sobota, 27 grudnia 2025

A Big Bold Beautiful Journey / Wielka, odważna, piękna podróż (2025) - Kogonada

 

Byłem sceptyczny co do obsady, a okazało się że trafiona w punkt została, więc uległem. Bardzo mi spasowała korelacja wyrazistej urody Margot i Collina, a jeszcze bardziej fajne aktorstwo, w którym chemia pomiędzy postaciami doskonale uwydatniona, sympatię zjednuje. Oczarowali mnie oboje razem/wspólnie, mimo że musieli przebić się przez dość gruby mur ostrożności. Sentymentalizmem w ujęciu realizmu magicznego potrafili zawstydzić, ale sentymentalizmem najwartościowszym, bowiem okresu dzieciństwa dotyczącym. Drzwi do mojego serca w trakcie seansu stopniowo otwierali, by szeroko je rozewrzeć - ckliwie niemożliwie, lecz rodzajem ckliwości fajnej zwyczajnie. Wprawili wraz z reżyserem w przyjemny niezmiernie, błogi nastrój, w formule ciepłej quasi musicalowej opowieści - rodzaju historii ocierającej się o film muzyczny. Baśniowym filmem drogi, może nie infantylnym, ale nieprzekombinowanym, nienadętym myślę, uwrażliwili. Chaotycznym nieco na poziomie scenariusza, jednak zyskującym i nadrabiającym subtelnymi rozwiązaniami w kierunku inspiracji do fundamentalnych refleksji, uskrzydlili. Dodatkowo serwując sprytnie wprost nostalgicznie odniesienie do Skarbonki, z tym (przypominam) najzabawniej w historii kina serwowanym wybuchem śmiechu. Tom Hanks rządzi, wymiata! Niech żyje Król Tom! :)

piątek, 26 grudnia 2025

Wake Up Dead Man: A Knives Out Mystery / Żywy czy martwy: Film z serii "Na noże" (2025) - Rian Johnson

 

O ile część pierwsza „Noży” była nieprzesadnie lukrowanym, elementarnie smakowitym i z nadzieniem esencjonalnie soczystym, kryminalnym pączusiem, z fajną i zawadiacko przemyślaną intrygą oraz znakomicie odegranym przedstawieniem, o tyle to druga w porywach przyzwoita, ogólnie tania popisówka i ta trzecia, obecna, to już (gdyby nie mieć litości i wiary) pikujący (po początkowym mocnym, obiecującym starcie) lot sokoła wędrownego. Nie oznacza to, że źle się dzieje z Benoitem Blanckiem (D. Craig jak wino!), gdyż on akurat trzyma formę i klasę, inteligentnie kontynuując misję swojej postaci. Towarzysząca mu zacna plejada aktorska (zwłaszcza wypełniający każdą lukę O'Connor, wściekle zabawny Brolin i bystrze nawiedzona Close oraz fajnie że powracający Renner) świetnie daje radę w komicznie przerysowanych rolach, tylko ta intryga... jakaś taka rozdmuchana nad wyraz, nie angażująca ani kryminalnie, ani komediowo. Dzieje się dużo, gęsto, ale tym razem ten napakowany, naszpikowany szołmeńsko wątpliwą logiką scenariusz, momentami przynudza i najzwyczajniej nie wkręca i nie bawi po same pachy. Gdyby nie charyzma aktorska z obsady buchała, smaczki też castingowe oferując oraz porzuciłoby się ochotę na i WIARĘ w doszukiwanie w przesłaniu czegoś interesująco intelektualnego w kwestii chciwej, tudzież też lojalnej idei, w zagubieniu czy frustracji tkwiącej natury ludzkiej oraz domniemam potrzeby WIARY (jakiejkolwiek, byleby prowadziła za rączkę, dawała przede wszystkim poczucie wspólnoty, nadzieję i cel), to pozostałbym wyłącznie z poprawnie rzemieślniczą produkcją, kapitalnie być może teatralnie zagraną i fajnie wyglądającą wizualnie, ale jedynie w teorii aspirującą do postaci szlachetnej u podstaw, a współcześnie atrakcyjnej, przez zastosowanie środków podrasowujących, intrygującą kryminalną rozgrywką.

czwartek, 25 grudnia 2025

Train Dreams / Sny o pociągach (2025) - Clint Bentley

 

Na Clinta Bentley’a przy okazji jego debiutu zwróciłem uwagę i nie zaskoczyło mnie, że pierwsze wzmianki o jego drugim podejściu reżyserskim zbierają bardzo wysokie noty - przecząc pośrednio przy okazji tym samym ogólnej tezie, że realizacje netflixowe nie mogą zazwyczaj rywalizować pod względem jakości z tytułami tak już od lat zaprawionych w bojach wytwórni, jak tych może mniejszych, ale celujących w kino wartościowe emocjonalnie i ambitne intelektualnie, a przede wszystkim oryginalne w formie. Sny o pociągach nie wychodzą akurat poza szereg względem intrygującej wizji twórczej, czy w sposób pokręcony intrygującej analizy, lecz zyskują powolną balladową narracją, w sensie prostoty opowieści, zarazem najsilniej emanując najcieplejszymi emocjami, pochodzącymi z najzwyczajniejszego życia. Wizualnie prezentują się dość tradycyjnie, bez większych urozmaiceń, bo tylko format węższy, a poza tym tutaj rolę przednią odgrywają przyrodnicze aspekty scenografii i człowiek surowego życia i życie w surowych okolicznościach pracy oraz spełnionej, do czasu szczęśliwej relacji rodzinnej. Pokora to cecha bohatera i jego mocowanie się z życiem rdzeniem przesłania. Bez chaotycznej szarpaniny zmaganie się z cierpieniem wedle uległej i skromnej u podstaw filozofii, przyjmując od losu bezlitosne, formujące i hartujące wyroki. Aktorsko bardzo starannie podany, angażująco w kwestii zdobywania sympatii widza, gdyż to nade wszystko wartościowo przedni do interpretacji w swej szlachetnej wymowie film o dobrych, porządnych ludziach - o tęsknocie i samotności, bólu i nadziei. Kontemplacyjna perełka pośród raczej morza typowej dla rzeczonej platformy rozrywki. Netflixowa, ale mimo to udana próba stworzenia empatycznej opowieści, tak samo dobrze zagranej, jak skomponowanej. Przemawiającej do wyobraźni w bezpośredni sposób, dzięki bardzo ludzkiemu wymiarowi spojrzenia. Piękny ale smutny czas zagospodarowany przed ekranem, bowiem szczęście nie trwa tu wiecznie, tragedie są absolutnie bez wyczucia i przekornie, tudzież ślepo być może wybierają najczęściej tych, którzy kompletnie na nie, nie zasłużyli.

środa, 24 grudnia 2025

Iddu / Listy sycylijskie (2024) - Fabio Grassadonia, Antonio Piazza

 

Szedłem w towarzystwie, przekonany iż na nowego Sorrentino podążam, bo jakoś zapowiedzi La Grazia wówczas się w sieci objawiły i tak pchnięty do kina (bo Servillo tu i tu), tuż przed seansem dopiero właściwie zostałem olśniony i uświadomiony. Servillo tak już wybitnie mnie z Sorrentino się kojarzy, że sobie powyższe dopowiedziałem, ale nie był to wypad bez happy endu, bowiem Listy Sycylijskie, to wymagające cierpliwości i życzliwości (wówczas się odwdzięczy) bardzo porządne kino o konotacjach gangsterskich i klimacie jaki potrafi przyjemnie zawiesić, więc w gruncie rzeczy warto było. Nie popsuł mi nawet wrażenia wspomniany, a dzisiaj i od jakiegoś już czasu otaczany niemal kultem aktor (w tej mojej o zagubieniu historii kluczowy :)), mimo że w sumie w większości przypadków gra typ w środowisku poważany raczej wdzięcznie, jednak na autopilocie, więc i zaliczyć go do kategorii uniwersalnych postaci jednej rozbudowanej miny i bliźniaczych gestów nie jest mi trudno. Tym razem dla nie odmiany sprzedając te same grymasy jak gdzie indziej, z lekkim ironicznym mrugnięciem okiem, ja je wszystkie akceptuje. Adaptując dla celów ironicznie gawędziarsko-refleksyjnych, historię z życia sycylijskiej organizacji przestępczej i pewien ciekawy w tamtejszym półświatku funkcjonujący stary zwyczaj pisania kurtuazyjnych, brzmiących na wysokim C emfazy listów, para reżyserska opowiedziała nieco przekornie groteskowo o zasadach i wymiarze honorowym jej funkcjonowania. Niebezpieczna i zagmatwana gra z mafią na zlecenie policji się toczy i kryminalna intryga może się wydawać mało na koniec czytelna, ale pomysł nadrabia specyficznym okiełznaniem świadomej tandety, więc pomieszanie z poplątaniem traci pierwszorzędne znaczenie, gdy atmosfera formy wkręca. Udało się tym samym stworzyć teatralnie ciekawy obraz, ekstremalnie stonowany i chyba pociągająco ślamazarny, co wydaje się jego atutem, tylko niekoniecznie wszystkie wybory obsadowe przez wzgląd na charakter kreacji praktycznej trafione, bo na ten przykład skupiający (obok postaci kreowanej przez Servillo) uwagę syn bosa, tak zwichrowany przez wychowanie dla przestępczej idei od małolata, że mimo na wysokim poziomie inteligencji cwaniactwa, mimicznie robi momentami wrażenie nie przerażającego, tylko lekko komicznego, opóźnionego w rozwoju mafiozy.

