Myślę, że
czas kilka słów o powrocie z wieloletniego niebytu ikony z Seattle skrobnąć i
zdanie swoje w dyskusji tej gorącej przedstawić. Mianowicie album ten skrajne
emocje wśród mniej lub bardziej nowych dźwięków ogrodu spragnionych wywołał,
wszak ilu fanów tyle oczekiwań. Naiwnym było w przekonaniu moim po tych
czterech w średnim wieku gościach krążka przesiąkniętego szczeniackim i
intensywnym podejściem oczekiwać - takiej
klasycznej powtórki z pierwszych albumów. Sztuczne i naciągane jak ostatnie
"pożal się boże" materiały Paradise Lost czy tej najgłośniejszej
thrashowej legendy co dawno temu zmarła, a jej ciało szaleńcy chcą reanimować -
byłoby takie działanie. Wszak po Soundgarden nie spodziewałem się na szczęście
powtórki z kopiącego jak na owe czasy świeżością i energią Badmotorfinger czy
przebojowego Superunknown. Ten zespół w ciągu kilku lat swej intensywnej
kariery nie nagrał płyty powtarzającej wcześniejszą formułę. Każda kolejna
produkcja zawierała w sobie pierwiastek jasno podkreślający z jaką firmą mamy
do czynienia, jednak w nowej, oryginalnej, często zaskakującej odsłonie. Stąd
trudne było przełknięcie po mega popularnym Superunknown wymagającej w odbiorze,
pozbawionej w takim natężeniu sznytu przebojowego płyty Down on the Upside.
Jednak po latach materiał ten zasługuje na największe uznanie, a szacunek dla
jego twórców tym większy, że oparli się zapewne podpowiedziom bossów przemysłu
muzycznego i zamiast pójść w stronę większej przystępności stworzyli krążek
trudny w klasyfikacji, sięgający głęboko do korzeni rocka, bardziej surowy.
Taki co przekonanie do niego przychodzi często po latach z nim obcowania, który
pełnie swej magii odsłania dopiero z czasem - trzeba dojrzeć by świadomie go
oceniać. Z takiej też perspektywy, dojrzałości nie tylko muzycznej ale i
mentalnej Cornella i spółki należałoby patrzeć na najnowszą, pojawiającą się
po szesnastu latach przerwy odsłonę ogrodu dźwięku. King Animal to czysty duch soundgardenowej estetyki podanej jednak w zupełnie nowej,
kolejnej już odsłonie. To szerokiej gamy paleta barw, od akustycznych, ciepłych brzmień po
elektryzujące, tętniące energią łamane, niepozbawione jednak charakterystycznej
dla nich chwytliwości czy wokalnej, raz irytującej, raz przyciągającej maniery
Cornella. Czar tej płyty kryje się w zaklętej w pierwszym kontakcie dość
nieokiełznanej, chaotycznej strukturze rytmicznej, w kolejnych odsłuchach
przekształcającej się w odgórnie założoną formę, gdzie dojrzałość kompozycyjna
i wrażliwość muzyczna przejmuje ster nad pędem ku na siłę komplikowanym
motywom. Album to artystów nie szukających poklasku powrotem do zamierzchłych
czasów, lecz ukazujących w sposób atrakcyjny w którym miejscu dzisiaj się
znajdują. To nie żenujące jak często się zdarza powracanie na siłę do
szczenięcych lat w momencie gdy ma się na karku prawie pięćdziesiątkę, tylko
świadome, odważne odnalezienie się we własnej niszy z wyraźnym się zdaje
manifestem by rzeczy przełomowe robili młodzi, gniewni, poszukujący, łamiący
bariery. Cieszy mnie ten powrót ogromnie w formie i wydaniu jakiego po nich
oczekiwałem, jednak z jak ważnym dla ich historii materiałem mamy do czynienia
pokaże z pewnością czas - to on jest przecież najsurowszym recenzentem!
wtorek, 4 czerwca 2013
Graveyard - Lights Out (2012)
Emocje
opadły, kilkadziesiąt odsłuchów za mną - czas na spisanie co mi dał ten krążek.
Przede wszystkim przekonanie, potwierdzenie, że wśród kupy muzycznych odchodów
wbijających się na chama do naszych głów, można trafić na twórców
nietuzinkowych, takich co z dawno przetrawionych na wszelkie sposoby rockowych
pomysłów potrafią dorzucając talent, iskrę tfu Bożą, a może bożą, cholera ją
wie (ważne że jest!) zbudować rzeczy wręcz
olśniewające. Ten album skrzy się taką paletą różnorodnych odcieni,
brzmieniowym ideałem śmierdzącym starymi piecami, aranżacyjną perfekcją i czymś
co jest dostrzegalne na nowo z każdym odtworzeniem, że jego jedyną potencjalną wadą jaką
teraz zarejestrowałem jest długość. Te 35 minut to za krótko, a może to długość
optymalna, może każdy kolejny kawałek popsułby konstrukcje albumu? Nieważne, istotne jest jedynie to, że po tak wyśmienitej poprzedniczce jak Hisingen Blues
nagrali album, który w moim prywatnym rankingu stawia ich w czubie stawki! Pozwala mi obcować z muzyką porywającą, pozwalającą mieć przekonanie, obalić
teorie, że rock umarł. "Gówno prawda", rock żyje i może ma się obecnie
nawet lepiej niż w swoich złotych czasach. Mnóstwo młodych obiecujących
kapel i wśród nich kilka, wręcz rozkładających na łopatki tych największych uznanych klasyków!
The Black League - Ghost Brothel (2009)
Taneli
Jarva to postać dla większości tych co w latach 90-tych skandynawską scenę
metalową odkrywali znana. Wokalista co w początkach działalności ansamblu o
szyldzie Sentenced swego głosu na ich albumach użyczał. Po rozstaniu,
prawdopodobnie ze względów charakterologiczno-twórczych z metalowcami z Oulu
rozpoczął kontynuacje swej muzycznej działalności pod szyldem The Black League,
gdzie pierwsze krążki w prostej linii kontynuacją Amoku
- ostatniej z Tanely'm produkcji się okazały. Jednak kilka lat minęło, kilka
albumów TBL światło dzienne zdążyło ujrzeć, a Jarva wraz z kumplami, pewną
muzyczną stopniową przemianę zaczął przechodzić. Skórzany metalowy ekwipunek na
buty z długim nosem i kapelusz co na dzikim zachodzie stałym wyposażeniem
chłopców od krów bywał – zamienił. Muzyka zdecydowanie cech amerykańskiego
rock’n’rolla czy stonera nabierać poczęła i sygnał coraz wyraźniejszy dawać,
iż z tej mąki w przyszłości smakowity, świeży bochenek powstać może. I kiedy w
łapska moje wpadł poprzedni wypiek zatytułowany A Place Called Bad - ten z
wyczuciem i groovem konkretnym muzyką naładowany satysfakcje dał mi bardzo
wyraźnie. Jednak dopiero Ghost Brothel zawieruchę potężną poczynił, okazał się
bowiem produkcją, która czarnych ligę wśród moich muzycznych faworytów
umieściła. Znalazła na niej miejsce wybuchowa, niezwykle nośna mieszanka
klasycznego rock’n’rolla, stonera i klawiszowej mozaiki rodem niemal z albumów
The Doors. Taka "manzarkowa" maniera osadzona głęboko w typowym amerykańskim
feelingu, nie pozbawiona także pewnej doorsowej dźwiękowej poetyki dała
niezwykły efekt finalny. Jak ktoś zechciał już zauważyć tę na amerykańskich
resorach rock’n’rollową jazdę od typowej odróżnia jednak fakt, iż „ ... tam
gdzie Jankesi weselą się, Finowie leją melancholię”. Fenomenalny w moim
odczuciu to w tej niszy album – kipiący energią, trzaskający żarem, okraszony
mnóstwem smakowitych detali – począwszy od finezyjnych w swojej jednako
klasycznej konstrukcji aranżach kończąc na wręcz soulowych kobiecych chórkach.
