Na dobre już (odnoszę wrażenie) wkręciłem się w kino całkiem egzotyczne i tak przykładowo teraz sprawdzam sobie na bieżąco co w azjatyckim dramacie słychać, jak równolegle nie tylko na daleki wschód, ale i na ten bliższy (bardziej południowy) zerkam z przyjemnością i doceniam jakość oraz kunszt produkcji z tych dotychczas omijanych rejonów. W przypadku Między lustrami (Tafrigh/Les ombres persanes) przyciągnęło mnie też porównanie do kina Asghara Farhadiego, bo je cenię wielce, a i ostatnio też kilku innych twórców podobnych dzieł sprawdziłem i nie byłem zawiedziony. Oczywiście praca owych dość mocno europeizacji poddana, bowiem powiązania postkolonialne dają im poniekąd możliwości szerszego zaistnienia oraz poszukiwania środków na realizację projektów w bliższej nam długości i szerokości geograficznej - wiadomo, w takim Iranie lekko obyczajowo nie jest, króluje naturalnie hipokryzja, ale oficjalnie MO-RA-LNOŚĆ, to jest to o co mężczyźni tamtejsi z zapałem inkwizytora walczą. Tym razem jednak wybór filmu niejakiego Mani Haghighi okazał się nietrafiony, choć zapewne znajdą się filmowi krytycy ze mną nie zgadzający, uznający iż totalnie położonego filmu nie obejrzałem, ale ja pozostanę przy swoim odczuciu, że gdzieś maniera i ta historia nie zrodziły chemii wystarczającej, aby nawet króciutko zapiać z zachwytu. Ot co najwyżej (może dla kogoś) poprawne kino, bo powtórzę że ta cholerna maniera, którą trudni mi jasno opisać, a która nie pozwala się wczuć w snutą opowieść o…. - o czym właściwie? Poplątane to i dziwnie niespójne, bo niby tajemnica i muzyka budująca niepokój, a się rozłazi i ani mrowienia, ani wciskania w fotel, tym bardziej wstrząsu emocjonalnego jakiegokolwiek. Letnie i scenariuszowo przekombinowane, używając współczesnego młodzieżowego języka żadne.
wtorek, 26 września 2023
poniedziałek, 25 września 2023
L'immensità / Bezmiar (2022) - Emanuele Crialese
niedziela, 24 września 2023
Susanne Sundfør - The Brothel (2010)
sobota, 23 września 2023
Lathe of Heaven - Bound By Naked Skies (2023)
Dokładnie z Brooklynu dotarła do mnie taka ejtisowa wibracja, ale żadna dziwota że w Nowym Jorku gra się jakąś nutę która przed laty była w rockowym światku jedną z najpopularniejszych. Zadziwienie jednak pojawia się wtedy, gdy pierwsze dźwięki konkretnie oznajmiają, iż do czynienia mam z nowofalowo-zimnofalową emanacją post-punkowej obecnie mody, która już od lat kilku bardzo śmiało zastępuje tendencje na wysiew grup retro rockowych. Trudno w sumie było się nie spodziewać, że jeśli trend na granie z lat siedemdziesiątych święciło w bardziej piwniczno undergroundowym, bądź w pełnym świetle mainstreamowym środowisku triumfy, to nie przyjdzie czas na odgrzewania kolejnego niby starego kotleta, ale ponownie w formule która niby rodzajem kalkomanii, lecz o tak wdzięcznym brzmieniu i wprost doskonałym warsztacie kompozycyjnym, że nie jest człowiek się jej jednak oprzeć. Podążam więc z radością za kolejnymi albumami Grave Pleasures, które wystartowało jako Beastmilk, zasysam sobie do wnętrza systematycznie dwa krążki Whispering Sons i nie wspominając w detalach uwielbiam sączyć romantyczną esencję takich syntezatorowych perełek jak The Black Queen, Crosses, czy ostatnich płyt legendarnego Ulver, a teraz na najlepszej drodze by dołączyć do wymienionych znajdują się właśnie Amerykanie z Lathe of Heaven. Nazwę zaczerpnęli jak doczytałem z powieści scie-fiction ich rodaczki Ursuli K. Le Guin, a nuta praktykowana porównywalna z takimi tuzami brytyjskimi w rodzaju Joy Division i Killing Joke, z wyrazistym muśnięciem stylu holenderskiego Clan of Xymox. Mocna sekcja rytmiczna, gitary tnące powietrze raz bardziej melodyjnymi, innym razem obskurnymi tematami, niemal skandowane, a jednocześnie tęskne wokale i mnóstwo zimnego syntezatorowego dopełnienia tego nostalgicznie pulsującego klimatu. Wszystko tak jak się patrzy - jak się patrzy na początku dziewiątej dekady na brytyjskich wyspach. Do tego w tekstach wspomniana futurystyczna melancholia w atmosferze podziemnego jeszcze grania, ale czy wkrótce nie będzie o nich głośniej i nie wychylą nosów poza piwnicę? Postaram się śledzić rozwój sytuacji i jeśli druga płyta w przyszłości przyniesie silną tendencję rozwojową, to zdecydowanie mogą urosnąć do pierwszoligowej nazwy, a ja się będę wtedy nosił w chwale wyczucia w nich potencjału już w roku 2023. :)
piątek, 22 września 2023
El Conde / Hrabia (2023) - Pablo Larraín
czwartek, 21 września 2023
Crippled Black Phoenix - Ellengæst (2020)
Słucham sobie w tym momencie trzeci raz z rzędu Ellengæst po kilkumiesięcznej przerwie i dopada mnie refleksja prosta, która już kiedyś lekko korzenie w mojej głowie zapuszczać zaczęła, że ten krążek to najlepszy album Crippled Black Phoenix jak zdarzyło mi się więcej niż około dwudziestokrotnie przesłuchać, a przewaga jego nad ostatnim, to zdecydowanie bardziej zwarta formuła, bowiem nie jestem fanem albumów o przesadnie dużej zawartości muzyki, a niestety Banefyre takimż właśnie kolosem jest i mnie akurat niełatwo z tym żyć. O Bronze i Greate Escape pisząc też bodajże napomknąłem, iż przesadne rozmiary nie sprzyjają w moim przypadku nawiązaniu z płytą trwałych relacji, a Ellengæst mimo iż niewiele krótszy, to myślę za sprawą ciekawszych, bo mniej szablonowych aranżacji w konfrontacji z wymienionymi zyskuje. Progrock na całego, mroczny (cold wave wpływy robią swoje) i wielowątkowy, a w dodatku urozmaicony licznymi wokalami (zacnymi nazwiskami, bowiem wówczas coś tam się w relacjach wewnątrz zespołu w międzyczasie popsuło i główny głos męski zdezerterował. Formuła która otwiera nowy rozdział w życiu CBP, lecz trudno by było napisać aby nie rozjeżdżając się z rzeczywistością autorytatywnie stwierdzić, iż kompletnie nowe otwarcie z zupełnie odmienną stylistyką przewodnią. Mnie jako raczej z przyczajki obserwatora poczynań ekipy dowodzonej przez Justina Greavesa, Ellengæst jawi się jako coś świeżego lecz oczywiście mocno związanego z rozwijanym od lat sukcesywnie fundamentem, więc nie jako rewolucja, a właśnie ewolucja tym razem już bezdyskusyjnie nakierowana na progrockowe momenty, gdzie można popisać się rozwijanym tematem, jakąś frapującą ale przede wszystkim atmosferyczną solówką, a także przy okazji opowiedzieć dojmująco oddziałującą historię. Takież wrażenie album z 2020 roku na mnie robi, korzystając zarówno stylistycznie z wypracowanego charakteru muzyki Brytyjczyków, jak i inklinacji idealnie w tym układzie do kierunku zamierzonego pasującej. Nie tworząc absolutnie dźwięków w gatunku nowych, formacja Greavesa nie ogranicza się li tylko do ich z instrumentów schematycznego wydobywania, a urozmaicenie w postaci sampli kojarzących się z jednym ze wcześniejszych etapów działalności Anathemy dodaje nabrzmiałej od powagi nucie epickiego rozmachu i zimnogotyckiego mroku oraz dodatkowego waloru ilustracyjnego, bez poczucia że słucha się nieznośnie intelektualnego przekazu.