wtorek, 23 grudnia 2025

Ainda Estou Aqui / I'm Still Here (2024) - Walter Salles

 

Z dużym opóźnieniem i chyba gigantycznymi (może za dużymi?) oczekiwaniami, właśnie zweryfikowałem wartość zaskakującego myślę bohatera ostatniego oscarowego rozdania. Filmu o jakim w zasadzie więcej niż tylko „obejrzę wielkie kino” nie wiedziałem, bowiem jakimś cudem w międzyczasie, nie skupiłem się na poszukiwaniu o nim bardziej detalicznych informacji, czy nie wgryzając się w opinie zawodowej krytyki, oparłem swoje wymagania na powierzchownych przekazach. Zaczyna się on niewinnie, od rodzinnego szczęścia, życia na wysokim poziomie i korzystania z brazylijskiego słońca na wybrzeżu, które to radosne bycie zostaje nagle przerwane, bo cienie dyktatury zasnuwają (oczekiwane myślę co się niestety odwlecze...) błękitne niebo, nad zżytą familią byłego polityka, zakonspirowanego jak można domniemać czynnego przeciwnika rządzącej wówczas Brazylią junty. Tutaj przeraża i wstrząsa najsilniej ten kontrast miejsca (przyrodniczego raju na ziemi), skonfrontowanego z wywołaną działalnością człowieka, radykalną politycznie, bezwzględną koncentracją władzy, brakiem dialogu, presją na społeczeństwo i stosowaniem siły lub przymusu. Czasami dyktatury junty wojskowej i jej zbrodni, odciskającymi piętno tak na całym społeczeństwie i historii kraju, regionu, jak i najmocniej na poszczególnych przypadkach rodzinnych. Na faktach ta oscarowa jak się okazało historia Eunice Paivy i jej rodziny (polecam doczytać o tej fascynującej postaci i jej losach u źródła). Nastawiona na wzrusz, ale bez naciągania - dodawania rzeczywistości więcej niż sama przyniosła. Zrealizowana z pieczołowitością scenograficzną, ale i w klimacie z lekka telewizyjnej produkcji, co akurat nazbyt mocno nie przeszkadzało. Bowiem większość uwagi skoncentrowana zostaje na znakomitej kreacji i dzięki porywającej emocjonalnie roli Fernandy Torres, jak i wspomnianemu kontrastu sielanki vs. koszmaru, historia z „życia i śmierci” w wielowarstwowym dramacie PORUSZA i wzbudza gigantyczny szacunek dla postaci. Szacunek też dla wspomnień cudownych siły, która utrzymała rodzinę w determinacji, potrafiąc związać i pomagając przetrwać lata cierpienia.

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Die My Love / Zgiń kochanie (2025) - Lynne Ramsay



Skwarny i parny (miejsce akcji), rozedrgany, chybotliwy, rozhisteryzowany (kierunek psychologiczny) obraz małżeństwa, rodzicielstwa, kryzysu twórczego, depresji poporodowej i rozpadu związku, spotęgowany traumą i chorobą psychiczną, bądź frustracją - jakby sprawdzającą granice wytrzymałości cierpliwości i miłości partnera (różnice zdań w odczuciach Dwóch Kos i Lalu :)). Skompresowany wyjątkowo bezwarunkowo jedynie do przygnębiającej nieokiełznaniem psychicznej szamotaniny, odrobinę zaskakująco jak na Ramsay, bez autorsko podpowiadanej dosłowności dostrzeganej głębi - interpretację w pełni pozostawiając widzowi. Wulkaniczna tutaj, niezrównoważona Lawrence i bezradnie wycofany Pattinson (kocha i się lęka), tworzą namiętnie wybuchową mieszankę, naszpikowaną szerokim wachlarzem emocjonalnych skrajności. Ramsay wybrała kapitalnie tą parę i pokusiła się o nakręcenie kolejnego trudnego filmu, bo opartego na dotkliwie ciężkich do wyrażenia uczuciach. Pokazania na ekranie szaleństwa, obłędu, depresji, lęku, jak również erotycznej fascynacji cielesnej, wrzącego młodzieńczego wariactwa, co wymagało dobrego aktorstwa i sprawnego umysłu reżyserskiego. Pomysł, jak i wykonanie zasługuje na szacunek, bo to kino nieszablonowe, nieco tajemnie pokręcone, rozwichrzone, z pulsującym sercem. Grace (Lawrence), to taka Kobieta pod presją 2025, wyraźnie nawiązującą do postaci Mabel (znakomita w tej roli Gena Rowlands) u Cassavetesa. Podobna emocjonalność, ba! nawet wygląd fizyczny i mimika (te bose stopy), zbieżna tematyka i waga problemu, jakim jest postępująca i przebiegła choroba człowieczego mózgu. U Ramsay mamy jednak nieco inną formę fabuły - niejednoznaczności, uwikłane w symbole i wizje, co nadaje filmowego pazura i mocniej oddziałuje na emocje. Mniej scenariusza, a więcej improwizacji aktorskiej - więcej performance’u psychologicznego, jakby instalacji artystycznej sugerującej odzwierciedlenie szaleństwa metodycznego. Przewagi brutalnego artystycznie, metaforycznego i dosadnego widowiska nad stricte analitycznym wglądem, to też zawarte w nim emocje intymne, do wychwycenia i zrozumienia, gdy wejdzie się w obraz na poziomie hipnotyzującego transu. Cassavetes natomiast podszedł na surowo do swoich bohaterów, mocno realnie, codzienność potrafił umiejętnie prawdziwie zamienić w koszmar, posiadając u swego boku skarb w postaci Rowlands - bezdyskusyjny gwarant jakości aktorskiej i filmowej.

P.S. Kumaci post punkowcy wychwycili zapewne łącznik muzyczny z pewnymi skandynawskimi współczesnymi kozakami. Łącznik jaki znakomicie wiążę treść obrazu z tekstem country-folkowego kawałka przewodniego.

niedziela, 21 grudnia 2025

Electric Wizard - Let Us Prey (2002)

 

O rany bossskie rany - gdy słucham krążków Electric Wizard, to czuje się totalnie rozje Bany! Gdy katuje te wcześniejsze, wrze krew we mnie i czyni mi niebezpieczny we łbie zamęt. Już od początku Let Us Prey (... A Chosen Few) zaczyna piekielna smoła bulgotać ospale, bo takie riffy i takie brzmienie z tym miejscem wiecznego od różowych okularów odosobnienia może się kojarzyć, a kiedy wraz z We, The Undead wbijają się okrutne wycia wokalne, wówczas już wyłącznie zatwardziali zwolennicy dziwactwa (dla pospolitości gustów nieakceptowalnej muzycznej makabry) przy odsłuchu pozostają. Nie mienię się w swoim przekonaniu absolutnym fanem ekstremy (tej gwałtownej jak i tej depresyjnej czy okultystycznej), ale w tym przypadku taki rodzaj sadystycznej terapii w smole od czasu do czasu nie potrafię sobie odmówić. Choćbym po jej wciągnięciu był w stanie jedynie spełzać z wyra, to ona oczyszcza drenując. Bulgoty, odbierające ostatnie ochoty i tym samym śmiem być momentami gotowy aby uznać LUP za najlepszy album EW, a na pewno ten krążek na który znaleźć można akcje ciutkę zaskakujące (Night Of The Shape) oraz z drugiego bieguna jeden z ich najbardziej solidnie podkręcających wałków (Priestess of Mars), który przywodząc na myśl najwyższego w hierarchii prekursora, tak znakomicie dodają jego stylowi upalonej powłóczystej aury. Rzekłbym antypatii w sympatii, jaką da się quasi masochistycznie darzyć nutę zgoła odpychającą, ale i w swojej istocie okultystycznej jak i transowej pociągającą - za sprawą psycho-manii, jaka do-ślimaczyła około sabbathowe riffy i dobudowała stylizacji więcej niż z pozoru się uważa. 