I oczywiście pominąć nie sposób istotnego udziału samego mistrza ceremonii.
Jarva bowiem operuje swym charakterystycznym głębokim, z markową chrypką głosem
w sposób swobodny i precyzyjny zarazem, popisując się idealnym wyczuciem w
doborze intonacji, mistrzowsko budując nastrój i napięcie w każdej kompozycji,
czyniąc je wraz z instrumentalistami wyjątkowymi. I pomimo, iż od wydania tego
krążka minęły już niemal cztery lata całość brzmi nadal równie świeżo jak podczas
dziewiczego odsłuchu pompując wciąż z zapałem do mojego organizmu mieszankę energii
i melancholii. Ten album, że posłużę się filmowym skojarzeniem jest niczym
klasyczny, brudny western, gdzie bohater jednocześnie lubi się szlajać po
burdelach, zaryzykować życie podczas upijanej pokerowej rozgrywki, jednocześnie
przeżywając równie często chwile refleksji i zadumy – gdzieś pod jego grubą
skórą ukrywa się nostalgia i melancholia! Czekam zatem z coraz większą
niecierpliwością, iż ten skandynawski kowboj wkrótce powróci z równie
emocjonującą kontynuacją tej prawdziwie męskiej opowieści!
The Master / Mistrz (2012) - Paul Thomas Anderson
Tak jak przewidywałem, tak jak było w
przypadku poprzedniego arcydzieła Andersona film ten będzie za mną
chodził jeszcze długo i może kolejne seanse dadzą odpowiedź na liczne
znaki zapytania i domysły, a jego ocena sięgnie szczytu. Na dzień
dzisiejszy jednak nie do końca oswojony z Mistrzem, niewystarczająco
obyty z sensem jego interpretacji pozwolę sobie napisać, iż klimat jaki
stworzył autor Aż poleje się krew, w moim subiektywnym przekonaniu
jedynie z filmami Kubricka może się równać. Takiej aury tajemniczości,
niedopowiedzenia, sensu ukrytego głęboko pod powierzchnia metafor trudno
szukać w dzisiejszych produkcjach z czołowymi holywoodzkimi aktorami, a
role Hoffmana, Adams czy przede wszystkim Phoenixa (ten sposób
poruszania się - kapitalny) wraz ze specyficzną idealnie dobraną warstwą
muzyczną oraz niezwykle pieczołowicie od strony wizualnej odtworzonym
klimatem lat powojennych w Stanach daje ucztę wprost niezwykłą. Szkoda
jedynie, iż w bezpośrednim starciu z poprzednim dziełem, w ogólnym
odczuciu Anderson zbudował mozaikę odrobinę zbyt monotonną, gdzie
stopniowanie napięcia ogranicza się do kilku silnie chwytających za
gardło scen, z zakończeniem których to napięcie gwałtownie zanika. Brak
tu trochę równie spektakularnego finału jakim bez wątpienia Aż poleje
się krew został obdarzony przez co obraz nie robi aż takiego wrażenia
końcowego. Niemniej jednak porzuca widza jak wspomniałem na wstępie z
mnóstwem przemyśleń, pytań i refleksji. Pewnie właśnie o to autorowi
chodziło! I z pewnością w moim przypadku mu się to udało! Wrócę już
wkrótce do Mistrza - w to akurat nie wątpię!
Death - The Sound of Perseverance (1998)
Wraz z pojawieniem się kilku
nowych krążków faworytów moich sprzed lat, sentymentalne wycieczki do albumów z
lat 90-tych robić zacząłem. I choć z wieloma z nich ciągły kontakt mam, bogaty
napływ bieżących muzycznych produkcji w sposób oczywisty ilość czasu na podróże
sentymentalne ograniczały. Oto w sposób ten kilkukrotne przypomnienie dźwięku
wytrwałości mi się zdarzyło. Trudno w miejscu tym oklepanych zwrotów nie użyć, bowiem dźwięki te to dla mnie
choć lat piętnaście już minęło kult niepodważalny. Nadal świeży z brzmieniem
krystalicznym wszelkie niuanse tej skomplikowanej formy uwypuklającym.
Instrumentalne popisy co w konstrukcje utworów zaprzężone, wrażenia monotonnych
dłużyzn skutecznie unikają - piski, zgrzyty harmonijnie współistniejące z ultra
melodyjnymi zagrywkami, z tętnem nierównym sekcji rytmicznej i cedzonymi przez
zęby często filozoficznymi przemyśleniami Schuldinera. Album to pełny pasji
muzycznej, spotęgowanej energii witalnej, pomysłów wymykających się wszelkim
klasyfikacjom. Dowód na to, że zwykłe określanie płyt, szczególnie kilku
ostatnich grupy tylko death metalem błędem jest niewyobrażalnym. Eklektyzm to
nie w formie topornie łączonych ze sobą różnych często skrajnie biegunowo
odmiennych stylów, lecz eklektyzm wtopiony w ramy stylu, tożsamości własnej
grupy. Słucham wciąż z opadem szczęki permanentnym, geniuszu maestrią osaczony
i choć w prywatnym rankingu moim Symbolic liderem pozostaje, testament muzyczny
pozostawiony tym albumem dojrzałość Chucka w pełnej krasie pokazuje!