środa, 20 września 2023
Gong-jak / Szpieg (2018) - Jong-bin Yoon
Poważna sprawa, thriller szpiegowski o stosunkach pomiędzy zwaśnionymi Koreami z perspektywy działalności służb wywiadowczych. Zrealizowany podług hollywoodzkich wzorców, lecz oczywiście nie wolny od azjatyckiego manieryzmu, więc odczucie moje podpowiada, że jest nieco topornie i w tym dziwnym (w tym przypadku lekko irytującym) trybie niejako oznajmującym w dialogach. Ten akcent robi swoje, ma eksponowany przeze mnie wpływ na opinię, ale też montaż jest bardzo schematyczny, więc aby odnieść finalnie jednak pozytywne wrażenie na plus musiały przemawiać dobre skupione na detalu zdjęcia i sama historia, na szczęście nie opowiedziana tak straszliwie topornie, aby było ciężko złożyć poszczególne składowe w napędzającą się względnie dynamiczną całość, ze zrozumieniem szczegółów i kontekstów. Wyszło zatem solidnie, tylko bez finezji i raczej szablonowo, ale nie przeszkadzają te ogólne słabości, aby dać się wciągnąć i pozwolić ponad 140 minutom się dłużyc w nieskończoność. Może nie pomaga również osobliwie komiczna (te grymasy mam na myśli) rola główna i stylizowana w kierunku skrajności patetyczna atmosfera, która to mierzi i może odbierać fabule wiarygodności, ale co ja niby wiem o tamtych realiach - także w obrębie mentalnym relacji międzyludzkich.
wtorek, 19 września 2023
Squid - O Monolith (2023)
Druga dopiero płyta, a już własny styl, ogromna dojrzałość i rozwijane z rozmachem ambitne tendencje. Rozbudowane aranże, skomplikowane tematy, ekspresywne kulminacje, puls intensywny oraz nieszablonowa ekspresja jazzowa w post punkowych klimatach - wreszcie wokalista za bębnami. Tak ich widza, tak ich piszą eksperci - gdybym sprowadzając do esencji sparafrazował ich opinie. Brzmi interesująco, lecz czy to we mnie w praktyce rezonuje? I tak i nie, chyba jednak z przewagą zaprzeczenia, gdyż tak debiut jak i drugi krążek odsłuchany nawet kilkukrotnie, nie wzbudził we mnie zakładanych lub życzeniowo wyczekiwanych emocji i choć zostanie zapamiętany i zamrożony, być może do bardziej odpowiedniej pory, kiedy zagada, to dzisiaj stanowi jedynie frapujący i nie w pełni naturalnie jeszcze zrozumiany fenomen. Krytyka się nim jara i poniekąd rozumiem w czym rzecz, lecz muzyka tak do mego środka nie trafia. O Monolith jest skondensowany bardziej od debiutu (zgadzam się), odbierając złośliwym argument że chłopcy (bo to przecież bardzo młodzi ludzie Squid tworzą) na początku swojej drogi kompletnie popadają już w megalomanie i gigantyzm, więc O Monolith jest spójny, także równie fajnie że tajemniczy. Wiąże w sobie kilka emblematycznych szczególnie dla ejtisów rockowych styli/gatunków, ale wiąże je raczej nieszablonowo – pozwalając ponieść się własnej oryginalnej wizji przepracowywania wspomnianych. Gdybym jeszcze przestudiował dogłębnie teksty, to zapewne mógłbym dodać, iż dopełniają one celnie muzyczną wizję, mało przyjazną przeciętnemu pancurowi czy metaluchowi i łatwiej z nią trafić im myślę pod strzechy jazzowych czy alternatywnych rockowo odszczepieńców, niż właśnie fana nuty bardziej bezpośrednio przemawiającej. Jednak jak obraz odbioru Squid na scenie raczej ekstremalnej pokazuję, są wśród nich i może mimo wszystko nie w mniejszości znacznie mniej stereotypowi wyznawcy hałasu, że tak dobrze się Squid przyjąć udało. Ja ze swojej strony przyrzekam, iż zrobię wiele aby móc się dostać na listę obecności tych drugich - zatem po obecnie zapowiedzianej przerwie, będę tak debiut jak i dwójeczkę Squid odsłuchiwał uparcie, aż w końcu zatrybi. Łatwiej by mi było gdyby więcej grali po linii takiego Undergrowth lub też Siphon Song.
