg
Zbytnich oryginałów w kinie się boję, ale takich nietuzinkowych kompozytorów filmowej awangardy, którzy nie tracą całkowicie kontaktu z ziemią to nie powiem, podziwiać sobie życzę. Tak jak szanuję przywiązanie do klasycznej kinowej wirtuozerii, tak bez poszukujących artystów kino pozbawione byłoby wszelako emocji i progresji - nuda w nim gwarantowana i jałowość do porzygania powielana. Bez jednych nie byłoby akurat sukcesu drugich i jedni drugim są potrzebni, bo to na ich tle się odróżniają. Szczególnie ważne spojrzenie nieszablonowe w konwencji science fiction z wyraźnym psychologicznym sznytem się liczy i nie mam tu na myśli wyłącznie prostego wykorzystania współczesnych możliwości technicznych, ale wyobraźni która pozwoli to osobiste cięcie ciekawie zaaranżować. Film Brandona Cronenberga wydaje się przykładem kategorii w której wyobraźnia chora rządzi i potrafi być zaprzęgnięta do wizualnie psychotycznej wizji przyszłości, w jakiej to możliwości będą sprzyjać totalnemu komplikowaniu życia, a odpowiedzialność etyczna za powstałe krzywdy przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. Prawda że strasznie pesymistyczna wizja? Przejmowanie kontroli nad obcym ciałem, manipulacja świadomością - mroczne oblicza psychologicznych machinacji. Dbałość o detal w całkiem mocno promowanej produkcji młodego Cronenberg zasługuje na uznanie, ponadto konsekwentnie budowany ciekawymi środkami nastrój paranoidalnej grozy oraz interesujący koncept wizji przyszłości w której halucynacje mącą w rzeczywistości. Ale żeby uświadomić fana kina ambitnie paranaukowego donoszę iż to też krwawa jatka ze scenami brutalnej przemocy i litrami naprawdę autentycznie spływającej krwi. Obraz z pewnością zdobędzie względną popularność, lecz obawiam się że nie że względu na godny zauważenia filozoficzny konspekt, lecz przez wzgląd na porażające makabrą sceny przemocy. Takie chyba te nasze wątpliwej jakości gusta.
piątek, 1 stycznia 2021
Little Joe / Kwiat szczęścia (2019) - Jessica Hausner
Kameralnie okiem kamery uchwycona wizualna perełka. Wyraziste barwy, takie przykuwające wzrok tonacje oraz formy i tym sposobem teoretyczna moc użycia dopracowanej scenografii aby oczom robić dobrze i fascynujący klimat kreować w stu procentach w praktyce sugestywnie osiągnięta. Idealnie harmonijnie spleciony walor obrazu z treścią bogatego w konteksty pasjonującego tematu, a wartość powyżej wymienionych tkwiąca zarówno w poetyce wizualnej jak i filozoficzno-psychologicznej aurze dojrzałej subtelnej refleksji. Równolegle one też pełne niepokojącej tajemnicy i za sprawą stylistycznych wpływów przyprawiające o wrażenie jakbym oglądał mariaż między innymi pstrokatej sztuki Almodóvara z pobudzającym niepokój artyzmem dzieł Lantimosa. Jeden odciska swój ślad w oddziaływaniu wizualnym, drugi chłodem narracji intensyfikuje intrygującą formułę. Obejrzałem zatem film dość wyjątkowy pod tymi dwoma względami, może jednak nie tak odtwórczy jak próbuję wmawiać, bo widać że bezsprzecznie inspirowany, lecz zarazem za sprawą świadomego korzystania ze współczesnego dorobku ambitnego kina poszukujący dla reżyserski własnego filmowego ja. Natomiast o czym jest ta błyskotliwa rozprawa trzeba się osobiście przekonać. Uważam że jeśli jesteś człowieku posiadaczem otwartego umysłu i entuzjastą intrygującej sztuki zmysły pobudzającej, to zrób to koniecznie. Ewentualne pretensje zachowaj jednak dla siebie. :)
środa, 30 grudnia 2020
Muzyczne podsumowanie 2020
Deftones -
Ohms
Greg
Puciato - Child Soldier: Creator of God
Algiers -
There Is No Year
Katatonia -
City Burials
Killer Be
Killed - Reluctant Hero
Ulver -
Flowers of Evil
Testament -
Titans of Creation
Protest the
Hero - Palimpsest
Puscifer -
Existential Reckoning
Fantastic
Negrito - Have You Lost Your Mind Yet?
Blues Pills
- Holy Moly!
