piątek, 31 marca 2017

In the Line of Fire / Na linii ognia (1993) - Wolfgang Petersen




Pojedynek na najwyższym aktorskim poziomie, pozornie zblazowany Eastwood kontra pozornie spięty Malkovich - przeciwnicy godni siebie i fascynująca psychologiczna rozgrywka pomiędzy nimi. Taka ambicjonalna gierka twardzieli - zamachowca z agentem ochrony. Planowane zabójstwo prezydenta i na drodze do uskutecznienia tej egzekucji zmęczony weteran o burzliwej przeszłości i swojej roli w historii Stanów Zjednoczonych. Klasyczny w formie thriller z lat dziewięćdziesiątych, który klimatem kojarzy mi się z Polem rażenia, równie mocno obdarzonym przeze mnie sentymentem. Taki zapamiętany smak młodości, obraz nie wiem jak wiele razy już obejrzany, z pewnością na tyle dużo, że z łatwością z pamięci kluczowe sceny i dialogi przywołuję. Bez najmniejszego wysiłku, bez zdziwienia i zaskoczenia, gdy film ze mną taką emocjonalną więzią powiązany. Filmy w reżyserii Wolfganga Petersena to może nie hollywoodzka ekstraklasa, bardziej pierwsza liga solidnych prac wykonanych przez pozbawionych może większych intelektualnych aspiracji wyrobników. Jednak w karierze przydarzyło mu się kilka tytułów, które w pamięci utkwiły i myślę, że zasłużyły na miejsce w historii popularnego kina. 

środa, 29 marca 2017

Prosta historia o morderstwie (2016) - Arkadiusz Jakubik




Już miałem pisać, że to debiut reżyserski multiaktywnego Jakubika, ale zostałem uwiadomiony, iż to już druga „Prosta historia” w jego karierze. Pierwsza absolutnie przeszła, przynajmniej dla mnie bez większego echa, ta natomiast może dzięki doborowej obsadzie i przede wszystkim niezłej promocji zauważona została. Widać, że tkwi w Jakubiku potencjał także w tym zakresie działalności artystycznej, że liczne role w filmach uznanych twórców przełożyły się niejako także na edukacyjny sukces w przyswajaniu warsztatu reżyserskiego. Korzystał z obserwacji mistrzów przy pracy i sam zapragnął stanąć po drugiej stronie kamery, by udanie zaistnieć w nowej roli. Konstrukcja historii zbudowana została w miarę ciekawie z licznymi przeskokami w czasie, ale płynnie bez utraty tempa i wystarczająco czytelnie, by w tych manewrach się nie pogubić. Obraz mroczny i surowy w konwencji poniekąd Smarzowskiego, chociaż nie aż tak charakterystycznie bezpośredni. Na pierwszym planie ojciec i syn, ogólnie niełatwe relacje - zawodowe spiny, jak i gwałtowne rodzinne tarcia, gdyż obydwaj to w niewielkiej, przeżartej układami społeczności gliniarze. Doświadczony latami babrania się w nie tylko w bandyckim brudzie senior, ojciec w silnym uścisku alkoholowego uzależnienia, frustrat w pijackim amoku maltretujący żonę i syn, jedna z ofiar jego trudnych relacji z otoczeniem. To taki szablon i nie ma przez ponad półtorej godziny wielkich zaskoczeń. Może finał, tak odrobinę, na tyle autentycznie sprzedany, że przekonuje i mimo, że od początku niby znamy zakończenie, to droga do niego trzyma w napięciu. 

poniedziałek, 27 marca 2017

Youth Without Youth / Młodość stulatka (2007) - Francis Ford Coppola




Artystyczne majaki wielkiego Francisa Forda Copolli, w formie rozbudowanego, wielowymiarowego i cholernie ambitnego konceptu, spreparowanego na zasadzie przenikających się rzeczywistości. Trzeba być uważnym, by klocki się połączyły i stworzyły spójną historię, aby zrozumieć przesłanie, sens i sedno. To taki poniekąd intelektualnie nabrzmiały Benjamin Button, a ostatnio Wiek Adaline - znaczy idea i fabuła podobna, ale tak jak te skojarzenia dość wyraźnie pobudzająca, to za sprawą niezwykle skomplikowanej formuły uciekająca od prostych porównań z powyższymi hitami. Tutaj jest chyba wszystko - filozofia, polityka, kultura ale też metafizyka z parapsychologią i fantastyką naukową. Totalny tygiel i chwilami odczucie przekombinowania, z poczuciem przesytu i zagubienia w labiryncie bez jednego wyjścia. Formalnie urzekające kino za sprawą finezyjnej zabawy operatorskiej, z różnorakiej perspektywy z piękną grą barw i świateł, ale merytorycznie bardzo trudne do okiełznania, szczególnie gdy jeden wyłącznie seans odbyty. Faktem bezspornym pozostaje, że to kino intrygujące i głośno o chociaż jedno spotkanie więcej ze mną się upominające.

P.S. Nie wiem, może to tylko moje skojarzenie, ale ja tutaj dostrzegam sporo odniesień do ekranizacji powieści Brama Stokera. Kolejny seans przez pryzmat hrabiego Draculi i jego ukochanej będzie rozkminiany. :) 

piątek, 24 marca 2017

The Gathering - if_then_else (2001)