sobota, 20 grudnia 2025

Dom dobry (2025) - Wojciech Smarzowski

 

To z przekory, ja się nie nastawiłem na film Smarzowskiego, tak mocno jak WSZYSCY wokoło i INDYWIDUALNIE na film nie-jego o młodych sługach bożych i z poczucia obowiązku pisania prawdy wspomnę, że jednak ten Wojciech wyszedł znacznie lepiej od tego Piotra, jaki u podstaw wydawał się oryginalniejszym pomysłem. Porównanie obu produkcji, w sensie gatunku i tematyki raczej z duuu-py, więc jedynie w kategoriach intymnej ciekawostki, jak silnie na mnie może wpłynąć ogólny hajp na reżysera, o tego rodzaju konfrontacji przy wyborze wspominam. Nie oceniam też w ujęciu osobnym, Smarzowskiego pracy, jako sztuki filmowej wyższej warsztatowo, ponad walory publicystyczne, mimo iż Dom dobry będąc z zasady dokumentalnie wstrząsającą relacją fabularyzowaną, posiada coś co chyba jeszcze tak wyraźnie w jego filmach się nie pojawiało. Mówię o formie, gdyż ona bardzo spójnie z psychiczną udręką bohaterki i okolicznościami jakie mogą poddawać jej reakcje pod ocenę współbrzmiąca i wytrącająca tym samym z łap krytyczek (jak to bym sobie k***a na to nie pozwoliła!) głupie argumenty. Jak było i jak jest w historii Gosi - jak się jej koszmar skończył, nie wiemy i ten ruch strategiczny Smarzowskiego jak najbardziej oceniam szczwanie i efektywnie. Odrzucając też pojawiające się zarzuty, że taki sposób narracji sprowadził problem na nie całkowity, ale mimo wszystko margines empatii, a postać udręczonej Gosi wykorzystał jako narzędzie sadystycznego znęcania się na widzu - bez właściwego wprost (oburzenie oburzenie oburzenie) poddawania sedna problemu moralnej chłoście. Stanę jednako po stronie opinii, że czuć w tym formalnym zamierzeniu prócz swoistej wyprzedzającej manipulacji polską mentalnością (powtarzam - ja bym sobie k***a nie pozwoliła!), niestety tak samo nieco brak zniuansowania, jakby temat nie był przez ekipę twórców od podszewki poznany, jak i przez to w stu procentach naturalnie szczerze troską o ofiary napędzany. To jest częsty problem Smarzowskiego, że sam on powoduje, iż czuć w jego intencjach, ponad empatię w stopniu elementarnym, echa też zwykłego rozgrzebywania tematów nośnych, więc moje skojarzenia z motywacjami Patryczka Vegi, to nie tylko sama obserwacja zachowań społecznych, gdy medialnie głośne działania filmowe obu na ekrany wbijają. Siedzi we mnie najzwyczajniej przekonanie, a może wręcz do Smarzowskiego silna pretensja, że posiadając niewątpliwy talent opowiadacza i odwagę reportera interwencyjnego - przedkłada sensację w wymiarze epatowania patolą skrajną, nad możliwy gdyby zechciał oddźwięk też artystyczny. Gdyby nie znakomite u niego aktorstwo, flow czy chemia (jak nazwać, tak nazwać) pomiędzy kreacjami, także Dom dobry byłby pozbawiony półtonów, półdźwięków - odrobiny jakiejkolwiek subtelności i walił by jedynie po pysku bezpośrednim, na całego stereotypowym impetem. Czyni to czyni bez ogródek, lecz prócz wywołania z premedytacją dla korzyści finansowych publicznej dyskusji (syndrom najbardziej podobny do Kleru, czy Wołynia), to paradoksalnie trzeba być reżyserowi za to wdzięcznym, bo rozkręcić gigantyczną burzę akurat chwilową potrafi. Tyle że czasem mam wrażenie że to w rzeczywistości przysłowiowa burza w szklance wody, bowiem za piorunami/ciosami nie idzie ich trwałość. Jakby roztrzaskano mordę delikwentowi, a ona się zaskakująco szybko zagoiła, opatrzona społeczną znieczulicą i wypieraniem mentalnym - powodującym skutecznie brak ponadczasowej refleksji i natychmiastowej zmiany spostrzegania, zachowania. Obawiam się że efektem rekordów frekwencyjnych i czasu pozostawania Domu dobrego na ekranach, będzie tylko po czasie spuszczenie głowy i bezradność, bez działań u podstaw. Nie mówiąc już że nie wykluczam, iż zwiększenie zasięgów chamskich żartów o obijaniu nerek i wątroby, bo chyba drodzy Wojtka fani, nie wykluczacie podejrzeń, iż rechot kolesia obok, przed czy za wami siedzącego w prowokujących obnażanie prawdziwości intencji scenach, nic Wam nie sugeruje. To chyba tyle - gdyby nie to niżej.

P.S. Powyżej zakładam analitycznie - teraz chciałbym emocjonalnie. Przemoc to przemoc (je**ć teoretyków) i kropka. Silny kontra słabszy (fizycznie tak samo jak psychicznie). Ofiara i oprawca w dziwnym tańcu irracjonalnych powiązań. Matnia w której nie słychać głośnego płaczu, tylko dźwięk kruszejącego szkliwa na zębach od ich zaciskania. Niech k***a każdy dźwiga własny krzyż, bo on wynikiem osobistych wyborów! Dzieci, drogie biedne smarkacze - słyszycie? Rożne przemoce i chichoczące z przekąsem, fantazyjne w swojej kolorystyce ich reperkusje. Tutaj nie pomoże żadne sumienie narodu i żadne mądre wywody profesjonalnych wspomagaczy z dyplomami nie przerwą koszmaru. Nie żebym odbierał im prawo czy odmawiał im wpływu jakiegokolwiek. Aby przestać być ofiarą przemocy, trzeba WPIERW przestać być (i niestety nierzadko chcieć być) OFIARĄ! To elementarna podstawa przetrwania.

piątek, 19 grudnia 2025

Franz / Franz Kafka (2025) - Agnieszka Holland

 