poniedziałek, 18 września 2023
Boy from Heaven / Chłopiec z niebios (2022) - Tarik Saleh
Władza na każdym kontynencie, bez wyjątku samców kręci. Do władzy mężczyźni arabscy jednak w stopniu minimalnym nawet kobiet nie dopuszczają i tylko dzielą się nią poniekąd sami ze sobą na dwóch gruntach, kontroli państwowej i religijnej. Nietykalny Prezydent i jeszcze bardziej Wielki Imam duszami rządzą, a ich wpływy się przenikają i to od nich wspólnie wszystko zależy. Obserwujemy dwie strony w zasadzie tej samej fałszywej monety, bo światy władzy świeckiej i opartej teoretycznie na boskiej interwencji się przenikają - wikłając w stałą wzajemną inwigilację. Tarki Saleh poddaje autopsji kulisy walki o wpływy - zachowania i przejmowania dominacji w kraju dwóch równoległych władz autorytarnych. Przyglądamy się przestępczym procedurom z punktu widzenia kompletnie nieświadomego realiów stojących za wzniosłymi ideami syna rybaka, który otrzymawszy życiową szansę wyjeżdża na studia teologiczne na najbardziej prestiżowej uczelni w Kairze. Wplątany w intrygę poprzez bycie świadkiem zbrodni, ale też obiektem wykorzystywanym przez manipulacyjne struktury - szantażem, przekupywaniem pomocą, przywilejami. Zwerbowany jako wtyczka jednych, poddający się praniu mózgu przez drugich jest zmuszony dostosować się do wymagającej sytuacji uczestnicząc w brudnych interesownych praktykach i konfrontacji nurtów czy obozów poszukujących okazji do rozgłosu w obrębie interpretowania religijnych dogmatów. Film Saleha (The Nile Hilton Incident) to obraz surowy, bezpośredni i mroczny - idealny egzotyczny thriller polityczny, który do mnie przemówił nie tylko jako gatunkowa wysoka jakość, ale i kapitalna lekcja o islamskim świecie. Wiarygodna wykładnia ideowego piekła, w sensie starcia górnolotnej teorii z ociekającą hipokryzją praktyką na poziomie wzorcowych mistrzów obłudy.
niedziela, 17 września 2023
The Veils - Total Depravity (2016)
Właśnie poznałem indie rockowe w ogólnym rozumieniu mega zjawisko i trafiłem na nie przy okazji spóźnionego o pół roku rozpoznania najnowszej jego produkcji, czyli ...And Out of the Void Came Love. Tylko że wspomniana jeszcze mnie nie miała okazji zasysnąć, bo po dwóch odsłuchach na tyle mnie zaintrygowała, że postanowiłem rzucić okiem-uchem na wcześniejszy The Veils krążek, który światło dzienne ujrzał dość spory, bowiem sześcioletni wstecz czasu kawał. Dlaczego wpierw wystukuje tekst odnośnie albumu z 2016-ego, zamiast odnieść się do świeżego? Ano dlatego, iż Total Depravity porwał mnie jak na razie znacznie bardziej, czyli do czynienia mam z sytuacją taką oto, że po dorwanej nitce do początku tego kłębka zmierzam i po drodze wręcz hipnotyczne oczarowanie notuję. Kompletnie nie wiem co czai się głębiej w The Veils przeszłości i póki dokładnie nie przepracuje wspomnianych, absolutnie nie zamierzam cofać się jeszcze znaczniej, chcąc skupić się tu i teraz na materiałach jakie same w sobie zawierają tak absorbujące zagrania, że czas im poświecić bez rozpraszania to mus z szacunku i z gigantycznej przyjemności. TD odbieram jako produkcję stworzoną bez poczucia trzymania się jednej konwencji, chociaż charakteryzuje się cechą jaka poszczególne różnorodne kompozycje wiąże w całość, a mam tu na myśli (osobiste odczucie) bezpretensjonalne mimo ambicji łączenie syntezatorowych pomysłów, opartych na basowych figurach i może nie gęstym ale sugestywnym oszczędnym bębnieniu, z niejako klasycznym soulem w bardzo mrocznej konwencji, sprowadzonego do czystej esencji znanego z lat szczególnie siedemdziesiątych, reprezentatywnie frazowanego performance'u interpretatorskiego. Album poza tym jako zbiór indeksów oraz całość kapitalnie potęguje kumulowane w nim napięcie do rozmiarów pulsująco świdrujących sprzężeń, ale i potrafi przedzierżgnąć się z równomiernego bujania groove'm, wręcz w kształt rytualnych eksplozji ciszy - jakby to kuriozalnie nie zabrzmiało i mówię tutaj tak o smutaskich balladach w stylu Nicka Cave'a, jak i kombinujących z elektronicznymi brzmieniami numerach, w których łączy się wyczucie doskonałej harmonii, tendencje eksperymentatorskie w wykorzystywaniu podłączonych pod napięcie interesujących (DIY) zabawek, a dokładnie wprost pomagających wspiąć muzykę na jeszcze wyższy muzyczny poziom efektów. W sukurs oczywiście warstwie instrumentalnej idzie ten genialny interpretatorski talent wokalisty, a w sumie sprowadzenie roli Finna Andrewsa jedynie do głosu wydawania obowiązku, to skrzywdzenie tak jego pozycji w zespole, jak i w dużym stopniu decydującego o fenomenalnym oddziaływania tego co robi i co on prawdopodobnie pisze w tekstach na kształt całości. Całości jaka jest ponurą, ale jakże piękną podróżą z dreszczykiem systematycznych emocji. Jestem póki co zafascynowany!
sobota, 16 września 2023
Beo-ning / Płomienie (2018) - Chang-dong Lee
Kino mało dynamiczne i snuje się niemiłosiernie. Może ono nie tylko w ekstremalnych przypadkach usypiać, ale w sumie jednak nie przynudza aż tak abym ja przysnął i obudził się, kiedy napisy końcowe przemierzają ekran z góry do dołu. Być może wbrew gorącemu tytułowi bardziej przeciętnego widza zziębi niż ogrzeje, mimo to czuć w nim sens, a droga ku osiągnięciu wartości merytorycznej prowadzi poprzez meandry miejsca/czasu, tak więc okoliczności w jakich bohater funkcjonuje i przymuszenia go do dźwigania ponad jego siły i wbrew pomysłowi na siebie konsekwencji nie swoich działań bagażu, jak też treść i kilka scen istotnych dla zrozumienia psychologicznych zawirowań w umyśle bohatera, odebranych zapewne na niekorzyść produkcji zostanie, jako dość bezpośrednich i niepotrzebnie wzbudzających wizualnie kontrowersje. Jest tu i klasyczny wątek miłości z zazdrością, jest też rozbudzanie namiętności i manipulacje emocjami, innymi słowy zabawa nimi, gdy uczucie i pragnienie zostało pobudzone. Jest też niezgoda - niezgoda zbudowana na fundamencie różnic klasowych w społeczeństwie niby ogólnie majętnym, ale też przez wzgląd na cechy charakterystyczne drapieżnego kapitalizmu w społeczeństwie skrajności. Jest zawiść, jest i zemsta, a poza tym ta snuja w nim, to też ta subtelna sentymentalna atmosfera pięknie w jednym z ważniejszych fragmentów podkreślona czarującym brzmieniem trąbki. Jeśli mowa o walorach artystycznych, to nie mogę odmówić Płomieniom wizualnego uroku, ze zdjęciami starannie obudowującymi mozolną narracje, jakby te dwa elementy konstruktywne przenikały się wzajemnie, spajając w jedną szalenie świadomą, choć niekoniecznie wprost właśnie atrakcyjną zaletę dominującą. Bowiem opowieść kompletnie nie spektakularna dysponuje hipnotycznym magnetyzmem i w sumie ze wspomnianego dramatu o relacjach zauroczenia ze społecznym kontekstem, przekształca się w pełen podskórnego napięcia quasi thriller z kryminalną tajemnicą - łapiąc przy okazji sznyt kina Polańskiego. To jest frapujący obraz, ale czy tak łatwo innemu widzowi będzie się z moim całościowym przekonaniem zgodzić?