Dość często ostatnio pozwalam zaistnieć wokalnie Anneke van Giersbergen i zastanawiam się czy powinienem zacząć martwić się tą tendencją - szczególnie, iż byłem od lat przekonany, że niewieście trele mnie już nie interesują. :) Może powodem powracania na nowo do kilku albumów The Gathering nie są popisy Pani wokalistki, a sama muzyka i jej jakość? Bez rozstrzygania czy magnesem Anneke czy warstwa instrumentalna, przyznaję jednak, iż odrobinę się wstydzę, gdy taki rodzaj wrażliwości muzycznej zaczyna u mnie dominować. To taka eteryczna magia, której się poddaje, a z którą ze względu na płeć nie powinno być mi po drodze. Usprawiedliwiam teraz te kroki, stosując strategię żartu, spojrzenia na sprawę z przymrużeniem oka, jednakże „poważnie” pisząc mam świadomość, iż subtelnieje z wiekiem, a przyszłość moja może być już pisana pod znakiem totalnej słabości do miękkich dźwięków. Może na wyrost dramatyzuję, ale strach jest, kiedy pomyślę gdzie mogą zawitać moje gusta za lat kilka, może kilkanaście. ;) Póki co napędzany sentymentem kontakt z kompozycjami Holendrów nie jest jeszcze szczytem łagodności, bo w miarę ciężkich gitar na if_then_else całkowicie nie zarzucili, a w poniektórych numerach rasowa rockowa werwa wyczuwalna jest odpowiednio wyraźnie. Wiosła może nie dominują, ale skutecznie przypominają, iż nawet jeżeli The Gathering na krążku z 2001 roku zmierza w stronę czegoś w rodzaju transowego trip hopu z wyraźnym progresywnym zacięciem, to jednak pamięta z jakiej muzycznej ziemi pochodzi. Od siermiężnego doom metalu przecież zaczynali, a że przy nim nie pozostali, tylko dobrze świadczyć o nich może. Bowiem broń hmmm… (nie)Boże, absolutnie nie deprecjonując wartości różnorodnego metalowego rzężenia uważam, że każdy zespół, który sam siebie szanuje powinien zawsze podążać za głosem instynktu i nie ograniczać się do odcinania kuponów od zdobytej (w tym akurat przypadku) względnej sławy. Szacunek zyskany odwagą podążania własną drogą, nie zważając na trendy i rezygnując z cumowania w bezpiecznej przystani jest wart znacznie więcej niż ten powiązany z pozostawaniem w artystycznej stagnacji, produkując kolejne wariacje na temat najbardziej popularnego własnego albumu i przy okazji nabijając sobie kieszeń srebrnikami za cenę poddania się presji fanów i rynku. Przynajmniej ja w kontekście The Gathernig zasadniczo w wyższym stopniu cenię przykładowo właśnie if_then_elese czy How to Measure a Planet? od Nightime Birds, będącego słabszą kopią swego czasu genialnego Mandylion. Rozumiem, że The Gathering po tej nie w pełni udanej próbie zdyskontowania swojego najpopularniejszego krążka poczuli, iż nie tędy droga do artystycznego samospełnienia, a kolejne akty przywiązania do stylu albumu z roku 1995 będą nierozsądnym brnięciem w ślepą uliczką. Szczególnie, że był w nich potencjał na więcej, co udowodnili pisząc kolejne rozdziały w swojej historii i robiąc to na tyle sprawnie i ekscytująco, że nawet po latach dobrze się gawędzi o płytach odnajdujących się w rejonach coraz mocniej oddalonych od doomowo gotyckich korzeni. Pisałem przy okazji refleksji w przedmiocie How to Measure a Planet? iż zweryfikuje z dzisiejszej perspektywy także wartość krążków po if_then_Else nagranych i coraz mocniejsze mam przekonanie, że słowa dotrzymam, bo częste ostatnio w odtwarzaczu wizyty płyt z lat 1995-2001 grunt pod wycieczki do bliższej przeszłości przygotowują.

P.S. Obietnica złożona i to po linii obaw o których powyżej pisałem. Teraz nic mnie nie uratuje przed zatonięciem w rzewnym plumkaniu. ;)

czwartek, 23 marca 2017

Fear Factory - Digimortal (2001)




Szesnaście lat temu (nie mogę się nadal przyzwyczaić to takich wartości czasowych), Digimortal był rodzajem szoku i może nawet rozczarowania, gdyż niby stylistycznie pozostawali rozpoznawalni, w miejscu jednocześnie nie stojąc, a ich muzyka jakby obranego kierunku nie oceniać po prostu ewoluowała, to jednak coraz mniej było w niej pazura utożsamianego z brutalną agresją i totalną miazgą płynącą z uzyskiwanego brzmienia. Coś było na rzeczy, że zamiast „hard” kompozycje coraz bardziej kierowały się w „soft” stronę. Gitary niby cięły te rwane riffy, moc była jak zawsze konkretna, a melodia nie zastępowała mechanicznego pulsu, to jednak rytmika zmiękczona została coraz wyraźniej chwytliwymi refrenami. Zamiast autorskiej pochodnej chłoszczącego bezlitośnie zimnego odhumanizowanego industrialu, do odsłuchu dostałem materiał idący mocno w stronę modnych brzmień typowo nu metalowych. I chociaż Fear Factory od zawsze było uznawane za prekursora stygmatyzowanego trendu, to jednak na Demanufacture jak i Obsolete nie zaznałem tak wyraźnych konotacji z tym do bólu komercyjnym ujęciem gatunku. Na Digimortal niestety za dużo było tych wycieczek na „żenującą stronę mocy” i w efekcie nie zrobił ten album na mnie wrażenia porównywalnego z dwoma szacownymi poprzednikami. Co jednak człowiek spostrzegał ówcześnie jako rodzaj zawodu, dzisiaj widzi nieco inaczej, bo sporo się w międzyczasie wydarzyło i obraz dostrzegalny zmodyfikowało. Teraz z perspektywy lat nastu trzeba przyznać, że był to ostatni album z serii tych rozwijających autorską formułę w klasycznym składzie personalnym i niespychających grupy na manowce. Chociaż odejście Dino Cezaresa nie odbiło się tak od razu na jakości dźwięków, bo Archetype to bardzo dobry krążek, to już Transgression był totalną pomyłką i ostatecznym impulsem do zarzucenia kontynuowania dzieła spełnienia bez przysadzistego gitarzysty. Słucham sobie obecnie Digimortal, przyznaję, że po dłuższej przerwie i z chęcią po kolejne odsłuchy tego materiału sięgam. Nadal w konfrontacji z klasykami z lat dziewięćdziesiątych wypada on skromniej, ale nie czuje już tej przepaści pomiędzy nimi, jaka wówczas nakazywała zastanawiać się czy granicy nie przekroczyli. Oni jej nie przekroczyli, tylko z wyczuciem gdzieś niekoniecznie po linii prostej przesunęli. 