Mother's
Cake - Cyberfunk!
Greg Dulli
- Random Desire
Idles -
Ultra Mono
Gone is
Gone – If Everything Happens For A Reason… Then Nothing Really Matters At All
Paradise
Lost - Obsidian
The
Pineapple Thief - Versions of the Truth
Napalm
Death - Throes of Joy in the Jaws of Defeatism
Lamb of God
- Lamb of God
Lunatic Soul - Through Shaded Woods
Ozzy
Osbourne - Ordinary Man
AC/DC - Power Up
wtorek, 29 grudnia 2020
Filmowe podsumowanie 2020
poniedziałek, 21 grudnia 2020
Mr. Bungle - The Raging Wrath of the Easter Bunny Demo (2020)
niedziela, 20 grudnia 2020
Ma Rainey's Black Bottom / Ma Rainey: Matka Bluesa (2020) - George C. Wolfe
Ma Rainey's Black Bottom wchodzi na netflixowe ekrany w smutnych okolicznościach z dodatkową, bo naznaczoną tragedią promocją, gdyż w tym filmie (jak fani jego talentu doskonale wiedzą), widzimy w ostatniej roli nieodżałowanego Chadwicka Bosemana. Zaledwie przed czterema miesiącami przegrał on walkę z nowotworem, a tutaj w pożegnalnej odsłonie udowodnił z przytupem jak wiele filmowa branża straciła na jego przedwczesnej śmierci. Emocjonalny majstersztyk, mimiczna perfekcja - w szczególe i w ogóle ogromne brawa dla aktora, który rozpoznawalność zdobył udziałem w multipleksowym superhicie, a artystycznie wkupił się w łaski krytyki i bardziej ambitnej publiczności wcielając się widowiskowo w postać Jamesa Browna w dziele Tate'a Taylora. Obraz Georga C. Wolfe'a rozpoczyna się od skąpego, choć sugestywnego zarysowania czasów segregacji rasowej i znaczenia czarnego bluesa dla kolorowej społeczności, po czym dość niewinnie scenografia (taka urzekająco klimatyczna) skupia na sobie uwagę, by za chwilę pozwolić przejść akcji do właściwej lokacji, którą pomieszczenia jednego z chicagowskich studiów nagraniowych. Całość produkcji (byłem zaskoczony) okazuje się rodzajem teatru zaaranżowanego na potrzeby filmu. Stąd chwilę mi zajęło by przestawić się na kameralne kino, a dokładnie a'la sztukę wystawianą na "teatralnych" deskach. Sztukę opartą o żywe dialogi prowadzone w rytmie tradycyjnie jazzującego bluesa sprzed wieku. O wyraziste barwy i jeszcze bardziej żywe, ekspresywne postaci. Bowiem ich osobowości zostały zainspirowane rzeczywistymi, choć nieco przez historie zapomnianymi osobami, a występy genialnych warsztatowo aktorów znakomicie intencje twórcy przeniosły w wymiar praktycznej ekspozycji. Sceną trzęsą wspomniany Boseman i równie fenomenalna Viola Davis, którzy to wspólnie nadają ton znakomitej adaptacji sztuki Augusta Wilsona, zasługując tym samym w tandemie na oscarowe nominacje. W uzyskaniu przykuwającego uwagę widza efektu pomaga świetnie dozowane przez reżysera tempo i ogrom pulsujących emocji. Emocji zawartych w zaledwie nieco ponad dziewięćdziesięciu minutach filmu o nie wyłącznie rozbudowanej wyobraźnią dramatopisarza (zakładam) historycznej sesji nagraniowej. Ponadto filmu z widowiskowo rozegraną warstwą społeczno-filozoficzną, w której w centrum zamieszania postaci doświadczone rasizmu najmroczniejszym obliczem stają twarzą w twarz z białym przemysłem muzycznym nastawionym wyłącznie na spieniężanie talentów artystycznych pogardzanej społeczności afroamerykańskiej.