Tak się stało, że właśnie dalekosiężne marzenie Agnieszki Holland o Oscarze, już się chyba na dobre oddaliło i mnie to poniekąd po cichutku cieszy i nie dziwi, bowiem promocja osoby Holland ostatnimi czasy była przynajmniej w naszych warunkach krajowych nazbyt nachalna, a przecież sporo pośród obszernego dorobku reżyserki nie zasługiwało (gdybam gdybam) na uwagę tak szeroką, jaką jej przyjazne media zapewniały. W tym samym momencie gdy tak myślę, mam przekonanie zdecydowanie inne też biegunowo, że to obecne dla niej rozczarowanie powiązane jest z sytuacją, gdy szum medialny przez filmowo-korporacyjne o politycznych niestety też powiązaniach środowisko, promowało jeden z najlepszych jej w skali całej twórczości obrazów. Uważam bowiem że Franz Kafka jest tak bardzo mało „hollandowy”, że zasługuje na więcej komplementów, niż większość tego co przez wiele lat nakręcić zdołała. Podpierając się słowną, bardzo trafioną ekwilibrystyką internetowego przyjaciela, pasjonata kina, słowa pisanego biegłego praktyka „podane to w formie eksperymentalnej, onirycznej, migawkowej - jak to u Kafki, ironiczne metakomentarze, mozaikowe podejście do struktury czasowej, zabawa osią czasu, zabawa formą, zabawa ze współczesnością, Holland modernistyczną, może nawet efekciarską formą.” Żeby było jasne - to nie jest typowa biografia i dzięki za to, gdyż efektywnie i efektownie udało się uniknąć miałkości i nadać opowieści wartości artystycznej i estetycznej. Mamy dzięki temu kino wyraziste, intrygujące, z uczuciowym pazurem i ja tą wariację-eksplorację wciągnąłem i się nią odurzyłem, a z kina wychodziłem z wyraźnym śladem szoku, bowiem raczej nawet gdy taką złożoną i nietuzinkowo poszarpaną przez życie postać pod lupę Holland wzięła, to spodziewałem się ogólnie klasycznego rytuału biopicowego, może w śladowym stopniu podkręconego charakterem i psychologiczną eterycznością bohatera. To wgląd w praskiego prekursora egzystencjalizmu od strony ducha, jego odbicia w popękanym i zniekształconym wesoło-miasteczkowym gabinecie luster. Wgląd w bezradną, samotną, obłędnie pogmatwaną i udręczoną bólem istnienia głowę - głowę tak pięknie ascetycznie wrażliwą, popędliwą, pełną animuszu, zżeraną przez słabości, niedopasowania, fizyczność, ułomności i w ostateczności przez chorobę. Ten film to miraż, migawka, wycinanka, labirynt, do którego wielbicielom Kafki tak bardzo tutaj po drodze. Dla zaznajomionych z jego twórczością to zapewne podwójna niebywała frajda, rollercoaster, którego nagłe zwroty, zakręty, wzloty i spadki, wywołują emocje i odsłaniają kulisy, rozjaśniając drobnymi detalami być może, tą wczepioną w Franza metodę pisarską złożoną z metafor i alegorii mglistość. Okazało się, że Pani Agnieszka potrafi gdy inspiracja bardziej bolesna artystycznie czy mentalnie i dalej w przeszłości życiowo osadzona, skupić się na hipnotyzującej i niejasnej, otwartej interpretacyjnie, a nawet nieco zeschizowanej technice kręcenia. Celnie wówczas, miast w społecznych aspektach łopatologicznie politycznie się okopywać, odzwierciedlić alienacyjny aspekt dyspozycji psychicznych jednego z najbardziej tajemniczych literackich surrealistycznych praktyków. Tutaj czuć nerw, puls jest wyczuwalny zrazu intensywnie nakręcony, innym razem chaotyczny czy wręcz depresyjnie niewyczuwalny. Niestabilny i roztrzepany, gdyż postać Kafki tak trudna do prześwietlenia (kto więcej o nim czytał lub ma bliski kontakt z kimś kto nim filmową wersję obadał, poczytał - u bardziej rozbudowanego źródła wiedzy zaczerpnął), ten świadom jak wiele mitów wokół jego krótkiego życia narosło i jak jego otoczenie zadbało aby aura niejasności tylko z czasem jeszcze mocniej narastała. Dlatego brawurowo eksperymentalny (jak na nią oczywiście) wręcz sposób Holland spojrzenia, jest jak najbardziej usprawiedliwiony, a jego struktura utkana z osobliwej postaci filozofii, traum z dzieciństwa, niepokojów seksualnego dojrzewania i dorosłej codzienności, decyzji zasadnych czy wątpliwych, egocentryzmu ochronnego wyeksponowanego oraz dosłownie fragmentów porwanych chronologicznie, nie prowokuje mnie do pretensji o niezrozumiałość, tylko do zadawania sobie coraz kolejnych pytań, na które przy najbliższej okazji starał będę się sięgając po książkowe biografie Kafki odpowiadać. Uformowana ze sprzeczności, magnetycznie intrygująca osoba autora, wciąż dla mnie mało zrozumiałych dzieł przed których zgłębieniem właściwym (widziałem, nie czytałem) się nadal wzdrygam, dzięki temu otwiera możliwość fascynacji. Co jak co, ale emocjonalne stany rozedrgane nie bywają mi obce, a wielcy artyści z takimi przypadłościami tym bardziej prowokują moją ciekawość. Wgryzaniem się w osobowości tych co żyją przede wszystkim we własnej głowie, nigdy nie pogardzę tak samo jak nie unikam gdy jest okazja różnych form fizycznej aktywności. :) Pozostawiony po projekcji czuję się z enigmatyczną postacią chuderlawego introwertyka z premedytacją - za co dziękuję bardzo. Równie mocno, jak za idealne castingowe wybory (przede wszystkim Idan Weiss jako Franz - wspaniały, wizualnie bardzo podobny, angażujący), które równie fundamentalnie jak formuła narracyjno-wizualna odpowiadały za ten znakomity końcowy efekt. Efekt kina typowo koneserskiego, więc teoretycznie może męczyć poszarpaną nadpobudliwą fabułą, ale... czyż nie taka była właśnie natura pisarza?

P.S. Pomimo zachęty - w magnesy i inne pamiątki zgoła o naturze quasi dewocjonaliów wpaść po uszy nie zamierzam. ;)

czwartek, 18 grudnia 2025

Brat (2025) - Maciej Sobieszczański

 

Wieść co się dla wtajemniczonych niosła, zapowiadała dużo. Dużo dobra surowego i kameralnego w silnie emocjonalnym dramatycznym wydaniu, miał mi nowy film Macieja Sobieszczańskiego zagwarantować. Zagwarantował i spieszę donieść, iż ku mojemu (mimo zapowiedzi i komplementów mnóstwa) jednak zaskoczeniu, on może nie zmiata z planszy wszystkich innych polskich tegorocznych premier, ale z tych ostatnich to na swój skromny, bo nie przekombinowany i doskonale wykorzystujący moc tkwiącą w fantastycznych dziecięcych rolach sposób, jednak miażdży konkurencję pod tytułem Ministranci, a największy co oczywiste, bowiem z łapy Smarzowskiego pochodzący hicior stawia w świetle potrzebnej, ale skonstruowanej by wzbudzać kontrowersję pogoni za sensacją - multipleksowej must see dla wszystkich. Wspominam tutaj o Domie dobrym nie w sensie bezpośredniej konfrontacji z Bratem, gdyż to kino z zupełnie innej współcześnie ważnej społecznie bajki, tylko z prozaicznego powodu, że obydwa tytuły godne uwagi, ale tylko jeden z nich wyciągnął z prywatnych kwadratów publiczność na co dzień kompletnie nie kinową, a drugi przechodzi właśnie bez większej medialnej zawieruchy - bo ile gospodyń domowych czy pracowników branż usługowych słyszało o Sobieszczańskim? Wszyscy oni matkami i ojcami i wszyscy oni za ścianą dalszą lub bezpośrednia mają sąsiadów, więc ta lekcja braterskiej wrażliwości na drugiego człowieka (szczególnie postawionego od pierwszych niemal oddechów przed gigantycznymi wymaganiami życia, w sensie co tu nie halo) bardzo by się przydała. Lekcja która w finale potrafi potargać na grubo i jeszcze bez względu że jest próbą emocjonalnego spowodowania gardła zaciśnięcia z premedytacja poczynioną, to tak autentycznie, mimo że szokująco podaną, ani przez moment rozpatrywaną w kategorii przesady. Film robi sama historia z życia wzięta i ukazana tak, że czuję się w tym pozornie klasycznym ujęciu powiem świeżego powietrza, a zasługa kluczowa to poziom aktorski, gdzie kreacje dziecięce to złoto w najczystszej postaci. Filip Wiłkomirski i Tytus Szymczuk zdobywają moje serce, a zawodowiec w osobie jak zawsze fenomenalnej Agnieszki Grochowskiej potwierdza że grać nie tylko z innymi profesjonalistami znakomicie potrafi, ale odnajduję się też porywająco wybitnie w scenach i ujęciach z aktorską młodością. Ta mieszanka doświadczenia i intuicyjnego nosa pokierowana przez Sobieszczańskiego i uchwycona kamerą z ręki Jolanty Dylewskiej (ona żywa, szukająca postaci) mnie oczarowała i poruszyła do głębi, lecz też moje uznanie dotyczy tego, jak wątek sportowy został tutaj obrazowo pokazany, bo wszystkie walki na tatami wyglądają niezwykle naturalnie, więc nie tylko nasza branża może się technik w tym wypadku podpatrzonych nauczyć, ale przecież dobrze pamiętam, iż bywały i hollywoodzkie produkcje, które w tym wymiarze mocno kulały. Sumując wszystkie atuty, wyszło Sobieszczańskiemu kapitalne kino społeczno-obyczajowe nawiązujące zarazem do klasycznych rozwiązań, jak i na nowo dające gatunkowi powód do dumy, gdyż film robi cudowna chemia pomiędzy postaciami i czystość formy sprowadzona do prostoty środków, wywołujących jednoznaczne efekty emocjonalne. Realizm w opowieści o chłopcach którzy za szybko musza stać się mężczyznami i unieść ciężar odpowiedzialności - dla obu, mimo iż ostatecznie im się udaje, za duży.  

P.S. Pisałem kiedyś o jedynym widzianym, wcześniejszym filmie Sobieszczańskiego, że pozostawia ślad, nawet jeśli nie jest dziełem wybitnym. Brata w pewnych kategoriach zawężonych, możliwe że uznam za wybitny. 