środa, 22 marca 2017

Anathema - A Fine Day to Exit (2001)




Może to ten krążek z nowej ery Anathemy, do którego wracam z najmniejszym sentymentem, lecz za cholerę złego słowa o nim nie napiszę. Wyjaśniam wpierw z przymrużeniem oka, bo nie jestem złośliwym, krytykanckim małym kpem i długo pracowałem, by za takiego nie uchodzić, a akurat swoją pracę nad własnym wizerunkiem szanuję ogromnie. :) Na poważnie natomiast, bo to doskonale przygotowana porcja anathemowo rockowej muzyki, w której spotykają się inspiracje zarówno z okresu poprzedzającego A Fine Day to Exit jak i te wówczas na ekipę braci Cavanagh mocno oddziałujące. Czuć, że głośne deklaracje o ogromnym uznaniu dla Radiohead i Pink Floyd nie były w żadnym stopniu gołosłowne - tutaj rozwijane konsekwentnie nabierają dojrzałego charakteru i wyrazistych barw. Metalowe korzenie już dawno zeszły na plan dalszy i pozostały jedynie echem przeszłości, a do głosu doszły nowe fascynacje i świeże eksploracje. Anathema obierając progresywny kierunek popłynęła w piękne rejony, w których dźwięki stały się ilustracją emocji ludzi odkrywających własne ja. Chociaż brzmi to zapewne niczym tania emfaza i poniekąd z dzisiejszego punktu widzenia oczywistość, to takie są fakty, że wówczas nagrali po raz kolejny to, co im w duszy grało i za to zawsze uznanie im należne będzie. Zważywszy na fakt, iż potrafili własne uczucia ubrać w dźwięki intrygujące i poruszające. Patrząc na te kilka powyższych zdań, zadałem sobie pytanie – dlaczego akurat najrzadziej do A Fine Day to Exit powracam? Skoro to tak doskonała płyta, należałoby z nią częściej związek odświeżać.

wtorek, 21 marca 2017

Loving (2016) - Jeff Nichols




Oparta na autentycznych wydarzeniach historia państwa Loving, mieszanej amerykańskiej pary, która w latach 60-tych popełniając w stanie Wirginia mezalians, naraziła się na szereg prześladowań oraz w finale dzięki zaangażowaniu ambitnych prawników doprowadziła do zmian w Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jednak do zwycięstwa w batalii przeciwko niesprawiedliwości prowadziła bardzo kręta ścieżka, pełna poświęceń i wątpliwości, obaw o sens walki i lęku przed jej reperkusjami. Podjęta ryzykowna gra nie gwarantowała przecież triumfu, a z pewnością miała istotny wpływ na napięcia pomiędzy małżonkami i bezpieczeństwo rodziny w społeczeństwie przesiąkniętym rasowymi podziałami. Zaletą niewątpliwie obrazu jest jego kameralna forma, skupienie się przede wszystkim na opowieści o ludziach, których zwykłe życie komplikuje niezrozumiałe prawo  i cały medialny szum rozpętany wraz z sądową batalią. Niewiele tutaj polityki, a same ideologiczne podłoże sprawy jest tłem w którym odnajdujemy relacje rodzinne, przeżycia wewnętrzne bohaterów i prawdziwą miłość. To stonowany film, można by napisać taki cichy, chwilami może nazbyt subtelny, ale jest w nim paradoksalnie sporo napięcia i krzyk, tam gdzie strach ustawiczny i życie ciągłe w niemej pokorze prowadzi do wyrwania się z bezradności i przeciwstawienie dyskryminacji. W czasach silnej segregacji rasowej, w jednym z najgorętszych miejsc Ameryki, gdzie radykalizmy dotkliwie wrosły w ludzką mentalność.

P.S. Czy tylko mnie powierzchowność i sposób aktorskiej interpretacji Rutt Neggy kojarzył się z naszą Gabriela Muskałą. :)

