Nie ma już od piętnastu lat na tym łez padole maestro
Schuldinera, a mnie nieodłącznie towarzyszy, kiedy albumy Death odtwarzam
pytanie, gdzie dziś byłby, w jakim muzycznym środowisku gdyby w tak młodym
wieku nie przegrał z bezlitosną chorobą? Odpowiedź w pewnym sensie oczywista,
bo człowiek z takim potencjałem kompozytorskim i taką wizją nie powielałby
schematów, nie ograniczał się w zamkniętej stylistyce. W naturze swojej miał
eksplorację nowych lądów, a potrzeba ich odkrywania była najistotniejszym
motorem napędowym w jego twórczości. Precyzyjnie jednak kierunku rozwoju nie
śmiałbym przewidywać, spekulacje pewnie by mnie ośmieszały i obnażałyby moje
ograniczone horyzonty. Zatem nie porywam się na brawurowe wróżenie z fusów tylko okazję
wykorzystam do bicia pokłonów przed pozostawionym nam maluczkim fanom
dorobkiem mistrza. Skupię się w tym miejscu na krążku w pełni przełomowym dla
flagowego okrętu dowodzonego przez Chucka Schuldinera. W moim przekonaniu to
właśnie na Human rozpoczął się dla ikony wyścig wyłącznie z samym sobą, bo nie
było dla nich konkurencji. Takie ekipy jak Nocturnus, Cynic, Pestilence czy
Atheist wprawdzie trzymały poziom i na swój charakterystyczny sposób z impetem przesuwały czy poszerzały granicę, jednak w moim odczuciu nigdy nie sięgnęły tych
szczytów, które zarezerwowane były wyłącznie dla Death. Może powód takiego
stawiania spraw zawarty w subiektywnym braku pełnej kompatybilności pomiędzy
moimi muzycznymi potrzebami, a stylem prezentowanym przez wymienionych. Może obiektywnie rzecz biorąc każda z tych grup była jedynie gorszą, bo wtórną odpowiedzią
na geniusz formacji Schuldinera. Sprawa dyskusyjna, zatem by tekstu do
rozmiarów elaboratu nie napompować i na zajadłe plucie jadem przez
ekstremalnych fanów powyższych ekip się nie narazić napiszę koncyliacyjnie, że wielkość
Death niepodważalna, a znaczenie wymienionych towarzyszy broni też znaczące. Human to niepodważalna klasyka, idealna konstrukcja mogąca być bez przesady
nazywana intelektualnym death metalem. I nie mam tutaj wyłącznie na myśli
skomplikowanych struktur instrumentalnych, lecz również teksty będące
przenikliwymi obserwacjami natury człowieka z istotnym wpływem tez z pogranicza
psychologii, socjologii i filozofii. To przede wszystkim odróżniało Death od
setek innych ekip parających się ciężkim graniem, że w warstwie lirycznej nie
odjeżdżali w pierdoły fantasy czy gore, tylko twardo stąpali po ziemi. Album przełomowy, epokowy, legendarny – bez dyskusji!
poniedziałek, 27 czerwca 2016
czwartek, 23 czerwca 2016
Rival Sons - Hollow Bones (2016)
Nie ma po co na głębokie filozofowanie się silić,
bo nie napiszę już praktycznie nic nowego, kiedy w przeciągu krótkiego czasu
kolejny tekst o Rival Sons powstaje, a sama muzyka niewiele od wypracowanego,
charakterystycznego stylu grupy się różni. Może i pewne niuanse świadczące, że
jednak w miejscu nie stoją na Hollow Bones da się wychwycić, jednak ich kaliber
dość mały by mogły wpływać znacząco na całościowy charakter tworzonych
dźwięków. To kolejny kapitalny (nazwę go odważnie klasycznym) materiał Amerykanów
będący dowodem potwierdzającym ich nieprzeciętną klasę i zajmowane od lat kilku
czołowe miejsce na retro rockowej scenie. Synteza wielkiego talentu wokalnego
Jaya Buchanana, jego kluczowej muzycznej wyobraźni oraz instrumentalnej
biegłości i kompozytorskiego polotu jego towarzyszy, która z prostych
środków potrafi aranżacyjne perły wydobyć. Hollow Bones to zarówno rockowe
petardy, widowiskowe bluesowe improwizacje, nostalgiczne ballady z płaczliwą
gitarą, jak i akurat tutaj w większej ilości ekstatyczne duchowe przeżycia
bazujące na natchnionych wycieczkach w stronę gospel. Gdybym był wierzący to z
pewnością podrygiwałbym w uniesieniu dziękując Bogu za tych czterech
fantastycznych artystów zza oceanu. Mimo braku we mnie tego rodzaju wiary, gdy
słucham przykładowo drugiej części utworu tytułowego bioderka me pląsają
rytmicznie, ręce ku niebiosom się wznoszą, a braki wokalne stają się nieistotne
w momencie, gdy potrzeba nieskrepowanej werbalnej ekspresji silniejsza od
samokontroli. :) Jedyny problem, i to taki, który problemem gdy innych
większych szczęśliwie brakuje, to długość krążka oscylująca w granicach
czterdziestu minut. Brakuje więc jednego bardziej rozbudowanego numeru, który
to by dopełnił całość i zamknął materiał w idealnym czasie. Po dziewięciu
kawałkach apetyt nie do końca jest zaspokojony, potrzeba pozostania w świecie
Rival Sons wciąż silna, obcowanie z dialogiem wokalu z wiosłem konieczne. Stąd
też bardzo rzadko na jednym odsłuch Hollow Bones się kończy.
piątek, 17 czerwca 2016
Irrational Man / Nieracjonalny mężczyzna (2015) - Woody Allen
Woody Allen jak nikt inny potrafi z wyświechtanego banału skroić przenikliwy intelektualnie majstersztyk. Udowadniał to po wielokroć i tym razem (chociaż narzekań krytyki nie uniknął) utrzymał poziom wysoki. Charakterystyczna, wypracowana przez lata lekka konwencja allenowska bazująca na klasycznych hollywoodzkich wzorcach, rozbudowana o ciężki ładunek filozoficzno-psychologiczny po raz kolejny (mimo, że to przecież było już tyle razy) potrafi utrzymać w skupieniu i po seansie pozostawić nie tylko w dobrym nastroju, lecz również dać materiał do rozważań. Szczęśliwie nie są to arcypoważne, wyłącznie czysto akademickie deliberacje, tylko przede wszystkim luźne refleksję w towarzystwie, jak doczytałem Ramsey Lewis Trio. Poszukiwanie sensu życia, powolne grzęźnięcie w stagnacji bez perspektywy odnalezienia świeżych podniet, które to pobudziłyby energię, przyniosły witalność i motywację. Odważnie spojone z wewnętrzna dyskusją bohatera w temacie idei porzucenia miałkiego teoretyzowania na rzecz namacalnego doświadczenia, kwestii moralności zależnej od oceny sytuacyjnej, usprawiedliwiania morderstwa dobrymi intencjami i estetyki podejmowanych działań, a finalnie zgrabnie spuentowana przez Allena odwołaniem do zbrodni i kary w duchu karmicznego porządku świata, lub może bardziej przypadkowych splotów wydarzeń - to wszystko moja subiektywna interpretacja. :) I może akurat Irrational Man w bezpośredniej konfrontacji z jego ikonicznymi produkcjami wypada mniej błyskotliwie to jednako dzięki genialnym aktorskim umiejętnością jednych z moich aktorskich ulubieńców w osobach Emmy Stone i Joaquina Phoenixa utrzymuje rasowy warsztatowy szlif.
