wtorek, 4 czerwca 2013

Soundgarden - King Animal (2012)




Myślę, że czas kilka słów o powrocie z wieloletniego niebytu ikony z Seattle skrobnąć i zdanie swoje w dyskusji tej gorącej przedstawić. Mianowicie album ten skrajne emocje wśród mniej lub bardziej nowych dźwięków ogrodu spragnionych wywołał, wszak ilu fanów tyle oczekiwań. Naiwnym było w przekonaniu moim po tych czterech w średnim wieku gościach krążka przesiąkniętego szczeniackim i intensywnym podejściem oczekiwać - takiej klasycznej powtórki z pierwszych albumów. Sztuczne i naciągane jak ostatnie "pożal się boże" materiały Paradise Lost czy tej najgłośniejszej thrashowej legendy co dawno temu zmarła, a jej ciało szaleńcy chcą reanimować - byłoby takie działanie. Wszak po Soundgarden nie spodziewałem się na szczęście powtórki z kopiącego jak na owe czasy świeżością i energią Badmotorfinger czy przebojowego Superunknown. Ten zespół w ciągu kilku lat swej intensywnej kariery nie nagrał płyty powtarzającej wcześniejszą formułę. Każda kolejna produkcja zawierała w sobie pierwiastek jasno podkreślający z jaką firmą mamy do czynienia, jednak w nowej, oryginalnej, często zaskakującej odsłonie. Stąd trudne było przełknięcie po mega popularnym Superunknown wymagającej w odbiorze, pozbawionej w takim natężeniu sznytu przebojowego płyty Down on the Upside. Jednak po latach materiał ten zasługuje na największe uznanie, a szacunek dla jego twórców tym większy, że oparli się zapewne podpowiedziom bossów przemysłu muzycznego i zamiast pójść w stronę większej przystępności stworzyli krążek trudny w klasyfikacji, sięgający głęboko do korzeni rocka, bardziej surowy. Taki co przekonanie do niego przychodzi często po latach z nim obcowania, który pełnie swej magii odsłania dopiero z czasem - trzeba dojrzeć by świadomie go oceniać. Z takiej też perspektywy, dojrzałości nie tylko muzycznej ale i mentalnej Cornella i spółki należałoby patrzeć na najnowszą, pojawiającą się po szesnastu latach przerwy odsłonę ogrodu dźwięku. King Animal to czysty duch soundgardenowej estetyki podanej jednak w zupełnie nowej, kolejnej już odsłonie. To szerokiej gamy paleta barw, od akustycznych, ciepłych brzmień po elektryzujące, tętniące energią łamane, niepozbawione jednak charakterystycznej dla nich chwytliwości czy wokalnej, raz irytującej, raz przyciągającej maniery Cornella. Czar tej płyty kryje się w zaklętej w pierwszym kontakcie dość nieokiełznanej, chaotycznej strukturze rytmicznej, w kolejnych odsłuchach przekształcającej się w odgórnie założoną formę, gdzie dojrzałość kompozycyjna i wrażliwość muzyczna przejmuje ster nad pędem ku na siłę komplikowanym motywom. Album to artystów nie szukających poklasku powrotem do zamierzchłych czasów, lecz ukazujących w sposób atrakcyjny w którym miejscu dzisiaj się znajdują. To nie żenujące jak często się zdarza powracanie na siłę do szczenięcych lat w momencie gdy ma się na karku prawie pięćdziesiątkę, tylko świadome, odważne odnalezienie się we własnej niszy z wyraźnym się zdaje manifestem by rzeczy przełomowe robili młodzi, gniewni, poszukujący, łamiący bariery. Cieszy mnie ten powrót ogromnie w formie i wydaniu jakiego po nich oczekiwałem, jednak z jak ważnym dla ich historii materiałem mamy do czynienia pokaże z pewnością czas - to on jest przecież najsurowszym recenzentem!

Graveyard - Lights Out (2012)




Emocje opadły, kilkadziesiąt odsłuchów za mną - czas na spisanie co mi dał ten krążek. Przede wszystkim przekonanie, potwierdzenie, że wśród kupy muzycznych odchodów wbijających się na chama do naszych głów, można trafić na twórców nietuzinkowych, takich co z dawno przetrawionych na wszelkie sposoby rockowych pomysłów potrafią dorzucając talent, iskrę tfu Bożą, a może bożą, cholera ją wie (ważne że jest!) zbudować rzeczy wręcz olśniewające. Ten album skrzy się taką paletą różnorodnych odcieni, brzmieniowym ideałem śmierdzącym starymi piecami, aranżacyjną perfekcją i czymś co jest dostrzegalne na nowo z każdym odtworzeniem, że jego jedyną potencjalną wadą jaką teraz zarejestrowałem jest długość. Te 35 minut to za krótko, a może to długość optymalna, może każdy kolejny kawałek popsułby konstrukcje albumu? Nieważne, istotne jest jedynie to, że po tak wyśmienitej poprzedniczce jak Hisingen Blues nagrali album, który w moim prywatnym rankingu stawia ich w czubie stawki! Pozwala mi obcować z muzyką porywającą, pozwalającą mieć przekonanie, obalić teorie, że rock umarł. "Gówno prawda", rock żyje i może ma się obecnie nawet lepiej niż w swoich złotych czasach. Mnóstwo młodych obiecujących kapel i wśród nich kilka, wręcz rozkładających na łopatki tych największych uznanych klasyków!

The Black League - Ghost Brothel (2009)