Acid Drinkers - La Part Du Diable (2012)
Będzie
krótko - zawód, rozczarowanie, powrót do przekonania, że legenda nigdy na taki
status nie zasługiwała, bo jeśli przyznawać go za albumy przełomowe, idealne to
tylko Verses of Steel dawałaby im taką wartość. Niestety po krążku który przekonał
mnie do nich tak do końca przyszedł rzemieślniczy wypiek z jedynie robiącą
wrażenie grą Ślimaka. Aranżacyjnie bez blasku pomimo różnorakich prób,
zagęszczonych struktur, dość ciekawych
pojedynczych zakrętasów czy melodyjnych motywów, którym daleko o lata świetlne
do tego co wysmażyli na poprzednim wydawnictwie. Być może ktoś kto zna się na
ich twórczości lepiej niż ja zjedzie moje wypociny ale z przykrością stwierdzam, że Olass był ich wybawieniem bez niego są jedynie tym czym byli do Verses - przeciętnym
zespołem wbitym w buty kultu. I jak tu się dziwić, że poza Polski grajdołek
nigdy nie wypłynęli. R.I.P. Olass! R.I.P. Acid Drinkers!
Deftones - Koi No Yokan (2012)
Proces
wgryzania się nowego materiału Deftones do mojej świadomości zakończony drugim
z rzędu sukcesem Chino i kompanów. I rzecz to dla mnie tym bardziej
niewiarygodna, iż kiedy w przeszłość spojrzę zawsze zastanawiało mnie gdzie
tkwi sedno tej "kultowości" jaką maniacy darzą formację. Nie
zauważałem jej pomimo prób kilku podejmowanych i kiedy to odpuściłem już sobie poszukiwania
rok 2010 przełom przyniósł gdy Diamond Eyes
na świat przyszło. Od momentu tego przez ekipę zza wielkiej wody kupiony
zostałem, jednak do dnia dzisiejszego w starych wydawnictwach magii nie
odnajduje. W takich okolicznościach skupiłem się rzecz jasna na przyszłości
formacji i po tak zniewalających odczuciach w kontaktach z diamentowymi oczyma
na nowy krążek wyczekiwać z niepokojem zacząłem. Obawy na szczęście już
wstępnie rozwiane zostały przez single w necie jakiś czas przed premierą
hulające. Uspokojony zatem trzeźwo na nowe dokonanie patrząc szansę dałem aby
Koi No Yokan okrzepł i weryfikacji wstępnej po kilku miesiącach intensywnej z
nim komunikacji został poddany. Wrażenie to zdecydowanie korzystne dla krążka
oceny, łączy on w sobie bowiem wszystko to co na poprzednim diamencie
zachwycało. Wokalną wyjątkową Chino manierę, pełne energii, kopiące wysokim
stężeniem adrenaliny żywiołowe petardy, melodyjne frazy czy wręcz ambientowe,
leniwie płynące plamy budowane za pomocą nienachalnej elektroniki. Jednak to co
najważniejsze patrząc subiektywnie na całokształt dokonań grupy najbardziej
cieszy, iż od poprzedniego albumu paradoksalnie, wzbogacenie kompozycji o
chwytliwe patenty do jednoczesnego wysmakowanego charakteru muzycznej
zawartości się przyczyniły. Uniknęli dzięki temu sytuacji gdzie doszukuje się
aury kultu dlatego, iż kompozycje niezrozumiały charakter posiadają przez co z
pewnością ambitne i wysokich lotów są. Moreno zauważył prawdopodobnie, że
kierunek który przy poprzedniczce obrali ku dojrzałości ich prowadzi, gdzie
surowa w formie wściekłość w pewnym sensie pokorą zastąpiona została. Przyczyna
tego z pewnością spora w zdarzeniu losowym tkwi, które piętno wyraźne na
zespole odcisnęło - jakkolwiek by to nie zabrzmiało wielki udział w tej
metamorfozie i obecnym kształcie twórczości Deftones Chi Cheng (RIP) posiada.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
Pokłosie (2012) - Władysław Pasikowski
Nie przypadkiem z zapoznaniem się z tą
produkcją poczekałem aż histeria rozpętana przez pseudo-patriotyczne
środowiska ostygnie. I cieszę się z tej decyzji gdyż uniknąłem dzięki
temu poczucia zażenowania uczestnictwem w obłąkanej dyskusji z
wszystkowiedzącymi o wydarzeniach z przeszłości w żaden sposób przez
nas nie mogących być do końca zweryfikowanymi. Smutne jedynie, że głos
zdrowego rozsądku i racjonalne, trzeźwe spojrzenia na skomplikowaną
historię w obecnych czasach coraz cichszy, zagłuszony wściekłym
ujadaniem radykałów zakładających naiwnie lub cynicznie, iż to
narodowość określa czy jest się dobrym, porządnym człowiekiem! Ja na
szczęście, a dokładnie moje spojrzenie na rzeczywistość, czy przeszłość
nie jest przesiąknięte skrajnymi ideologiami tylko opiera się na
racjonalnym, rozumnym odczytywaniu przeszłości. Tak jak chylę czoła
przed każdym bez względu na pochodzenie kto w czasach niewspółmiernie
trudniejszych niż obecne potrafił okazać bohatersko ludzie odruchy, tak
potępiał będę tych co dla własnych korzyści bezwzględnie upokarzali
innych. Zawsze jednak pamiętając, iż wybory te były często obarczone
skomplikowaną etiologią! Nie wybielam ani nie skazuje – sam nie wiem do
czego byłbym zdolny w poczuciu zagrożenia szczególnie wobec mojej
rodziny! Cieszę się jednocześnie, że żyje w czasach względnie spokojnych
w wolnym kraju, szkoda tylko, że obecnie niektórzy pluszowi
bohaterowie tak bardzo pragną poczuć prawdziwy strach nie ucząc się na
błędach przodków. A co do artystycznego odbioru obrazu - polskie kino od
kilku lat ma się coraz lepiej, znajdując własną tożsamość. I jeszcze jedno, rzadko po zakończeniu projekcji film pozostawia mnie w takiej zadumie! Wstrząsający obraz!
Opeth - Heritage (2011)
Pod stromą
górkę zdecydowanie miałem z tym krążkiem. Zdawałem sobie oczywiście sprawę po
licznych przedpremierowych zapowiedziach, iż większość starych fanów formacji
Akerfeldta będzie mocno zaskoczona nową propozycją Opeth. Jednak zakładając, że
takiej muzy słuchają ludzie raczej otwarci i głodni tendencji rozwojowych
przekonany byłem, iż pomimo zmian i ten album zostanie od początku zaakceptowany. Jednak jak się okazało w pierwszym kontakcie trafiłem
na rewolucje zamiast ewolucji. Muzyka w porównaniu do wcześniejszych dokonań
formacji jawiła się zdecydowanie monotonnie bez emocjonalnej głębi z zupełnie innym, trudno opisywalnym brzmieniem. Banalnie rzecz ujmując, skwitowałem pierwsze odsłuchy - takie to pitu, pitu! Jedynie singlowy The Devil's
Orchard był na tyle intrygujący, że wałkowałem go dosyć skutecznie jednakowoż
album jako całość po kilku przesłuchaniach wylądował na marginesie, został
odłożony na czas dłuższy. Po dwóch miesiącach postanowiłem już z dystansem dać
mu jeszcze jedną szansę. I stała się rzecz niezwykła - wtórne podejście dało
wyniki jakich bym się nigdy nie spodziewał. Album "pitu pitu" okazał
się jednym z częściej goszczących w moim odtwarzaczu. Pytanie za sprawą czego
doszło do tak radykalnej zmiany percepcji? Trudno orzec - może problem tkwił w
oczekiwaniach lub też rewolucyjne zmiany były w tamtym momencie nie do
ogarnięcia, a dopiero czas pozwolił je zaakceptować? Nieważne! Istotne jest to,
że Opeth wyrwał się z niszy która z dzisiejszej perspektywy nigdzie dalej by go
nie zaprowadziła, geniusz Akerfeldta wyczuł być może, że to właśnie ten moment
jest najlepszy na wprowadzenie zmian. Gratulacje za odwagę i intuicje, która w
efekcie dała dzieło otwierające grupie wiele nowych ścieżek, od wpływów
progresywnych, art rockowych do psychodelicznych rozjazdów. A ja już teraz z
niecierpliwością czekam na kolejną płytę, która prawdopodobnie może być tą
naprawdę wyjątkową. Bardzo tego sobie życzę!