środa, 17 grudnia 2025

All Them Witches - Lightning at the Door (2013)

 

W All Them Witches na pełnej wstecznej (od nowego do najstarszego) niedawno w sumie się wkręciłem i tak badałem w miarę szybko tą ich ewolucję, ale w którymś momencie (bez poczucia znudzenia raczej, no raczej oczywiście) zatrzymałem się raz i drugi, aby to co poznałem w nie jedynie całkiem błyskawicznym tempie we mnie okrzepło. Podpieram się tutaj tego rodzaju wstępem, gdyż od kilku tygodni będąc pod gigantycznym wrażeniem ich tegorocznego w stołecznej Progresji gigu i przeszukując po nim youtube'owych wzmianek trafiłem na kapitalny obrazek do numeru Charles William, z będącej obecnie tematem tejże rozkminy Lightning the Door. On mi uzmysłowił, iż należy się ekipie z Nashville całkowita znajomość ich dyskografii, bym mógł się nazywać nie rzekomym, a świadomym ich szalikowcem. Stąd teraz nawijam na okrętkę i próbuje dotrzeć do sedna tego co chciałbym rzec o dwójce w ich albumowym dorobku. A myślę o niej już niemal od pierwszego odsłuchu bardzo ciepło, mimo że brzmienie soczyste, bo organiczne jest bardziej brudne od później osiąganego i stosunek tradycyjnego bluesa oraz sennej psychodelii i oryginalnie potraktowanego jeszcze folku, też nie oddaje proporcji z przyszłości, więc i siła chwytliwości krążka pierwotnie wydanego tuzin lat temu jest nieco odmienna. W dodatku pośród znakomicie zagranej mieszanki wspomnianych głównych dwóch stylistyk oraz tego który mną natychmiast pozamiatał Charlesa Williama, jest tu taki chyba najbardziej w dorobku kompozycyjnym ATW bliźniaczy leniwego na modłę Kyussa stylu Swallowed by the Sea - w jakim dzieją się rzeczy dość surowe, ale i jednocześnie odjechane. Można się tym wszystkim co stanowi program LatD delektować eksplorując, dać się oplatać transem hipnotyzującym i mrokiem z kolorowo popkulturowej codzienności oczyścić. Zapamiętać nie jedynie silniej chwytliwe, podkreślone w świadomości obrazkami video kawałki, ale zbudować w sobie rodzaj równowagi pomiędzy tym co łatwiej zanucić, a tym czym intensywniej się odurzyć. Bowiem słucham kalejdoskopu swoistego muzycznego i nie dziwię się, iż często zespół podkreśla te skojarzenia wirującymi plamami kolorystycznymi. Muzyki w której czuje się wzorcową chemię pomiędzy instrumentalistami, doskonale angażującymi i aranżującymi całą gamę kunsztownych technik. Swobodę również wokalną na totalnym luzie, przez co czuć w tej fantastycznej nucie poza instrumentalnego improwizacyjnego ducha. Ducha będącego uwodzicielskim rodzajem zagospodarowywania przestrzeni flowem wynikającym tak z uporządkowania, jak i oswobodzenia formy.  

wtorek, 16 grudnia 2025

Anniversary / Rocznica (2025) - Jan Komasa

 

Nie wierzyłem w Janka i Janka to wina, że Janek taki zwodniczy w negatywnym znaczeniu trailer puścił i że powątpiewanie we mnie nim wywołał. Gdybym z poczucia obowiązku się nie zdecydował i nie sprawdził z jakim efektem praktycznym Komasa w szerokim świecie kina zaczyna (oby tak szybko nie skończył jak z zaskoczenia zaczął), to mógłbym żałować, bowiem oglądało się Rocznicę znakomicie i nawet jeśli nie jest ona filmem idealnym, to w sumie niewiele jej brakuje. Wszystko ma oprócz może BŁYSKU geniuszu, ale jeśli z katalogu wymagań wyłącznie tego jednego (wirtuozerskiego) brakuje, to nie ma powodu aby nie uznać anglojęzycznego debiutu Komasy za obraz wart uwagi i wart kasy w niego zaangażowanej. Śmiem stwierdzić nawet, iż gdy wziąwszy pod uwagę szeroki krąg tematyczny w jakim się merytorycznie poruszał, to on Rocznicą dołącza do największych tuzów współczesnego kina, stając obok tegorocznego Andersona,  Lánthimos i Astera. Staje i może nawet lekko klatkę wysunąć do przodu z dumą, gdyż Rocznica kapitalnie rozkminia te nasze dzisiejsze największe społeczne bolączki i podaje je w solidnie przyprawionym metaforycznie-alegorycznym politycznym sosie, nie wiem czy nie najbardziej dosadnie i zarazem dosłownie, a przez to oddziaływając na możliwie większą cześć widzów otrzeźwiająco. Rocznica jest totalnie poważna i świetnie wymyślona pod kątem scenariusza, a mega sprawna realizacja i wysokiej klasy aktorstwo tylko jej kolejnych plusów dodaje. Bierze problematykę o naszym ludzkim byciu bądź nie byciu decydującą i ukazuje przez pryzmat kilku lat funkcjonowania jednej inteligenckiej i wpływowej rodziny, jak dystopijne przemiany w jednostkowym, a w konsekwencji makro społecznym myśleniu, mogą przyczynić się tak do rozkładu związków w skali mikro i makro - deewolucji w ewolucji. To używając odważnych słów film o czystościach intencji i teście dla charakterów i wrażliwości. O buncie i rewolucji zjadającej własne dzieci, bowiem nie były one w złożoności swoich „przełomowych” tez w stanie przewidzieć, tak daleko idących pesymistycznych konsekwencji. W ujęciu rodzinnych indywidualnych frustracji i więzi, jednostkowych stanów psychicznych i grupowych traum, Komasa z ekipą niezwykle wyraźnie pokazuje/sugeruje drogę jaką ku naszemu nieszczęściu kroczy obecna Ameryka. Gdyby tylko miast zastosowanej dość „hallmarkowej” estetyki wizualnej (może ograniczenia budżetowe), mógł sobie pozwolić na wizualną nieograniczoną kasą finezję oraz abstrahując od wymiaru pieniężnego, włączył do diagnostyki więcej bezpretensjonalności artystycznej (jakiej być może po prostu jako artysta jest pozbawiony), to wejście w branżę od strony zachodu zaliczyłby z przytupem. Zatem wstyd mi Janek, że w Ciebie mocno powątpiewałem, życząc Ci abyś rozwijał ze wsparciem możnych niewątpliwy talent do łączenia emocjonalnego dramatu, z obserwacyjnym kursem społecznym.

piątek, 12 grudnia 2025

On Becoming a Guinea Fowl / Jak zostałam perliczką (2024) - Rungano Nyoni

 

Chciwe zwyczaje podniesione do rangi wartościowej kultury, w społeczeństwie totalnie patriarchalnym, kobiety sprowadzone do roli służebnej, czyli mocna rzecz o rodzinie plemiennej w wymiarze XL. Może też poniekąd zjawisko nullofobii (paniczny, irracjonalny strach przed porzuceniem i brakiem akceptacji ze strony ludzi), w tym przypadku ostracyzmu w wersji realnej - odrzucenia przez współplemieńców, bowiem przyczyniło się pośrednio w przekonaniu starszyzny do śmierci męża. Konkretne kino z kilkoma niezwykle ważnymi akcentami na kilku poziomach, w tym trzech wstrząsająco-poruszających, gdzie raz płeć determinująca status służki, dwa wprost wynikająca z poczucia męskiej wyższości i bezkarności pedofilska praktyka oraz po trzecie (myślę że sedno) zrycie przez asymilację-identyfikację (brak racjonalnego krytycyzmu) co niektórych kobiecych beretów do poziomu milcząco biernych, bądź co gorsza wspierająco-przymuszających wspólniczek zbrodni. Podłe abberacje w świetle tradycyjnego prawa i wynikłe z nich kryminalne praktyki, sprowadzone do miana ukrywanej wstydliwej kolektywnej tajemnicy. Nieprzesadzony czasowo, rozwijający się w sposób przemyślany, świadomie gęstniejąc za sprawą odkrywanych tajemnic i ich wpływu przez pryzmat mentalności podbudowanej na aspektach kulturowych, cichy, choć bohaterka metaforycznie krzyczy, obraz o sile oddziaływania rodzinnego horroru.  

czwartek, 11 grudnia 2025

Le royaume / Nasze królestwo (2024) - Julien Colonna

 

W korsykańskim klimacie osadzony, pozbawiony wartkiej wyłącznie akcji, z pozoru monotonny europejski film gangsterski, któremu zdecydowanie bliżej do kameralnego dramatu o relacjach, niż krwawej opowieści o walce o wpływy. Tutaj uczłowieczanie kryminalistów przez ukazywanie rodzinnego oblicza półświatka w formie wakacyjnie skompresowanej historii ojca i córki w złożonych okolicznościach konsekwencji dokonywanych wyborów i wykonywanego zajęcia zawodowego. Perspektywa nastoletnia emocjonalna, miast spektakularnie sensacyjnej i ona mnie wciągnęła, więc uznaję Nasze królestwo za bardzo interesującą, mega solidną propozycję kinową. Doceniam umiejętne fabularne zszycie rzeczywistości koniecznej profesjonalnej przemocy, ze słabościami w scenach bliskości emocjonalnej, jak i podobały mi się wybory castingowe, w których jaskrawo powiązano surowe oblicza fizyczne, z mimicznymi odzwierciedleniami wewnętrznych przeżyć. Porachunki mafijne i zemsta kręgosłupem fabuły, ale w rzeczywistości najistotniejsze to co pomiędzy wierszami i niby w tle wydarzeń. Zagubienie wciąż jeszcze dziecięcej wrażliwości w świecie mozolnie składanych w spójność totalnych sprzeczności, by zbudować poczucie bezpieczeństwa w teoretycznie kompletnie niesprzyjających harmonii okolicznościach. Mnóstwo strachu i bólu, tłamszonego wymaganą odpornością cierpienia po stratach. Nagłego rozsypywania się świata, milczącego obserwowania lojalności absolutnej i nielojalności interesownej, ale przede wszystkim hartowanie charakteru i na finał poruszającej konfrontacji poczucia obowiązku z odpowiedzialnością za przerwanie spirali przemocy.