piątek, 15 września 2023
Royal Blood - Back To The Water Below (2023)
czwartek, 14 września 2023
LOLA (2022) - Andrew Legge
Nie
mam pewności czy się ta historia w mniej więcej w stu procentach
logiczne skleja, ale jest to przecież coś na kształt awangardowego science fiction, choć intrygująco podciągnięte pod autentyzm oparty na
(uwaga, niewiarygodne!) fatycznych wydarzeniach. Oczywiście
podejrzewam (ba, mam pewność), iż bujna wyobraźnia twórców
puszczona została w samopas - jako jednak nie do końca nie wartej
sprawdzenia u źródeł czy jest w tej historii nutka prawdy, też pracy pod kierownictwem Andrew Legge'a nie uważam, więc... Lukam więc w netu przepastność wpisując
hasło Anioł z Portobello i jedno co widzę to Paulo Coelho -
Czarownica z Portobello, więc... Jednak jeśli wklepie Martha i
Thomasina Hanbury, to już coś więcej wyszukać jest możliwe, ale
to takie pomieszanie z poplątaniem więc... - wciąż nie wiem.
Mniejsza z podbudową związaną z autentyzmem na jakimkolwiek
poziomie - jak ktoś się wkręci i rozpozna szczegóły może mnie
poinformować, a ja pozwolę się z przyjemnością oświecić. W tym
momencie dam wyłącznie do zrozumienia, iż mnie się takie kino
podobało i z uwagą prześledziłem romantyczno-dramatyczne
perypetie z kluczowymi konsekwencjami majstrowania w teraźniejszości
znając poniekąd przyszłość. Między innymi wymazywanie
nieintencjonalne postaci dla wyższego celu, ale i wpływanie na
alternatywny bieg historii II wojny światowej - to ten cel wyższy. Takie etyczne
rozterki w klimacie estetycznie dla mnie bardzo bardzo - przyznaję.
Donoszę też, iż to ciekawe doświadczenie wizualne, sprawna praca
montażysty i reżysera gust wizualny warty poznania, bo forma w
odcieniach czerni i bieli oraz łączenie archiwaliów z aranżowanymi
zdjęciami w podobnej archaicznej formule (kręcenie starym sprzętem) wygląda spójnie i
ciekawie. Nie jest to też sztucznie przedłużane i finalne 80 minut idealnym czasem, aby ta historia się zawiązała, wybrzmiała i
pozostawiła po sobie jakąś refleksję w pamięci.
środa, 13 września 2023
Arctic Monkeys - Humbug (2009)
Na początek sorki - sorki że kiedyś Humbug po macoszemu potraktowałem, ale to wina cała i wielka, a wręcz gigantyczna wina wpierw AM, a dalej też Tranquility Base Hotel & Casino, bo to były tak doskonałe albumy, a już ten drugi to wręcz perfekcyjny i nie wyobrażam już sobie, aby Brytole nagrali kiedykolwiek coś lepszego, choć z pewnością kitu wątpliwego też dokąd istnieć będą nie ma obaw że mi nawciskają. Moja, może bardziej jednak negatywna zasługa, iż dopiero na wysokości krążka z 2013 roku "Małpy" poznałem i z tej wybitnej perspektywy wciąż patrząc na wcześniejsze nagrania, to jednak tak Suck it And See jak i Humbug gdzieś o poziom niżej, szczególnie w kwestii chwytliwości się pozycjonują. Niemniej jednak moje uszy dojrzały aby o Humbug jeno w superlatywach pisać, choć uparty będę że te superlatywy odnośnie albumów z dalszej fazy drugiej dekady XXI wieku, mają to coś co je znacznie dojrzalszymi w odbiorze czyni. Humbug jest znakomity, ale i znakomicie bardziej surowy, jest też jeszcze wciąż albumem budującym konstrukt stylu "małpiego" - innymi słowy etapem poszukiwań i wyrywania się szufladkom przypisującym do nazw poprzedników, dlatego w recenzjach owego można odnaleźć sporo odnośników do innych przedstawicieli tak indie rocka, jak brit popu, bez względu na fakt, iż tylko kompletny dyletant dziennikarski nie wyczułby tutaj zaczynu dla oryginalności. Ja kiedy robiłem pierwsze odsłuchu opisywanego, dokonywałem tego już po kilku latach od premiery, dlategoż śmiem się usprawiedliwiać, iż nie wyczułem pisma nosem, bowiem ten nos obwąchać już zdążył wspomniany AM, więc to chyba jasne co czułem i że zamiast cisnąć Humbug do oporu, wolałem powrócić do albumu świeżego, przed wówczas momentem wydanego. Jeśli ktoś teraz ma problem i chciałby się poskrażyć Pani, że ten typ od Dwóch Kos niewiele konkretów o zawartości "recenzjo-reflesksowanego" napisał, a tylko o własnych maksymalnie subiektywnych doświadczeniach w ekstatycznym tonie pierdzieli, to przypominam że nikogo tu na siłę nie przymuszam, a jak ktoś się jednak zdecydował, bo z jakiegoś powodu olać kolejnej moją recenzjo-wyrypy nie wypada, to dziękuję za czas stracony i polecam nie ufać albo tak ślepo wyszukiwarce, albo poczuciu obowiązku - jakby w dziwnych okolicznościach nie był wypracowany. Pod tekstem nie wrzucę też linków do innych opinii w poruszonym mało merytorycznie temacie, bo radźcie sobie sami raz, a dwa ja uważam, iż tylko ja się najlepiej znam na tym o czym piszę, a inni to powinni najsamprzód nauczyć się pisać ciekawie, a później opierać to co z siebie w przypływie weny wyduszą na weryfikowalnych faktach - innymi słowy kroczyć pewnie ścieżką własnego warsztatowego rozwoju ku nie tak profesjonalizacji, jak bardziej ku dystansowi do siebie. On pomaga (przysięgam), kiedy trafi się na mądrzejszych choć niekoniecznie bardziej rozgarniętych, bo można ich wytrącić łatwiej z równowagi, a na stówę strącić z pantałyku hasłem - olej to brachu, to nie jest warte twojej uwagi!