Taneli Jarva to postać dla większości tych co w latach 90-tych skandynawską scenę metalową odkrywali znana. Wokalista co w początkach działalności ansamblu o szyldzie Sentenced swego głosu na ich albumach użyczał. Po rozstaniu, prawdopodobnie ze względów charakterologiczno-twórczych z metalowcami z Oulu rozpoczął kontynuacje swej muzycznej działalności pod szyldem The Black League, gdzie pierwsze krążki w prostej linii kontynuacją Amoku - ostatniej z Tanely'm produkcji się okazały. Jednak kilka lat minęło, kilka albumów TBL światło dzienne zdążyło ujrzeć, a Jarva wraz z kumplami, pewną muzyczną stopniową przemianę zaczął przechodzić. Skórzany metalowy ekwipunek na buty z długim nosem i kapelusz co na dzikim zachodzie stałym wyposażeniem chłopców od krów bywał – zamienił. Muzyka zdecydowanie cech amerykańskiego rock’n’rolla czy stonera nabierać poczęła i sygnał coraz wyraźniejszy dawać, iż z tej mąki w przyszłości smakowity, świeży bochenek powstać może. I kiedy w łapska moje wpadł poprzedni wypiek zatytułowany A Place Called Bad - ten z wyczuciem i groovem konkretnym muzyką naładowany satysfakcje dał mi bardzo wyraźnie. Jednak dopiero Ghost Brothel zawieruchę potężną poczynił, okazał się bowiem produkcją, która czarnych ligę wśród moich muzycznych faworytów umieściła. Znalazła na niej miejsce wybuchowa, niezwykle nośna mieszanka klasycznego rock’n’rolla, stonera i klawiszowej mozaiki rodem niemal z albumów The Doors. Taka "manzarkowa" maniera osadzona głęboko w typowym amerykańskim feelingu, nie pozbawiona także pewnej doorsowej dźwiękowej poetyki dała niezwykły efekt finalny. Jak ktoś zechciał już zauważyć tę na amerykańskich resorach rock’n’rollową jazdę od typowej odróżnia jednak fakt, iż „ ... tam gdzie Jankesi weselą się, Finowie leją melancholię”. Fenomenalny w moim odczuciu to w tej niszy album – kipiący energią, trzaskający żarem, okraszony mnóstwem smakowitych detali – począwszy od finezyjnych w swojej jednako klasycznej konstrukcji aranżach kończąc na wręcz soulowych kobiecych chórkach. I oczywiście pominąć nie sposób istotnego udziału samego mistrza ceremonii. Jarva bowiem operuje swym charakterystycznym głębokim, z markową chrypką głosem w sposób swobodny i precyzyjny zarazem, popisując się idealnym wyczuciem w doborze intonacji, mistrzowsko budując nastrój i napięcie w każdej kompozycji, czyniąc je wraz z instrumentalistami wyjątkowymi. I pomimo, iż od wydania tego krążka minęły już niemal cztery lata całość brzmi nadal równie świeżo jak podczas dziewiczego odsłuchu pompując wciąż z zapałem do mojego organizmu mieszankę energii i melancholii. Ten album, że posłużę się filmowym skojarzeniem jest niczym klasyczny, brudny western, gdzie bohater jednocześnie lubi się szlajać po burdelach, zaryzykować życie podczas upijanej pokerowej rozgrywki, jednocześnie przeżywając równie często chwile refleksji i zadumy – gdzieś pod jego grubą skórą ukrywa się nostalgia i melancholia! Czekam zatem z coraz większą niecierpliwością, iż ten skandynawski kowboj wkrótce powróci z równie emocjonującą kontynuacją tej prawdziwie męskiej opowieści!

The Master / Mistrz (2012) - Paul Thomas Anderson




Tak jak przewidywałem, tak jak było w przypadku poprzedniego arcydzieła Andersona film ten będzie za mną chodził jeszcze długo i może kolejne seanse dadzą odpowiedź na liczne znaki zapytania i domysły, a jego ocena sięgnie szczytu. Na dzień dzisiejszy jednak nie do końca oswojony z Mistrzem, niewystarczająco obyty z sensem jego interpretacji pozwolę sobie napisać, iż klimat jaki stworzył autor Aż poleje się krew, w moim subiektywnym przekonaniu jedynie z filmami Kubricka może się równać. Takiej aury tajemniczości, niedopowiedzenia, sensu ukrytego głęboko pod powierzchnia metafor trudno szukać w dzisiejszych produkcjach z czołowymi holywoodzkimi aktorami, a role Hoffmana, Adams czy przede wszystkim Phoenixa (ten sposób poruszania się - kapitalny) wraz ze specyficzną idealnie dobraną warstwą muzyczną oraz niezwykle pieczołowicie od strony wizualnej odtworzonym klimatem lat powojennych w Stanach daje ucztę wprost niezwykłą. Szkoda jedynie, iż w bezpośrednim starciu z poprzednim dziełem, w ogólnym odczuciu Anderson zbudował mozaikę odrobinę zbyt monotonną, gdzie stopniowanie napięcia ogranicza się do kilku silnie chwytających za gardło scen, z zakończeniem których to napięcie gwałtownie zanika. Brak tu trochę równie spektakularnego finału jakim bez wątpienia Aż poleje się krew został obdarzony przez co obraz nie robi aż takiego wrażenia końcowego. Niemniej jednak porzuca widza jak wspomniałem na wstępie z mnóstwem przemyśleń, pytań i refleksji. Pewnie właśnie o to autorowi chodziło! I z pewnością w moim przypadku mu się to udało! Wrócę już wkrótce do Mistrza - w to akurat nie wątpię!

Death - The Sound of Perseverance (1998)




Wraz z pojawieniem się kilku nowych krążków faworytów moich sprzed lat, sentymentalne wycieczki do albumów z lat 90-tych robić zacząłem. I choć z wieloma z nich ciągły kontakt mam, bogaty napływ bieżących muzycznych produkcji w sposób oczywisty ilość czasu na podróże sentymentalne ograniczały. Oto w sposób ten kilkukrotne przypomnienie dźwięku wytrwałości mi się zdarzyło. Trudno w miejscu tym oklepanych zwrotów nie użyć, bowiem dźwięki te to dla mnie choć lat piętnaście już minęło kult niepodważalny. Nadal świeży z brzmieniem krystalicznym wszelkie niuanse tej skomplikowanej formy uwypuklającym. Instrumentalne popisy co w konstrukcje utworów zaprzężone, wrażenia monotonnych dłużyzn skutecznie unikają - piski, zgrzyty harmonijnie współistniejące z ultra melodyjnymi zagrywkami, z tętnem nierównym sekcji rytmicznej i cedzonymi przez zęby często filozoficznymi przemyśleniami Schuldinera. Album to pełny pasji muzycznej, spotęgowanej energii witalnej, pomysłów wymykających się wszelkim klasyfikacjom. Dowód na to, że zwykłe określanie płyt, szczególnie kilku ostatnich grupy tylko death metalem błędem jest niewyobrażalnym. Eklektyzm to nie w formie topornie łączonych ze sobą różnych często skrajnie biegunowo odmiennych stylów, lecz eklektyzm wtopiony w ramy stylu, tożsamości własnej grupy. Słucham wciąż z opadem szczęki permanentnym, geniuszu maestrią osaczony i choć w prywatnym rankingu moim Symbolic liderem pozostaje, testament muzyczny pozostawiony tym albumem dojrzałość Chucka w pełnej krasie pokazuje!