P.S. Krótko, cytując bardzo celne porównanie, jakie również mnie się nasuwało podczas seansu - takie „Aftersun z karabinami”.

środa, 10 grudnia 2025

Jay Kelly (2025) - Noah Baumbach

 

Mógłbym się intensywnie zastanowić, o co chodzi kiedy kolesiowi któremu na przestrzeni dotychczasowej kariery zasadniczo myślę zawsze wychodziło (znam część tą współczesną - przede mną być może jeszcze ta bardziej przeszła), tym razem raczej nie wyszło. Nie będę jednak się głowił i poczekam na kolejny film Baumbacha, dając tutaj natychmiast do zrozumienia skąd ten wprowadzający wniosek tak szybko zamknięty. To w sumie byłoby wiele hałasu o nic, kiedy Jay Kelly netflixową wprawką dla szybkiego podreperowania budżetu zakładam, choć jak na początku zapowiadało się że zdrenuje Noah temat aktorskiej tożsamości pasjonująco, bo cytat z Sylvii Plath mógł zapowiadać więcej niźli ostatecznie przyszło mi przebrnąć. Rzeczywistość choć przecież nie całkowicie miałka intelektualnie, bardziej oparła się o ckliwe banały i w niewielkim stopniu przypominała charakter Baumbacha z żartem i zarazem głębią prowadzonej deliberacji. Jego retrospektywna, mniej tym razem ironiczna, więcej akurat dydaktyczna lekcja pokory wobec kosztów życia wielkiej filmowej gwiazdy, nie miała właściwie ni jednego konkretnie aktywizującego szare komórki momentu, gdyż w niej Clooney’a nostalgia, mieszając się z wyrzutami sumienia i co jasne wysokim mniemaniem o sobie, to bliżej usprawiedliwiającej mimo wszystko laurki, niż przynoszącej oczyszczenie bolesnej spowiedzi. Te dalekie od ciekawego rozdrapywania tam gdzie najbardziej swędzi Clooney’a rozterki, to bez większego smaczku, szablonowe, wymuszone zmęczeniem materiału bicia się w pierś i równolegle tłumaczenia, że pragnienia ambicji i oślepienie ponad dobro rodziny. W moim przekonaniu tylko pod publiczkę w większości pustosłowie, do tego wizualnie nieznośnie kiczowate - o sterylnym w netlifxowym, coraz częściej quasi telewizyjnym wyglądzie. Taka sobie bez smaczku podróż w towarzystwie opatrzonych w znacznie lepszych produkcjach aktorów, pośród których jedynie Adam Sandler swoją osobistą historią własnej postaci potrafi coś więcej niż to co wielokrotnie na spowiedziach wałkowane przekazać. Może?! Stu procent pewności nie mam.

wtorek, 9 grudnia 2025

Ballad of a Small Player / Ballada o drobnym karciarzu (2025) - Edward Berger

 

Netflixowe kino nie jest takie złe - tak sobie czasem myślę, gdy dla odmiany mam inne przez moment zdanie, niż to zazwyczaj dominujące, krytyczne. Ballada jest całkiem okej, z tendencją do bardzo bardzo OK i nagradzam uznaniem ją na przykład za scenografię, architekturę i kolory i najbardziej za doskonalą rolę Colina i nie gorszą Tildy. Za charakteryzację jego oblicza i mimiczną kreację upadłego drobnego, aspirującego do grubszej kasy cwaniaczka, balansującego na krawędzi. Za duszny klimat studium hazardzisty i za świetnie sprzedaną w kameralnym ujęciu, nakręcająca się spirale obłędu, bo o nim jest ta zwięźlej historia ganiana z kamerą za postacią tytułową. Historii wysokiego tempa i szaleństwa silniejszego od wszelkiej zdroworozsądkowej perspektywy, dopóki nie następuje psychiczne pierdyknięcie i miłosne przesilenie po podanej w nieoczywisty sposób kobiecej dłoni. Nałogowiec, kłamca, złodziej, ale i postać upodlona, bowiem słaba w swojej bezradności wobec tak uzależnienia jak i namiętności - takiego typa Farrell robi znakomicie, więc gdy patrzyłem ostatnio na dwóch hollywoodzkich amantów w akcji i sobie porównywałem podsumowując z jakim dorobkiem warsztatowym funkcjonują i ile potrafią z siebie wykrzesać, to wynik tej konfrontacji jednoznacznie (bez zaskoczenia) na korzyść Colina wypada. Sorki Panie Clooney.

P.S. "Chodzę tam, żeby szastać swoimi juanami, swoimi dolarami, swoim kwai, a przegrywanie jest tam łatwiejsze niż wygrywanie, sprawia większą przyjemność. Bardziej przypomina wygrywanie niż samo wygrywanie, a każdy wie, że nie jesteś prawdziwym graczem, dopóki w głębi duszy nie wolisz przegrywać."

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Eleanor the Great / Eleanor Wspaniała (2025) - Scarlett Johansson

 

Debiut reżyserski Scarlett Johansson, który absolutnie nie wygląda jak debiut, będąc w pełni dojrzałą technicznie produkcją, w dodatku niezwykle pasjonującą i wyjątkowo naturalnie wzruszającą. W najprostszych słowach piękny filmem o przyjaźni i żałobie, w tonie empatycznego rozumienia teorii psychologii straty i zaprzeczająca stereotypowemu przekonaniu, iż skrajne pokolenia nie mają prawa znaleźć wspólnego języka czy mianownika. Zarazem niezmiernie poruszającym doświadczeniem, które przez większość czasu projekcji wywoływało niekontrolowaną już u mnie produkcję łez, doprowadzającą do niekomfortowego swędzenia gałek ocznych i destabilizującego poczucia nieporadności wobec podatności na ekranowe wywoływanie reakcji emocjonalnej łzawej. Jednocześnie harmonijnym, z kluczową tendencją do wzruszania, zabawnym, na wysokim poziomie dojrzałej klasy obrazem, z fantastycznie sympatyczną babcią sarkastyczną, w jakiej dwie teoretyczne skrajności żyjąc, one sobie nie przeszkadzały i nie zaprzeczały. June Squibb rządzi/włada ekranem, przejmując dominację jako aktorka gigantycznej charyzmy (niezapomniana dla mnie w Nebrasce Payne'a), ale to szczególne światło z niej bijące nie oślepia i pozostawia idealnie tyle ile należy miejsca pozostałym bohaterom tejże wartościowo sięgającej poziomu najwyższego opowieści z treścią, morałem, przesłaniem, ale i atrybutami doskonałego przy okazji kina rozrywkowego, które świetnie bawiąc przypomina niby o banałach, jednako czyniąc to zniewalająco czarująco i z ciepłym szacunkiem do powagi tematyki. Spędziłem dzięki temu nieco ponad sześć kwadransów w kinie, wpatrzony, zadumany i zafascynowany pomysłem na scenariusz głębokim i realizacją o walorach najbardziej profesjonalnie i szlachetnie, z klasycznym temperamentem poprowadzonego projektu. W towarzystwie aktorskich zarazem seniorów i juniorów, doskonale przenikających się i dopełniających, gdzie prócz prymatu wspomnianej June Squibb, estetycznie i warsztatowo do intensywnych oklasków dopinguje rudowłosa, piegowata, pełna wdzięku i intelektualnie-emocjonalnej dojrzałości Erin Kellyman. Polecam! Polecam tym bardziej w ten podkręcany już od tygodni przedświąteczny czas. Polecam, bowiem już dawno tak intensywnie nie roniłem łez. Zarazem łez wzruszu, jak śmiechu.  