P.S. Dodam jeszcze, że jako współproducent w napisach końcowych widnieje Denzel Washington, co z miejsca moje skojarzenia wysyła w kierunku równie teatralnych Płotów, jakimi próbował niedawno jako reżyser i aktor jednocześnie zawojować hollywoodzkie salony. Wtedy w moim przekonaniu artystycznie wiele by zostać przez krytykę docenionym pracy powszechnie rozpoznawalnego aktora brakowało. Teraz jednak nie tylko zbiegi okoliczności pozwalają śmiało myśleć o splendorze spływającym podczas oscarowej gali. Nie ma mowy by nie uczczono pamięci Bosemana, dostrzegając jak wiele dał z siebie kręcąc pełne pasji ujęcia, a i wielce spektakularnej kreacji Violi Davis nie mają prawa członkowie Akademii zignorować. Viola jako Gertrude "Ma" Rainey i jej srebrne zęby niewątpliwie zasługują na najwyższe branżowe zaszczyty.
sobota, 19 grudnia 2020
Jungleland / Prawo dżungli (2019) - Max Winkler
Świetna nuta towarzyszy w tle tej gorzkiej historii, a szczególnie w pamięć zapadają sentymentalne numery wybrzmiewające w czasie początkowych napisów i finałowego starcia. Takie kino to ja bezdyskusyjnie szanuje, takie kino uparcie staram się promować. W centrum jego zainteresowania prowincjonalna rzeczywistość, ludzie z krwi i kości w absolutnie niedoskonałym ale szczerym wydaniu. Kino głęboko przygnębiające, często wręcz bolesne, które zrozumiale z zasady nie kończy się typowym happy endem, lecz gdzieś pomiędzy wierszami mimo wszystko ze szczątkowym optymizmem przekazuje prawdę o podłym życiu na marginesie, dotykając miękkiego emocjonalnego podbrzusza i cierpko przypominając o najważniejszych wartościach. Zagubienie tu i teraz, którego genezą decyzje fatalne z przeszłości, egzystencja w ekstremalnie popieprzonych realiach trudnego dzieciństwa - tego całego gówna wszelkie złożone konsekwencje i wysoka cena zapłacona za nie zawsze wprost indywidualnie zawinione błędy. Marzenia przyziemne, proste potrzeby, lecz mimo wszystko niemożliwe do zrealizowania, kiedy wciąż pod górkę. Ciągłego pasma rozczarowań koszmar, ale też mimo wszystko niezrozumiale niegasnąca nadzieja na lepsze jutro. To merytorycznie, warsztatowo natomiast świetne kadry, żywe ujęcia walk (lecz to jednak nie jest film o boksie) - doskonałe po prostu oko faceta od zdjęć, który kręcąc w surowej stylistyce odważył się wtrącić do obrazu ciekawe wcale niezgorsze artystyczne smaczki. Poza tym ekscytujące wciąż młode aktorstwo stawiające na ograniczoną mimiczną ekspresję ludzi o poobijanych duszach i na finał zaskakująca epizodyczna rola weterana Johna Culluma (tak, Hollinga Vincoeura z Przystanku Alaska).
P.S. Jeśli szukać skojarzeń, to piszą i ja się z tym zgadzam, że duchowo blisko do Wojownika Gavin O'Connora.
piątek, 18 grudnia 2020
La paranza dei bambini / Piranie (2019) - Claudio Giovannesi
Mroczna strona współczesnego Neapolu - miasta z tradycjami mafijnymi, a w nim zakorzenione w obyczajach kryminalne układy i bandycki narybek, który grupowym bohaterem tej pesymistycznej historii. Smarkacze wychowani w środowisku zmarginalizowanym, powielają tylko autodestrukcyjne wzorce, idąc instynktownie w półświatek przestępczy. Imponują im pieniądze, możliwości i wpływy. Markowe ciuchy, lans na dzielnicy, którego nie zapewni szkoła czy uczciwa robota. Łatwiejsze życie nęci, cicha egzystencja przeraża, a niesprawiedliwość społeczna ich najbliższych dotykająca motywuje. Pokaż się bez względu na ryzyko i koszty jakie w przyszłości trzeba będzie zapłacić, stań po tej stronie, która doraźną korzyść ci przyniesie. Temat gruby, ale realizacja sztampowo poprawna, bez koniecznego jebnięcia, aby zamiast filmu bez dłuższej historii, obejrzeć coś co na poważnie w pamięci pozostanie. To co akurat pod nos mi Claudio Giovannesi podrzucił, mogło wstrząsnąć znacznie mocniej, gdyby konstrukcja scenariusza wychodziła poza typowość, a aktorsko wyrywało z butów i wymuszało emocjonalną interakcję z postaciami. Ci smarkacze z ekranu może i dają radę, są nawet w miarę przekonujący w tej swojej naiwności wobec zawodowej gangsterki. Mimo to tego czegoś decydującego brak. Nie odczułem, nie przeżyłem żadnego uniesienia. Po prostu seans przetrwałe, gdyż może zbyt wiele oczekiwałem.