wtorek, 12 września 2023
Puma Blue - Holy Waters (2023)
Puma Blue, czyli Jacob Allen jest w swoim artystycznym zamyśle quasi akustyczny i Holy Waters jest przez to może lekko monotonna, ale to tylko pozór i jeśli ktoś jest najzwyczajniej mało spostrzegawczy i na wspaniałą nutę nieczuły, to nie zauważy naturalnie ile się na tym cudownie mglistym brzmieniowo krążku dzieje w kwestii rytmiki, a najbardziej umiejętności wykorzystania jakby się też na pozór wydawało wąskiej, a w rzeczywistości kiedy ktoś zmyślny przy niej pomajstruje, szerokiej przestrzeni do niebanalnej aranżacji. Ja akurat po znakomitym singlu opatrzonym niemniej znakomitym obrazem (piszę o Hounds) i konfrontując go z kolejnymi wydanymi, bardziej kameralnymi lub jak kto woli spokojniejszymi dźwiękowo obrazkami (O! The Blood, Dream of You, Pretty) miałem obawy, że pełna płyta oparta na tak subtelnie cichych aranżach i smutnym jak najczarniejsza czerń doświadczeniu depresji (żałoby), będzie zwyczajnie nazbyt przygnębiająca, monotonna i finalnie poprzynudza, a tu takie zaskoczenie, że ona jest w pierwszym odruchu oczywiście smutalska, mało dosłownie dynamiczna, ale w tej formule za cholerę nie mogę jej odmówić przymiotu intrygującej. Holy Waters jest albumem wręcz mnie obecnie pochłaniającym i nie mam żadnych wątpliwości, iż może to być tylko chwilowe moje zauroczenie estetyką muzyczną sygnowaną (jak rozumiem) pseudonimem artystycznym bardzo drobnego mężczyzny, śpiewającego, a raczej szepcącego z muśnięciem falsetu emocjonalnie drenujące, a warsztatowo genialne wręcz perełki, z takimi zdobnymi i do odkrywania wciąż na nowo aranżacjami, że ja nisko opuszczam głowę w geście gigantycznego szacunku. Staram się powiedzieć (nie wdając się zarazem w szczegółowe analizy), iż to może jak dałem do zrozumienia muzyka udekorowana w sposób wysmakowany w ogromną dawkę błyskotliwości do wychwycenia (zgodnie hipnotyzujący taniec perkusji i basu, klawiszy wspólne z samplami akcenty i to saksofonowe doładowanie), ale w pierwszym rzędzie muzyka wrażliwej duszy i tym samym do głębi człowieka docierająca i mocno tą psychologiczną stronę ludzką dotykając, dla mnie już bardzo ważna. Hounds mnie rozkołysał, ale kolejne wewnętrznie pulsujące dzieła Pumy mnie oczarowały, wessały i stały się w formule długograja jednym z najlepszych jakie w tym roku dane mi było poznać. Takiego lekko jazzującego R&B, z taką lekkością korzystającego ze stylu lo-fi sobie życzę.
poniedziałek, 11 września 2023
Guy Ritchie's The Covenant / Przymierze (2023) - Guy Ritchie
Ciężkie, gęste kino i w filmowym gatunku traktującym o realiach współczesnego konfliktu zbrojnego oraz konieczności przetrwania w warunkach mało sprzyjających nawiązujące do najlepszych wzorców, więc jestem bardzo mile zaskoczony, że Guy’a Ritchie stać jeszcze na stworzenie produkcji poważnej i trzymającej widza za gardło, co zdecydowanie nie było przez te wszystkie lata u niego normą. Przymierze jest jednak nie tylko kinem akcji, ale i poważnym wyrzutem moralizatorskim, z mocnym akcentem podkreślenia amerykańskiej konkretnie odpowiedzialności za porzucenie lojalnych im Afgańczyków, na pastwę talibskiego fanatyzmu oraz filmem o przyjaźni wykutej w ogniu walki. Obrazem wprost, bez korzystania z przesadzonej finezji, tak skrojonym pod względem budowania napięcia pierwszorzędnie, jak i doskonale biorąc pod uwagę prawidła gatunku napisanym, czyli innymi słowy jest mocnym męskim kinem, które twardziele kupią bez pytań, ale i przyzwyczajeni do wychwalania ambitnego filmowania zawodowi krytycy, też absolutnie nie poddadzą go ośmieszającemu twórców opiniowaniu. Osobiście jestem zdania, że dobre kino dla intelektualistów nie jest złe i daje takiemu na blogu często szansę, ale równie złe nie jest kino trzymające za klejnoty i pozbawiające tchu wprost potężnym adrenaliny zastrzykiem, zupełnie odmiennie od rozbudowanego psychologicznie o rozważania we wzniosłych tematach. Przymierze jest właśnie takie jaki powinien być potężny film o "jak ja go nie zabije, zabije mnie on", więc chcę powiedzieć iż Ritchie się nie pieści owijając w bawełnę, czy przerysowując dla draki, bo wszystko tu jest bezpośrednie, a jak jest ostrzał to się wręcz odruchowo łeb uchyla przed pociskami i giną nie tylko ci źli, ale trup ostro się ścieli po stronie dobra. Ritchie kupił mnie tym razem bez dyskusji, a dokonał tego głównie dynamiką i oddziaływaniem celowanym tam gdzie najsilniejszy efekt uzyskać można. Muzyka w tle jako istotna część tej formuły też "robi robotę" podbijając emocje, ale bez całościowego ogarnięcia na bardzo wysokim poziomie i ona by projektu nie ratowała, stąd powtarzam że wyszło kapitalnie i super, że ten Guy Ritchie takie mocarne obrazy swoim nazwiskiem jeszcze sygnuje.