Serj Tankian - Harakiri (2012)
Cieszę się
okrutnie, że po nieudanych pseudo-symfonicznych eksperymentach na Imperfect
Harmonies, Tankian do kompozycji w których od lat odnajduje się najlepiej
powrócił. Harakiri bowiem to monolit, który w swoim wnętrzu zarówno
"systemowe" petardy jak i pełne niekonwencjonalnych rozwiązań
pulsujące struktury ukrywa. Album to zwarty, zdecydowanie o potencjale
komercyjnym większym niż Elect the Dead -
jednak w żadnym momencie granicy kiczu nieprzekraczającym. Muzyczna wrażliwość
i kompozytorskie wyczucie Serja pozwala utworom, nawet tak blisko popularnej
popowej estetyki egzystującym efektu spłycenia unikać. Nasycenie numerów
wysmakowanymi detalami, wespół z melodyczno-wokalnymi orientalizmami szanse
daje w tych pierwotnie prostych kompozycjach wciąż nowe wątki odnajdywać. Po
wielokrotnym z albumem kontakcie jeden wniosek podsumowujący nasuwa się
wyraźnie - Tankian przerostu formy nad treścią uniknął.
P.S. I ten do Occupied Tears obrazek. Miód w postaci najczystszej!
P.S. I ten do Occupied Tears obrazek. Miód w postaci najczystszej!
Fear Factory - The Industrialist (2012)
Śmiech ogarnąłby mnie diabelski, szyderstwo z moich
ust wylewać by się poczęło gdybym kilku albumów tej załogi nie szanował, a
kilku niemal kultem otaczał! Przyzwyczajony jednak do wahania formy Burtona (z
Dinem od czasu do czasu) podsumuje te wypociny zwięźle i taktownie jak tylko
moja rozczarowana tą produkcją muzyczna wrażliwość pozwoli. Trzy poprawne kawałki
plus reszta wypełniaczy sklecona na kolanie pomiędzy personalnymi rozgrywkami w
kapeli. Dodatkowo okraszona pyszałkowatym przekonaniem, że fani łykną nawet automat perkusyjny
byle był zaprogramowany przez tego, jedynego muzyka. Ja tego nie kupuje. Rzekłem!
Filmowe podsumowanie 2012 (1)
Koniec roku
podsumowaniami przesiąknięty był jak zawsze, zatem poniżej "taki tam"
osobisty do bólu oczywiście przegląd tego co we mnie ślad pozostawiło
ewentualnie przedniej rozrywki dostarczyło, a co w mijającym roku obejrzałem -
choć co istotne niekoniecznie w najbliższej przeszłości nakręcone było. Stąd
też u kresu zestawienia poniższego kilka istotnych tytułów się znalazło, które
dopiero w 2012 z różnych przyczyn zobaczyć mi się udało. Uwagę zwrócić także
muszę, iż wielu produkcji co obecnie w kinie hulają bądź to dopiero na premierę
na popularnych nośnikach oczekują nie widziałem, gdyż kina ze mnie amator
zdecydowanie kanapowy!
.... start!
W kolejności pierwszej tytułów kilka z rocznika bieżącego lub najwyżej o dwuletniej dojrzałości, a które to największe na mnie wrażenie zrobiły na długo pozostając w mojej świadomości – intrygując i fascynując!
RZEŹ – prawdziwa
uczta dla wielbicieli fenomenalnego aktorstwa bez kiczowatego
pseudo-widowiskowego anturażu.
SZPIEG – bez spektakularnej gadżetomanii, antyteza Bondowskiej formuły – prawdziwie fascynująca szpiegowska rozgrywka w doborowej obsadzie.
SUNSET LIMITED – pierwszorzędny dialog, aktorski majstersztyk, intelektualna uczta w kameralno-teatralnej konwencji – minimalizm najwyższych lotów.
J.EDGAR – Eastwood z klasą opowiada historie kontrowersyjnej amerykańskiej ikony - a scena z sugestywnym wyznaniem matki Hoover'a - dosłownie miażdży.
WSZYSTKIE ODLOTY CHEYENNE’A – ciepła, pełna emocjonalnej głębi opowieść o poszukiwaniu przełomu.
W CIEMNOŚCI – już klasyk na miarę Listy Schindlera i Pianisty – wstrząsający obraz ludzkiej egzystencji - dla współczesnych w czasach niewyobrażalnych.
SZPIEG – bez spektakularnej gadżetomanii, antyteza Bondowskiej formuły – prawdziwie fascynująca szpiegowska rozgrywka w doborowej obsadzie.
SUNSET LIMITED – pierwszorzędny dialog, aktorski majstersztyk, intelektualna uczta w kameralno-teatralnej konwencji – minimalizm najwyższych lotów.
J.EDGAR – Eastwood z klasą opowiada historie kontrowersyjnej amerykańskiej ikony - a scena z sugestywnym wyznaniem matki Hoover'a - dosłownie miażdży.
WSZYSTKIE ODLOTY CHEYENNE’A – ciepła, pełna emocjonalnej głębi opowieść o poszukiwaniu przełomu.
W CIEMNOŚCI – już klasyk na miarę Listy Schindlera i Pianisty – wstrząsający obraz ludzkiej egzystencji - dla współczesnych w czasach niewyobrażalnych.
Dalej obrazy najwyższej klasy jednak z różnych powodów gdzieś o jedno oczko niżej od elity.
CHCIWOŚĆ – jak możni tego świata naszym życiem sterują i niestety zawsze spadają na cztery łapy.
STRASZNIE GŁOŚNO, NIESAMOWICIE BLISKO – niebanalna opowieść o poczuciu głębokiej straty i poszukiwaniu odpowiedzi – być może odrobinę naciągana jednak bez wątpienia wzruszająca.