Acid Drinkers - La Part Du Diable (2012)




Będzie krótko - zawód, rozczarowanie, powrót do przekonania, że legenda nigdy na taki status nie zasługiwała, bo jeśli przyznawać go za albumy przełomowe, idealne to tylko Verses of Steel dawałaby im taką wartość. Niestety po krążku który przekonał mnie do nich tak do końca przyszedł rzemieślniczy wypiek z jedynie robiącą wrażenie grą Ślimaka. Aranżacyjnie bez blasku pomimo różnorakich prób, zagęszczonych struktur, dość ciekawych pojedynczych zakrętasów czy melodyjnych motywów, którym daleko o lata świetlne do tego co wysmażyli na poprzednim wydawnictwie. Być może ktoś kto zna się na ich twórczości lepiej niż ja zjedzie moje wypociny ale z przykrością stwierdzam, że Olass był ich wybawieniem bez niego są jedynie tym czym byli do Verses - przeciętnym zespołem wbitym w buty kultu. I jak tu się dziwić, że poza Polski grajdołek nigdy nie wypłynęli. R.I.P. Olass! R.I.P. Acid Drinkers!

Deftones - Koi No Yokan (2012)




Proces wgryzania się nowego materiału Deftones do mojej świadomości zakończony drugim z rzędu sukcesem Chino i kompanów. I rzecz to dla mnie tym bardziej niewiarygodna, iż kiedy w przeszłość spojrzę zawsze zastanawiało mnie gdzie tkwi sedno tej "kultowości" jaką maniacy darzą formację. Nie zauważałem jej pomimo prób kilku podejmowanych i kiedy to odpuściłem już sobie poszukiwania rok 2010 przełom przyniósł gdy Diamond Eyes na świat przyszło. Od momentu tego przez ekipę zza wielkiej wody kupiony zostałem, jednak do dnia dzisiejszego w starych wydawnictwach magii nie odnajduje. W takich okolicznościach skupiłem się rzecz jasna na przyszłości formacji i po tak zniewalających odczuciach w kontaktach z diamentowymi oczyma na nowy krążek wyczekiwać z niepokojem zacząłem. Obawy na szczęście już wstępnie rozwiane zostały przez single w necie jakiś czas przed premierą hulające. Uspokojony zatem trzeźwo na nowe dokonanie patrząc szansę dałem aby Koi No Yokan okrzepł i weryfikacji wstępnej po kilku miesiącach intensywnej z nim komunikacji został poddany. Wrażenie to zdecydowanie korzystne dla krążka oceny, łączy on w sobie bowiem wszystko to co na poprzednim diamencie zachwycało. Wokalną wyjątkową Chino manierę, pełne energii, kopiące wysokim stężeniem adrenaliny żywiołowe petardy, melodyjne frazy czy wręcz ambientowe, leniwie płynące plamy budowane za pomocą nienachalnej elektroniki. Jednak to co najważniejsze patrząc subiektywnie na całokształt dokonań grupy najbardziej cieszy, iż od poprzedniego albumu paradoksalnie, wzbogacenie kompozycji o chwytliwe patenty do jednoczesnego wysmakowanego charakteru muzycznej zawartości się przyczyniły. Uniknęli dzięki temu sytuacji gdzie doszukuje się aury kultu dlatego, iż kompozycje niezrozumiały charakter posiadają przez co z pewnością ambitne i wysokich lotów są. Moreno zauważył prawdopodobnie, że kierunek który przy poprzedniczce obrali ku dojrzałości ich prowadzi, gdzie surowa w formie wściekłość w pewnym sensie pokorą zastąpiona została. Przyczyna tego z pewnością spora w zdarzeniu losowym tkwi, które piętno wyraźne na zespole odcisnęło - jakkolwiek by to nie zabrzmiało wielki udział w tej metamorfozie i obecnym kształcie twórczości Deftones Chi Cheng (RIP) posiada.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Pokłosie (2012) - Władysław Pasikowski




Nie przypadkiem z zapoznaniem się z tą produkcją poczekałem aż histeria rozpętana przez pseudo-patriotyczne środowiska ostygnie. I cieszę się z tej decyzji gdyż uniknąłem dzięki temu poczucia zażenowania uczestnictwem w obłąkanej dyskusji z wszystkowiedzącymi o wydarzeniach z przeszłości w żaden sposób przez nas nie mogących być do końca zweryfikowanymi. Smutne jedynie, że głos zdrowego rozsądku i racjonalne, trzeźwe spojrzenia na skomplikowaną historię w obecnych czasach coraz cichszy, zagłuszony wściekłym ujadaniem radykałów zakładających naiwnie lub cynicznie, iż to narodowość określa czy jest się dobrym, porządnym człowiekiem! Ja na szczęście, a dokładnie moje spojrzenie na rzeczywistość, czy przeszłość nie jest przesiąknięte skrajnymi ideologiami tylko opiera się na racjonalnym, rozumnym odczytywaniu przeszłości. Tak jak chylę czoła przed każdym bez względu na pochodzenie kto w czasach niewspółmiernie trudniejszych niż obecne potrafił okazać bohatersko ludzie odruchy, tak potępiał będę tych co dla własnych korzyści bezwzględnie upokarzali innych. Zawsze jednak pamiętając, iż wybory te były często obarczone skomplikowaną etiologią! Nie wybielam ani nie skazuje – sam nie wiem do czego byłbym zdolny w poczuciu zagrożenia szczególnie wobec mojej rodziny! Cieszę się jednocześnie, że żyje w czasach względnie spokojnych w wolnym kraju, szkoda tylko, że obecnie niektórzy pluszowi bohaterowie tak bardzo pragną poczuć prawdziwy strach nie ucząc się na błędach przodków. A co do artystycznego odbioru obrazu - polskie kino od kilku lat ma się coraz lepiej, znajdując własną tożsamość. I jeszcze jedno, rzadko po zakończeniu projekcji film pozostawia mnie w takiej zadumie! Wstrząsający obraz!