P.S. Ten film jest taki niedokończony - i nie mam tu na myśli akurat otwartego finału. Ten świat w nim przedstawiony, jest taki mało wiarygodny - i nie mam tu absolutnie na myśli lokacji w których szybka kariera żółtodziobów osadzona.
czwartek, 17 grudnia 2020
The Prom / Bal (2020) - Ryan Murphy
Nostalgii w hollywoodzkim stylu ciąg dalszy, bo oto Netflix po wyprodukowaniu retro Manka i być może też po oszacowaniu oszałamiającego komercyjnego sukcesu konkurencji (La La Land), poszedł jak nie tylko księgowość podpowiadała w rozbuchane musicalowe widowisko i jak domniemam tym samym może dołożył za jego sprawą kolejne przewidywane oscarowe nominacje, do już i tak biorąc pod uwagę producencki staż rynkowy pokaźnej ich puli. Podpierając się kasowym broadway'owkim hitem, ubrał zaangażowanie w kwestie społeczne w połyskujące przebogatą kolorystycznie pstrokaciznę i zrobił szołmeńską rewię o niesprawiedliwości społecznej i emocjonalnych cierpieniach. Rewię męczącą banalnością poprawności politycznej, adaptującą masy frazesów, ale pomysł myślę mimo wykorzystania świadomej gatunkowej tandety jest trafiony, bowiem nie należy o homofobii kręcić wyłącznie w tonie intelektualnej pretensjonalności, czy śmiertelnie poważnej dramatycznej emfazy. Od strony realizacyjnej The Prom wychodzi na przeciw widza z gigantycznymi technicznymi możliwościami, które w tym miejscu w takiej właśnie barwnej konwencji automatycznie się samookreślają i bezpośrednio manifestują swoją praktyczną przydatność jako środek zastępczy, gdy brakuje merytorycznej błyskotliwości i dominują klisze gatunkowe wraz z prostotą przekazu. Ażeby całkowicie nie deprecjonować ich wartości i pozytywnego znaczenia we współczesnym kinie (bo byłaby to oczywista niesprawiedliwa ocena) definiują również jak fenomenalnie można obecnie uwypuklić oddziaływanie obrazu i dźwięku, by widz głównie multipleksowy mógł poczuć siłę ich wyrazu. Niby to taki a’la disneyowski kicz, a ja jednak jestem na tak, bo to może banalna, może nawet infantylna, ale przede wszystkim wzruszająca MAGIA pierwotnego kina.
P.S. Meryl nasza jedyna, jak zawsze zjawiskowa. Ona jest w stanie doskonale zagrać wszystko. Ile jest aktorek, które niemal od pięciu dekad są na absolutnym topie?
środa, 16 grudnia 2020
Sole (2019) - Carlo Sironi
No nic się pozornie nie dzieje – temat ciekawy snuje się przez sto minut, jednak z żelazną konsekwencją ubrany w skromne środki stylistyczne. Momentami widzimy jakieś próby wizualnego posiłkowania się quasi artyzmem (ujęcie okienne z morzem w tle), ale wszystko jednak podporządkowane zostaje kluczowej zwartej filmowej formule (inaczej idei o zerowej niemal atrakcyjności), determinującej ograniczony do nielicznej widowni los obrazu. Obserwujemy powściągliwe relacje introwertycznych smarkaczy, takich wyrzutków po przejściach, którzy życie wiodą na marginesie i radzą sobie jak tylko potrafią z tym co trudny los im zgotował. Ona emigrantka z Polski, w ciąży zaawansowanej, z planem którego sprężyną dziecko wystawione na sprzedaż. On zaś makaroniarski cwaniak, w dresie, więc niczym nie różniący się od naszej młodocianej szlachty, która nie pracuje. Typ bez mimiki (znam takiego jednego w rzeczywistości), którego zbieg okoliczności i okazja do zarobienia kasy, z tą handlową sytuacją powiązały. Snują się oni, snuje się fabuła, ale można sporo w tej względnej ciszy, milczeniu tylko z dialogami skąpymi wyczytać (jeśli zna się życie nie tylko pod kloszem). Można dać się wciągnąć w przygnębiający klimat i wiele między wierszami o dzieciakach z trudnych środowisk wyczytać, ale można też uznać, iż niby to kino ambitne, świadomie rezygnujące z dekoracyjnych szczegółów, ale w zamian dające wyłącznie nudę. Można tak wprost uznać, że właściwie temat odarty z odnośników, komentarzy, lecz prawda psychologiczna o bohaterach z autentyzmem celnie obnażona, ale można też stwierdzić, że wewnętrzny puls za słaby, aby dramatyzm tej historii w miarę atrakcyjnie widzowi sprzedać. Można sobie wybrać co się myśli. Nikt nikogo tutaj do jednej z opcji nie przymusza, bo film to w tym sensie neutralny. Choć finał nie pozostawiający człowieka obojętnym!