czwartek, 16 czerwca 2016
Grandma / Babka (2015) - Paul Weitz
Małe, kameralne kino o cholernie ważnych sprawach, zamknięte w zaledwie osiemdziesięciu minutach i w tych skromnych rozmiarach zawierające liczne głębokie prawdy o ludzkich relacjach w rodzinnym mikrokosmosie. Rodzina w centrum, a kluczową jej postacią babka. Tyle że ona sama zdecydowanie odstająca od przyjętego modelu - babcia chętniej spaliłaby skręta niż upiekła szarlotkę, raźniej wskoczyłaby do łóżka z atrakcyjną fizycznie i intelektualnie niewiastą niżby śpiewała psalmy w świątyni. Bo to pyskata sarkastyczna ekscentryczka z dominującym charakterem i szerokim doświadczonym spojrzeniem. Stanowcza feministka, świadoma lesbijka o artystycznej wrażliwości skrytej głęboko pod grubą skórą hartowaną goryczą. Wraz z "nieostrożną" wnuczką i poniekąd także we współpracy z apodyktyczną córką poszukuje rozwiązania "problemu", który znienacka się pojawia zmuszając do przedsięwzięcia intensywnych działań i odpowiedzialnych kontrowersyjnych decyzji. Z pozoru proste, choć niepozbawione rzecz jasna obiekcji rozwiązanie z czasem stają się coraz bardziej wątpliwe, a podjęte finalnie decyzje w żadnym wypadku nie są ukazywane jako te jedyne i najwłaściwsze. Tu w rzeczy samej tkwi istota tej dojrzałej i wartościowej produkcji, że nie narzuca przekonań, nie próbuje podstępnie przemycać ideologii i umoralniać z pozycji "wiem lepiej". Bez nadęcia i łzawej otoczki z rozważną nostalgią ale i odpowiednią porcją celnego poczucia humoru. Niszowe, niezależne kino dla niespętanych konwenansami umysłów, znaczy tych jeszcze odpornych na ideologiczną indoktrynację.
wtorek, 14 czerwca 2016
Ali (2001) - Michael Mann
Śmierć mistrza nakazała sięgnąć po raz wtóry po jego
filmową biografię autorstwa Michaela Manna, a że nie tylko od strony
merytorycznej to pozycja zacna, zatem powrót do niej z pewnością nieprzyjemnym
obowiązkiem nie był. Dodatkowo zdeklarowanym wielbicielem wszelkiego rodzaju
autentycznych historii opowiedzianych językiem filmowym, a dotyczących postaci
nietuzinkowych jestem, stąd zatopienie się w tych smutnych okolicznościach w
wartościowym obrazie prócz pogłębienia wiedzy o ikonie równolegle stworzyło okazję do kilku istotnych refleksji. Ich obiektem człowiek budzący swego czasu ogromne kontrowersje, z
jednej strony ikona boksu i wszelkich organizacji walczących z rasizmem z
drugiej showman z ogromnym ego, niewyparzoną gębą, taki arogancki kogut
podporządkowujący sobie mieszkańców kurnika. Społecznik, który wykorzystał
sławę nie wyłącznie dla egoistycznych celów, lecz także megaloman podatny na
religijno-ideologiczną indoktrynację. Egoista i altruista w jednej osobie, z żelazną konsekwencją realizujący postanowienia i wprowadzający zasady w życie. Postać barwna niezwykle,
z wyrazistymi przekonaniami zdolny do rzeczy wielkich jak i popełniający masę błędów. Uparty z przyrodzeniem z granitu, bezkompromisowy
z gigantyczną wewnętrzną motywacją. Utalentowany i pracowity, z wrodzonymi
predyspozycjami i wykutymi w treningu umiejętnościami. Mitoman poniekąd z tandetną
gadką nastawioną na zdobywanie lanserskiego poklasku (ach te jego rymowanki) i
mistrz niekwestionowany, który wstrząsnął środowiskiem pięściarskim i ówczesnym
amerykańskim społeczeństwem deklarującym w przytłaczającym stopniu przywiązanie
do konserwatywnych tradycji w duchu segregacji rasowej. Nie dziwi zatem, iż
jego kariera obfitująca w liczne zwroty
akcji, gdzie brak poprawności politycznej przysporzył mu zarówno mnóstwo wrogów
wśród białych decydentów i wiele sympatii pośród kolorowych braci, stała się
kapitalnym materiałem dla filmowców. Cieszy mnie, iż tak bogaty życiorys został
genialnie wykorzystany przez Michaela Manna, zarówno od strony emocjonalnej,
przenikliwie analizując legendę jak i
warsztatowej kapitalnie oprawiając treść dźwiękami z epoki, szlagierami czarnej
muzyki oraz niezwykle realistycznie odtwarzając sekwencje walk z genialnym zakończeniem obrazu kultowym starciem Alego z Foremanem. Unikalna postać i
godna jej prezentacja.
P.S. Przyznać muszę, choć wielbiciel „talentu” Willa Smitha ze mnie żaden, iż
akurat w tej roli wypadł naprawdę przekonująco.
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Black Sabbath - Paranoid (1970)
Black
Sabbath, co „najoczywistszą” oczywistością w tym najdoskonalszym klasycznym
układzie personalnym, to ciężki, masywny riff Iommiego, wyrazisty bulgot basu
Geezera, swingowy puls perkusji Warda i antyśpiew Ozzy’ego. Z tego
standardowego zestawu instrumentów cztery ikony hard rocka stworzyły szeroki
wachlarz możliwości, dzięki ogromnej muzycznej wyobraźni oraz determinacji. Na
Paranoid w moim i zapewne wielu przekonaniu znajdują się utwory absolutnie esencjonalne dla szybko wypracowanego stylu legendy. Bo oto te osiem numerów
to rozbudowany formalnie, pełen zwrotów akcji antywojenny manifest w postaci
War Pigs, chwytliwy i dynamiczny tytułowy Paranoid, surowy wręcz „prosty” Iron
Man, ekstremalnie mroczny Electric Funeral, żwawy do potupania nóżką stworzony
Hand of Doom oraz Fairies Wear Boots, nieco eksperymentalny, popisowy w sensie
obijania zestawu perkusyjnego Rat Salad i zjawiskowo wypełniony klimatem,
przesiąknięty czarującym groovem Planet Caravan. Każda z tych kompozycji może
być uznawana za tą reprezentacyjną dla stylu Black Sabbath, bo oto wszystkie te
kierunki, w różnych proporcjach ale były kontynuowane na klasycznych krążkach i
gdybym miał ochotę to z łatwością mógłbym przypisać im w tym miejscu po kilku
odpowiedników z kolejnych albumów. Stąd mój wniosek, że jeżeli istnieją
osoby nieświadome, tacy urwani z choinki laicy w kwestii rockowej legendy i
chcieliby oni poczuć czym to zasłużył się pierwszy skład Black Sabbath w
historii ciężkiej muzy to polecam właśnie Paranoid jako idealny probierz ich
„stylu” Drugi album w dyskografii Brytyjczyków to niczym stworzony na kilka lat
przed zakończeniem marszu po chwałę zestaw greatest hits. Nie ma bata – rzecz kultowa!
piątek, 10 czerwca 2016
Moje córki krowy (2015) - Kinga Dębska
Obraz bardzo dobrze przyjęty przez wybredną polską
krytykę i doceniony sporą sympatią przez zwykłą publiczność. Dojrzały dramat, a może bardziej błyskotliwa obyczajówka pozbawiona
drażniącego nadęcia, rozdzielania włosa na czworo, bez typowej dla polskiej
szkoły jękliwości, z łebskim poczuciem humoru, a jednak na poważnie z
autentycznymi głębokimi emocjami. Przenikliwa analiza oparta na trzeźwych
spostrzeżeniach i zaangażowanych od wewnątrz obserwacjach. Z wybornym tematem
muzycznym akcentującym nieprzeholowaną nostalgię, wyraziście skrojonymi postaciami i naturalną,
przekonująca grą aktorską Agaty Kuleszy, Gabrieli Muskały, Mariana Dziędziela,
Marcina Dorocińskiego - wszystkich bez wyjątku. Mały film o dużym znaczeniu, niezwykle
prawdziwy bez koloryzowania, taniego sentymentalizmu, czy telenowelowego banału. Za to z masą wrażeń do intensywnego
przeżywania przez wzgląd na szeroki wachlarz pojawiających się postaw bohaterów
i odniesień do osobistych doświadczeń. Bo niestety choróbska są w życiu
nieuniknione, pytanie tylko kiedy trzeba będzie się z nimi zmierzyć i w jakiej
skali. Czas płynie nieubłaganie, nie stajemy się młodsi i nie jesteśmy odporni
na słabości organizmu. Czy poradzimy sobie poddani presji, narażeni na stres, z
poczuciem odpowiedzialności, z przygniatającym ciężarem bezradności i około
rodzinnymi zgrzytami. Jak przebrniemy przez te próby, w jakim stylu, z jakimi
stratami, z jakim bagażem? Kinga Dębska nie podpowiada ewentualnych rozwiązań,
nie moralizuje i nie osądza. Opowiada pouczającą rodzinną historię bez fałszów,
autentycznie ze swadą, w której walor szkoleniowy istnieje, tyle że sprowadza
się on wyłącznie do bezcennej prawdy stwierdzającej, iż jesteśmy niedoskonali zarówno z
wadami jak i zaletami. Różni od siebie ale przez tą odmienność także dla
siebie inspirujący, a przede wszystkim sobie potrzebni. Bo właśnie taką rolę
powinna pełnić rodzina, pielęgnować poczucie dystansu do spraw błahych, wspierać
i próbować przynajmniej starać się rozumieć z empatią i dobrą wolą nasze
słabości. Wybuchy złości, szczere częstokroć przykre wyrzuty, wzajemne
pretensje i żale nagromadzone latami, wrzące i eksplodujące znienacka. Bo
emocje muszą prędzej czy później znaleźć ujście, a my powinniśmy być
przygotowani na zmierzenie się z ich konsekwencjami gotowi na przekształcenie ich energii w konstruktywne paliwo. Pretekst do ich przepracowania z pewnością się znajdzie i niekoniecznie musi być to choroba czy śmierć bliskich.