Opeth - Heritage (2011)




Pod stromą górkę zdecydowanie miałem z tym krążkiem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę po licznych przedpremierowych zapowiedziach, iż większość starych fanów formacji Akerfeldta będzie mocno zaskoczona nową propozycją Opeth. Jednak zakładając, że takiej muzy słuchają ludzie raczej otwarci i głodni tendencji rozwojowych przekonany byłem, iż pomimo zmian i ten album zostanie od początku zaakceptowany. Jednak jak się okazało w pierwszym kontakcie trafiłem na rewolucje zamiast ewolucji. Muzyka w porównaniu do wcześniejszych dokonań formacji jawiła się zdecydowanie monotonnie bez emocjonalnej głębi z zupełnie innym, trudno opisywalnym brzmieniem. Banalnie rzecz ujmując, skwitowałem pierwsze odsłuchy - takie to pitu, pitu! Jedynie singlowy The Devil's Orchard był na tyle intrygujący, że wałkowałem go dosyć skutecznie jednakowoż album jako całość po kilku przesłuchaniach wylądował na marginesie, został odłożony na czas dłuższy. Po dwóch miesiącach postanowiłem już z dystansem dać mu jeszcze jedną szansę. I stała się rzecz niezwykła - wtórne podejście dało wyniki jakich bym się nigdy nie spodziewał. Album "pitu pitu" okazał się jednym z częściej goszczących w moim odtwarzaczu. Pytanie za sprawą czego doszło do tak radykalnej zmiany percepcji? Trudno orzec - może problem tkwił w oczekiwaniach lub też rewolucyjne zmiany były w tamtym momencie nie do ogarnięcia, a dopiero czas pozwolił je zaakceptować? Nieważne! Istotne jest to, że Opeth wyrwał się z niszy która z dzisiejszej perspektywy nigdzie dalej by go nie zaprowadziła, geniusz Akerfeldta wyczuł być może, że to właśnie ten moment jest najlepszy na wprowadzenie zmian. Gratulacje za odwagę i intuicje, która w efekcie dała dzieło otwierające grupie wiele nowych ścieżek, od wpływów progresywnych, art rockowych do psychodelicznych rozjazdów. A ja już teraz z niecierpliwością czekam na kolejną płytę, która prawdopodobnie może być tą naprawdę wyjątkową. Bardzo tego sobie życzę!

Serj Tankian - Harakiri (2012)




Cieszę się okrutnie, że po nieudanych pseudo-symfonicznych eksperymentach na Imperfect Harmonies, Tankian do kompozycji w których od lat odnajduje się najlepiej powrócił. Harakiri bowiem to monolit, który w swoim wnętrzu zarówno "systemowe" petardy jak i pełne niekonwencjonalnych rozwiązań pulsujące struktury ukrywa. Album to zwarty, zdecydowanie o potencjale komercyjnym większym niż Elect the Dead - jednak w żadnym momencie granicy kiczu nieprzekraczającym. Muzyczna wrażliwość i kompozytorskie wyczucie Serja pozwala utworom, nawet tak blisko popularnej popowej estetyki egzystującym efektu spłycenia unikać. Nasycenie numerów wysmakowanymi detalami, wespół z melodyczno-wokalnymi orientalizmami szanse daje w tych pierwotnie prostych kompozycjach wciąż nowe wątki odnajdywać. Po wielokrotnym z albumem kontakcie jeden wniosek podsumowujący nasuwa się wyraźnie - Tankian przerostu formy nad treścią uniknął.

P.S. I ten do Occupied Tears obrazek. Miód w postaci najczystszej!

Fear Factory - The Industrialist (2012)




Śmiech ogarnąłby mnie diabelski, szyderstwo z moich ust wylewać by się poczęło gdybym kilku albumów tej załogi nie szanował, a kilku niemal kultem otaczał! Przyzwyczajony jednak do wahania formy Burtona (z Dinem od czasu do czasu) podsumuje te wypociny zwięźle i taktownie jak tylko moja rozczarowana tą produkcją muzyczna wrażliwość pozwoli. Trzy poprawne kawałki plus reszta wypełniaczy sklecona na kolanie pomiędzy personalnymi rozgrywkami w kapeli. Dodatkowo okraszona pyszałkowatym przekonaniem, że fani łykną nawet automat perkusyjny byle był zaprogramowany przez tego, jedynego muzyka. Ja tego nie kupuje. Rzekłem!

Filmowe podsumowanie 2012 (1)




Koniec roku podsumowaniami przesiąknięty był jak zawsze, zatem poniżej "taki tam" osobisty do bólu oczywiście przegląd tego co we mnie ślad pozostawiło ewentualnie przedniej rozrywki dostarczyło, a co w mijającym roku obejrzałem - choć co istotne niekoniecznie w najbliższej przeszłości nakręcone było. Stąd też u kresu zestawienia poniższego kilka istotnych tytułów się znalazło, które dopiero w 2012 z różnych przyczyn zobaczyć mi się udało. Uwagę zwrócić także muszę, iż wielu produkcji co obecnie w kinie hulają bądź to dopiero na premierę na popularnych nośnikach oczekują nie widziałem, gdyż kina ze mnie amator zdecydowanie kanapowy! 
.... start!

W kolejności pierwszej tytułów kilka z rocznika bieżącego lub najwyżej o dwuletniej dojrzałości, a które to największe na mnie wrażenie zrobiły na długo pozostając w mojej świadomości – intrygując i fascynując!

RZEŹ – prawdziwa uczta dla wielbicieli fenomenalnego aktorstwa bez kiczowatego pseudo-widowiskowego anturażu.
SZPIEG – bez spektakularnej gadżetomanii, antyteza Bondowskiej formuły – prawdziwie fascynująca szpiegowska rozgrywka w doborowej obsadzie.
SUNSET LIMITED – pierwszorzędny dialog, aktorski majstersztyk, intelektualna uczta w kameralno-teatralnej konwencji – minimalizm najwyższych lotów.
J.EDGAR – Eastwood z klasą opowiada historie kontrowersyjnej amerykańskiej ikony - a scena z sugestywnym wyznaniem matki Hoover'a - dosłownie miażdży.
WSZYSTKIE ODLOTY CHEYENNE’A – ciepła, pełna emocjonalnej głębi opowieść o poszukiwaniu przełomu.
W CIEMNOŚCI – już klasyk na miarę Listy Schindlera i Pianisty – wstrząsający obraz ludzkiej egzystencji - dla współczesnych w czasach niewyobrażalnych.

Dalej obrazy najwyższej klasy jednak z różnych powodów gdzieś o jedno oczko niżej od elity.