niedziela, 7 grudnia 2025

Ministranci (2025) - Piotr Domalewski



Nastawiłem się na okoliczności czasowe milenijne (tak to zwodniczo wyglądało i wynikało ze zwiastuna), a dostałem wprost zaskakującą poniekąd współczesność. Te dzieciaki i te formy spędzania wolnego czasu, bliższe bowiem czasom mojego dorastania lub pokolenia o dekadę późniejszego, niż tego jakie ja na przykład mam (nie wyłącznie) wyobrażenie o dzisiejszych smarkaczach i ich spostrzeganiu realiów istnienia. Nie wiem czy Domalewskiego nie poniosła osobista nostalgia i w świat TERAZ wcisnął za wiele rzeczywistości z własnej pamięci, ale uczucie jakie mi towarzyszyło mocno orbitowało wokół tego podejrzenia. W kwestii natomiast warsztatowej i w segmencie treści, Domalewski opowiada historię prosto z mostu, bez właściwie niemal do finału metafor czy w całej rozciągłości półśrodków. Wzrusza raz odrobinę, raz gigantycznie i niesie w przekazie ten właściwy rodzaj dobra, między innymi czyniąc z czterech małolatów rodzaj sympatycznej "trupy" Robin Hooda, zabierającej bogatym, by oddać biednym. W kontrowersyjnie przyjaznej i nie unikającej tym samym krytyki instytucji formie, rozpoczyna od przekonania, iż przyczyną wszystkiego są źli ludzie, a dalej udowadnia że małe gesty potrafią czynić cuda, bez względu, iż świat widziany oczami dziecka to oceny i wnioski intuicyjnie trafne, ale rozbijające się swoją naiwnością o złożony ich charakter realny. Stąd na biedę i te wszystkie kłujące w oczy patologie patrzy nieskomplikowanie i w tej perspektywie są one takie oczywiste, że trudno nie uznać pozornie, że zostały potraktowane instrumentalnie jako narzędzie do osiągnięcia celu poruszania serduszek. Nie mam oto wszakże pretensji, bowiem to dobre poruszanie i oddaje prostą perspektywę postrzegania otoczenia i okoliczności przez młode oczy. Tym bardziej, iż bohaterowie wzbudzają kolosalną sympatię (całkiem do rzeczy te aktorskie łebki, z uwagą przeniesioną na tego najmłodszego - najfajniejszego), a finał jako konstrukt nieco przeforsowany, posiada jednak nie tylko oczywistą alegoryczną biblijną sugestię, ale mocy przemawiającej do wyobraźni i odnoszącej się do potęgi prawdziwej przyjaźni nie można mu odmówić. Zatem jeśli miałbym wybierać to co w Ministrantach było dla mnie najtrwalej oddziałujące, to prócz fundamentalnych dobrych, czystych intencji twórców z pozytywnym vibem, to wybiorę drugiego w kolejności, znakomitego rapsa nagranego z łapy na karuzeli oraz scenę finałową - scenę która buduje i wiąże, tak bratersko archaicznie skutecznie.

P.S. Wiem, w tym filmie był Kościół, ale żebym poczuł się sprowokowany aby o jego roli i obliczu wspomnieć szerzej, a tym bardziej się nad nim pochylić czy użalać, to jak widać nie. ;)

sobota, 6 grudnia 2025

The Smashing Pumpkins - Adore (1998)

 

Do niedawna byłem kompletnie nie-kumatym, a dzisiaj odrobinę jedynie zorientowanym typem w temacie szerszej znajomości albumów ekipy Billy'ego Corgana. Moja orientacja ograniczała się przez kilka ostatnich dekad do uczestnictwa gościa w projekcie "solowym" Tony'ego Iommiego (świetny między innymi numer z właśnie Corganem) oraz naturalnie obijania się o uszy tych najbardziej dyń znanych numerów, ale ponad elementarne skojarzenia, to nic więcej nie wiedziałem i jeszcze kilka miesięcy temu wiedzieć nie bardzo chciałem. Nieco się w przeciągu niemalże roku zmieniło i po bliższym zapoznaniu z tymi mega popularnymi dyniowymi albumami ostatnio sadystycznie wałkowałem sobie Adore i już przed eksploracją będąc świadom, że to będzie inny rodzaj muzycznego doznania niż w przypadku Siamese Dream, to i tak czułem mocną dezorientację i w dużym stopniu także rodzaj przy-nudzenia, bowiem Adore płynie sobie płynie i nie to jest jego słabością, że brakuje grunge'owej siły, ale fakt dla mnie ostatecznie przygnębiający, że nowe wówczas (bliższe szerszemu audytorium) wyciszone brzmienie jest niemożliwie rozmyte (biedne) i numery w większości nie posiadają nic więcej poza bujanym (quasi wręcz akustycznym - bez względu na elektroniczny charakter) smuceniem. Zero pulsu ciekawszego, tak samo niewiele interesującego dzisiaj po latach podejścia do tematu, pomimo iż Adore zapewne miał w założeniu próbę odświeżenia pomysłu. Ten pomysł niestety odczuwam jako płaski i jestem głuchy na argumenty w jakich okolicznościach niesprzyjających Adore powstawało i z jakimi dramatycznymi konsekwencjami stan umysłów powodowany uzależnieniami się skończył. Mnie zwyczajnie ta estetyka podbijanej elektroniką jałowej ballady nie wkręca i powtórzę, że nie wiążę swojego oporu z rezygnacja dyniek z gitarowego brudu, tylko z pozbawieniem kręgosłupa numerów rytmiki angażującej, w znaczeniu rytmiki złożonej. Być może się mylę, błądzę jako laik i ślepiec teoretyczny, bo w kompozycjach z Adore istnieją fajne patenty, a ja jestem na nie nieczuły. W tej chwili słyszę przede wszystkim to samo na początku co na końcu i nieznośną miałkość biedy aranżacyjnej, jaką próbują zamaskować syntetycznymi detalami. One takim laniem wody, bez konkretów - oszukiwaniem, może dla części fanów grupy skutecznym, bądź wprost korespondującym z ich drogą ewolucji, tudzież de-ewolucji gustów. Mnie Adore drenuje z ochoty na wszystko i zamiast wprowadzać w stan rozwijającej refleksji, wciąga w otchłań znużenia. 

niedziela, 30 listopada 2025

Breaking the Waves / Przełamując fale (1996) - Lars von Trier

 