poniedziałek, 20 marca 2017

Silence / Milczenie (2016) - Martin Scorsese




Sporo o Milczeniu mocno krytycznie napisano - wiele cierpkich słów wypowiedziano pod adresem pracy, jaką w tym przypadku Scorsese wykonał oraz w stosunku do jego religijnych przekonań, które w najnowszym obrazie niby zbyt dosłownie gloryfikuje. Stąd miałem wiele obaw przed projekcją, a ją samą w czasie odwlekałem, by na własne oczy szybko się nie przekonać ile w komentarzach uzasadnionej krytyki, a może nietrafnych spostrzeżeń i nadinterpretacji? Błąd to był mój duży, że słuchając tych opinii nie poszedłem za głosem intuicji, by z miejsca samodzielnie sprawdzić wartość Milczenia. Umiarkowane oczekiwania zbudowane na fundamencie chłodnego przyjęcia obrazu przez ekspertów, w końcu spotkały się z doświadczeniem pochodzącym z osobistej autopsji i stwierdzam z przekonaniem, iż strach przed kompromitacją mistrza miał zbyt wielkie oczy, a pozorna jednoznaczność, głównie końcowych scen mogła w oczach wielu recenzentów interpretację zniekształcić. Od strony technicznej, a przede wszystkim wizualnej to prawdziwa perfekcja z fenomenalnymi zdjęciami, z kamerą harmonijnie podążającą za postaciami, z widowiskowymi panoramicznymi ujęciami urzekającej przyrody i kilkoma udanymi próbami wszczepienia do formy klasycznej dla mistrza tzw. boskiej perspektywy. Z aktorstwem na bardzo wysokim poziomie, z naciskiem na role japońskiej obsady, gdzie Issei Ogata w roli inkwizytora-negocjatora z przyklejonym uśmiechem uzasadnionej wyższości, prowokuje u zaślepionego Padre wątpliwości i pobudza poczucie winy. Jestem nawet skłonny z powściągliwą, ale jednak pochwałą objąć grę Andrew Garfielda, który u Gibsona w Przełęczy ocalonych męczył tym płaczliwym wyrazem twarzy okrutnie, a tutaj pomimo zachowania w dużym stopniu podobnej maniery nie mierzi już nią tak bardzo. Na pozór to obraz mało skomplikowany, wręcz czarno-biały z wyraźnymi kontrastami i rozumiem, że wielu zapewne tej iluzji uległo zauważając, iż dobro i zło jest w nim ukazane nazbyt szablonowo i nienaturalnie. Jednak wydaje się to fasadą, być może nawet świadomie jako zachęta do dyskusji przez błyskotliwego mistrza kina zastosowaną, bo pod warstwą uogólnień naprawdę sporo aluzji do kwestii etycznych przemycone. To w rzeczywistości absolutnie nie jest próba wyłącznie uświęcania ofiar częściowej chrystianizacji Japonii (choć końcowa dedykacja może to sugerować), gdyż świat relacji pomiędzy religiami i ich wyznawcami nie sprowadza się li tylko do stygmatyzacji oprawców i idealizacji postaw ich ofiar. To skomplikowany obraz, gdzie wątpliwości współegzystują z żarliwych przekonaniem o racji, gdzie tradycja konfrontuje się z wpływami z zewnątrz, gdzie podział na pana i chłopa, tudzież elitę i pospólstwo granice i różnice w odbiorze idei wyznacza. To manifestacja zarówno własnego przywiązania Martina Scorsese do religijnych dogmatów, jak i otwarta refleksja nad sensem i etyką ewangelizacji bez względu na koszty. To wreszcie i może przede wszystkim próba odpowiedzi na pytanie, czy można wewnętrznie głęboko wierzyć, a na zewnątrz tej wierze okazywać pogardę, bo okoliczności dla dobra sprawy takiego rodzaju hipokryzję wymuszają? Scorsese w moim przekonaniu unika w odpowiedziach jednoznaczności i także z szacunkiem traktuje obraz buddyjskiej Japonii. Nie marginalizując wielu istotnych zmiennych w rachunku krzywd i win, dostrzega, że ci „potworni” samuraje nazywani pieszczotliwie poganami, którzy nie chcieli konkurencji, bronili tradycji dziadów przed wpływami z zewnątrz. Nie przemilcza częstokroć bezsensu męczeństwa, ofiary z cierpienia i śmierci, nie okopując się stanowczo po jednej ze stron konfliktu. Obraz tym samym skutecznie i sugestywnie daje do myślenia i co ważne z różnych perspektyw światopoglądowych pozwala materię analizować. Jest rodzajem świadectwa do jakich okropieństw prowadzi potrzeba posiadania monopolu na władzę, także tę z religijnych względów przywłaszczaną, jak nisko upadają ci, co przekonani o własnym powołaniu i broniący przywilejów z taką łatwością ból zadają. Tutaj nie ma bez winy postaci, tutaj są ofiary własnej bezmyślności i nienawiści innych, a wszystko w imię wyimaginowanych bożków i obsesyjnego przywiązania do tradycji czy kultury. To żadna arogancka chrześcijańska propaganda, to rozbudowany film o szaleństwie rozumu, a różnica pomiędzy ukazanymi antagonistami taka, że jedni mieli narzędzia i moc sprawczą by niszczyć obce przekonania, a drugim brakowało tych możliwości. Nie trzeba ogromnej wiedzy i tak samo potężnej wyobraźni by dostrzec, że te role na kontynencie europejskim i w obu Amerykach były zamienione - prześladowani chrześcijanie, w innych rejonach sami bezwzględnie prześladowali. Gdzie kończyli poganie i heretycy? Z jakim rozmachem europejska inkwizycja odbierała ludziom życia? Kiedy mają władzę to są paniskami, rządzą i dzielą, swój światopogląd bezlitosnymi metodami narzucając. Nie posądzam jak wielu to uczyniło Martina Scorsese o stronniczość, a szacunku i pewności do jego pozbawionego radykalizmu przywiązania do katolickich reguł nabiorę, jeśli dla koniecznej równowagi w najbliższej przyszłości coś o historii "dobroduszności" kościoła w Europie nakręci.

P.S. Jeszcze jedno, tak na marginesie, ale nie bez wpływu przecież na odbiór Milczenia. Ta cała filozofia stojąca za porwanymi obłędem religijnym misjonarzami jest dla mnie, jako agnostyka, względnie ateisty (szczegóły) całkowicie niezrozumiała. Strategia bezczelnego egoistycznego zaszczepiania na niezrozumiałym kulturowo gruncie własnej i arogancko uznanej za tą właściwą wersji prawdy. Działania w rodzaju nieście "dobrą" nowinę w świat, ewangelizujcie bądźcie nauczycielami, wciskajcie Jezusa Chrystusa tym, którzy go nie potrzebują, wykorzystujcie prostactwo, frustracje i sytuację materialną najniższych warstw. Zadaje pytanie - czy taka jest powinność dobrego żarliwego chrześcijanina? Tego nie jestem w stanie zrozumieć, że jak człowiek jest szczęśliwy ze swoimi przekonaniami, jak one dają mu radość, to ma wewnętrzną potrzebę narzucania innym jak mają żyć, podług jakich zasad funkcjonować. Ta cała chęć sprzedawania swojego Boga jest żałosna i niebezpieczna, nie szanuje człowieka, a wręcz go uprzedmiotawia, traktuje jak wirusa infekującego lub organizm stający się nosicielem. To taka zaraza odbierająca rozum i pozbawiająca rozsądku. 