czwartek, 9 czerwca 2016
AC/DC - Highway to Hell (1979)
Jest rok 2016, niemal już połowa, a ja piszę te
kilka zdań w zupełnie od niedawna nowych okolicznościach dla AC/DC. Grupa,
która zdecydowaną większość kariery przetrwała w żelaznym składzie z
niewielkimi roszadami na pozycji pałkera oraz tą najistotniejszą zmianą
frontmana, teraz rozsypuje się na moich oczach niczym domek z kart. Tracą
Panowie zdrowie, jeden po drugim i siłą rzeczy (to nieuniknione) zejść muszą ze sceny. Na
początek Malcolm, teraz Brian Johnson i pytanie kto następny? Kapela podtrzymywana w sposób nieco kontrowersyjny w koncertowym rytmie za sprawą angażu (rany
boskie) statycznego, bo z uszkodzonym kulosem Axla Rosa nie poddaje się jednak
i jak donoszą ci, co mieli okazję ich w tym zestawieni na żywo zobaczyć (osz
cholera) dają radę. Nie widziałem i zapewne już nie zobaczę ich z Axlem
(dobrze/niedobrze – cholera wie), więc powstrzymam się od grubej spekulacji w
kwestii ocennej, pozwolę sobie tylko na jedną kąśliwą uwagę. Mianowicie jak
pomyślę, że dziadek w krótkich spodenkach hasający po scenie doładowany słuszną
porcją tlenu aby uratować trasę (opcja pierwsza, dla kasy, opcja druga, dla
uciechy fanów – właściwą odpowiedź proszę sobie indywidualnie zakreślić)
angażuje gwiazdora z poważnymi zaburzeniami osobowości, to automatycznie mój
niepokój zostaje wzbudzony. Trzeba wiedzieć (pozwolę sobie na brawurowy cytat)
„kiedy ze sceny zejść niepokonanym”, by na drwiny się nie narażać i nie
ryzykować utraty opinii koncertowego tornada, które jak sam byłem świadkiem w
2010 roku zmiata ze sceny wszystko! Chce wierzyć, że pomimo tak dużych
problemów ten rock’n’rollowy pociąg przejeżdża z impetem pozostawiając za sobą
charakterystyczny zapach spalin. To pewne – to już koniec, tylko odwleczony
nieco w czasie. Żegnaj legendo i proszę odejdź z klasą, niech Angusowi nie
przyjdzie do głowy pomysł by nagrywać kolejny album, tym bardziej z zastępstwem
wokalnym. Ja zamiast wymuszonych działań studyjnych zdecydowanie wole zapuścić
sobie klasyki i co ciekawe coraz częściej te z epoki Bona Scotta. Gdzieś
następuje we mnie pewna przemiana i jak uwielbiam kołyszące bluesy ze
środkowej fazy Johnsona to teraz z atencją zarzucam longi z lat
siedemdziesiątych, a wśród nich co jasne Highway to Hell. Te drapieżne rockery,
bez wyjątku kipią potężną energią rozsadzającą głośniki i podgrzewającą krew w
żyłach to najwyższej temperatury. Bo to płyta przepełniona testosteronem,
napompowana adrenaliną, gdzie czuć gorący temperament Australijskich rockmanów.
Nie ma na Higway to Hell jakichkolwiek wypełniaczy, brak nawet chwilowych
przestojów (Night Prowler to żadna ballada - rzekłem :)) – jest gorrrąco, jest krew, pot ale nie ma
łez. Bo prawdziwi mężczyźni nie łkają (ewentualnie tylko wypluwają z siebie
gorycz). Korzystają z życia pełnymi garściami chwytając we własne łapska
kobiece wdzięki, idąc przez życie z uśmiechem na gębie, arogancko zdobywając
poklask i uznanie. W towarzystwie brylują, sypią żartem, czarują, rozsiewają
feromony, są samcami, nie ciotami. Czasem schodzą do piekła, lecz tylko by
pobudzić w sobie determinację, strzelają płomieniami miłości, kochają na całego
i tego samego oczekują od swych niewiast. Bawią się setnie i kurwa niestety
kończą swój żywot zbyt wcześnie. Pozdrowienia dla króla życia, ukłony dla wiecznego Bona Scotta!
P.S. Mężczyźni też nie przepraszają, tylko informują jak czują, że trzeba. Zatem by była jasność, nie jestem homofobem, żadnym też seksistą – to tylko Highway to Hell mi tak robi!
środa, 8 czerwca 2016
Triple 9 / Psy mafii (2016) - John Hillcoat
Tak się zdarzyło, że potrzebę obejrzenia mocnego kina
akcji poczułem, gdy akurat w moim zasięgu pojawił się najnowszy obraz sygnowany
nazwiskiem Johna Hillcoata. Może on nie jest specjalistą wyłącznie od modelowej
hollywoodzkiej sensacji, jednakowoż za pośrednictwem Tripe 9 udowodnił, że
także w tego rodzaju produkcjach odnajduje się znakomicie. Kawał krwistego
mięcha zapodał z realizacyjnym rozmachem, intensywną dynamiką i skomplikowaną
intrygą. Dramat maksymalnie nasycony brutalnością, osadzony w rzeczywistości
śmiało mogącej być określaną jako piekło na ziemi. W niej mafia, gangi uliczne
i gliniarze – ryje same zakapiorskie, co jeden to o profilu większego
twardziela z miną aroganckiego cwaniaka, miękkimi ruchami i bez emocji oczami.
Świat zakłamania, egoizmu i bezwzględności, chciwości i lansu z niewielkimi
przejawami ludzkich odruchów tłamszonych koniecznością przetrwania.
Złożona plątanina zależności, wyłącznie osobnicy umoczeni bądź szantażowani, żadnych
czytelnych granic między dobrem i złem oraz naciąganej tandetnej
superbohaterki. Realizm rządzi, bez kosmetycznych zabiegów, a jego fundamentem
prócz świetnego przekonującego scenariusza, kapitalnych zdjęć i energetycznego
montażu wyborna obsada. W niej między innymi Casey Affleck, Woody Harrelson, Chiwetel Ejiofor i
Kate Winslett w roli udowadniającej jak uniwersalną jest aktorką. Nie
spodziewałem się przyznam, mimo że nazwiska zacne, iż to wysokooktanowe kino,
aż tak wysokiej klasy będzie.