CHCIWOŚĆ – jak możni tego świata naszym życiem sterują i niestety zawsze spadają na cztery łapy. 
STRASZNIE GŁOŚNO, NIESAMOWICIE BLISKO – niebanalna opowieść o poczuciu głębokiej straty i poszukiwaniu odpowiedzi – być może odrobinę naciągana jednak bez wątpienia wzruszająca.
DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM – z pewnością ciekawa, intrygująca, bogata w charakterystyczną atmosferę historia – szkoda, że ubita zbyt hałaśliwą medialna otoczką – solidne kino z brawurową rolą Rooney Mara.
RÓŻA – napisać, że to wstrząsająca, surowa historia to zbyt mało – wizualna wręcz masochistyczna tortura, tylko dla najodważniejszych.
ŻELAZNA DAMA – klasyczne biograficzne kino najwyższych lotów z kluczowym wątkiem psychologicznym i olśniewająca kreacją Meryl Streep.
WODA DLA SŁONI – niezwykle barwna – przepiękna wizualnie jednakże banalna romantyczna historia ze świetną rola Christopher’a Waltz’a.
IDY MARCOWE – polityczna, zakulisowa rozgrywka – konkretnie i na temat.
MONEYBALL – wciągająco opowiedziany, błyskotliwie odegrany około sportowo-biznesowy dramat.
Z DYSTANSU – surowo, bezkompromisowo o tych co współcześnie kolejne pokolenie próbują kształtować.
MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE – stawiająca wiele pytań, osadzona w specyficznym klimacie gorzka opowieść o ludzkiej psychice, wrodzonych czy odziedziczonych predyspozycjach, popełnianych błędach i bezsilnej próbie ich naprawiania. 
LADY – o miłości, oddaniu, cierpieniu, bezwzględnej dyktaturze i bezlitosnym obdartym z wszelkich wartości przywiązaniu do władzy.


Część druga wkrótce!

Muzyczne podsumowanie 2012




Poniżej subiektywne z archiwum już wyciągnięte podsumowanie muzyczne 2012-tego i jak co roku wśród tego na co czekałem kilka wybitnych perełek się znalazło, rozczarowań oczywiście także nie uniknąłem co rekompensowały na szczęście debiuty lub odkrycia grup których albumy dotychczas były mi nieznane! Kolejność nie istotna, gdyż każdy z krążków poniższych to w odczuciu moim jakość najwyższa, chociaż w odmiennej często stylistyce osadzona. A szersze omówienie poniższych już wkrótce gdzieś tu na łamach się pojawi. To pewne!!! ;)

Coheed and Cambria - The Afterman: Ascension

Anathema - Weather Systems
The Sword - Apocryphon
Soen - Cognitive
High on Fire - De Vermis Mysteriis
Katatonia - Dead End Kings
Orange Goblin - A Eulogy for the Damned
Serj Tankian - Harakiri
Rival Sons - Head Down
Soundgarden - King Animal
Deftones - Koi No Yokan
Graveyard - Lights Out

Black Country Communion - Afterglow
Oddland - The Treachery of Senses
Lamb of God - Resolution

Blindead - Affliction XXIX II MXMVI (2010)




Jakież było moje zdziwienie kiedy to album formacji tak często w recenzjach na tej samej półce co Neurosis czy Isis stawianej, których ukrytej magii nigdy nie było mi dane poczuć, porównywanej z największymi światowymi nadziejami sceny postrockowo-sluge'owej owładnął mną od pierwszego kontaktu. Euforyczne recenzje, świetna oprawa graficzna oraz koncept liryczny daleki od sztampy stały się powodem aby po ten krążek sięgnąć, mimo umiejscowienia go w przestrzeni dźwiękowej w której jak dotąd nie odnajdywałem muzycznego spełnienia. I dokonałem kroku przełomowego w nieznane nie tylko w sensie zanurzenia się w scenie dotąd nieodkrytej ale przede wszystkim odważne posunięcie to pozwoliło mi odkryć grupę na której kolejny album czekam z ogromną niecierpliwością, pokładam wielkie nadzieje ale też i mam obawy czy poziom Affliction... będą w stanie osiągnąć. Postawili sobie bowiem tym dziełem poprzeczkę niewiarygodnie wysoko, podarowali tym co odważą się wejść w świat Blindead muzyczne doznanie o charakterze wymykającym się zwykłemu poznaniu zmysłowemu. Ubrali z pozoru nieskomplikowane kompozycje w klimat tak namacalny emocjami, iż słuchanie tego krążka to porażające intensywnością dosłownie - najgłębsze przeżycie. Trudno zatem jest opisać słowami jak dźwięki te powodują odczuwanie dreszczy, jak wykrzykiwane przez wokalistę przejmujące teksty wraz z dynamicznymi uderzeniami perkusji przeszywać mogą słuchacza, autentycznie powodując uczucie strachu i wręcz klaustrofobicznego uwięzienia. Ten album udowadnia z jak niezwykłymi artystami mamy do czynienia gdyż niewielu udaje się w takiej ambitnej, a jednocześnie atrakcyjnej formie oddać atmosferę lirycznego konceptu. Potrzeba nie lada wrażliwości, wyczucia muzycznej materii w natężeniu wybitnym ale i wyobraźni szerokiej by za pomocą klasycznych środków takie hipnotyzujące finalne dzieło osiągnąć. Osaczyć odbiorcę, opętać potęgą brzmienia, zauroczyć zwiewnością i jednocześnie przerazić intensywnością. Zainspirować do zadania sobie pytań na które w codziennej schematycznej rzeczywistości miejsca brak. W kategorii albumu "co za serducho chwyta" jedynie z największymi dziełami Anathemy w mojej świadomości równać się może.

Entombed - Uprising (2000)




Doprawdy w przypadku Entombed powstanie to było w dosłownym słowa tego znaczeniu. Po kilkunastoletniej już działalności, przejściu okresu budowania potęgi szwedzkiej sceny death metalowej, pobudzeniu świeżości własnych produkcji na Wolverine Blues i kontynuacji odchodzenia w stronę bardziej mainstreamowej sceny – albumem tym na nowo zdefiniowali swój styl umieszczając własną nazwę w mojej prywatnej czołówce miażdżenia dźwiękiem. Od pierwszych do ostatnich wybrzmiewających uderzeń album skrzy się od piorunującej riffowej siły, raz pędzącej niemal bez oddechu na oślep, wyrzucającej tony adrenaliny w innych momentach miażdżącej niczym walec potężnymi, miarowymi zwolnieniami. Dźwiękowy tygiel to jednoznacznie, gdzie w idealnym miejscu spotykają się archetypiczne w swej formie pierwiastki szwedzkiego śmierć metalu, rock and rollowego rozpasania, punkowej nieokrzesanej dynamiki, doomowej z wolna sączącej się bezlitośnie miazgi i niemal noise’owego odjazdu. Dodatkowym atutem krążka jest z perfekcją wbijający się w tą nową dla Entombed jakość siłowy, pełen szaleństwa wokal Petrova – przybierający tu formę niemal punkowego skandowania. Jednak czuć wyraźnie, iż korzenie tego krzyku tkwią głęboko w bulgocząco-charczącej estetyce wokalnej death metalu. Tam zaczynali i jak dalsze działania pokazały w te rejony ostatnio powrotnie nie omieszkali zawitać. Jednak pomimo wyraźnego szczególnie na Serpent Saints skrętu w formy deathowe nadal istotny wpływ klimatu zaznaczonego na Uprising, punk-rockowego (tfu!!! z amerykańską, nastolatków odmianą nie ważyć się utożsamiać) feelingu jest wyczuwalny. Przyznaje – pierwsze Entombed klasyczno deathowe albumy piorunującego wrażenia na mnie nie zrobiły, chociaż kierunek ideowo ścieżki lewej ręki bezwzględnie wskazały. Z kolei Wolverine Blues nader jednostajny się z perspektywy czasu wydaje, To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth chaosem zbytnim odpychał, a Same Difference za daleko pomimo sporego przebojowego potencjału od fundamentu stylu odpłynął. Dopiero Uprising ostatecznie przekonał mnie do tej szwedzkiej zasłużonej załogi – w idealnych proporcjach łącząc konwencje, które w swej czystej formie nie zawsze u mnie poklask znajdowały. Tutaj jednak w odpowiednich proporcjach zestawione jakość tak wysoką reprezentują, iż zachwytu i podniecenia nie jestem w stanie pohamować. Sama esencja tego co w hałasie tym dla mnie najwartościowsze – nic dodać, nic ująć!