wtorek, 15 grudnia 2020
Let Them All Talk / Niech gadają (2020) - Steven Soderbergh
Soderbergh kręci na potęgę i raz wychodzi mu lepiej, raz trochę mniej niż lepiej, ale nie przypominam sobie, by nakręcił coś całkowicie nieinteresującego. Wchodzi bez kompleksów w różne gatunki, nie ma przy tym oporów, by z reżysera filmów mocno dofinansowanych przestrajać się w twórcę kina dalekiego od blockbusterowego. Nawet jeśli nie wszystko co stworzył dotknięte przez palec Boży i czasem estetyka, stylistyka w jakiej majstruje nie trafia w mój gust, to jako ważnego współczesnego człowieka od amerykańskiego kina szanuje go, mimo kiedyś chwilowego zwątpienia. Czekam jednak zawsze z utęsknieniem na większe produkcje sygnowane jego nazwiskiem, bo wiem że jak ma konkretnie zobowiązującą kasę to się mocno przykłada, a z mniejszym budżetem to nie zawsze ten pozornie odprężający komfort braku presji ma na niego wpływ dopingujący. Lecz teraz mam oto przed sobą historię całkowicie pozbawioną pompy, taką klasycznie udramatyzowaną kameralną obyczajówkę i jestem odbytym seansem zachwycony. Powód tej mega satysfakcji leży w genialnym, uroczo ważący słowa aktorstwie, fantastycznie rozpisanych dialogach i przesłaniu, które intymnie żegna dawne i z rozważną wyrozumiałością wita nowe. Tutaj jak w tytule, tylko gadają, ale jak pięknie oni ze sobą rozmawiają i ile w tym gawędziarstwie cech niezwykłych osobowości postaci uwypuklonych. Ile doskonałego, bowiem gustownego poczucia humoru i wysublimowanej dojrzałej mądrości. Ile tego dobra w filmie, który niczym oryginalnym nie epatuje. W nim dzięki skromnym zabiegom technicznym jest więcej magii niż w najbardziej dopieszczonym przez pieniądze hicie. W nim wielkie dobro kunsztownie zrealizowanych scen ze znakomitą muzyką wypełniającą szczelnie większe milczące pauzy, pomiędzy fascynującymi dyskusjami bohaterów. A teraz na koniec zostawiłem najmocniejsze. Teraz zaszokuje, gdy z pełnym przekonaniem zasygnalizuję, iż chciałbym kiedyś jeszcze obejrzeć film Woody’ego Allena tak dobry jak ten allenowski obraz Soderbergha. :)
poniedziałek, 14 grudnia 2020
Sound of Metal (2019) - Darius Marder
Obraz to (tak jak uczciwość reżyserska od tematu wymagała) w całej swej okazałości i sugestywności wstrząsająco surowy. Tu się twórca/twórcy nie popisują wymyślnym artyzmem formy. Tu się nie zastępuje prawdziwych emocji żadnym ich substytutem. Tutaj wartością nadrzędną jest kluczowa cisza i jej ekspozycja, jako integralna część i wartość uzyskanej kompozycji filmowej. Na równi priorytetowo potraktowano również aktorstwo - autentyczne, bez pozy, grama fałszywej nuty, ucieczki w rujnującą naczelny autentyzm stylizację. Tutaj gra człowiek i gra emocjami – szokiem, frustracją ale i nadzieją oraz rozczarowaniem. Utracić słuch i usłyszeć na nowo dzięki nauce, to jednak nie słyszeć tak wyraźnie jak się pamiętało. Brzmienie i jego jakość jest wyznacznikiem komfortu, a ono w tym przypadku niestety niedoskonałe. Pogodzić się i żyć w ciszy, czy dostosować do nienaturalnego dźwięku? Skupić na problemie, czy zastępczo tonąć w złudnych nadziejach? Coś się też więcej w życiu bohaterów komplikuje, w międzyczasie wiele się zmienia, życie przecież toczy się dalej – czas nie stoi w miejscu. Świetnie skonstruowany, znakomicie wokół prawdy o życiu opleciony. To właściwie nie film o tym o czym się można było spodziewać. Ten film to znacznie grubsza sprawa. To poniekąd coś na kształt aktorskiej wersji dokumentu, rozbudowanego o wszystkie konieczne dla zrozumienia istoty problemu wątki. Film bez owijania w bawełnę i analizowania kwestii marginalnych. To czysta emocjonalna esencja i gdyby się uprzeć w poszukiwaniu skojarzeń, czy zbieżności można się ich bez trudu dopatrzyć. Przecież fundamentem jego zalet fenomenalny scenariusz inspirowany notatkami Dereka Cianfrance’a, a efekt finalny uzależniony od spojrzenia autora scenariusza do A Place Beyond the Pines, więc aż tak daleko szczególnie od pamiętnego Blue Velvet Sound of Metal nie pada. Polecam gorąco, bowiem myślę że miałem przed momentem do czynienia ze znaczącym dziełem kina wystarczająco niezależnego, by przekonująco oparło się komercyjnej presji trywializowania i banalizowania.