DZIEWCZYNA Z TATUAŻEM – z pewnością ciekawa, intrygująca, bogata w charakterystyczną atmosferę historia – szkoda, że ubita zbyt hałaśliwą medialna otoczką – solidne kino z brawurową rolą Rooney Mara.
RÓŻA – napisać, że to wstrząsająca, surowa historia to zbyt mało – wizualna wręcz masochistyczna tortura, tylko dla najodważniejszych.
ŻELAZNA DAMA – klasyczne biograficzne kino najwyższych lotów z kluczowym wątkiem psychologicznym i olśniewająca kreacją Meryl Streep.
WODA DLA SŁONI – niezwykle barwna – przepiękna wizualnie jednakże banalna romantyczna historia ze świetną rola Christopher’a Waltz’a.
IDY MARCOWE – polityczna, zakulisowa rozgrywka – konkretnie i na temat.
MONEYBALL – wciągająco opowiedziany, błyskotliwie odegrany około sportowo-biznesowy dramat.
Z DYSTANSU – surowo, bezkompromisowo o tych co współcześnie kolejne pokolenie próbują kształtować.
MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE – stawiająca wiele pytań, osadzona w specyficznym klimacie gorzka opowieść o ludzkiej psychice, wrodzonych czy odziedziczonych predyspozycjach, popełnianych błędach i bezsilnej próbie ich naprawiania.
LADY – o miłości, oddaniu, cierpieniu, bezwzględnej dyktaturze i bezlitosnym obdartym z wszelkich wartości przywiązaniu do władzy.
Część druga wkrótce!
Muzyczne podsumowanie 2012
Poniżej subiektywne
z archiwum już wyciągnięte podsumowanie muzyczne 2012-tego i jak co roku wśród
tego na co czekałem kilka wybitnych perełek się znalazło, rozczarowań
oczywiście także nie uniknąłem co rekompensowały na szczęście debiuty lub
odkrycia grup których albumy dotychczas były mi nieznane! Kolejność nie
istotna, gdyż każdy z krążków poniższych to w odczuciu moim jakość najwyższa,
chociaż w odmiennej często stylistyce osadzona. A szersze omówienie poniższych
już wkrótce gdzieś tu na łamach się pojawi. To
pewne!!! ;)
Coheed and Cambria - The Afterman: Ascension
Anathema - Weather Systems
The Sword - Apocryphon
Soen - Cognitive
High on Fire - De Vermis Mysteriis
Katatonia - Dead End Kings
Orange Goblin - A Eulogy for the Damned
Serj Tankian - Harakiri
Rival Sons - Head Down
Soundgarden - King Animal
Deftones - Koi No Yokan
Graveyard - Lights Out
Black Country Communion - Afterglow
Oddland - The Treachery of Senses
Lamb of God - Resolution
Blindead - Affliction XXIX II MXMVI (2010)
Jakież było moje zdziwienie kiedy
to album formacji tak często w recenzjach na tej samej półce co Neurosis czy
Isis stawianej, których ukrytej magii nigdy nie było mi dane poczuć, porównywanej z największymi światowymi nadziejami sceny postrockowo-sluge'owej owładnął mną od pierwszego kontaktu. Euforyczne recenzje,
świetna oprawa graficzna oraz koncept liryczny daleki od sztampy stały się
powodem aby po ten krążek sięgnąć, mimo
umiejscowienia go w przestrzeni dźwiękowej w której jak dotąd nie odnajdywałem
muzycznego spełnienia. I dokonałem kroku przełomowego w nieznane nie tylko w
sensie zanurzenia się w scenie dotąd nieodkrytej ale przede wszystkim odważne
posunięcie to pozwoliło mi odkryć grupę na której kolejny album czekam z
ogromną niecierpliwością, pokładam wielkie nadzieje ale też i mam obawy czy
poziom Affliction... będą w stanie osiągnąć. Postawili sobie bowiem tym dziełem
poprzeczkę niewiarygodnie wysoko, podarowali tym co odważą się wejść w świat
Blindead muzyczne doznanie o charakterze wymykającym się zwykłemu poznaniu
zmysłowemu. Ubrali z pozoru nieskomplikowane kompozycje w klimat tak namacalny
emocjami, iż słuchanie tego krążka to porażające intensywnością dosłownie -
najgłębsze przeżycie. Trudno zatem jest opisać słowami jak dźwięki te powodują
odczuwanie dreszczy, jak wykrzykiwane przez wokalistę przejmujące teksty wraz z
dynamicznymi uderzeniami perkusji przeszywać mogą słuchacza, autentycznie
powodując uczucie strachu i wręcz klaustrofobicznego uwięzienia. Ten album
udowadnia z jak niezwykłymi artystami mamy do czynienia gdyż niewielu udaje się
w takiej ambitnej, a jednocześnie atrakcyjnej formie oddać atmosferę lirycznego
konceptu. Potrzeba nie lada wrażliwości, wyczucia muzycznej materii w natężeniu
wybitnym ale i wyobraźni szerokiej by za pomocą klasycznych środków takie hipnotyzujące
finalne dzieło osiągnąć. Osaczyć odbiorcę, opętać potęgą brzmienia, zauroczyć
zwiewnością i jednocześnie przerazić intensywnością. Zainspirować do zadania
sobie pytań na które w codziennej schematycznej rzeczywistości miejsca brak. W
kategorii albumu "co za serducho chwyta" jedynie z największymi
dziełami Anathemy w mojej świadomości równać się może.
Entombed - Uprising (2000)
Doprawdy w przypadku Entombed
powstanie to było w dosłownym słowa tego znaczeniu. Po kilkunastoletniej już
działalności, przejściu okresu budowania potęgi szwedzkiej sceny death
metalowej, pobudzeniu świeżości własnych produkcji na Wolverine Blues i
kontynuacji odchodzenia w stronę bardziej mainstreamowej sceny – albumem tym
na nowo zdefiniowali swój styl umieszczając własną nazwę w mojej prywatnej czołówce miażdżenia dźwiękiem. Od pierwszych do
ostatnich wybrzmiewających uderzeń album skrzy się od piorunującej riffowej
siły, raz pędzącej niemal bez oddechu na oślep, wyrzucającej tony adrenaliny w
innych momentach miażdżącej niczym walec potężnymi, miarowymi zwolnieniami.