Faith No More - King For a Day - Fool For a Lifetime (1995)




Głęboko w przeszłość zerkam by z wieloletniej już perspektywy na album o epokowym statusie w moim przekonaniu spojrzeć. Ja, sługa uniżony tej zasłużonej załogi jedynie z pozycji kolan, jeżeli w ogóle prawo mam jakiekolwiek zdanie o poniższym krążku wyrazić pragnę stwierdzić, iż szczeniakiem jeszcze będąc pomimo już osiągniętego wówczas dorosłości progu albumu tego nie byłem w stanie ogarnąć. Przyznam także, iż pierwsze w dodatku tym albumem właśnie spotkanie z grupą zaliczyłem co może w pewnym stopniu usprawiedliwiać moje nie przygotowanie do kontaktu z tak zacną sztuką. Jego łamiąca wszelkie bariery konstrukcja, gdzie pełne pasji energetyczne, agresywne, niemalże brutalne kompozycje sąsiadowały z subtelnie bujającymi perełkami gdzieś z pogranicza prawie funku, soulu czy rewiowego niemal zacięcia były nie do przejścia dla pochłoniętego wtedy jeszcze jednowymiarowością buntowniczego metalowo-rockowego stuffu szczeniaka. Fenomen Pattona, który za punkt honoru obrawszy łamanie rockowego gardłowego standardu zapuszczał się od głębokiego, chwytającego za serducha płeć piękną czystego śpiewu poprzez „wycedzane przez zęby” kąśliwe frazy na zwyczajnie darciu paszczy, był jednako nie do przetrawienia. Tak to pojedyncze kawałki w mózgową korę się wpijały jednak aby całościowo wrażenie album robił, mowy wtedy jeszcze nie było. Nie minęło jednak czasu sporo kiedy to olśnienia doznawszy King for a Day, Fool for a Lifetime w moim dźwiękowym podręczniku kultów wszelakich miejsce u szczytu znalazł. Dorósłszy (mam takie wrażenie) do możliwości ogarnięcia fenomenu tego dzieła nagle ten eklektyczny zlepek form kilku nabrał właściwych barw odsłaniając wyobraźnie formacji w pełnej krasie. Wizjonerska to niemalże płyta, dojrzała, bogata w emocje wszelakie – taka co smakowanie jej do największych przyjemności dla mnie od wielu lat należy. I peany wznosić mógłbym nieskończenie, budując kolejne chwalące tych geniuszy zdania jednak ograniczę się już tylko do krótkiego podsumowania. Mianowicie - szczególnie obecnie, paradoksalnie za sprawą rozwoju techniki czy internetu, młodzi muzycy co rusz z ciekawymi pomysłami się pojawiają, rozwidlając ścieżki swoich muzycznych przewodników z przeszłości czy budując nowe formy. Jednak w przekonaniu moim równie uniwersalni, z taką gracją łączący różnorodne konwencje twórcy od czasu Faith No More się nie pojawili. Twierdze to z pełnym przekonaniem zdając sobie sprawę ile fantastycznych dźwiękowych klejnotów od studyjnego zgonu ekipy Pattona w moim prywatnym płytowym sanktuarium się pojawiło. Wielbię i wielbić będę z niegasnącą nadzieją czekając aby studyjnie się odrodzili – tak mi ich kurwa w spisie nowości na najbliższy czas brakuje!

Django Unchained / Django (2012) - Quentin Tarantino




Tarantino po raz kolejny skutecznie puścił oko do publiczności, zgrabnie tym razem łącząc konwencje westernu ze swoim specyficznym poczuciem humoru oraz już od dawna uskutecznianym autorskim gatunkiem. I choć nie jest to już to zaskoczenie i szok jak w przypadku klasycznych już jego produkcji nie mógłbym napisać, że przez te grubo ponad dwie godziny nie bawiłem się przednio - jednocześnie próbując odkrywać jak zawsze zakamuflowane drugie dno. Dodatkowo kapitalna obsada z genialnymi kreacjami DiCaprio, Jacksona oraz przede wszystkim Waltza (tak na marginesie - nie udało mi się jednak uniknąć poczucia, iż rola to, a może bardziej jej odegranie bliźniaczo podobne do pułkownika Hansa Landy) bardzo wyraźnie ciągną film do góry pozwalając delektować się jak zwykle błyskotliwymi dialogami oraz dostrzegać majstersztyk skrojonych postaci. Mam nadzieje jednak, że kolejna produkcja Quentina zanotuje jakiś przełom, gdyż niestety z każdą odsłoną ten już coraz bardziej wtórny pomysł wyraźnie kliszą przesiąknięty. Niemniej jednak dla tych wszystkich co jednocześnie z przymrużeniem oka i inteligentną wnikliwością odbierają filmy mistrza przeżycie z pewnością co najmniej satysfakcjonujące! Ale oni na pewno już wyrobili sobie własne zdanie. 