P.S. Kolejny raz popisał się dystrybutor tłumacząc tytuł – brawa, takie ekstremalnie ironiczne.
wtorek, 7 czerwca 2016
Tetro (2009) - Francis Ford Coppola
Francis Ford Coppola, choć zdarzały mu się także
filmy dość rutyniarskie dał się poznać oczywiście przede wszystkim jako
specjalista od ambitnego kina, wizualnie mocno wystylizowanego. W tym kierunku poszedł wyraźnie
przygotowując Tetro, bo właśnie strona wizualna zdaje się być najmocniejszym atutem tej produkcji. Intensywnie czarujące czarno-białe kadry dominują, a
kolorowe zarezerwowane są dla retrospekcji oraz plastycznych wizualizacji. W
pieczołowicie przygotowanej scenografii, w natchnionej grze światłem i cieniem,
takim artystycznym spojrzeniu na kino kryje się największy walor tego obrazu. W
atmosferze przesyconej duchem argentyńskiego tanga i nostalgicznym spojrzeniu w
kierunku klasycznego włoskiego kina. O krok za formą stoi zaś treść, może nieco
banalna, trącająca latynoską telenowelą, jednak podana z intelektualną przenikliwością, Freudowską analityczną głębią przez co dość skutecznie uciekająca spod ostrego noża krytyki. Widowisko
hipnotyzujące i zarazem nieco usypiające – takie „artístico” dla części widzów zapewne zbyt pretensjonalne.
niedziela, 5 czerwca 2016
The Dillinger Escape Plan - Ire Works (2007)
Nie będę jednoznacznie określał miejsca Ire Works w dyskografii
Dillingerów, gdyż zwyczajnie moja znajomość ich twórczości ograniczona do
rozgryzienia, fakt detalicznego (bo jak inaczej wkręcić się w ich świat :)),
lecz jedynie ostatnich trzech albumów, a wszystko co przed Ire Works to
tajemnica jeszcze nadal dla mojej świadomości niezrozumiała. Wiem oczywiście,
bo czytam od lat prasę branżową, że wraz z tym albumem doszło do istotnej
roszady personalnej w szeregach Amerykanów i ona odcisnęła swoje piętno na
powstałych kompozycjach, aczkolwiek już Miss Machine sugerowała odejście od
wyłącznie połamanego mathcore’a w stronę aranżacji znacznie bardziej
chwytliwych i wokalnej ekwilibrystyki korzystającej także z czystej barwy. To
takie przekonanie nie wynikające z pełnej autopsji, a jedynie na opiniach tych,
co się na działalności muzycznej ekipy z New Jersey znają bardziej. Ja Ire
Works analizuje niejako na biegu wstecznym przez pryzmat wpierw One of Us is a
Killer i Option Paralysis i na tym tle jest to album, który mógł obecny
kierunek rozwoju zasadniczo narzucić. Pośród skomplikowanych matematycznych
łamańców skrzętnie poukrywane zostały numery o ogromnym potencjale przebojowym,
gdzie immanentny dla muzyków Dillingera szlif szalonych akrobatycznych wygibasów spięty został doskonałą aranżacyjną pracą (ba, pozwolę sobie ją
nazwać sztuką) z pełną wyobraźni przestrzenią dla wokalnych popisów Grega
Puciato oraz wirtuozerskich parad sekcji rytmicznej i gitarzysty. Muzyka
jest ze swobodą puszczana w przeróżne rejony, a bogactwo wykorzystanych środków
czerpanych z wielobarwnych stylistyk każe patrzeć na jej autorów z uznaniem.
Idealnym przykładem symbiozy pomiędzy awangardą pokręconej technicznej kanonady
i melodyjnym potencjałem niemal ocierającym się o pop będą Milk Lizard i Black
Bubblegum, dodatkowo na potrzeby promocji krążka ubrane we wspaniałe klipy.
Zresztą brak tu słabego kawałka, jakiejś zapchajdziury i nawet, jeśli część z
kompozycji wymaga upartego rozkminiania by odnaleźć w nich ukryty zamysł to i
tak wysiłek włożony w analizę i syntezę daje finalnie poczucie spełnienia,
kiedy wszystkie klocki idealnie spasowane zaczynają tworzyć całość. Cieszę się
ogromnie, że nie odpuściłem, kiedy chemii pomiędzy mną, a Dillingerem nie było.
P.S. Na marginesie dodam, że kiedy w Horse Hunter pojawia się głos Brenta Hinds z Mastodon moje spełnienie jest już kompletne.
piątek, 3 czerwca 2016
Tomahawk - Mit Gas (2003)
Na otwarcie śpiew ptaków i Bird Song atakujący
pulsującą energią sekcji rytmicznej, kapitalnie podkręcający napięcie, by co
chwila rozpuszczać jej moc w plastycznym zwolnieniu. Dalej rozpędzony Rape
this Day, a po nim funkujący You Can’t Win z subtelnym wykorzystaniem Pattonowych
elektronicznych gadżetów, zakończony z zaskoczenia odjazdem w prostotę kilku
pojedynczych dźwięków. I będę wyliczał dalej, choć żadne słowa nie oddadzą
tego, co w tych kompozycjach z pasją zawarte. Podejmę próbę zaintrygowania może
kilku przypadkowych czytelników, którzy akurat z pobocznym projektem wokalisty
Faith No More nie zaznajomieni. Jeśli zrobię to od strony literackiej
nieudolnie, wyraźnie chaotycznie z góry przepraszam i z pokorą spuszczę głowę, jeśli krytyka na mnie
spadnie. ;) Zatem by nie przedłużać i w fałszywej skromności czy względnie
żałosnej kokieterii nie utonąć, czwarty numer z kolei to Mayday, dysharmoniczny eksperyment z wiercącą dziurę we łbie gitarą i ekstremą wokalną przeplataną
szeptem. Rogut natomiast jawi się jako numer pozornie poskładany z
nieprzystających do siebie fragmentów w efekcie tworzących intrygującą mozaikę,
coś na kształt kolażu. Gdy on wybrzmi przychodzi czas na mojego prywatnego
faworyta w postaci kompozycji zatytułowanej Captain Midnight. Jej największy
walor, który uznanie wzbudził zamknięty w pełnej dramaturgii epickiej konstrukcji opartej w przeważającym stopniu na elektronice. I
jeśli o tych ulubionych utworach pisać to Harelip równie ekscytujący tyle,
że za sprawą transowej swingującej psychodelii, When the Stars Begin to Fall, z wykrzyknikiem akcentowaną ekwilibrystyką wokalną i absolutnie zjawiskowy, czerpiący inspirację z
estetyki estradowej, zaśpiewany jak doczytałem po hiszpańsku
Desastre Natural. Krążek zamyka frapujący łącznik Harlem Clowns przechodzący w numer finałowy będący w sporej części za sprawą linii wokalnej (takie skojarzenie) dziwaczną kołysanką paradoksalnie podstępnie
wyrywająca ze snu kakofonicznymi trzaskami miast subtelnie wyciszać. Reasumując, na Mit Gas doświadczam szerokiego przekroju nastrojów i klimatów
– od typowych (oczywiście jak na standardy Tomahawk) rockerów, przez
nastrojowe, pełne zwiewności i przestrzeni struktury, a na szalonych
eksperymentach kończąc. Wszystko intensywnie podlane wszelakimi odgłosami generowanymi przez imponujący zestaw obsługiwany przez maestro Pattona. Podkreślę
jeszcze by zadość się stało zasługom szefa tego ansamblu, iż nie byłoby tak genialnego efektu bez porywającego interpretatorskiego talentu Mike’a Pattona, który jako jedyny spośród dla wtajemniczonych w rockową awangardę kultowych nazwisk (Denison, Rutmanis i Stanier) konstytuujących Tomahawk daje upust własnej indywidualności. Reszta podporządkowana jest grze zespołowej, a efektem tej współpracy spójny eklektyzm – który jak wiadomo wyjątkowo trudny do uzyskania.
wtorek, 31 maja 2016
The Prestige / Prestiż (2006) - Christopher Nolan
Iluzja od wieków wciąż zachwyt wzbudza - wizualna magia
nawet kiedy podszyta świadomością fałszu ma w sobie zawsze coś intrygującego,
jest w obliczu dorosłości powrotem do dzieciństwa i świata bajek, w których to
wyobraźnia granice możliwości wyznaczała. A że ona niemal nieograniczona, to i
specjaliści od sztuczek przy użyciu dorobku nauki i technologicznych gadżetów
przekraczają kolejne bariery dokonując „cudów”. Kiedyś ze scen teatralnych,
teraz z ekranów telewizorów zmuszają widza do intelektualnego wysiłku w
rozgryzaniu sztuczek, zaglądania ukradkiem za kulisy by poznać tajemnice
skrywające się za widowiskową fasadą. Być nagradzanym burzą oklasków, stać się
bożyszczem tłumów, to zapewne marzenie
niejednego dzieciaka. Niewielu jednak to marzenie spełnia, bo to baśniowe
oblicze zbyt gwałtownie konfrontuje się z poświęceniem jakiego trzeba
doświadczyć, by najwyższy poziom w rzemiośle iluzjonisty osiągnąć. Tylko
jednostki wytrwałe, cierpliwe i niesłychanie ambitne mają realne szanse na sukces. One jednak w tym pędzie często popadają w obsesje,
tracąc kontrolę i o tym Nolan ciekawie opowiada. Pojedynek dwóch indywidualności kreuje, bohaterów ogarniętych podobną obsesją, która do zawodowej perfekcji i dramatu ich prowadzi. Scenariusz to przede wszystkim zagadka ekscytująca, z pasją
odkrywana poprzez zrzucanie kolejnych zasłon, z apetycznym twistem który jak to często w kinowej formule, gdzie z gruntu zaskoczenie rządzi nie jest li tylko długo wyczekiwaną niewiarygodną i niestety rozczarowująco pustą emocjonalnie kulminacją. Tutaj akurat wyjątkowo szczęśliwie emocje są gęste, a sam twist nie świadczy wyłącznie o atrakcyjności produkcji.
poniedziałek, 30 maja 2016
Pale Rider / Niesamowity jeździec(1985) - Clint Eastwood
Napiszę krótko, gdyż będąc szczerym to nie ma chyba
zbytnio o czym się rozpisywać. Mianowicie Clint Eastwood jako ikona westernu
wypada jak zwykle przekonująco, rola bohatera przemierzającego prerię mu
nieobca, stąd nawet jako zakamuflowany rewolwerowiec pod postacią pastora
wymierzającego sprawiedliwość jest interesujący. W tej swojej firmowej manierze
kamiennej twarzy i prawdziwie testosteronowej męskości w pełni autentyczny.