niedziela, 13 grudnia 2020
Satyricon - Volcano (2002)
sobota, 12 grudnia 2020
Gone is Gone – If Everything Happens For A Reason… Then Nothing Really Matters At All (2020)
piątek, 11 grudnia 2020
25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy - Jan Holoubek
czwartek, 10 grudnia 2020
Killer Be Killed - Reluctant Hero (2020)
wtorek, 8 grudnia 2020
The Haunted - rEVOLEr (2004)
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Mank (2020) - David Fincher
To naprawdę przedziwne uczucie, oglądać współczesną produkcję zrealizowaną kropka w kropkę, według archaicznego przepisu sprzed osiemdziesięciu lat i bronić się niemalże przez cały seans, przed uczuciem zobojętnienia na fabułę, w obliczu totalnego skupienia na detalach technicznych. Mank to zaiste stylistyczna perła, począwszy od czarno-białej ekspozycji, przez ruch kamery, krótkie ujęcia, gwałtowne cięcia, przeskoki pomiędzy lokacjami i nawet błyski uszkodzonych klatek, a na dźwięku, jakby z wielkiej sali kinowej kończąc. Wszystko od strony retromanii w praktyce zastosowanej, jest tu detaliczne przemyślane, by wrażenie wizualne robić, lecz przez to właśnie historia właściwa rozpływa się w kluczowej pozornie dominacji formy nad treścią. Stąd film o powstawaniu innego filmu (precyzyjnie o inspiracji dla scenariusza), nawet jeśli dla jednego z największych klasyków starego kina, nie ma potężnych właściwości emocjonalnych, a silne emocje jeśli już widzem targają, to są ograniczone omalże jedynie do konfrontacji ogromnych oczekiwań z rzeczywistością. Paradoksalnie mimo, iż jest to film unikatowy, to jednak nie wyjątkowy. Ciekawa koncepcja, fachowe jej praktyczne uchwycenie, ale ja przecież ostatnio coś w ten deseń, lecz bez równego rozmachu oglądałem i tam akurat kwestia fabuły nie została przyćmiona wizualną stylizacją, chociaż ona też swój retro urok posiadała. Curtiz – Węgier, który wstrząsnął Hollywood jej tytuł, a rzecz o fragmentarycznej biografii reżysera Casablanki. Dokładnie o okolicznościach powstania legendarnej realizacji studia braci Warner, przez pryzmat tego co także w Manku rdzeniem merytorycznym, czyli relacji społeczno-polityczno-ekonomicznych Ameryki i Europy przełomu lat 30-tych i 40-tych. Poza tym o krok dalej poszedł też dziewięć lat temu Michel Hazanavicius kręcąc obsypanego nagrodami niemego Artystę, czy znacznie wcześniej Tim Burton z igrającym z konwencją Edem Woodem. Tak jak zamierzałem po pół godzinie seansu z Hermanem Mankiewiczem napisać, tak teraz napisałem, lecz na koniec dodam tylko (sprężyna w całościowym efekcie), by prawda o dziele Davida Finchera, jednak nie zagubiła się pośród wyłącznie estetycznych zachwytów, że jak się będzie chciało, to z seansu Manka sporo więcej niż powyżej sugeruje się wyniesie. Bowiem jest to grube dzieło z grubą promocją, która jeszcze grubsze oczekiwania nakręciła. A teraz włączę sobie Obywatela Kane’a.