Orchid - Capricorn (2011)



 
Stało się! Wiekopomna chwila nadeszła aby tezę bluźnierczą wygłosić. Mianowicie po czterdziestu latach Black Sabbath z piedestału strąceni zostali - pojawili się ci co album zwycięski w konfrontacji z sześcioma pierwszymi krążkami prekursorów z Birmingham mi sprezentowali. Wszystko się tu zgadza! Okładka, kozioł w formie tak archetypicznej jak to tylko możliwe. Teksty co okultyzmem nasączone świętości wszelkie łajają. Brzmienie, jakby czas cofnąć, brudne, zadymione w oparach woni słodkiej utytłane. Wokal, anty śpiew co nie odstrasza, a obłędu swoistego całości dodaje i sama muzyka - archaiczna w konstrukcji jednak z takim "wdziękiem", smakiem poprowadzona, że te ograne już często pomysły nowym blaskiem powalają, apetyt na jeszcze ogromny rozbudzając. Refleksja taka się narzuca - jakie to życie przewrotne być potrafi, kiedy Sabbath w składzie pierwotnym po latach wielu w tajemnicy nad nowym krążkiem pracują, z oczekiwaniami niewiarygodnymi zmierzyć się muszą, epigoni znienacka wyskakują co zadanie im utrudniają, poprzeczkę niewyobrażalnie podnosząc. I coś mi tu intuicja podpowiada, że taki oczekiwany poziom wysoki przy kolejnym albumie tylko Orchid osiągnąć może!

Mastodon - The Hunter (2011)




Mastodon wielki jest!!! Deklaracja oddania spisana, niemalże krwią parafowana! W moim odczuciu kolejny raz klasę potwierdzili tworząc album, który wyraźnie pokazuje, że nie jest dla nich istotne czy nagrają potężne, brudne, pełne muskularnych riffów utwory, przebogate, progresywne kolosy czy zwarte niemalże o piosenkowym charakterze - jak w tym przypadku, krótkie formy. W każdej z nich zawrzeć potrafią potencjał jakim dysponuje wieloręki Brann Dailor, riffów produkcje o melodyce dysharmonicznej niebanalną jak i udowodnić, że nawet gdy ktoś wokalnej, szerokiej skali nie posiada, w anty śpiewie się specjalizuje to odpowiednie uchwycenie tych popisów w aranżacyjno-instrumentalne zawijasy efekt piorunujący dać potrafi. Ten album dla mnie to do końca przemyślany, profesjonalny w każdym aspekcie kompozycyjno-graficzny majstersztyk na salony muzycznej awangardy ich wprowadzający. Dla wielu jednak nawet ten, chyba najbardziej przystępny z dotąd przez grupę wydanych album będzie daniem niestrawnym, odpychającym chaosem powierzchownym czy "wyciem" niezrozumiałym. Potwierdzeniem, że takie produkcje tylko do obłąkanych umysłów trafiają. Widocznie mnie z tym szaleństwem bardzo dobrze bo od Leviathana począwszy z każdym Mastodona krążkiem zdecydowanie mi po drodze!

Anathema - Weather Systems (2012)




By kilka zdań tych sklecić zbierałem się długo bowiem album ten w czasie krótkim stał się dla mnie ikoną o wartości niepodważalnej, czymś o absolutu charakterze. Pozwoliłem nawet aby przerwa w kontakcie z nim być może zweryfikowała mój entuzjazm, chłodnym z dystansu spojrzeniem o perspektywie odmiennej obraz dała. Jednak powrót do krążka okazał się ciosem emocjonalnie równie porażającym jak każde wcześniejsze z nim obcowanie. Od początku samego otrzymuje dwuczęściową suitę co równych sobie w historii rocka ma niewielu. Untouchable otworzył we mnie pokłady wrażliwości mocno ukryte i choć pełne przeżywanie dźwięków ulubionych nie jest mi obce takiego piękna w postaci najczystszej dawno już nie dane mi było kosztować. Poczucia muzycznego spełnienia nie odbierają mi kolejne kompozycje wylewające się z głośników - otrzymuje zarówno przebogate, pozbawione patosu klawiszowe orkiestracje, pianina akordy wzruszające, gitarowe "floydowskie" ornamenty jakby do wymiaru innego przenoszące, rytmu z pulsem ciekawym bicia i głębie wokalną prawdziwego śpiewu co z wnętrza duszy ludzkiej wypływa. Odczuwam przez te kilkadziesiąt minut stan spokoju, równowagi, szansę dostaje na otwarcie oczu szeroko, ujrzenie tego co naprawdę w życiu ważne być powinno - o prozie codzienności zapominam. I dziwić może po entuzjazmu słowotoku obfitym twierdzenie poniższe, iż poziomu We're Here Because We're Here nie przeskoczyli, jednak dzieło mu dorównujące choć o charakterze subtelnie odmiennym stworzyli. Anathema dziś to dar dla każdego kto tylko zechce dać jej szansę - z tej perspektywy świat wygląda znacznie ciekawiej.

P.S. Wiem - chyba się starzeje!

The Impossible / Niemożliwe (2012) - Juan Antonio Bayona




Mieszane odczucia - z jednej strony to solidnie od strony technicznej zrobiona produkcja, gdzie jakikolwiek efekt specjalny nie burzy wrażenia naturalności, z drugiej niestety w oczywisty sposób przewidywalna jedynie w niewielkim stopniu, w niewielu fragmentach rzeczywiście budząca emocje. A tak naprawdę potencjał historii od strony emocjonalnej ogromny i może wystarczyło zrezygnować z banalnej formy - odtwórczej, płaskiej niestety aby efekt końcowy był równie wstrząsający jak cała historia. Ogólnie spodziewałem się zdecydowanie więcej i nawet jako rodzic pomimo naturalnego odczucia powagi dramatyzmu sytuacji jedynie w jednym momencie odczułem mocniejsze wzruszenie. Rzemieślnicza to robota albo emocjonalnie wypalony ze mnie wrak - o co siebie oczywiście nie podejrzewam!

The Place Beyond the Pines / Drugie oblicze (2012) - Derek Cianfrance




Jednym słowem genialny! To na takie filmy czekam z nadzieją, dając wkręcać się w międzyczasie w oglądanie produkcji lansowanych na „hiciorskie hity”, a w rzeczywistości będących tylko banalnymi pierdołami o niczym! Tutaj w ponad dwugodzinnym majstersztyku otrzymałem zarówno kapitalny scenariusz w nieszablonowej formie jak i świetne aktorstwo, poruszające sceny, dramatyczne pełne zaskoczenia zwroty akcji czy wprawne oko i własny styl reżysera. To właśnie takie obrazy potrafią przynajmniej na chwile zmienić u oglądającego sposób spostrzegania rzeczywistości, głęboko poruszyć, zmusić do refleksji zostawiając z masą wątpliwości i pytań. Oczekiwałem od tego filmu bardzo dużo i w pełni moje oczekiwania zostały zaspokojone! Odczuwając satysfakcje mogę śmiało napisać, iż Derek Cianfrance to teraz dla mnie obecnie największa nadzieja w amerykańskim kinie. Blue Valentine zachwycił, a The Place Beyond the Pines utrzymał w tym odczuciu. Tyle! 