P.S. Jak to leciało - wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, a nic nie buduje mocniejszej więzi między facetami od wdzięczności za uratowanie życia na polu boju?
niedziela, 10 września 2023
The Unlikely Pilgrimage of Harold Fry / Niezwykła wędrówka Harolda Fry (2023) - Hettie Macdonald
Ależ to było tak po prostu po ludzku wzruszająco piękne - ciepłe, (mimo wszystko) budujące i w dodatku uroczo dziwaczne, bo Harold jak stał tak poszedł, postanawiając pójść (niczym Forrest Gump pobiegać), aby uratować starą umierającą przyjaciółkę. Pod wpływem impulsu i przede wszystkim w ludzkim odruchu sentymentalnej misji, a może z nudów, czy aby przełamać rutynę mężczyzny na emeryturze, robiącego rzeczy powtarzalne, jakby rytualnie wypełniające wolny czas. Nie będę jednak odbierał Haroldowi prawa do motywacji wynikającej ze wzniosłych intencji, bo raz z biegiem historii okazuje się ona bardzo poważnie tragiczna, a dwa bowiem Harold jest tak uroczym staruszkiem z dobrocią malującą się na poczciwej twarzy, że byłaby to wręcz zbrodnia z mojej strony lub co najmniej działanie nie fair. Harold więc idzie (stając się sensacją, jak i spotykając się z bezinteresowną życzliwością), bo złożył Queenie oraz sobie obietnicę iż dotrze na czas, a idąc spotyka inne osoby też idące, ale na krótszym dystansie lub żyjące sobie anonimowo w swoich mikroświatach lub banieczkach i rozmawiając z nimi poznaje poniekąd własne, mocno już zrezygnowane ja i inne ludzkie historie czy najzwyczajniej oddaje się filozoficznym refleksjom z psychologicznym fundamentem, a najbardziej to jak już wspomniałem, po drodze mierzy się z własnymi, najsilniej oddziałującymi demonami przeszłości - rozlicza siebie i to jest najbardziej poruszający wątek noweli Rachel Joyce, na jakiej bezpośrednio oparto film Hettie Macdonald. W dodatku ta opowieść o Haroldzie w drodze jest po brytyjsku cudownie flegmatyczna i po brytyjsku nieco osobliwa, a najbardziej to jest jednak w przesłaniu smutna, choć podana dla równowagi z charakterystyczną dla imperialnej nacji humorystyczną głębią. Ja jestem pod ogromnym wrażeniem i chyba jasno dałem do zrozumienia, że ten seans mnie i ubawił i wzruszył, a poruszony byłem aż do łez jak grochy, których jako mężczyzna twardy na zewnątrz, a kruchy w środku powinienem się w teorii wstydzić, a nie bardzo się orientuje kiedy w praktyce dojrzałem, by być z tego dumnym.
P.S. Życie życie jest czasem potwornie dramatyczną nowelą - w tym przypadku w żadnym stopniu trywialną, z racji czego wartą poświęcenia 108 minut. Nie przegapcie plis!
sobota, 9 września 2023
Plan 75 (2022) - Chie Hayakawa
Czasami mam taką oto solidną zagwozdkę, czy opowiadać tutaj o filmie, czy pisać o filmie - w znaczeniu czy treść przybliżać, a może li tylko odnosić się do efektu jaki został uzyskany i to w tym maksymalnie subiektywnym tonie, jaki wpływ wywarł obejrzany obraz na mnie. Oczywiście wzorcowo byłoby działać w dwóch powiązanych segmentach i zawsze je łączyć (akapity, no niedoczekanie), aby coś wynikało naturalnie z czegoś, było oparte na wynikaniu i nie zawieszało w próżni braku wiedzy i kontekstu, jeśli czytelnik zapoznaje się z tekstem, bez uprzedniego sprawdzenia tytułu. Ja jednak niestety nie przygotowuję tutaj materiałów dla profesjonalnego odbioru jako pełnowartościowej pracy recenzenckiej i z zasady nie zatapiam się w formach zawierających w sobie rozbudowane akademicko struktury ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, więc zamiast przykładowo rozprawek, proponuję raczej zestaw długich zdań w trybie oznajmującym, a jeśli już między wierszami pytam, to pytam jedynie retorycznie, nie oczekując przedstawiania kontr stanowiska w komentarzach. Piszę teraz o tym akurat, gdyż Plan 75 wymaga ode mnie teoretycznie więcej pracy wprowadzającej, ale wychodzę jednocześnie z założenia, iż jeśli ktoś zainteresowany zostanie tematem i poczuje potrzebę wypełnienia luki wiedzą, to oczywiście doczyta u źródła lub najlepiej zapozna gapiąc się przez zazwyczaj około dwie godziny w ekran i łudzę się, iż będzie wszystko z moich egorefleksji w miarę rozumiał. Stąd sobie teraz bez względu na wymagania Plan 75 ocenię, a nie opiszę, odnosząc się do treści przekazanej przez reżysera bez wartościowania i kompletnie bez wspominanego (w za dużej na pewno ilości powyżej) poczucia winy, że należałoby zanim się odniesie, maznąć co nieco do czego konkretnie się pije. Mianowicie, subiektywnie minimum kontrowersji, maksimum zdrowego rozsądku, obiektywnie wiadomo - jaki krąg kulturowy taka wielkość natężenia histerii, kiedy się o STAROŚCI prowokująco dyskutuje. Można być oburzonym, a można uznać że sprawę stawia się jasno i lepiej zmierzyć się z rzeczywistością niż przemilczeć, zamiatając pod dywan kwestie smutnego naturalnego schyłku. To nawet nie starość jest właściwie problemem, to chyba samotność i bezczynność oraz poczucie kompletnej bezużyteczności. Kwestie psychiczne ważne, a wręcz potwornie umysł świdrujące, tym bardziej, kiedy ciało względnie dobrze się trzyma. O czym ja tak? Ja tak o Planie 75, będącym bez uciekania w emfazę „kinem ludzkim, kinem przejmującym”, stąd polecam i do zapoznania się z diagnozą Chie Hayakawy zachęcam, bo to eksploracja praktycznie beznamiętna pozornie, a w rzeczywistości dzięki unikaniu westchnień jako materiał do dyskusji wielce zdatna. Podyskutujmy zatem dla odmiany pozbawiając się na ten czas empatii, jakiej przecież coraz mniej w sobie mamy.
piątek, 8 września 2023
Metsurin tarina / Historia drwala (2022) - Mikko Myllylahti
Na wyczytane hasło "fińskie Fargo", bardzo mocno się zajarałem, lecz niestety do kultowego filmu braci Coen nie ma to jakiegokolwiek startu na wszystkich chyba możliwych płaszczyznach, o których nie będę się rozpisywał z lenistwa, ale i szacunku dla wielkiego dzieła amerykańskiej kinematografii, bo samo nawet porównywanie jest naciąganiem wartości Historii drwala, która może wyłącznie przez pryzmat momentami fajnej nuty, mroźnego prowincjonalnego klimatu i tylko bardzo odrobinę akurat osobliwych postaci, była dla mnie możliwa do zdzierżenia. Jednako nawet jeśli doszukuje się w tym zasadzie ponad moje siły ambitnym w przesłaniu niczym jakichś walorów, to tak po prawdzie w innych filmach które poddają mi pod nos świetny scenariusz i realizację kapitalną, te trzy cechy zniknęłyby, bo są co najwyżej w wydaniu odpowiedzialnych za omawiany tylko dobre. Nic ponadto, może lekko przesadzam, ale na stówę nie spodziewajcie się w powyższym przypadku kinowego objawienia. Po prostu można luknąć z ciekawości, ale może lepiej nie potrzeba, bowiem nie sztuką wziąć jakichś przegranych typów, dać im siekierę i zainscenizować brutalny mord w afekcie, kiedy chciało się z nadzieją zapewne na nagrody ożenić nieszablonowy, bo posikujący się motywami paranormalnymi kryminał z czarną komedią i społecznym przekazem, licząc na groteskowy strzał w dziesiątkę, a czyniąc to w praktyce bez przekonania i na jakiejś irytującej sztuczności oraz z uzyskanym głównie wrażeniem bałaganu, w sensie słabej czytelności. Jeśli nawet ten seans to nie całkowita nuda, to totalna męczarnia - róbcie jednak jak uważacie - może Wy udźwigniecie ciężar gatunkowy tego czegoś.