Zjawia się o właściwej porze w odpowiednim miejscu by zaprowadzić porządek, ratować
uciskanych przed bezwzględnymi zawodowcami oraz mimochodem zdobywać niewieście serca.
Bezbronni poszukiwacze złota i ich rodziny mogą już poczuć się bezpiecznie pod
opieką anioła stróża, a on sam wyrównać rachunki i odkupić winy z przeszłości.
No tak cieszy, że Niesamowity jeździec narobił zamieszania swoją obecnością, że
uwolnił ducha walki przeciw pazerności, sile pieniądza i pozwolił dobru
zatriumfować nad złem. ;) Tak, to schemat jak cholera, naiwność i prostota bije
po oczach i niestety nie pozwala z czystym sumieniem postawić jeźdźca na tej
samej półce, tuż obok Bez przebaczenia. Tylko siedem lat dzieli te produkcje, a
przepaść między nimi ogromna. Jedynie sam mistrz w obydwu jako aktor jest w stanie wzbudzić zachwyt, bo w roli reżysera podpisującego się pod nimi wyłącznie w jednym przypadku ma powody do dumy.
sobota, 28 maja 2016
Porcupine Tree - Signify (1996)
Parafrazując słynną maksymę Forresta Gumpa – życie
jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, na co trafisz to muzyka jest także jak
to pudło łakoci, a ty człowieku nie wiesz, nie przewidzisz jakie smaki akurat za czas jakiś ci przypadną
do gustu. :) Tak los ci podsuwa różne kompozycje smakowe i tylko od ciebie
zależy czy pozwolisz sobie na degustację, znaczy dasz sobie szansę na odkrycie
czegoś wyjątkowego, co twój gust zaspokoi i zmieni jednocześnie. Ten mechanizm
przychodzi mi na myśl, gdy między innymi o Porcupine Tree myślę i wdzięczność
swą tutaj wyrażę maestro Akerfeldtowi, że w swoim czasie mocno podkreślał jak
istotny dla niego to band. In Absentia na starcie tej przygody była, a już po
Deadwing na fali zauroczenia odkrywanie krążków starszych z naciskiem właśnie
na Signify, czyli tej pozycji w dyskografii Jeżozwierzy, która w mym mniemaniu idealnie zespala czysto progresywny charakter twórczości
ansamblu kierowanego przez Stevena Wilsona z bogatą elektroniką i w miarę motorycznym riffowaniem - melodyjnym, piosenkowym obliczem, refleksyjną naturą oraz potęga brzmienia. Kompozycje wychodzące
spod pióra Wilsona to nie są standardowe jak na gatunek rozbudowane z
megalomaniacką przesadą suity. One posiadając fundament zatopiony w
progresywnym rocku, autentycznie korzystają z wszechogarniającej inspiracji
bogactwem metod układania nut w zjawiskowe formy. Każdy utwór z Signify ma
własną rozpoznawalną estetykę odróżniającą go pośród innych. Nie sposób się
nudzić, kiedy poszczególne kawałki dosłownie przepływają przez narząd słuchu
pozostawiając po sobie wyraźny ślad. Porcupine Tree nie boją się rozwiązań
zaskakujących, często trudno akceptowalnych dla statecznych i wymagających
wierności formule rockowych purystów. Jest to może pewien paradoks, kiedy wśród
zwolenników progresji funkcjonuje przywiązanie do klasycznych, sprawdzonych
reguł wyznaczających zakres tego, co można, a czego nie. Posiada jednak Wilson istotną zdolność, że pomimo przełamywania barier i przekraczania granic nie zmusza
fanów do protestów w obronie czystości gatunkowej. Jego otwarcie przykładowo na
cięższe gatunki i umiejętność celnego przetransportowania części ich cech na
grunt własnej twórczości otwiera nie tylko oczy jemu samemu jak zwłaszcza jego
publiczność do większej tolerancji inspiruje. Mnie początkowo Akerfeldt ukazał
nieznane dotąd rejony, które eksplorując dały szanse na dostrzeganie w
niszach z których przywędrowałem świeżych smaków. Takie sprzężenie zwrotne
nastąpiło, które końca nie ma – każdy względnie nowy świat dźwięków prowadzi
mnie nie tylko ku nieznanemu, lecz również zabiera do domu, gdzie po
podróży zupełnie inaczej stare kąty spostrzegam. Powracając do startowej mądrości Forresta – niby to te same czekoladki, a częstokroć bukiet smakowy jakiś głębszy i szerszy. :)
czwartek, 26 maja 2016
Gojira - L'Enfant Sauvage (2012)
Nie ma co dyskutować z teorią zakładającą, że określone
dźwięki trafiają do człowieka w sprzyjających okolicznościach, kiedy jest już
odpowiednio przygotowany do ich przyswojenia. Innymi słowy, prosto z mostu by
jasność pełna była – kiedy przyjdzie na nie czas. :) L’Enfant Sauvage w 2012
roku pomimo prób dość wytrwałych jako całość do mnie nie trafiła, chociaż kilka
kompozycji już od pierwszego odsłuchu wyraźnym echem powracało, gdy cisza
nastawała. Tak już jest jednak, że kierując się powyżej wyłuszczona zasadą często
po dłuższym czy krótszym czasie powracam do tych albumów, które intrygują,
chociaż jakieś wielkiej przyjemności ówcześnie nie przynosiły. Tym razem wtórne
podejście nastąpiło tuż po premierze pierwszego singla z nadchodzącej już
wkrótce płyty. Stranded tak mocno wbił się w mą świadomość, że nie
omieszkałem błyskawicznie odtworzyć zarówno L’Enfant Sauvage jak i The Way of
All Flesh. O tym drugim krążku kilka zdań skreślę niebawem, a teraz maksymalnie
subiektywna refleksja w temacie longa z 2012 roku. Na starcie nomen omen
Explosia z riffem jak przystało na Gojire mechanicznym i sprzężeniami eksplozję przypominającymi. Mocne otwarcie numerem, który akurat melodyjnej
chwytliwości w głównym temacie pozbawiony. Nie trzeba jednak długo czekać by
usłyszeć mechaniczny puls precyzyjnie skonstruowanych riffów współegzystujący z
przebojowym szlifem wwiercającym się w czaszkę. Kompozycja tytułowa to modelowy
przykład tego waloru, który w wykonaniu Francuzów do mnie skutecznie przemawia.
Temat główny zbudowany na przestrzennym motywie to największa siła Gojiry, taki
który swą progresywną naturą i jednocześnie transowym zapętleniem nie wyłazi z
łba łatwo. To samo odczucie towarzyszy mi, gdy z głośników wybrzmiewają Liquid
Fire, Born in Winter, The Axe i przede wszystkim absolutnie zjawiskowy The Gift
of Guilt, który to dodatkowo w wersji koncertowej zamieszczonej w sieci samym ascetycznym obrazem miażdży. Prócz tych perełek by nudy słuchacz nie zaznał ekipa Joe Duplantiera raczy przebogatymi, złożonymi rytmicznie i maksymalnie
zintensyfikowanymi kompozycjami w rodzaju Planned Obsolescence, Mouth of Kala
oraz Pain is a Master, zeschizowanym i ciężarnym The Fall jak i intrygująca
miniaturką The Wild Healer. Podsumowując, natura ekipy znad Loary
skomplikowana, bo w tym matematycznym układzie pancernych
riffów, sprzężeń, pisków, uderzeń perkusji, basowych wygibasów, ryków i w miarę
czystych wokalnych zawodzeń kryje się nie tylko intrygująca kombinatoryka, ale
i progresywna świadomość o ogromnej wyobraźni. Odkrycie tego niełatwe, za to trud rekompensowany godziwą przyjemnością odkrywania tych dźwięków z perspektywy podatności na ich czar.