Dźwiękowy tygiel to jednoznacznie, gdzie w idealnym miejscu spotykają się
archetypiczne w swej formie pierwiastki szwedzkiego śmierć metalu, rock and
rollowego rozpasania, punkowej nieokrzesanej dynamiki, doomowej z wolna
sączącej się bezlitośnie miazgi i niemal noise’owego odjazdu. Dodatkowym atutem
krążka jest z perfekcją wbijający się w tą nową dla Entombed jakość siłowy,
pełen szaleństwa wokal Petrova – przybierający tu formę niemal punkowego
skandowania. Jednak czuć wyraźnie, iż korzenie tego krzyku tkwią głęboko w
bulgocząco-charczącej estetyce wokalnej death metalu. Tam zaczynali i jak
dalsze działania pokazały w te rejony ostatnio powrotnie nie omieszkali
zawitać. Jednak pomimo wyraźnego szczególnie na Serpent Saints skrętu w formy
deathowe nadal istotny wpływ klimatu zaznaczonego na Uprising, punk-rockowego
(tfu!!! z amerykańską, nastolatków odmianą nie ważyć się utożsamiać) feelingu
jest wyczuwalny. Przyznaje – pierwsze Entombed klasyczno deathowe albumy
piorunującego wrażenia na mnie nie zrobiły, chociaż kierunek ideowo ścieżki
lewej ręki bezwzględnie wskazały. Z kolei Wolverine Blues nader jednostajny się
z perspektywy czasu wydaje, To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth chaosem
zbytnim odpychał, a Same Difference za daleko pomimo sporego przebojowego
potencjału od fundamentu stylu odpłynął. Dopiero Uprising ostatecznie przekonał
mnie do tej szwedzkiej zasłużonej załogi – w idealnych proporcjach łącząc
konwencje, które w swej czystej formie nie zawsze u mnie poklask znajdowały.
Tutaj jednak w odpowiednich proporcjach zestawione jakość tak wysoką reprezentują,
iż zachwytu i podniecenia nie jestem w stanie pohamować. Sama esencja tego co w
hałasie tym dla mnie najwartościowsze – nic dodać, nic ująć!
Faith No More - King For a Day - Fool For a Lifetime (1995)
Głęboko w przeszłość zerkam by z
wieloletniej już perspektywy na album o epokowym statusie w moim przekonaniu
spojrzeć. Ja, sługa uniżony tej zasłużonej załogi jedynie z pozycji kolan,
jeżeli w ogóle prawo mam jakiekolwiek zdanie o poniższym krążku wyrazić pragnę
stwierdzić, iż szczeniakiem jeszcze będąc pomimo już osiągniętego wówczas
dorosłości progu albumu tego nie byłem w stanie ogarnąć. Przyznam także, iż pierwsze w dodatku tym albumem właśnie
spotkanie z grupą zaliczyłem co może w pewnym stopniu usprawiedliwiać moje nie
przygotowanie do kontaktu z tak zacną sztuką. Jego łamiąca wszelkie bariery
konstrukcja, gdzie pełne pasji energetyczne, agresywne, niemalże brutalne
kompozycje sąsiadowały z subtelnie bujającymi perełkami gdzieś z pogranicza
prawie funku, soulu czy rewiowego niemal zacięcia były nie do przejścia dla
pochłoniętego wtedy jeszcze jednowymiarowością buntowniczego metalowo-rockowego
stuffu szczeniaka. Fenomen Pattona, który za punkt honoru obrawszy łamanie
rockowego gardłowego standardu zapuszczał się od głębokiego, chwytającego za
serducha płeć piękną czystego śpiewu poprzez „wycedzane przez zęby” kąśliwe
frazy na zwyczajnie darciu paszczy, był jednako nie do przetrawienia. Tak to
pojedyncze kawałki w mózgową korę się wpijały jednak aby całościowo wrażenie
album robił, mowy wtedy jeszcze nie było. Nie minęło jednak czasu sporo kiedy
to olśnienia doznawszy King for a Day, Fool for a Lifetime w moim dźwiękowym
podręczniku kultów wszelakich miejsce u szczytu znalazł. Dorósłszy (mam takie
wrażenie) do możliwości ogarnięcia fenomenu tego dzieła nagle ten eklektyczny
zlepek form kilku nabrał właściwych barw odsłaniając wyobraźnie formacji w
pełnej krasie. Wizjonerska to niemalże płyta, dojrzała, bogata w emocje
wszelakie – taka co smakowanie jej do największych przyjemności dla mnie od
wielu lat należy. I peany wznosić mógłbym nieskończenie, budując kolejne
chwalące tych geniuszy zdania jednak ograniczę się już tylko do krótkiego
podsumowania. Mianowicie - szczególnie obecnie, paradoksalnie za sprawą rozwoju
techniki czy internetu, młodzi muzycy co rusz z ciekawymi pomysłami się
pojawiają, rozwidlając ścieżki swoich muzycznych przewodników z przeszłości czy
budując nowe formy. Jednak w przekonaniu moim równie uniwersalni, z taką gracją
łączący różnorodne konwencje twórcy od czasu Faith No More się nie pojawili.
Twierdze to z pełnym przekonaniem zdając sobie sprawę ile fantastycznych dźwiękowych
klejnotów od studyjnego zgonu ekipy Pattona w moim prywatnym płytowym
sanktuarium się pojawiło. Wielbię i wielbić będę z niegasnącą nadzieją
czekając aby studyjnie się odrodzili – tak mi ich kurwa w spisie nowości na
najbliższy czas brakuje!
Django Unchained / Django (2012) - Quentin Tarantino
Tarantino po raz kolejny skutecznie puścił oko
do publiczności, zgrabnie tym razem łącząc konwencje westernu ze swoim
specyficznym poczuciem humoru oraz już od dawna uskutecznianym autorskim
gatunkiem. I choć nie jest to już to zaskoczenie i
szok jak w przypadku klasycznych już jego produkcji nie mógłbym
napisać, że przez te grubo ponad dwie godziny nie bawiłem się przednio -
jednocześnie próbując odkrywać jak zawsze zakamuflowane drugie dno.
Dodatkowo kapitalna obsada z genialnymi kreacjami DiCaprio, Jacksona
oraz przede wszystkim Waltza (tak na marginesie - nie udało mi się
jednak uniknąć poczucia, iż rola to, a może bardziej jej odegranie
bliźniaczo podobne do pułkownika Hansa Landy) bardzo wyraźnie ciągną
film do góry pozwalając delektować się jak zwykle błyskotliwymi
dialogami oraz dostrzegać majstersztyk skrojonych postaci. Mam nadzieje
jednak, że kolejna produkcja Quentina zanotuje jakiś przełom, gdyż
niestety z każdą odsłoną ten już coraz bardziej wtórny pomysł wyraźnie
kliszą przesiąknięty. Niemniej jednak dla tych wszystkich co
jednocześnie z przymrużeniem oka i inteligentną wnikliwością odbierają
filmy mistrza przeżycie z pewnością co najmniej satysfakcjonujące! Ale
oni na pewno już wyrobili sobie własne zdanie.
Orchid - Capricorn (2011)
Stało się!