czwartek, 7 września 2023
Beurokeo / Baby Broker (2022) - Hirokazu Koreeda
O jaki grubiutki temat i jaki grubiutki film uszyty z tego tematu! Lubię to, bo nie powiem żebym nie był ostro zafascynowany takimi dylematami moralnymi, jakie podejmuje scenariusz południowokoreańskiej perełki, bowiem co jak co, ale kwestie drogi życiowej i poziomu czy płaszczyzny startu do niej, nie jest jakimś tam byle czym w rozkminie egzystencjalnej. Od razu jednak dodaję, że nie zajmuję żadnego twardego stanowiska i mimo bicia się z myślami, podejmując liczne próby przemyśleń oraz wyciągając też oczywiście wnioski i przychylając się do co niektórych, często z dwóch biegunów argumentów, to nie wiem co lepsze bo i mam pewność, iż żadna z dróg nie gwarantuje finału z oczekiwanym przecież naturalnie happy endem. Baby Broker to jednak coś więcej niż zamknięty wokół wartościowania mega empatyczny dramat z kluczowym wątkiem moralnym. Baby Broker to zasadniczo modna współcześnie i najczęściej przytulająca prestiżowe nagrody gatunkowa hybryda, ale tak koniecznie aby zostać zauważona i doceniona zgrabnie zaaranżowana, że mnogość wątków i postaci szerokie spektrum, nie budzi poczucia sztucznego komplikowania, a samo zawikłanie wynika samo z siebie, naturalnie rozbudowując historię o liczne zmienne, które myślę nawet osoby z klarownymi i często wręcz radykalnymi przekonaniami pobudzi do refleksji - z wątpliwościami w roli kluczowej. Baby Broker to ogólnie nieoczywisty film o miłości, wrzucając w szuflady gatunkowe zaś dramat społeczny, nostalgiczny film drogi, ale i kryminalna czy policyjna przypowieść, w których wspólnie w dodatku poczucie humoru i dystans zostaje zaznaczony, aby przygnębiające w zasadzie story nie dobijało widza psychicznie wyłącznie i przygotowało niejako do względnie optymistycznego finału. Innymi słowy, daleko od oceniania i przede wszystkim niepotrzebnego podkoloryzowywania dla potrzeb uatrakcyjniania, bo przecież życie samo w sobie ma tyle często teoretycznie wykluczających się wymiarów, że jaki jest niby sens sztucznie mu ponad miarę doklejać, jeśli jest się na tyle bystrym aby je dostrzec i poddać rozbudowanej analizie. Poza tym obraz w sensie wizualnym jest idealnie z optyką scenariusza skorelowany i te mroczno-deszczowe fragmenty ze scenami słonecznymi się pięknie spinają w całość, a ja cenię, kiedy świat w filmach udostępnia się widzowi z różnych kierunków i perspektyw - nie nastawiając jednostronnie i nie prowokując do wyrażania tak nawiedzonych sądów, jak i nie skazując widza na emocjonalne wbijanie w jednorodny klimat ilustracyjny.
P.S. Koreeda po niekoniecznie udanej europejskiej Prawdzie, powraca na poziomie Złodziejaszków i ja jestem za tym, aby chyba jednak skupił się na kręceniu w Azji.
poniedziałek, 4 września 2023
Paint (2023) - Brit McAdams
Amerykański Szymon Kobyliński, czyli piórkiem i węglem tylko inaczej, farbami bardziej po szołmeńsku i on w znacznie mniej zaawansowanym wieku. :) Owen Wilson z owczą wełną na głowie, zaskarbiający sobie serducho oddanych sympatyków milusiej gaduni, czyli nawijania na uszy tego co widzowie chcą usłyszeć. W komediowym tonie, w tonie na względnie wysokim poziomie, bo to satyra nie całkiem głupia, jednak (no nie przesadzaj człowieku) podporządkowana roli przede wszystkim rozrywkowej. Spodziewałem się jednak czegoś innego, może lekko zabawnie traktującej temat i z dystansem główną postać, lajtowej biografii, a trafiłem na prześmiewczą filmową sytuację o inspirującej roli gwiazdy magnetycznie działającej na kobiety i wykorzystującej swoją pozycję. Opowieść o telewizyjnej gwieździe z oczywiście wystrzelonym w kosmos ego, blaknącej jednak w intensywnym świetle młodej konkurencji, która to gwiazda, między innymi (mnogość wątków) zbiegiem okoliczności finalnie zaczyna nowe (nie uwierzycie khe khe khe jak zaskakujące) życie, a po drodze mierzy się z konsekwencjami własnego postępowania, ale poddać się nie zamierza, bo jak tu się bez walki dać pozbawić pakietu przywilejów gilających mega o sobie wysokie mniemanie oraz (uwaga będzie wzniośle) na utratę prawdziwej miłości. To może niewiele w stosunku do pierwotnego domniemania, ale na tyle dużo by nie poczuć antypatii do gatunku, gdyż szczęśliwie bywa, że głupawo zabawnie, nie musi być żenująco debilnie.