P.S.1 Dodam, iż Fincher budując koncepcję tej znakomitej produkcji, wziął sobie do serca słowa samego Mankiewicza, który ustami doskonałego Oldmana powiedział, iż „Nie da się zrobić dwugodzinnego filmu w pełni przedstawiającego życie danego bohatera. Lepsza jest impresja na temat postaci”.
P.S.2 Nie przepadam pisać o filmach, o których w ciągu tygodnia powstanie mnóstwo tekstów, notabene niewiele się od siebie różniących, a ja chcąc czy nie chcąc stanę się marginalnym, ale jednak powielaczem zawartych w nich informacji, czy komentując z własnego, maksymalnie subiektywnego punktu widzenia, jednak to samo co inni widzą, a co interpretacyjne nie daje zbyt wiele przestrzeni do popisów elokwencji, nie uniknę właśnie tychże refleksji dublowania. Dlatego próbowałem dość koślawo pójść w "impresję". ;)
niedziela, 6 grudnia 2020
Greg Dulli - Random Desire (2020)
sobota, 5 grudnia 2020
Never Gonna Snow Again / Śniegu już nigdy nie będzie (2020) - Małgorzata Szumowska
Zastanawiam się teraz właściwie, czy sama Szumowska jest zadowolona z uzyskanego efektu? Mam na myśli głównie poziom aktorstwa, bowiem przeszarżowane role (nawet jeśli postaci, już na etapie scenariusza przerysowane, mimo wszystko) wzbudzają konsternację, a wręcz momentami kompletne zadziwienie (Pani Figura!). Zakładam, że doskonała obsada (Kulesza, Ostaszewska, Simlat i ten którego podobno miłośnicy Stranger Things znają, a ja nie znam), tak sama z siebie nie pozowała na kreśloną tak grubą kreską groteskę. Zatem naturalnie domniemam, że to właśnie szefowa taką wizję przeforsowała, więc może i zadowolona finalnie jest. Natomiast, że wizualnie jest zajmująco, to nie zaskakuje, bo akurat dzięki pracy Michała Englerta, Szumowska zdjęciami zahipnotyzować potrafi. Poza tym przecież, zna się na rzeczy i doskonale orientuje się jak magnetyczny klimat, z kilku prostych warsztatowych składników wydestylować. Czasem (a wręcz często) kłopot dla niej to zrobić, jednak film nieprzestylizowany wizją i ambicjami, lub nie przesiąknięty nazbyt bezpośrednio stereotypami, obnażającymi jej znikomą znajomość obiektu doświadczenia i interpretacji. W tym kontekście Śniegu już nigdy nie będzie, myślę iż najbliżej do Body/Ciało i Sponsoringu, a najdalej chyba od W imię... Osiedle ludzkich upiorów, elity nowobogackiej, miejsce strzeżone przez 24 godziny na dobę w tym momencie obiektem jej zainteresowania - dosłownie oaza praktycznego zewnętrznie spokoju, natomiast wewnętrznie egzystencji kompletnie zaburzonych ludzkich emocjonalnych wraków. Interesujące, a jakże, frapujące mocno, ale ktoś mógłby powiedzieć, że najlepsze z tego wszystkiego, to ten przemawiający do wyobraźni tytuł. Albo, jakby rzekł ktoś kto nie czuje potrzeby, by próbować zrozumieć i nie jest przygotowany na kino intelektualnie wymagające - żenujący pokaz ambicjonalnej sraczki, lub innego rodzaju, zrozumiała tylko dla reżysera pseudo sztuka, stworzona w celu zaspokajania wyłącznie ego autora. Ja mimo wszystko z ciekawością obejrzałem i wizualnej stronie pozwoliłem się omamić. Niewiele jednak z warstwy merytorycznej wprost zrozumiałem, więc szybko moje liche refleksje obudowałem interpretacją zawodowej krytyki i jako może niewystarczająco bystry widz donoszę, iż opowieść o super bohaterze bez peleryny, który super mocy nie posiadając, tylko swoją obecnością i czasem poświęconym, ludzkie wraki przed autodestrukcją ratował, uważam za rokujący. Znaczy ja do tego poziomu jeszcze nie dojrzałem, ale kto wie, może jeśli zrobię kiedyś habilitację z historii kina, to tak jak należy docenię symbolikę, jaką Szumowska w koncepcji zawarła.