Wiekopomna chwila nadeszła aby tezę bluźnierczą wygłosić. Mianowicie po
czterdziestu latach Black Sabbath z piedestału strąceni zostali - pojawili się
ci co album zwycięski w konfrontacji z sześcioma pierwszymi krążkami
prekursorów z Birmingham mi sprezentowali. Wszystko się tu zgadza! Okładka,
kozioł w formie tak archetypicznej jak to tylko możliwe. Teksty co okultyzmem
nasączone świętości wszelkie łajają. Brzmienie, jakby czas cofnąć, brudne, zadymione w oparach woni słodkiej
utytłane. Wokal, anty śpiew co nie odstrasza, a obłędu swoistego całości
dodaje i sama muzyka - archaiczna w konstrukcji jednak z takim
"wdziękiem", smakiem poprowadzona, że te ograne już często pomysły
nowym blaskiem powalają, apetyt na jeszcze ogromny rozbudzając. Refleksja taka
się narzuca - jakie to życie przewrotne być potrafi, kiedy Sabbath w składzie
pierwotnym po latach wielu w tajemnicy nad nowym krążkiem pracują, z
oczekiwaniami niewiarygodnymi zmierzyć się muszą, epigoni znienacka wyskakują
co zadanie im utrudniają, poprzeczkę niewyobrażalnie podnosząc. I coś mi tu
intuicja podpowiada, że taki oczekiwany poziom wysoki przy kolejnym albumie
tylko Orchid osiągnąć może!
Mastodon - The Hunter (2011)
Mastodon
wielki jest!!! Deklaracja oddania spisana, niemalże krwią parafowana! W moim
odczuciu kolejny raz klasę potwierdzili tworząc album, który wyraźnie pokazuje,
że nie jest dla nich istotne czy nagrają potężne, brudne, pełne muskularnych
riffów utwory, przebogate, progresywne kolosy czy zwarte niemalże o piosenkowym
charakterze - jak w tym przypadku, krótkie formy. W każdej z nich zawrzeć potrafią potencjał jakim dysponuje wieloręki Brann Dailor,
riffów produkcje o melodyce dysharmonicznej niebanalną jak i udowodnić, że
nawet gdy ktoś wokalnej, szerokiej skali nie posiada, w anty śpiewie się
specjalizuje to odpowiednie uchwycenie tych popisów w
aranżacyjno-instrumentalne zawijasy efekt piorunujący dać potrafi. Ten album dla
mnie to do końca przemyślany, profesjonalny w każdym aspekcie
kompozycyjno-graficzny majstersztyk na salony muzycznej awangardy ich
wprowadzający. Dla wielu jednak nawet ten, chyba najbardziej przystępny z
dotąd przez grupę wydanych album będzie daniem niestrawnym, odpychającym
chaosem powierzchownym czy "wyciem" niezrozumiałym. Potwierdzeniem,
że takie produkcje tylko do obłąkanych umysłów trafiają. Widocznie mnie z tym
szaleństwem bardzo dobrze bo od Leviathana począwszy z każdym Mastodona
krążkiem zdecydowanie mi po drodze!
Anathema - Weather Systems (2012)
By kilka
zdań tych sklecić zbierałem się długo bowiem album ten w czasie krótkim stał
się dla mnie ikoną o wartości niepodważalnej, czymś o absolutu charakterze.
Pozwoliłem nawet aby przerwa w kontakcie z nim być może zweryfikowała mój
entuzjazm, chłodnym z dystansu spojrzeniem o perspektywie odmiennej obraz dała.
Jednak powrót do krążka okazał się ciosem emocjonalnie równie porażającym jak
każde wcześniejsze z nim obcowanie. Od
początku samego otrzymuje dwuczęściową suitę co równych sobie w historii rocka
ma niewielu. Untouchable otworzył we mnie pokłady wrażliwości mocno ukryte i
choć pełne przeżywanie dźwięków ulubionych nie jest mi obce takiego piękna w
postaci najczystszej dawno już nie dane mi było kosztować. Poczucia muzycznego
spełnienia nie odbierają mi kolejne kompozycje wylewające się z głośników - otrzymuje
zarówno przebogate, pozbawione patosu klawiszowe orkiestracje, pianina akordy
wzruszające, gitarowe "floydowskie" ornamenty jakby do wymiaru innego
przenoszące, rytmu z pulsem ciekawym bicia i głębie wokalną prawdziwego śpiewu
co z wnętrza duszy ludzkiej wypływa. Odczuwam przez te kilkadziesiąt minut stan
spokoju, równowagi, szansę dostaje na otwarcie oczu szeroko, ujrzenie tego co
naprawdę w życiu ważne być powinno - o prozie codzienności zapominam. I dziwić
może po entuzjazmu słowotoku obfitym twierdzenie poniższe, iż poziomu We're
Here Because We're Here nie przeskoczyli, jednak dzieło mu dorównujące choć o
charakterze subtelnie odmiennym stworzyli. Anathema dziś to dar dla każdego kto
tylko zechce dać jej szansę - z tej perspektywy świat wygląda znacznie
ciekawiej.
P.S. Wiem - chyba się starzeje!
P.S. Wiem - chyba się starzeje!
The Impossible / Niemożliwe (2012) - Juan Antonio Bayona
Mieszane odczucia - z jednej strony to
solidnie od strony technicznej zrobiona produkcja, gdzie jakikolwiek
efekt specjalny nie burzy wrażenia naturalności, z drugiej niestety w
oczywisty sposób przewidywalna jedynie w niewielkim stopniu, w
niewielu fragmentach rzeczywiście budząca emocje. A tak naprawdę
potencjał historii od strony emocjonalnej ogromny i może wystarczyło
zrezygnować z banalnej formy - odtwórczej, płaskiej niestety aby efekt
końcowy był równie wstrząsający jak cała historia. Ogólnie spodziewałem
się zdecydowanie więcej i nawet jako rodzic pomimo naturalnego odczucia
powagi dramatyzmu sytuacji jedynie w jednym momencie odczułem mocniejsze
wzruszenie. Rzemieślnicza to robota albo emocjonalnie wypalony ze mnie
wrak - o co siebie oczywiście nie podejrzewam!
The Place Beyond the Pines / Drugie oblicze (2012) - Derek Cianfrance
Jednym słowem genialny! To na takie filmy
czekam z nadzieją, dając wkręcać się w międzyczasie w oglądanie
produkcji lansowanych na „hiciorskie hity”, a w rzeczywistości będących
tylko banalnymi pierdołami o niczym! Tutaj w ponad dwugodzinnym
majstersztyku otrzymałem zarówno kapitalny scenariusz w nieszablonowej
formie jak i świetne aktorstwo, poruszające sceny, dramatyczne pełne
zaskoczenia zwroty akcji czy wprawne oko i własny styl reżysera. To
właśnie takie obrazy potrafią przynajmniej na chwile zmienić u
oglądającego sposób spostrzegania rzeczywistości, głęboko poruszyć,
zmusić do refleksji zostawiając z masą wątpliwości i pytań. Oczekiwałem
od tego filmu bardzo dużo i w pełni moje oczekiwania zostały
zaspokojone! Odczuwając satysfakcje mogę śmiało napisać, iż Derek
Cianfrance to teraz dla mnie obecnie największa nadzieja w amerykańskim
kinie. Blue Valentine zachwycił, a The Place Beyond the Pines utrzymał w
tym odczuciu. Tyle!