środa, 25 maja 2016
The VVitch: A New-England Folktale / Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015) - Robert Eggers
Sporą grupę fanów sobie ten film zjednał,
szczególnie tych co we współczesnych plastikowych horrorkach niczego prócz
spektakularnego kiczu nie dostrzegają. Oni właśnie w prostocie środków i
sugestywnej symbolice The Witch odnajdują esencję dobrego filmu grozy. Klimat
ich omotał, artystyczny szlif zniewolił - ta wizualna perfekcja z licznymi
detalami, skąpana w półmroku i dopełniona idealnie dźwiękową oprawą. Namacalna
obecność diabła, nie dosłowna, a mimo to eksponowana przenikliwie i intensywnie.
Zabobony i czary, ludzka bezsilność w obliczu zjawisk niezrozumiałych i
histeria potęgowana niemocą. I pomimo atmosfery gęstej, symboliki wyrazistej, oprawy mrocznej i źródła intrygującego w legendach i podaniach wywąchanego, brak ekstremalnie odczuwalnej upiornej grozy
jest niezrozumiały. Znaczy ja większego lęku nie zaznałem spokojnie bez obaw udając się po
seansie do toalety. :) Nie oznacza to jednak, że ta czarcia sugestia wyrastająca z poziomu scenariusza jest totalnie nieskuteczna. Brrrrr.
wtorek, 24 maja 2016
Bone Tomahawk (2015) - S. Craig Zahler
Western jako gatunek triumfalnie powraca na salony,
bo coraz częściej współcześnie reżyserzy sięgają po tematykę dzikiego zachodu i
nie jest to tylko odgrzewanie starego mielonego kotleta, lecz ze świeżych produktów według klasycznej receptury przygotowanie często niezwykle
apetycznego krwistego steka. Wspomnę tylko z tych ostatnich głośnych produkcji
Tarantinowski The Hateful Eight, Tommy’ego Lee Jonesa The Homesman czy niszowy nieco Slow
West Johna MacLeana. Każdy z nich na swój własny sposób oryginalny, choć osadzony
w estetyce dość przewidywalnej, jednak Bone Tomahawk to pośród dzisiejszych
westernów zdecydowanie nowa liga, z naciskiem na bezpośredni przekaz, gdzie
przemoc pokazana do bólu dosłownie zahaczając nawet (może to przesada) o
stylistykę gore. Festiwal brutalności ze skalpowaniem, przebijaniem i
rozrywaniem w roli kluczowej, dla wielbicieli krwawej rzezi na modłę Piły czy innych spektakularnych slasherów. Na tyle efekciarski by skutecznie podrzucić
western żądnym flaków smarkaczom i w miarę intrygujący merytorycznie by
intelektualiści mogli zachwycić się jego przenikliwością. Przewraca treść żołądkową i umysł pobudza jednocześnie. Jak na debiut za względnie niedużą kasę, we własnej lidze produkt zaiste imponujący.
piątek, 20 maja 2016
High-Rise (2015) - Ben Wheatley
Wyzwanie teraz przede mną, znaczy jak to, co
zobaczyłem zebrać do kupy, jak zinterpretować zgodnie z własną teorią, z założeniami Bena Wheatleya oraz J.G. Ballarda twórcy powieści, która to fundamentem scenariusza.
Niełatwe zadanie, gdyż treść skomplikowana, pełna symboliki i odjazdów
futurystycznych, a wnioski nasuwające się mało optymistyczne. Rzecz rozgrywa
się w jednej zamkniętej przestrzeni betonowego kolosa, w złożonym ale jednak
mikrokosmosie, a jej wydźwięk o rozbudowanej naturze
psychologiczno-socjologicznej. O kompleksowym charakterze i szerokim
kontekście, taki mini model naszego współczesnego świata. Tutaj rewolucja w wieżowcu, czyli Che Guevara na plakacie w jednym z mieszkań i S.O.S. Abby w intrygującej
interpretacji, taka parafraza walki klas chwilowo obracającej w pył funkcjonującą drabinę społeczną. Na szczycie ustroju dobrobyt prowadzący wprost do
totalnego zepsucia, zatracenia w hedonizmie i egoizmie. Chaos rozkładu
moralnego, upadku zasad współżycia społecznego, przygnębiające natężenie psychoz i narcyzmu skrajnego. Wspiąć się na wyżyny by spaść skacząc lub zostając strąconym - brutalnie roztrzaskać się staczając się do poziomu absolutnego prymitywizmu, prymatu instynktu przetrwania fizycznego. Pytanie kluczowe o koszty rewolty, o cenę utraty kontroli, zatracenia się w przesycie i arogancji. Nie w pełni po jednokrotnym seansie jeszcze High-Rise przeze mnie odkryty, nadal w pewnych aspektach tajemniczy i przede wszystkim cholernie frapujący. Ta intelektualna schiza obecna jak i przede wszystkim wykorzystana formuła jeden klasyczny trop mi wskazuje. To niczym współczesna wariacja na temat twórczości Kubricka z naciskiem na Mechaniczną pomarańczę i Lśnienie. Treść, przesłanie i w szczególności ten sznyt stylistyczny, scenografia łącząca lata siedemdziesiąte z modernizmem, oraz muzyka klasyczna w monumentalnym wydaniu. Osobliwe niewątpliwie to przeżycie – wizualna rozpusta, manifest lustrujący mechanizmy kapitalizmu, wiwisekcja w nim ludzkich zachowań. Przenikliwa analiza – dzieło skończone na lata do rozkminiania!
czwartek, 19 maja 2016
Droids Attack - Sci-Fi or Die (2016)
Doczekałem się po sześciu latach kolejnego krążka Droids Attack i już na wstępie napiszę by jasność była, że warto było w sporą cierpliwość się uzbroić i nie tracić wiary, bo produkt to podobnie jak poprzedni wysokooktanowy. Istna burza riffów, w przeważającym stosunku do mocarnych zwolnień, dziarska kanonada, w druzgocącej większości na najwyższym biegu z redukcjami wyłącznie, gdy pęd odrobinę spada i potrzeba świeżej mocy, chwilowego oddechu by z impetem znów ruszyć napędzając rockową nawałnicę. Tyle, że tych spadków mocy niewiele, a ciężka maszyna wprowadzana jest na najwyższe obroty z łatwością. Wysokoenergetyczne paliwo lane i silnik o ciągu odrzutowym je spalający. W tym krzepkim naparzaniu jest zamysł odpowiedni, zmysł przebojowy, który sprytnie przetwarza moc nie wyłącznie w nieokiełznany pęd, lecz nosi także znamiona sporej chwytliwości jaką odpowiednio atrakcyjne przebieranie paluchami po gryfie zapewnia. Mało niestety jeszcze znani Amerykanie na czwartym krążku po raz wtóry już udowadniają, że sroce spod ogona to oni nie wypadli. Grają na swój sposób (tutaj nawet dęciaki znajdziemy co ikry dodają), w moim przekonaniu wybijają się ponad w większości jednolitą masę kapel rzeźbiących w okolicach ciężkiego stonera i umiarkowanego sludge'u. Czy jednak jankesi dostaną szansę na większą rozpoznawalność trudno prorokować. Życzę im aby przestali być anonimowi, przeskoczyli na kolejny poziom odnajdując swoje zasłużone miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej. Mają do tego siarczystego podlanego groove'm łojenia sporą smykałkę. Jeżeli nieco farta i pomyślnych zbiegów okoliczności im dopomoże zamienią w końcu to hobbystyczne podejście na pełen profesjonalizm. Nie wiem na ile wystarczy im jeszcze motywacji, zapału gdy w miejscu dreptać będą, a proza codziennych obowiązków nakaże im bardziej "rozsądne" wybory podejmować. Czas leci.
środa, 18 maja 2016
Radiohead - A Moon Shaped Pool (2016)
Szczerze zeznając, to nie znam się gruntownie na dźwiękach jakie
Radiohead od lat eksploruje. Kiedy pierwsze efekty pracy Brytyjczyków
oficjalnie na światło dzienne wychodziły absolutnie w stronę wyspiarskiej
alternatywy nie zerkałem, później gdy w ich twórczości elektroniczna awangarda
miejsce gitar zajmowała tym bardziej nie była to moja bajka, a znajomość muzyki
sygnowanej nazwą Radiohead jedynie do pojedynczych tytułów się ograniczała.