P.S. No i oczywiście nie mógłbym przejść obojętnie wobec faktu, iż muzyka to robota Mika Pattona!

High On Fire - De Vermis Mysteriis (2012)




Przez kilka ładnych lat żyłem w nieświadomości, że niejaki legendarny Matt Pike nagrywa pod szyldem High on Fire albumy, które na moim ośrodku słuchu wrażenie zrobić mogą zdecydowane. Na całe szczęście zwabiony świetną oprawą graficzną najnowszego krążka spróbować postanowiłem cóż pod tym obrazkiem ukrywać się ciekawego może. Intuicja tym razem trafną niezwykle podpowiedź mi dała, bowiem De Vermis Mysteriis okazał się albumem, który na nowo dał mi nadzieje, że w dźwiękach gdzie gruzu i brudu, a i melodii niebanalnych nie brakuje coś ciekawego się zdarzyć jeszcze może. Szczególnie gdy tuzów z Down ostatnie kroki dosyć nieczytelne się wydają - spadek formy między wierszami na muzyczny biznes zrzucić próbują. Ale akurat o tym w szczegółach innym razem! Tu mowa przecież nie o spadku formy, a formy tej wzroście. Spryt wodza formacji i wyczucie niemałe w tym, że ciosy szybkie, gwałtowne o motorheadowym pochodzeniu ze stonerowo-doomowymi walcami połączył smaku dodając szczyptą finezyjnych miniatur pomiędzy powyższe wplecionych. Na fundamencie przez intensywną pracę sekcji rytmicznej budowanym nakładając rozjazdy gitarowe, ciężkie, masywne zwolnienia z galopadami przeplatając. Dzięki temu album żyje różnorodnymi barwami przez co nudzić się słuchaczowi nie pozwala. I życzyć sobie tylko wypada by tendencje wzrostową zachowali i w przyszłości kolejnym gwałtem na ośrodku słuchu raczyć mnie zechcieli.

Rival Sons - Head Down (2012)




Szczerze – bardzo się obawiałem co przyniesie nowy album tych retro amerykanów. Absolutnie nie dlatego, że wątpiłem w ich talent – nic z tego! Dwa poprzednie krążki dobitnie pokazały, że wyczucia, aranżacyjnej biegłości i zwyczajnie przebojowego zmysłu im nie brakuje. Obawa dotyczyła ich rosnącej w ogromnym tempie popularności, która niemal każdego dobrze rokującego artystę jest w stanie przenieść z realiów twórczego głodu do świata nasycenia wszelkiego rodzaju dobrem, przez co serwują nam potrawy wyglądające zachwycająco jednak pozbawione jakiejkolwiek wartości odżywczej. Na szczęście ci rokerzy z metalowej wytwórni płytowej nie złapali się jeszcze na ten słodki lep i obdarzyli nas kolejnym ponadprzeciętnym zbiorem dźwięków, może nie tak masywnych i zbitych jak na Pressure and Time jednak równie intrygujących. Tym razem odnoszę wrażenie, że wraz z rockowym feelingiem zmieszali więcej bluesowo-soulowych zagrywek, smaczków ocierających się nawet o niemal art rockowe motywy - jednak nie takich w postaci banalnych mielizn, a zdecydowanie subtelnych niezwykle uwrażliwionych, tętniących taką emocjonalnością z dużą klasą. Tutaj nawet zamykający album kawałek pomimo niemal groteskowego delikatnego śpiewu wokalisty nie wzbudza wrażenia przesłodzonego. Odnajduje swoje miejsce niemal na takiej granicy, jednak nawet przez chwile jej nie przekracza. Dużym plusem krążka jest także dodanie szczególnie w rozbudowanych Manifest Destiny pt 1 i 2 więcej miejsca na rozwijające się intrygująco niemal improwizowane instrumentalne rozjazdy. Dzięki nim album zyskał więcej powietrza, świeżości, a i na koncertach zapewne otworzy im to drogę do rozbudowania utworów w formy znane z lat 70 tych. Instrumentalne rozpasanie wraz z oszałamiającym kunsztem wokalnym Jay'a Buchanana tworzą jakość (i tu bluźnierstwo) porównywalną moim zdaniem nawet z Led Zeppelin z lat największej świetności. Jestem przekonany, że gdyby pojawili się ze 40 lat wcześniej dzisiaj ich status sięgałby zenitu, może jednak na szczęście nagrywają dopiero teraz przez co dają szansę współczesnym odbiorcom muzyki na niezwykłe doznania, udowadniając, że jak się ma prawdziwy talent to nie trzeba podpierać się prowokacją, fajerwerkami na scenie czy tandetnymi chwytami. 

P.S. Aż się prosi by napisać coś o scenicznych wygibasach Jay'a - tu należy przytoczyć jedynie dwóch klasyków - Jaggera i Rosa! I wszystko jasne!

Katatonia - Dead End Kings (2012)




Trochę zajęło mi aby ogarnąć i wyrobić sobie jako takie zdanie o nowym albumie Katatonii. Przyznam, że po pierwszych odsłuchach miałem dość mieszane odczucia - bo z jednej strony album przeleciał bez większego entuzjazmu, jedynie w dwóch, trzech miejscach robiąc emocjonalną zawieruchę z drugiej zaś zdawałem sobie sprawę, że taka muzyczna bryła, którą się jawił daje nadzieje na to, iż złożoność krążka w perspektywie czasu odsłoni jego bogactwo. I tak właśnie się stało - brak w większości ewidentnych przebojów pozwolił Katatonii na zabawę aranżacjami do odkrywania po wielokrotnym obcowaniu z płytą. Album sprawia wrażenie skrytego, nieśmiałego dającego szansę na odkrycie czegoś niezwykłego tylko osobom wytrwałym, tym co w muzyce cenią nie tylko fasadę ale przede wszystkim wielowarstwowość ukrywaną pod nią. Cieszę się "okrutnie", że grupa po raz kolejny pokazała w obrębie swojego stylu nową jakość i to nie w sposób banalny, a wysmakowany, poruszający i nietuzinkowy. Nie mogę jednak zrozumieć jak taką perełkę idealnie dopełniającą całość jak Second zostawili jedynie na wersje limitowaną. Ten album bez tego kawałka na zakończenie byłby jak The Great Cold Distance bez Journey Through Pressure czy Night is the New Day bez Departer!

Drukuj