P.S. No i oczywiście nie mógłbym przejść obojętnie wobec faktu, iż muzyka to robota Mika Pattona!
P.S. No i oczywiście nie mógłbym przejść obojętnie wobec faktu, iż muzyka to robota Mika Pattona!
High On Fire - De Vermis Mysteriis (2012)
Przez
kilka ładnych lat żyłem w nieświadomości, że niejaki legendarny Matt Pike
nagrywa pod szyldem High on Fire albumy, które na moim ośrodku słuchu wrażenie
zrobić mogą zdecydowane. Na całe szczęście zwabiony świetną oprawą graficzną
najnowszego krążka spróbować postanowiłem cóż pod tym obrazkiem ukrywać się
ciekawego może. Intuicja tym razem trafną niezwykle podpowiedź mi dała, bowiem
De Vermis Mysteriis okazał się albumem,
który na nowo dał mi nadzieje, że w dźwiękach gdzie gruzu i brudu, a i melodii
niebanalnych nie brakuje coś ciekawego się zdarzyć jeszcze może. Szczególnie
gdy tuzów z Down ostatnie kroki dosyć nieczytelne się wydają - spadek formy
między wierszami na muzyczny biznes zrzucić próbują. Ale akurat o tym w
szczegółach innym razem! Tu mowa przecież nie o spadku formy, a formy tej
wzroście. Spryt wodza formacji i wyczucie niemałe w tym, że ciosy szybkie,
gwałtowne o motorheadowym pochodzeniu ze stonerowo-doomowymi walcami połączył
smaku dodając szczyptą finezyjnych miniatur pomiędzy powyższe wplecionych. Na
fundamencie przez intensywną pracę sekcji rytmicznej budowanym nakładając
rozjazdy gitarowe, ciężkie, masywne zwolnienia z galopadami przeplatając.
Dzięki temu album żyje różnorodnymi barwami przez co nudzić się słuchaczowi nie
pozwala. I życzyć sobie tylko wypada by tendencje wzrostową zachowali i w
przyszłości kolejnym gwałtem na ośrodku słuchu raczyć mnie zechcieli.
Rival Sons - Head Down (2012)
Szczerze –
bardzo się obawiałem co przyniesie nowy album tych retro amerykanów. Absolutnie
nie dlatego, że wątpiłem w ich talent – nic z tego! Dwa poprzednie krążki
dobitnie pokazały, że wyczucia, aranżacyjnej biegłości i zwyczajnie
przebojowego zmysłu im nie brakuje. Obawa dotyczyła ich rosnącej w ogromnym
tempie popularności, która niemal każdego dobrze rokującego artystę jest w
stanie przenieść z realiów twórczego głodu
do świata nasycenia wszelkiego rodzaju dobrem, przez co serwują nam potrawy
wyglądające zachwycająco jednak pozbawione jakiejkolwiek wartości odżywczej. Na
szczęście ci rokerzy z metalowej wytwórni płytowej nie złapali się jeszcze na
ten słodki lep i obdarzyli nas kolejnym ponadprzeciętnym zbiorem dźwięków, może
nie tak masywnych i zbitych jak na Pressure and Time jednak równie
intrygujących. Tym razem odnoszę wrażenie, że wraz z rockowym feelingiem
zmieszali więcej bluesowo-soulowych zagrywek, smaczków ocierających się nawet o
niemal art rockowe motywy - jednak nie takich w postaci banalnych mielizn, a
zdecydowanie subtelnych niezwykle uwrażliwionych, tętniących taką
emocjonalnością z dużą klasą. Tutaj nawet zamykający album kawałek pomimo
niemal groteskowego delikatnego śpiewu wokalisty nie wzbudza wrażenia
przesłodzonego. Odnajduje swoje miejsce niemal na takiej granicy, jednak nawet
przez chwile jej nie przekracza. Dużym plusem krążka jest także dodanie
szczególnie w rozbudowanych Manifest Destiny pt 1 i 2 więcej miejsca na
rozwijające się intrygująco niemal improwizowane instrumentalne rozjazdy.
Dzięki nim album zyskał więcej powietrza, świeżości, a i na koncertach zapewne
otworzy im to drogę do rozbudowania utworów w formy znane z lat 70 tych.
Instrumentalne rozpasanie wraz z oszałamiającym kunsztem wokalnym Jay'a
Buchanana tworzą jakość (i tu bluźnierstwo) porównywalną moim zdaniem nawet z Led Zeppelin z lat największej świetności. Jestem przekonany, że gdyby pojawili
się ze 40 lat wcześniej dzisiaj ich status sięgałby zenitu, może jednak na
szczęście nagrywają dopiero teraz przez co dają szansę współczesnym odbiorcom
muzyki na niezwykłe doznania, udowadniając, że jak się ma prawdziwy talent to
nie trzeba podpierać się prowokacją, fajerwerkami na scenie czy tandetnymi
chwytami.
P.S. Aż się prosi by napisać coś o scenicznych wygibasach Jay'a - tu należy przytoczyć jedynie dwóch klasyków - Jaggera i Rosa! I wszystko jasne!
P.S. Aż się prosi by napisać coś o scenicznych wygibasach Jay'a - tu należy przytoczyć jedynie dwóch klasyków - Jaggera i Rosa! I wszystko jasne!
Katatonia - Dead End Kings (2012)
Trochę
zajęło mi aby ogarnąć i wyrobić sobie jako takie zdanie o nowym albumie Katatonii.
Przyznam, że po pierwszych odsłuchach miałem dość mieszane odczucia - bo z
jednej strony album przeleciał bez większego entuzjazmu, jedynie w dwóch,
trzech miejscach robiąc emocjonalną zawieruchę z drugiej zaś zdawałem sobie
sprawę, że taka muzyczna bryła, którą się jawił daje nadzieje na to, iż
złożoność krążka w perspektywie czasu
odsłoni jego bogactwo. I tak właśnie się stało - brak w większości ewidentnych
przebojów pozwolił Katatonii na zabawę aranżacjami do odkrywania po
wielokrotnym obcowaniu z płytą. Album sprawia wrażenie skrytego, nieśmiałego
dającego szansę na odkrycie czegoś niezwykłego tylko osobom wytrwałym, tym co w
muzyce cenią nie tylko fasadę ale przede wszystkim wielowarstwowość ukrywaną
pod nią. Cieszę się "okrutnie", że grupa po raz kolejny pokazała w
obrębie swojego stylu nową jakość i to nie w sposób banalny, a wysmakowany,
poruszający i nietuzinkowy. Nie mogę jednak zrozumieć jak taką perełkę idealnie
dopełniającą całość jak Second zostawili jedynie na wersje limitowaną. Ten
album bez tego kawałka na zakończenie byłby jak The Great Cold Distance bez
Journey Through Pressure czy Night is the New Day bez Departer!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