U Larsa von Triera nie ma łatwej drogi do sedna, choć historie są w zasadzie dość w swojej analitycznej złożoności proste, ale tak przez życie doprawione, że finalnie powstają potwornie wnikliwe projekty, jakie jednocześnie są też zarazem trudne w odbiorze i równie wymagające pod względem przetrwania ich pracochłonnego przeżuwania przed ekranem. Stąd zbyt ochoczo do von Triera się zazwyczaj nie zabierałem, raczej unikając tak tematów dołujących, co sposobu opowiadania jaki męczy lub dręczy - czasem jedno i drugie synchronicznie. Przyszedł jednak czas aby się osobiście PRZEŁAMAĆ i oprócz na bieżąco od kilkunastu lat sprawdzanych filmów otaczanego niemal kultem Duńczyka, pozwolić się tym starszym jego produkcjom zmaltretować. Na pierwszy ogień dzieło ikoniczne, jednakże z tego okresu w którym Mistrz artystycznie sadystyczny wyszedł nieco paradoksalnie poza spisane chwilę wcześniej dogmaty stylistyczno-formalne i stworzył obraz jaki prawdopodobnie łączy surowe przywiązanie do pierwotnej, podświadomej koncepcji, z szerszą, ale wciąż jednako ograniczoną ramami manifestu Dogmy zaciętą czystością. Wydaje się iż Przełamując falę powstały w rok po ogłoszeniu przyświecających von Trierowi oraz kilku innym przedstawicielom kina skandynawskiego zasad, wychodzi jednak poza te purystyczne założenia, ale może to być odczucie moje wyłącznie - laika, który dopiero odkrywa, sprawdza na własnym żywym organizmie i sięga w chwilach zagubienia po wiedzę mądrzejszych, myszkując w Internecie czy bezpośrednio zasięgając opinii f2f dostępnego na wyciagnięcie ręki skromnego, ale jednak już wprawionym w bojach eksperta. Ważniejsze mimo wszystko od opinii zawodowej krytyki osobiste odczucie, skorelowane dla równowagi ze wspomnianym zdaniem najbliższego kumatego otoczenia, więc donoszę iż uznaję seans za męczący niewiarygodnie (być może mój błąd, bo w ratach bez sensu przyswojony), ale też dzieło bezdyskusyjnie wybitne, bowiem pod powierzchnią surowego, ale jednak szantażu emocjonalnego, masa ciężkiej analizy społeczno-psychologicznej. Treści niezmiernie wrażliwej intelektualnie i poddającej sprawdzianowi człowieczeństwa  duszę, u której sedna strasznie pesymistyczne przesłanie stoi. Wniosek ostateczny, że ze społecznych, a szczególnie tych radykalnych nakazów, podbitych religią czy tradycją kulturową się nie wyrwiesz bez poniesienia gigantycznych kosztów. Nie uwolnisz od więzów twardogłowych ślepców przekonanych o własnym oświeceniu i wyższości moralnej, a w najgorszym wypadku narazisz się na coś jeszcze gorszego niż grupy pochodzenia ostracyzm. Nie jesteś w stanie istoto wychowana według szablonu totalnego, w bańce jednej prawdy i lęku przed zepsutym światem zewnętrznym, obronić się przed zagrożeniami, bo nie posiadłaś nawet minimalnej perspektywy relatywizmu i przede wszystkim doświadczenia czy własnej intuicyjnej wiedzy jak ją rozpoznawać i nie unikniesz manipulacji, wykorzystania, gdyż naiwność twoja na poziomie dziecka. Stąd jak nie masz fundamentu wewnętrznego, a wszystkie twoje mechanizmy obronne zewnętrzne, sprowadzone do prymitywnego lęku i nadwątlone dodatkowo słabością związaną z niezaspokojoną przez zimny chów potrzebą ciepła, to już lepiej nie wychylaj noska poza rzeczywistość wspólnoty. Nie szukaj wrażeń, bo wrażeń nie udźwigniesz i nie pomoże wówczas żarliwa modlitwa, która być może działa, ale żeby dawała efekty trzeba jej dopomóc, unikając obsesyjnie złych konsekwencji. Jak będziesz wbrew zwierzęcym instynktom z religijnymi ortodoksami, to oni cię ochronią. Jeśli pójdziesz za głosem natury i staniesz wbrew im na własnych nogach - to pewnie tylko będzie ci się iluzorycznie wydawało że stanęłaś. Te lodowate fanatyków spojrzenia często nawet w obliczu śmierci nie zdradzą cech ludzkich. Chociażbyś praktycznej mentalnej świętości w rzeczywistości nie była zaprzeczeniem, a dowodem. Dowodem miłości czystej, bo nie tylko ślepo bezgranicznej, ale i w kategoriach świadomości, miłości bezinteresownej.

piątek, 21 listopada 2025

Den sidste viking / Ostatni wiking (2025) - Anders Thomas Jensen

 

Anders Jensen Thomas posiada zafiksowanych na punkcie swoich projektów fanów, a ja dopiero się z jego absurdalnym i niekoniecznie tylko ekscentrycznym sposobem przedstawiania trudnych oblicz ludzkiej natury i reakcji owych na otoczenie docieram, w tym miejscu że spośród tego nielicznego co już widziałem, Ostatniego Wikinga uznając akurat za najsilniejszy powód do poświęcenia reżyserowi wzmożonej mej uwagi. Przede wszystkim to się klei, mimo iż składa się z mozaiki estetycznie teoretycznie nieskładnej - wzorów i kolorów pozornie bałaganiarsko zestawionych, a jednak finalnie efekt tej szalonej metody posiada magnetyzm większy niż doszukiwanie się logicznych dziur w fabule. Rzecz w tym przecież naturalnie, że kino absurdu zastosowanego by docierać do empatii widza należy traktować z przymrużeniem oka na poziomie formy, natomiast w pełni poważnie w kwestii treści przesłania. Ostatniego wikinga trzymają w garści EMOCJE i nie mówię tutaj o akcji, jaka przecież jest szalona i jej zwroty zaskakują nieomal co chwilę, bowiem kluczem jest wspomniana powyżej EMPATIA. To jest gigantyczny walor tej opowieści, że z kina zarówno brutalnego wizualnie, z niemniej szorstkim humorem efekt płynie niezwykle wartościowy, przez co napisanie iż Ostatni wiking bez względu na uczucie bólu jaki potrafi wywołać, to feel good movie - przekorne. Przekorny i trafiający w miękkie koncept, bo te emocje i ta empatia, to pod warstwą obłędu scenariuszowego, być może odpychającego purystów estetów, szczerość i prawda, więc wartości wszystkie w jakie szczególnie wierzę, gdy nie są traktowane jako podstępne narzędzie wywoływania określonych uczuć metodą perfidnej dosłowności. Mnie banały smucą i najczęściej reaguje na nie alergicznie, tak jak szantaże moralne i podobne. Oddaje serce więc zawiłościom i nieoczywistościom - labiryntom uczuć do odkrywania poprzez wzmożenie intelektualne i zdystansowanie poczuciem humoru ironicznym. Mówię tu o sytuacji podobnej, gdy pod twarzą zaciekle sarkającą, czy ogólnie aparycją złożoną z maski, zbroi, ekstremalnie jadu, kryje się kruchość zabezpieczana przed skrzywdzeniem. Z traumami bądź słabościami radzimy sobie sposobami różnymi, często jest to najzwyczajniej oszustwo - większa mniejsza gra, uciekając w błazeństwo, zwijając się w kłębek do bańki czy innością kłując zwyczajnych po ślepiach. Jak nie wyprzesz to się rozpadniesz! Często niestety za udziałem kompletnie pozbawionych czucia ludzkich potworów. 

czwartek, 20 listopada 2025

Bugonia (2025) - Yórgos Lánthimos

 

Potężne cios, bądź ukąszenie w nos. Oglądasz człowieku z rozdziawiona gębą, stałym wlepieniem gał w ekran i podziwiasz przekozackie aktorstwo i całą wieloznaczną koncepcję perfekcyjnie zestrojoną z realizacją, a na finał jeszcze dostajesz przekąsem prztyczka w ten pieprzony nadęty, już nabrzmiały kinol, który tak samo jak ofiar rycia beretów jest niepodważalnie przekonany o wyższości własnego stanowiska wobec tego i tamtego. Trzeci ostatnio film ogólnie w podobnej tematyce świata nowej realności prawd i post prawd - manipulacji poprzez tworzenie teorii spiskowych kreujących alternatywną rzeczywistość. Funkcjonowania w kabinie pogłosowej - efektu, w którym członkowie środowiska lub ekosystemu są wystawieni na przekonania, które wzmacniają ich wcześniejsze poglądy poprzez komunikację i powtarzanie informacji wewnątrz zamkniętego systemu. Eddington i Jedna bitwa po drugiej, je mam na myśli, a praca Lánthimos wydaje się idealnym dopełnieniem tego swoistego, nieintencjonalnego tryptyku, bowiem każda z tych opowieści jest w formule zupełnie innej, więc i do ogólnego obrazu wnosi swoją indywidualną wartość i spojrzenie z zupełnie rożnego gatunkowego oblicza. Bugonia odnosi się wprost do teorii starożytnej, zakładającej że z martwego wołu mogą wykluć się pszczoły (AI podpowiada), która to z kolei (wysilam intelekt) sugeruje, że tylko z kompletnego rozkładu może narodzić się nowe czyste życie - a wszystko to w kolejnym cyklu. Lánthimos bierze archeologiczną zdawałoby się teorię i dopisuje do niej mięsistą historię, łącząc wiele (także absurdalnych wątków) w bardzo spójny proces analizy i syntezy obserwacji rozwijającego się w zastraszającym tempie świata wielotorowej dezinformacji. W Bugonii nietrudno doszukać się uderzania w liczne konkretne wykorzystujące słabe jednostki w kryzysach akcje ideologiczno-propagandowe i w instytucje czy naturalnie korporacje wyzyskujące pracę ludzką i bezrefleksyjnie eksploatujące środowisko, ale też mistrz Lánthimos staje w opozycji do oczywistych zdawałoby się zdroworozsądkowych przekonań, ironicznie dając do myślenia w finale - przewracając tylko pozornie dotychczasowo rozwijaną optykę, bowiem od początku czuć, iż nie traktuje swoich bohaterów w jednoznaczny sposób i nie wartościuje bezpośrednio ich toku rozumowania i zachowań. To nie jest przecież w taki oczywisty sposób zaangażowane społecznie, czy tym bardziej politycznie kino, tylko raczej prowokacja intelektualna, ukryta pod powierzchnią doskonałego thrillera. Kapitalnego, przemyślanego i błyskotliwego kina, które absolutnie nie traci walorów doskonałej zabawy, mimo że jest tragikomiczne, gorzkie i właściwie bez happy endu, bo trudno przecież liczyć na to że nie zmierzamy ku samozagładzie. Zmierzamy i może im szybciej, tym lepiej. :)

Drukuj