P.S. Krótko, gdy patrzyłem na Wilsona to widziałem jego w roli Kevina Rawley'a w Poznaj mojego tatę, jak też i bez trudu wyobrażałem sobie na jego miejscu Willa Ferrella, grającego koncertowo to co potrafi grać najlepiej. Taka to prawda.
niedziela, 3 września 2023
Women Talking / Głosy kobiet (2022) - Sarah Polley
Ileż można znieść w imię i w imię czego właściwie! W imię idei przywiązania do Boga? W imię lojalności i pokory imię? Może nie w imię tylko z powodu? Bo lęk, bo brak odwagi i poczucia własnej wartości - szacunku do siebie przez konsekwencje tak ograniczania dostępu do edukacji, jak i prania mózgu czy zastraszania psychicznym terrorem i fizycznej przemocy w ekstremalnych przypadkach. Women Talking to znakomita obsada na pierwszym planie, ze śmietanką pokolenia aktorek około trzydziestoletnich, które myślę uczestnictwo w projekcie Sarah Polley odbierały nie tylko jako wyzwanie zawodowe, ale też obowiązek wobec wszystkich prawdziwych postaci o których opowiada niekoniecznie wprost oparta na autentycznych wydarzeniach wstrząsająca historia odizolowanej kolonii. W dalszym planie też ważne kobiece nazwiska dla kina światowego, z przede wszystkim na czele Frances McDormand, jednako znane twarze wraz z poziomem gry oczywiście znakomitym, to nie jest najważniejsze w tym co z ekranu do widza przemawia. Kluczowa jest właśnie opowieść o psychologicznej manipulacji i takowych jej następstwach. Opowieść o cierpieniu psychicznym i rozterkach związanych z próbą wyrwania się z zaklętego kręgu, który wzbudza strach, ale i działa hipnotyzująco, przywiązując do miejsca i oprawców. Także, a może przede wszystkim o poświeceniu z powodu braku jakichkolwiek perspektyw i tym bardziej alternatywy - jak na wstępie.
P.S. Temat bardzo ważny, szerokie spojrzenie forsujący, a przesłanie dojrzałe otwartą mądrością, ale film w tej formie nieco przynudza, bowiem przegadanie jak to w typowej quasi teatralnej manierze bywa mało atrakcyjne - na przykład wizualnie, najbardziej to dla widza przyzwyczajonego do popisów operatorskich.
sobota, 2 września 2023
Soen - Memorial (2023)
Zaczyna się kapitalnie i chyba lekko inaczej niż do końca przyzwyczaili - jakby znakomity riff wyłaniał się z jakiejś otchłani, by już „po ich niemu” w dalszej fazie czystym brzmieniem zabłyszczeć, ale im dalej w ten akurat znacznie mniej gęsty od gitarowego łomotu las, tym bardziej miękko i oby nie na dłuższy czas lekko nudziarsko. Słychać na Memorial bowiem, iż po drodze sprawdzili się w czymś takim jak Atlantis, czyli w sesji absolutnie subtelnej, gdzie harmonie wokali i gitary brzdąkania z akompaniamentem smyczków w ilości powyżej jednej sztuki oraz klawisza - całościowo w estetycznej manierze piosenki łzawo emocjonalnie drenującej oczodoły. Wymieniam w tym kontekście pisząc już o Memorial niemal całą zawartość szóstego longa Skandynawów, a najbardziej przepięknie zaśpiewany w duecie damsko-męskim Hollowed i zauważam też obok coś co przypomina że w Soen wiosła nie są wyłącznie do plumkania. Tutaj mam na myśli na wstępie zasygnalizowany Sincere, Violence, może kawałek tytułowy i być może nie tak tylko może Icon - jednak indeksy to w towarzystwie pozostałych, które nazwę wyjątkami. Zaiste mam poczucie rozterki i nie wiem czy ten kierunek ckliwy, to dobra opcja na przyszłość, bo gdzie niby indziej jak do ściany za którą tylko banalne ballady może ich ten dryf zaprowadzić, a z drugiej przecież od kilku płyt Soen nie jest już „pro toolowy”, a pro progresywno-gotycki i mając im nieco za złe odpływanie we wrażliwości, to słuchając nowego longa co raz to wpadałem po czubek nosa w tą lampkę z winem sączonym w wieczornej poświacie i się roztkliwiałem (jak ja się żałośnie roztkliwiałem!) - oczywiście w poczuciu winy i do siebie wręcz wstrętu, że taki jestem łatwy i niewiele mi potrzeba do przylepienia etykiety wrażliwy. Memorial to bardzo milusio zaaranżowany album, jednak album raz bardzo oczywisty i dwa (co się wiążę z pierwszą „wadą”) album zdecydowanie nie najlepszy w ich dyskografii, bo do co najmniej dwóch moich faworytów poziomem nie sięga. Sugeruje wpierw przyhamować z cyklem wydawniczym i tak na przykład za cztery może pięć lat powrócić naprawdę na pełnej. :)
P.S. Uważam (zamykając mundrowanie), że nie ma nic dziwnego i pochopnego w sytuacji poddania refleksji Memorial zaraz po odbytych raz za razem pięciu wieczornych odsłuchach, bo nie wierzę by się w kwestii mojego stosunku do niej coś mogło zmienić nawet w najmniejszym stopniu. Dlatego to z marszu uczyniłem i już w dwa dni po premierze jesteście po lekturze tekstu!
piątek, 1 września 2023
The Big Chill / Wielki Chłód (1983) - Lawrence Kasdan
Ach jaka tu jest obsada, ile topowych nazwisk sprzed lat, z wówczas w najlepszym wieku twarzami, grających jak z nut, z charakterystyczną dla czasu naturalną manierą i przeuroczym wdziękiem. Obyczajowa perełka, może nieco zapomniana i nie wiem w sumie czy nie przesadzam z ochami, a ona sama zasługująca na zaszczytne miejsce w historii amerykańskiego kina. Niemniej jednak od strony warsztatowej bez wad i z treścią doskonale oddającą specyfikę epoki oraz zakładam mentalne cechy ówczesnego pokolenia około trzydziestolatków. Z dialogami bardzo naturalnymi, historią bliską człowiekowi i jak też myślę uniwersalnie życiową, pomimo osadzenia w realiach sprzed lat już czterdziestu. Rozwija się autentycznie i nie ma mowy o ewentualnych pretensjach co do jej wiarygodności, jak i przez pryzmat psychologicznej złożoności relacji pomiędzy bohaterami i ich wewnętrznych konstrukcji uwag. Historia spotkania starych przyjaciół w zasadniczo w smutnych okolicznościach, zmieniających się w pretekst do ponownego emocjonalnego zbliżenia i przepracowania zależności z punktu widzenia bardziej zaawansowanej dojrzałości, ale i poprzez gorycz przeżytych doświadczeń, podjętych decyzji i po prostu popełnionych błędów, które na nowo odżywają rodząc sentymentalne słabości. Trochę sytuacji i konsekwencji poddają refleksji, lekko niektóre roztrząsają, ale głównie spędzają czas na budowaniu i to jest fajne, tak po prostu.
P.S. W sumie dziwnie się ogląda tych aktorów - jakby się zapominalska i trudno było uwierzyć na nowo, że kiedyś, względnie niedawno byli młodzi. Ech, czas gna i nic nie zrobisz.



.jpg)



