piątek, 17 marca 2017

Manhattan (1979) - Woody Allen




Taka oto sytuacja! Mam wolny wieczór, spędzam go zatem dla „odmiany” na kanapie przerzucając kanały - pomiędzy programami dryfuję o ludziach uciekających od cywilizacji, żyjących na krańcach świata w ascetycznych warunkach, a sportowymi zmaganiami zawodowych koszykarzy z północnoamerykańskiego kontynentu. Dwa, trzy pstryczki na pilocie i przypadkiem wpadam na Kulturę (bo odkąd dobra zmiana włada publiczną, znaczy narodową TV to rzadko płacony abonament wykorzystuję) i widzę, że już za dwie minuty Allenowski Manhattan będzie pokazywany. Myślę sobie, że szkoda taką okazję przegapić, bo to tytuł z bogatego dorobku gawędziarza jeden z najgłośniejszych i najliczniej nagradzanych, a że ja braki w znajomości filmografii Konigsberga posiadam, to wypada je w końcu systematycznie nadrabiać. Nie żebym charakterystycznej formy Allena nie lubił i nie doceniał, zwyczajnie ta intelektualna formuła nazbyt powtarzalna, a przeto po kilkunastu produkcjach nie aż tak atrakcyjna. Są jednak takie chwile kiedy z satysfakcją spotykam się z jego bystrymi analizami, a po lampce wina (czasem dwóch, trzech…) to już robię to z ekscytacją. :) Przyjazne zbiegi okoliczności wówczas wieczorem kierowały, zatem wiadomo… obejrzałem żarliwie ten jego Manhattan. Nie napiszę jednak nic nowego ponad to co do tej pory w temacie filmów Allena skreślałem, bo to klasyczna wariacja z Nowym Jorkiem w roli równoprawnego bohatera fabuły, z bogactwem wymyślnych figur językowych, konstrukcji dialogów błyskotliwej, określeń wyrafinowanych i intelektualnego dyskursu o sztuce, kulturze i filozofii. Rozgadane, czasem przepaplane, z poczuciem humoru, bo mimo, że takie intelektualne to w rozrywkowym przecież tonie. Taka romantyczna i nieco kontrowersyjna historia, gdzie Diane Keaton błyszczy, wielka Meryl Streep swój charakter zaznacza, a dominuje narcystyczny Pan z metra cięty. Gdzie słowa psychoanalityk i apodyktyczna pojawiają się dziesiątki razy, a bohaterowie pół życia spędzają na zastanawianiu się gdzie doszukać się sztucznego problemu, bo tych prawdziwych to raczej nie mają. Klasyczne kino czerpiące z hollywoodzkiego dorobku, nieco ubarwione manierą Allena, a mnie wciąż nie przestaje dziwić, że tak kreatywny i bystry umysł miast przekraczać granice, otwierać nowe drzwi to z uporem fiksuje się na cyklicznym robieniu kina powtarzalnego. Przecież każda jego kolejna produkcja to tak naprawdę kalka ikonicznych obrazów sprzed lat.

czwartek, 16 marca 2017

Edward Scissorhands / Edward Nożycoręki (1990) - Tim Burton




O bidulkowatym Edwardzie, który zamiast dłoni zestaw do cięcia, przycinania i cieniowania posiada, czyli o ciekawości, wrażliwości, samotności i inności. Niezrozumieniu, odrzuceniu i cierpieniu, stereotypach konwenansach i ogólnie budowaniu iluzji na pokaz - na poły poważnie i z groteskowym poczuciem czarnego humoru. Stąd konkluzja się rodzi, że choć nie każda bajka kończy się dobrze, to zawsze przynosi ze sobą morał, a że kino Burtona jest wyjątkowe nie muszę nikogo do tego tytułu przekonywać. Lecz ceniąc niezwykły klimat jakim nasycone jego fikuśne obrazy, nie muszę jednocześnie popadać zawsze w zachwyt nad jego treścią, bo niestety Burton ma to do siebie ze czasem przedkłada efekt wizualny (charakteryzacja, scenografia) nad wysokich lotów efektywność emocjonalną. Jest jednak w jego karierze niewielka ilość tytułów, które mają jedno i drugie. Nie mam w ich przypadku poczucia dyskomfortu, że to ładne ale w środku to banalne lub zwyczajnie puste. Edward jest gdzieś wpół drogi, bo to wciąż pewnego rodzaju baśń w formule kina familijnego, ale jak to się zwykło mówić gdy z taką konwencją się ma do czynienia - bawiąc uczy i ucząc bawi. :) W tym przypadku bardzo sugestywnie. 

środa, 15 marca 2017

Peeping Tom - Peeping Tom (2006)