czwartek, 3 grudnia 2020
Šarlatán / Szarlatan (2020) - Agnieszka Holland
Szarlatan Agnieszki Holland, to wprost ujmując taki mistrzowsko starannie zrobiony film. Z zachowaniem warsztatowej rzetelności i gruntowną faktograficzną podstawą, jako bazą dla kolejnych w jej filmografii okazji do rozliczeń ze skomplikowaną XX-wieczną historią bloku państw środkowo-wschodniej Europy. Oczywiście skonstruowany w takim zachowawczym, ale mimo wszystkich archaizmów za wady często we współcześnie produkowanym kinie postrzeganych, w starym, lecz dobrym, bo skupionym bezpośrednio na meritum stylu. Bez posiłkowania się niezrozumiałymi pseudo artystycznymi chwytami, skoncentrowany na tytułowej postaci i odtworzeniu autentycznie posępnego klimatu czasów stalinowskiego totalitaryzmu. To jednak nie przyjęta klasyczna, ocierająca się o teatr telewizji formuła, stanowi najważniejszą wartość obrazu Holland. Ja akurat nie odbieram jej w kategorii decydującej zalety (tym bardziej nie uznaję za wadę), bowiem najważniejsza jest tu sama historia, a sposób jej technicznego opracowania raczej drugorzędny. Reżyserka nakręciła film świadomie pozbawiony fasadowych emocji, a ich miejsce wypełniła chłodną, rzeczową narracją i analitycznym spojrzeniem na sportretowanego bohatera. Postać niejednoznaczną, w której duszy sporo sprzeczności, a w życiu jeszcze więcej tajemnic. Jan Mikolášek (jak doczytałem) był swego czasu w komunistycznej Czechosłowacji postacią ogólnie znaną, a jego wzbudzające zainteresowanie zasługi, szeroko komentowane na wielu płaszczyznach. Zarówno tej zawodowej (miał uleczyć „siłami natury”, za pomocą zielarstwa ponad pięć milionów osób), jak i na płaszczyźnie obyczajowej (dominujący porywczy charakter, homoseksualna orientacja) i wreszcie światopoglądowo-politycznej (ofiara zarówno represji stalinowskich, jak i hitlerowskich). Pomysł by przenieść na ekran jego życie, podsunął reżyserce autor scenariusza i była to jak finalny efekt ich współpracy pokazuje, koncepcja trafiona. Przyznaję, iż straciłem wiarę w Holland po Pokocie, odzyskałem po Obywatelu Jonesie, a teraz tylko się utwierdziłem w przekonaniu, że ma ona wciąż intuicję do interesujących tematów i wyczucie w ich sumiennie wnikliwym opracowywaniu.
środa, 2 grudnia 2020
Airbag - Disconnected (2016)
Teraz już bodaj wiem, dlaczego na ostatnim albumie Airbag tak śmiało poszedł w urozmaicenie własnej nuty. Wystarczyło jedno przesłuchanie Disconnected, by zrozumieć, do czego mogli mieć pretensje wszyscy fani, którzy nie tylko lubią drzemać podczas odsłuchów ich krążków. To jasne jak słoneczko nad złocistą plażą, jak umysł bankiera tuż przed transakcją życia, jak… starczy! Disconnected zwyczajnie nuży (a może to tylko efekt konfrontacji z ich najnowszym, znacząco bardziej ekspresywnym dziełem?) i jeśli nie jest najsłabszą płytą Norwegów i okaże się wkrótce (jak rozeznam się w The Greatest Show On Earth), iż jeszcze bardziej martwy emocjonalnie był poprzednik, to ja szczerze dziękuje, iż przez czas pomiędzy tegoroczną, a z 2011-ego roku produkcją muzyką Airbag niemal zupełnie się nie interesowałem. Myślę obecnie, że zmiana wprowadzona na A Day at the Beach była w ujęciu zainteresowanych niezwykle dla świeżości spojrzenia na progresywną estetykę korzystna, a ten mało wyrazisty Disconnected pomógł tylko szybciej wypełznąć Norwegom z mielizny inspiracji wyłącznie potwornie monotonnym klasycznym progresywnym rockiem. Żebym był dobrze zrozumiany, nie jest on całkowitą porażką i w zatrzęsieniu dreptania w miejscu znajdzie się kilka bardziej ekscytujących fragmentów. Ponadto ja szanuje (choć na co dzień zbytnio nie katuje) albumy legend gatunku, ale też nawet od epigonów wymagam więcej, niż tylko powtarzanie wytartych szablonów uskuteczniające samozaoranie w samozaszufladkowaniu.
P.S. Może nie mam racji, bo może nie dałem wystarczającej szansy Disconnected? Gdyby coś, będę odszczekiwał. :)
