Jakieś próby komitywy miały miejsce, a ich inspiracją przede wszystkim częste
wyznania braci Cavanagh jakoby zakochani w kompozycjach Greenwooda i Yorke’a
Anathemę na bliźniacze wody kierowali. Tak jak muzycy Anathemy dali się
oczarować kompozycjom rodaków, tak ja nie byłem w stanie ulec jej magii. Nie
wsiąkłem w tego rodzaju estetykę na tyle by stać się fanem, choć Codex z
poprzedniego krążka już chyba na zawsze będzie mnie wprowadzał w stan
intensywnej zadumy. Jako laik w temacie jestem jednak w stanie zrozumieć, że
dla zdeklarowanych miłośników alternatywy promowanej na naszym podwórku przez
między innymi wszędobylskiego, niestrudzonego Artura Rojka, to grupa kultowa
krytyce jakiejkolwiek nie poddawana. Nawet więcej traktowana w wiekomiejskim
środowisku aspirującym do intelektualnej elity jako obowiązkowy atrybut
przynależności do jej struktur. Lans na Radiohead jest pożądany i intensywnie
stosowany, jednak nie mnie oceniać ile w nim autentycznej fascynacji, a ile
trendziarskiej psychologii tłumu. Jak powyżej napisałem, nie znam się i pokora
nakazuje mi powstrzymanie się przed dalszymi spekulacjami. Nie chcę wykazać się ignorancją, pragnę uniknąć także posądzenia o arogancję, nie oceniam i nie
osądzam, a przynajmniej staram się pomimo naturalnej pokusy jaka u
sarkastycznego dziada ciętego na lans dominuje, tego nie czynić. Pytanie teraz,
tym co jakimś zbiegiem okoliczności czytają moje wypociny się nasuwa, na cholerę człowieku piszesz o muzyce
grupy której na co dzień nie słuchasz, więcej tej muzyki nawet w podstawowym
wymiarze nie znasz! Ano piszę, bo akurat A Moon Shaped Pool od kilku dni dosyć
aktywnie przyswajam i robię to z nieskrywaną rozkoszą. :) Trudno mi
zidentyfikować powód który zaciążył na takim obrocie spraw, bo zwyczajnie nie
potrafię fachowo i wyczerpująco słowami opisać budowy nowego krążka i nie
jestem w stanie merytorycznie porównać zawartości najnowszego albumu z
produkcjami poprzednimi. Nie poświęciłem im przecież odpowiedniej ilości czasu,
poskąpiłem osobistego emocjonalnego zaangażowania, nie wykazałem potrzebnej
cierpliwości, ograniczając się do odsłuchów wyłącznie cząstkowych. Filozofia
jak coś żre to się tego słucha, jak nie żre to się to odstawia w tych
wszystkich przypadkach okazała się praktyczna, bo tak jak kiedyś nie było chemii
tak w przypadku A Moon Shaped Pool jak na razie ta chemia, co zaskakuje, jest. Kręci mnie tak
po prostu ta oniryczna atmosfera, eteryczna poświata i ilustracyjny charakter,
szczególnie kiedy zmrok zapada i pozwala na pełne zatopienie się w dźwiękach.
Więcej merytorycznie względem bieżącej twórczości ekipy Toma Yorke'a w tym momencie nie jestem w stanie napisać, więc nie będę porywał się na wymuszoną próbę bardziej
wyczerpującego opisu, zrobią to rzecz jasna ci co ekspertami w sprawie. To moje
chwilowe zainteresowanie, albo początek dłuższej kohabitacji, raptem jedynie z
tym krążkiem przygoda lub też z szerszym przekrojem dyskografii Radiohead związek. Przekonam się
o tym kiedy A Moon Shaped Pool swój egzamin z długotrwałej przyjaźni zda na
ocenę pozytywną, wtedy to z pewnością na biegu wstecznym sięgać po kolejne
albumy będę. Kompleksowa znajomość twórczości grupy jest więc możliwa i miejsce
w mej duszy także do zagospodarowania się znajdzie. Może kiedyś na tych stronach pojawią
się kompetentne recenzje pozostałych płyt – jednak tylko wtedy kiedy nastąpi zawiązanie z
nimi głębszej relacji.
P.S. Mogłem napisać we wstępie, że to nie będzie
typowa recenzja – powinienem uczciwie to zrobić! :)
wtorek, 17 maja 2016
Valley of the Sun - Volume Rock (2016)
W dwa lata po premierze pełnowymiarowego debiutu Valley of the Sun z
drugim longiem na moją playlistę się wciskają. Szczególnie skutecznie to robiąc
podczas podróży, gdyż to z definicji nieskomplikowane rockowe granie idealnie sprawdza
się w aucie, gdy pokrętło głośności niemal na maksa ustawione, a wyobraźnia
dźwiękami pobudzona rozpościera wizję prostej po horyzont drogi, pośród surowej
spalonej słońcem przyrody. :) Idealnie muzyka proponowana przez Amerykanów z takim
obrazem koresponduje i krew w żyłach rozgrzewa. Bez zbędnie wypasionej instrumentalnej
ekwilibrystyki, wydumanych aranżerskich sztuczek, nader intelektualnej pozy i pretensji do
gwiazdorki. Czysty esencjonalny rock, jedna nogą zatopiony w stonerowym piachu, drugą odziany w grunge'ową flanelową koszulę. Zagrany z mocą i pasją, ogromnie chwytliwy, żywy i
pobudzający. Bez niespodzianek w porównaniu do drugiej epki i długograja
Electric Talons on the Thunderhawk z charakterystyczną wokalną manierą
frontmana, tak dobrze znaną z początku lat dziewięćdziesiątych. Może i numery
są odrobinę szablonowe, lecz nie ma to
znaczenia kiedy liczy się przede wszystkim dobra zabawa i zwykła spontaniczna rozrywka. Jedyne co może przeszkadzać (może to tylko subiektywne odczucie), to nieco zbyt suche
brzmienie, którego wadą zatracenie detali pod zmasowaną ścianą gitarowego
grzania. Gdyby nieco inaczej dźwięk spreparować efekt byłby jeszcze bardziej witalny.
P.S. Dorzucam dopisek, bo doszukałem się nowej inspiracji w ich numerach, dokładnie pisząc to słyszę, że Solstice i Wants and Needs posiada w sobie rytmicznego ducha The Cult. Wiecie, rozumiecie, ten charakterystyczny gitarowy puls. Mylę się? ;)
poniedziałek, 16 maja 2016
Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles / Wywiad z wampirem (1994) - Neil Jordan
Obraz absolutnie kultowy, obok Draculi Francisa
Forda Coppoli i Frankensteina Kennetha Branagha najlepsza mroczna produkcja lat
dziewięćdziesiątych. Prawdziwa poezja, pełna przeszywającej grozy, ustawicznego
napięcia, intrygującej tajemnicy, gęstej atmosfery i melancholijnej namiętności. Z fantastycznym
scenariuszem na podstawie noweli Anne Rice, bogatą scenografią, kunsztownymi kostiumami, mistrzowską charakteryzacją, przejmującą muzyką i nadal robiącymi
ogromne wrażenie efektami specjalnymi oraz (ufff) licznymi detalami, istotnymi
drobnymi sugestiami pomiędzy wierszami. Obok tej zaiste imponującej listy walorów, wymienię rzecz jasna
jeszcze kapitalne kreacje Toma Cruise’a (tylko rola Rona Kovica z Urodzonego 4
lipca może dorównywać postaci Lestata), Brada Pitta, który zwłaszcza brawurowej roli w Wywiadzie
z wampirem zawdzięcza fenomenalny start przebogatej już dzisiaj kariery oraz
ówcześnie młodziutkiej i absolutnie zjawiskowej Kirsten Dunst. Ta niezwykła
opowieść o „dzieciach nocy”, opętanych obsesją krwi, doświadczonych
przekleństwem nieśmiertelności, życiem pomiędzy światem żywych i martwych wzbudza
nieprawdopodobnie żarliwe emocje do których wciąż powracam z niegasnącą ochotą. Ikona gatunku - bezwzględnie!