Teoria, że trzeba do przyswojenia i zrozumienia pewnych doświadczeń dorosnąć oczywista i nie mam żadnych wątpliwości, że zasadna. Obserwując własną ewolucję w kwestii muzycznych podniet wniosek nasuwa się jeden - miałem ja latami oczy bielmem przesłonięte, bądź co na to samo w praktyce wychodzi brakowało mi przygotowania merytorycznego, by dostrzegać w projektach Mike'a Pattona wartość, co najmniej równą jego pracy wykonywanej w Faith No More. Zdaję sobie sprawę i zaznaczam tutaj wyraźnie, że jeszcze nie wszystko w czym ten genialny muzyk swoje łapska maczał w pełni dla mnie zrozumiałe i ogromnej przyjemności dostarczające. Fantomas to wciąż jazda totalnie abstrakcyjna i jeszcze pewnie długo zupełnie nieosiągalna, a Mr. Bungle może wkrótce do przepracowania i po olśnieniu doznanym, tutaj na tych stronach z ekscytacją komplementowany. Póki co "podglądacz" na tapecie i masa znakomitych wrażeń zaserwowana podczas trzech kwadransów swobodnego sam na sam z dźwiękami. We współpracy ze znakomitościami bynajmniej nie sceny rockowej Mike Patton stworzył wybornie bujającą pigułę szczęścia, wprowadzającą szeroki uśmiech na moją gębę i w duszę skutecznie wtłaczającą chill totalny. Perkusja, bas, czasem jakieś gitarowe przestery, bardziej melodyjne próby, klawisze o różnorodnych brzmieniach, sporo elektroniki z ciekawymi bitami i skreczami, czyli trip hop, soul i funky w transowym popowym sosie. Ale ambitnie popowym, bo te urocze formy nijak przecież się mają do kiczowatej formuły zwykłych przebojów. Groove wszczepiony w charakter twórczości Pattona wyśmienity puls kompozycjom daje i głos ekspresyjny idealnie współpracuje z intensywnym tętnem instrumentarium. Przede wszystkim dominują ciepłe wokalne brzmienia, kombinacje do jakich wielki Mike przyzwyczaił - szepty, półgłosy, melorecytacje, ale to wszystko mimo, że pozbawione ekstremy stosowanej przez mistrza w innych formacjach, tutaj z równie ogromnym ładunkiem emocjonalnym zostaje podane. Dodatkowo wspierany soulowymi kobiecymi wokalami, chwilami wręcz odjazdami w styl kojarzący się niewiastą o pseudonimie Sade, czy z drugiego bieguna raperskimi nawijkami, potrafi wyczarować fenomenalny klimat, w którym czuć przemyślaną artystyczną wizję i mimo, że zaproszeni artyści spory przekrój inspiracji reprezentują to całość jest spójna i nie budzi wrażenia zlepionej na siłę składanki. Peeping Tom to kolejny dowód na nieokiełznany przebogaty geniusz Pattona, otwarcie na doświadczenia o szerokiej amplitudzie i nieprawdopodobne wyczucie w wykorzystywaniu naturalnego talentu. Jedenaście świetnych kompozycji, z kilkoma wręcz porywającymi - Five Seconds, Mojo, Don't Even Trip, Your Neighborhood Spaceman, Kill the DJ i wreszcie We're Not Alone to wyjątkowe muzyczne atrakcje, które nie wierzę by kiedykolwiek w przyszłości zaczęły mnie nudzić.

poniedziałek, 13 marca 2017

Reservoir Dogs / Wściekłe psy (1992) - Quentin Tarantino




Historia powstania tego filmu dla wtajemniczonych maniaków Tarantino znana. Jakby ktoś nie wiedział, to nie było kasy, była wyłącznie pasja, która wytrwałością zdobyła w końcu odpowiednie fundusze i pozwoliła młodemu wpierw pracownikowi wypożyczalni kaset VHS, potem scenarzyście zrobić pełnometrażową fabułę według własnego oryginalnego pomysłu. Powstała absolutna już klasyka, pierwszy poważny krok wklejający nazwisko do historii kina jaki wykonał Quentin Tarantino. Rzecz esencjonalna, chociaż w konfrontacji z Pulp Fiction wyglądająca jeszcze nieco zachowawczo, mocno kameralnie i znacznie mniej widowiskowo, z mniejszym rozmachem w kwestii scenariusza. Ale są tutaj oczywiście jak przystało na produkcje sygnowaną nazwiskiem Tarantino łebskie dialogi, sceny majstersztyki w budowaniu napięcia, przemoc, brutalność, czarny humor i ekscytujące popisy aktorskie. Wszystko to, czym mistrz od startu od zawsze w idealnym wysokim stężeniu nasączał własne produkcje. Wpierw krótkie, aczkolwiek mistrzowsko błyskotliwe zapoznanie z postaciami, a potem już jazda na całego. Krwawa, pełna przemocy i zaskoczeń pośród między bohaterami wzajemnych rozliczeń. Bardzo udane, wręcz znakomite preludium do genialnego Pulp Fiction. 

niedziela, 12 marca 2017

Twelve Monkeys / 12 małp (1995) - Terry Gilliam




Bez żadnych wątpliwości w moim przekonaniu najlepsza pełnometrażowa fabuła jaką otrzymaliśmy od Terry'ego Gilliama. Poziom porównywalny wyłącznie z Fisher Kingiem. W obu przypadkach walorem kapitalne role, i tak jak we wcześniejszej perełce zachwycał Williams z Bridgesem, tak tu popis daje Pitt i poziomem dorównuje mu Willis. Błyskotliwy scenariusz, skomplikowany z wyobraźnią podbarwiony osobliwym poczuciem humoru i wizualną ornamentyką charakterystyczną dla maestro Gilliama. W tym zakręconym aczkolwiek czytelnym scenariuszu jest istotne drugie dno, ważny temat związany z ekologią, rolą teorii spiskowych, terroryzmu ideologicznego, informacyjnej propagandy i filozoficzną analizą konsekwencji podróży w czasie. Okrutna wizja przyszłości, zsyntetyzowana z równie odpychającą rzeczywistością przez pryzmat przeszłości. Obraz z horyzontalnie zmienianą pozycją kamery, muzyka z tymi wyjątkowymi brzmieniami akordeonu, przedmioty i otoczenie inspirowane cyberpunkiem, futurystyczne wizje i psychiczne zaburzenia, odjazdy i odloty, ale trzymane w miarę w ryzach dzięki czemu 12 małp pośród innych filmów Gilliama wyróżnia się mniejszym poziomem niezrozumiałych abstrakcji. Dwie dekady temu zrobił na mnie ogromne wrażenie, dzisiaj oglądany nie stracił nawet w drobnym stopniu na sile przekazu i wartości. Chociaż na szczęście jako gatunek nie doprowadziliśmy jeszcze do samozagłady, to z pewnością ostro zbliżyliśmy się do krawędzi, a jej przekroczenie to niewątpliwie tylko kwestia czasu. Myślę, że to jest film o profilaktyce, znaczy lepiej zapobiegać niż leczyć!  

piątek, 10 marca 2017

Lion / Lion. Droga do domu (2016) - Garth Davis





Miliony ludzi żyjących w ubóstwie, bezdomne dzieci na ulicach i przeszywająca znieczulica – obojętność niezrozumiała z punktu widzenia mieszkańca świata zachodniego, a w tych rejonach globu skąd bohater pochodzi naturalna. Skojarzenia biegną w kierunku oscarowego Slumdoga, bo z kinem gdzie Indie miejscem zdarzeń nie mam zbyt często do czynienia, a i tematyka dziecka ulicy podobna, jak i Dev Patel czynnikiem te dwa tytuły wiążącym. Jednak film Gartha Davisa różny od obrazu Danny’ego Boyle’a, nie tak dynamiczny, zdecydowanie bardziej wyciszony i do duszy widza zaglądający. Robi niemałe wrażenie, bo zwyczajnie mocno porusza, a sama historia jest autentyczna i mam wrażenie na potrzeby fabularne nie bardzo zmieniona. Towarzyszymy zagubionemu dziecku, w chwilę później już mężczyźnie, wkraczającemu w dorosłość, próbującemu odnaleźć własną tożsamość, może nawet bardziej w wymiarze duchowym, niż bezpośrednio powiązanym z ludźmi fizycznie tu i teraz. To podróż poprzez skrawki pamięci w poszukiwaniu równowagi, świadomości prawdy i odpowiedzialności za zbieg okoliczności. Czy jest ckliwy, pewnie tak i serce kruszy z łatwością ale ten szantaż emocjonalny nie zostaje podniesiony do poziomu sztuczności, on naturalny i przeżycie też tak po prostu ludzkie. Prawdziwy, subtelny, wzruszający, poważny i pomimo tej powagi tematem inspirowanej bardzo pozytywny. Pytania liczne jeszcze po seansie sobie zadaje - gdzie byłby Saroo jako człowiek gdyby nie takie zrządzenie losu? Bo to przecież historia tak samo o tropieniu korzeni jak i predyspozycjach psychicznych, czy warunkach dojrzewania. Czy lepiej byłoby mu „tam”, w społeczeństwie kastowym bez perspektyw, ale z naturalną rodziną, czy „tu” wraz z rodzicami przyszywanymi, ale w kraju wielu możliwości? Jak bardzo szkoła życia na ulicy krzywdzi, a na ile hartuje? W końcu czy już po urodzeniu mamy wpisany trwały protokół rozwoju osobowości i na ile ewentualnie środowisko dojrzewania jest w stanie go zmienić?

P.S. Wiem, że powinienem napisać, że ten młodziutki aktor jest uroczy, a Nicole Kidman obsadzona fenomenalnie – więc piszę. :)

czwartek, 9 marca 2017

Live By Night / Nocne życie (2016) - Ben Affleck




Ben Affleck aktor przeważnie emocjonalnie niewylewny, bez charyzmy niemrawy, taki totalnie toporny, szczególnie odkąd postanowił być na ekranie przy każdej sposobności wyłącznie kopią postawnego, a nawet posągowego Batmana. Reżyser z Pana aktora zaś do tej pory bardzo przyzwoity, w jednym lub dwóch przypadkach nawet wyśmienity, stąd oczekiwania moje z jednej strony były spore, z drugiej natomiast obarczone zasadnym niepokojem. Do tego tematem którym zechciał się zainteresować kino gangsterskie w oparach klasycznego noire, więc i moja uwaga odnośnie projektu podbita do poziomu niecierpliwego wyczekiwania. Jak ta robota starszego Afflecka w rzeczywistości się prezentuje? Kręcę teraz nosem, robię wymowne miny i napiszę, iż nie jest to produkcja całkowicie do bani, bo na pojedyncze komplementy może i zasługuje. Tyle, że te walory mogą mieć wartość, ale akurat nie dla mnie. Bo klimat i zdjęcia mocno komiksowe, a ta narracja głównego bohatera to wypisz wymaluj sentencje jak z Raymonda Chandlera, tylko nazbyt mocno przesiąknięte nieznośną, choć przecież charakterystyczną pozą. Poszukam jeszcze może na siłę i uwagę zwrócę na widowiskowy pościg, atrakcyjne kobiety i wreszcie jedno mordobicie, gdzie czuć było, że to dupsko skopane i nos łamany efektownie. I żałuję, że to tylko tyle kiedy dominuje brak jakiegokolwiek ekscytującego pulsu, jest mdło, miałko i strasznie plastikowo. Czekałem bez skutku przez dwie godziny na zwrot konkretny, na wytęsknione coś, które opowieść ożywi. A tu bida, ikry brak i jeszcze dolegliwy zapach tworzyw sztucznych w miejscu, gdzie powinna rządzić woń testosteronu zmieszana z aromatem elegancji, tudzież namiętności gorącej i smrodem prochu. W oczekiwaniach nie miało być może arcymistrzowsko, ale w tym przypadku to chyba nawet do przeciętności brakuje. Czy będzie jeszcze dla dobrego kina pożytek z Pana Benjamina? Obawiam się, iż z tym kołkiem w czterech literach wyłącznie w formule niemych figur woskowych może atrakcję stanowić. Myślę, że w tej hollywoodzkiej rodzinie Afflecków jest obecnie tylko jeden prawdziwy facet. Taki co autentycznych uczuć się nie wstydzi i nie chowa się pod maksymalnie nienaturalną, przed lustrem wystudiowaną pozą. Szkoda szczególnie Bena reżysera, bo sprawności aktorskiej to ja absolutnie po nim już na starcie się nie spodziewałem. 