czwartek, 12 maja 2016
Saving Private Ryan / Szeregowiec Ryan (1998) - Steven Spielberg
Stracił Spielberg szczególnie ostatnio instynkt, tą
umiejętność łączenia kina rozrywkowego z istotnym, wartościowym przesłaniem
jakie za pośrednictwem jego głośnych tytułów do ogromnej publiczności
docierało. Znany od zawsze był jako spec od hollywoodzkich superprodukcji,
ale potrafił także kilkukrotnie udowodnić, że nie tylko lekką komercją nakarmić
widza potrafi. Na czele pośród tych wybitnych artystycznie i merytorycznie
filmów Lista Schindlera musi być wymieniona, a obok niej zaraz Imperium Słońca,
Kolor Purpury i właśnie Szeregowiec Ryan. W produkcjach sygnowanych jego
nazwiskiem efekty specjalne częstokroć odgrywały ważną rolę i dzieło z 1998
roku jest tej tezy idealnym potwierdzeniem. Tutaj widowiskowość użytych
sztuczek przekłada się wprost na efektywność budowania wrażenia jakoby w
centrum akcji widz się znajdował, a wokół niego wojenna pożoga zbierała
niezwykle realistycznie swoje żniwo. Sekwencja lądowania wojsk alianckich w
Normandii to majstersztyk sam w sobie. Równie wstrząsający emocjonalnie,
poddający w wątpliwość przekonanie o cywilizacyjnych zdobyczach humanizmu,
kiedy setki młodych istnień ludzkich uświęca swą krwią francuską ziemię jak i
imponujący od strony czysto technicznej, gdy świst kul, huk eksplozji dosłownie
rozrywa bębenki, a urywane fragmenty ciał i płynów fizjologicznych rozbijają
się o obiektyw kamery. Robota Janusza Kamińskiego i całej ekipy technicznych specjalistów
zaiste niesamowita, porównywalna wprost z tym co Sławomir Idziak (brawo Polska!) w kilka lat
później dokonał współpracując z Ridleyem Scottem przy Helikopterze w ogniu. Ten
sam chaos pola walki do bólu autentycznie uchwycony okiem kamery, to samo
przerażenie w oczach żołnierzy postawionych przed obliczem śmierci i zmuszonych
do instynktownej obrony własnego życia. Szeregowiec Ryan to nie
jest obraz modelowo bezpieczny, taki w którym zachowuje się wyraźnie czarno-biały schemat, w którym jasno i klarownie wiadomo kto
zły, a kto dobry. Nie jest to taki w stu procentach wojenny dramat w jankeskiej
odsłonie, stosowana narracja bowiem przypomina bardziej obdarte z patriotycznego
makijażu filmy pokroju Plutonu, niż upudrowane widowiskowe produkcje traktujące
o działaniach wojennych powstające masowo w latach sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych. Żeby beztrosko nie podłożyć się pod topór kata krytyki
oczywiście czuję podczas projekcji, że Spielberg stosuje chwyty mogące być
określane mianem emocjonalnej manipulacji, bo zarówno muzyka Johna Williamsa
zalewa intensywnie całość patosem jak i łopot gwiaździstej flagi jest
słyszalny, to jednako te tanie chwyty nie zabijają autentyczności dramatycznych
wydarzeń, a tylko chronią film przed popadaniem w skrajny relatywizm i odpychającą totalną
surowiznę. W tym zachowaniu odpowiednich proporcji widzę właśnie geniusz
Stevena Spielberga, który wielokrotnie potrafił przełamać bezpośrednią brutalność i zrobić to z wdziękiem by obrazu nie pozbawić ambitnej
psychologicznej głębi oraz nie przygotować akademickiego elaboratu dla
przeintelektualizowanej, zmanierowanej elity. Odnalazł w tym przypadku złoty środek
– uniknął taniego moralizatorstwa i radykalnej dosłowności prosto w oczy poskąpił.
Tak, rozumiem także, że ten kompromis dla wielu może być decydującą wadą
Szeregowca Ryana.
P.S. Patrząc na wojenne filmy, szczególnie ostatnimi czasy i biorąc pod uwagę okoliczności oraz współczesne polskie realia zastanawiam się kiedy zaczniemy uczyć dzieci, że wojna to żadne bohaterstwo, a ginący ludzie to niemal mityczni herosi. Kiedy historia ten doświadczony naród nauczy, że cierpienie, strach i bezradność to codzienność w obliczu wojny. Co to za chwała, która przelewa krew przypadkowych ofiar, co to za zwycięstwa kiedy każda strona konfliktu pogrążona we łzach.
P.S. Patrząc na wojenne filmy, szczególnie ostatnimi czasy i biorąc pod uwagę okoliczności oraz współczesne polskie realia zastanawiam się kiedy zaczniemy uczyć dzieci, że wojna to żadne bohaterstwo, a ginący ludzie to niemal mityczni herosi. Kiedy historia ten doświadczony naród nauczy, że cierpienie, strach i bezradność to codzienność w obliczu wojny. Co to za chwała, która przelewa krew przypadkowych ofiar, co to za zwycięstwa kiedy każda strona konfliktu pogrążona we łzach.
wtorek, 10 maja 2016
Radiator (2014) - Tom Browne
Przypadkiem z morza nowych tytułów Radiator został
wyłowiony, po jedynie szczątkowym zapoznaniu się z tematem oraz co istotą
zainteresowania, przywołaniu w promocji tytułów, które w mojej ocenie szczytów
filmowej sztuki sięgają. Zachęta na tyle skuteczna była, że kilka innych
obrazów oczekujących Radiator przeskoczył i w zaledwie dwa dni po zaistnieniu w
mej świadomości, zagościł na ekranie. To kameralny dramat w większości w
czterech ścianach się rozgrywający – autentyczny i dojrzały na podstawie jak
wyczytałem osobistych doświadczeń reżysera. Z trzema głównymi postaciami i masą
głębokich, pastelowych emocji - zdziwaczały, zgorzkniały starzec (ojciec),
usłużna, cierpliwa staruszka (matka) i syn wyrwany z własnego życia, postawiony
w obliczu wyzwania jakim opieka nad rodzicami. Pośród starych pokrytych kurzem
przedmiotów z historią opowieść się rozgrywa - stert książek, skrzypiących drzwi i schodów, zamglonych
okien, takiego w ogólności przygnębiającego bałaganu. Romantyczna poniekąd sielanka
małomiasteczkowej senności przełamana zostaje mrokiem spostrzegania rzeczywistości oczami
starca. Jest w tym jakieś piękno trudno definiowalne, może związane ze
spokojem, brakiem gonitwy, ale i strach odczuwalny przed bezcelowością
istnienia i oczekiwaniem na ostateczny koniec. Bo nic wyjątkowego się nie
zdarzy, żaden nowy etap nie zaistnieje, wszystko za, a przed już nic. Kino
pozbawione atrakcyjności czysto rozrywkowej, skupiające się przede wszystkim na wnikliwej refleksji. Może nie sięgające poziomu dzieła, jednak bardzo wartościowe
z punktu widzenia zdobywania doświadczeń życiowych i pokory wobec starości.
poniedziałek, 9 maja 2016
Saul Fia / Syn Szawła (2015) - László Nemes
Kamera za głównym bohaterem stale podąża,
perspektywa na nim skupiona, a w tle symbolicznie rozmyte okrucieństwo zmasowane i znieczulica wszechogarniająca, tak bardzo sugestywna, że po kilkudziesięciu
minutach widz sam przestaje być wrażliwy na bestialstwo i sadyzm nazistów oraz
cierpienie wszelakich ofiar. Obraz z jednej strony poprzez skrajny autentyzm
wstrząsający, z drugiej jednocześnie za sprawą surowej narracji, między innymi także braku
muzycznej osnowy pozbawiony emocji w sensie artystycznym. Zapadnie mi w pamięć
niewątpliwie, mój ciężki oddech podczas seansu świadczył o sile jego
oddziaływania, lecz absolutnie szybko do niego nie powrócę, bo to rodzaj
tortury jakiej nie mam sobie ochoty zadawać po raz kolejny. Doceniam zamysł
twórców i sposób realizacji mimo, że nie uważam by Syn Szawła był obrazem w
pełni zasługującym na przyznawane laury. Zastanawia mnie teraz, zadaję sobie
pytanie, czym kierowali się członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej
przyznając mu tegoroczną statuetkę. Mam taką teorię o spiskowym pochodzeniu, że
to był Oscar szczególnie polityczny w kontekście współczesnej nacjonalistycznej węgierskiej, jeszcze wciąż względnie miękkiej dyktatury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