środa, 8 marca 2017

Lamb of God - Sacrament (2006)




Ta formacja to w pewnym sensie fenomen, a konkretnie mam tu na myśli dość niecodzienną sytuację, jaka miała miejsce, myślę że aż do wydania właśnie czwartej płyty Amerykanów. Bowiem popularni i uznani w metalowym środowisku za oceanem, zabierani na trasy przez największych tuzów thrashu, u nas i pewnie ogólnie w Europie byli przez długi okres nieznani. Kontrakt z potentatem i po macoszemu traktowana przez niego promocja plus brak dobrej dystrybucji krążków przede wszystkim w naszym kraju przyczyniły się do powyższego stanu. Jednak jeżeli ktoś prezentował tak wysoki poziom jak właśnie Lamb of God w końcu i wysoki status musiał sobie zapewnić i już od Sacrament przyszło względne zwiększenie zainteresowania grupą, którego apogeum nastąpiło w momencie powiązania Epic Records z oczywiście przede wszystkim związanym z ciężkimi brzmieniami Roadrunner Records. Wydany w Europie pod szyldem RR Wrath dotarł ze wzmożoną promocją do fanów nowoczesnego thrashu zamieszkałych w kraju nad Wisłą i myślę, że zasłużenie zbudował także tutaj oddaną grupę fanów. Jednak zanim Wrath z pompą było przez Roadrunner promowane, jak zwolennik motorycznego gitarowego mielenia chciał poznać, co to takiego Owieczka Boża, to dotarł do źródełka i poddał się odsłuchowi krążka z charakterystycznym sakralnym fioletem i kielichem na obwolucie, jak i nawet sięgnął do tych trzech niezgorszych przecież wcześniejszych jeszcze produkcji sygnowanych logiem LoG. W moim osobistym przypadku historia kontaktów z albumami owieczki rozpoczęła się w roku 2004 za sprawą Ashes of the Wake i kupiony tym, co już wtedy do moich uszu dotarło z niecierpliwością oczekiwałem premiery nowej produkcji. Tak się złożyło, że trudności z zakupem płyty pokonałem i już od pierwszego odsłuchu zostałem z radością poddany wszystkim jedenastu sakramentom. One w porównaniu do trójki nabrały większej chwytliwości, bo aranżacje nastawione były na natężoną bezpośredniość przekazu, chociaż wraz z charakterystyczną przebojowością kawałków szła także odpowiednia moc brzmienia. Płyta jak przystało na metalowy produkt kopie intensywnie, jest energetyczna i ma ciężar stosowny do reprezentowanego gatunku. Sekcja rytmiczna podkręca tempo, lecz nie popada nader często w zbyt szaleńcze odjazdy, stawiając bardziej na groove niż bicie rekordów prędkości. Bo Sacrament to taki idealnie skonstruowany modern thrash, gdzie klasyczne solówki przenikają się bezkolizyjnie z bujającym rytmem, dając słuchaczowi sporo satysfakcji z obcowania z ciekawymi rozwiązaniami i takiej bezpretensjonalnej dobrej zabawy. Agresywnie z przytupem, chwytliwie z nośnymi melodiami, ale i technicznie z ambicją i nerwem, lecz bez przytłaczającej przewagi żadnego z powyższych. Z szacunkiem do tradycji, ale i spojrzeniem w przyszłość – bez archaicznych heavy patatajek ale i bez kombinowania na siłę. Bo właśnie siłą największą Lamb of God może przede wszystkim na tym krążku jest ten idealny balans pomiędzy starym, a nowym i smykałka do budowania takich instrumentalnych konstrukcji, które są zapamiętywalne, lecz absolutnie nie banalne. 

wtorek, 7 marca 2017

Machine Head - The Burning Red (1999)




Z ogniem powiązana czerwień jest typowym odbiciem czasów w jakich powstawała - jednocześnie pójściem za modą jak i budowaniem jej względnej legendy. Wówczas album przyjęty dosyć chłodno, dzisiaj poddany próbie czasu i osądowi z dystansu udowadnia, iż nie wszystko co z nu metalem kojarzone musiało być kiczem. Trudno też nazywać ekipę Robba Flynna trendziarzami, skoro sami przyczynili się znacznie do zbudowania podstaw gatunku, który po chwilowej eksplozji popularności dostał od metalowego środowiska dosyć mocno po pysku. Jednak kiedy goście z Machine Head dostrzegli, że ta ścieżka krótka, a jeśli za jej zakrętem coś jest to tylko stagnacja, brak perspektyw rozwojowych i wreszcie stygmatyzacja, dosyć prędko kurs zmienili czego efektem Supercharger i zdecydowanie już Through the Ashes of Empires. Sprawiedliwość jednak grupie oddam, bo to chyba jedyni przedstawiciele nu metalu obok Deftones, którzy popularności na trendzie się dochrapali, ale nie szczeźli w niebycie i w nowych okolicznościach nieźle się urządzili. Może ich kariera to nie taka piękna muzyczna bajka, jaką napisali sobie chłopaki z Deftones, stając się ikoną ogólnie rozumianej rockowej awangardy. Jednak MH to zespół poważany, ich status na scenie wysoki i od lat na wysokim C utrzymywany. The Burning Red to płyta która na zasłużone oklaski ze strony przynajmniej części grymaśnych fanów metalu poczekać musiała dłuższą chwilę, a już na pewno na moje uznanie, gdyż w momencie pojawienia się na rynku była bardziej rozczarowaniem niż rewelacją. Niby numery miały znakomite, odpowiednio potężne brzmienie, ale i bardziej zwarty, można by napisać piosenkowy charakter, przez co kojarzyły się z pójściem w kierunku nienawidzonej komercji. To w pewnym sensie mylne wrażenie, gdyż przebojowy potencjał wiązał się z lepszym warsztatem kompozytorskim dając finalnie efekt w postaci utworów lepiej skonstruowanych, przez co bardziej dojrzałych, w dodatku w żadnym stopniu pozorowanych - to się czuje że w nich taki groove naturalnie wibrował. Album jest cholernie równy i pośród autorskich kawałków żaden nie schodzi poniżej stabilnego wysokiego poziomu, a samo może nieco ryzykowne umieszczenie coveru The Police w środku stawki było zabiegiem rzadko praktykowanym - szczególnie takiego klasyka w rockowych annałach zapisanego złotymi zgłoskami i wyraźnie rozpoznawanego. Tutaj jednak nie burzy on treściwej istoty albumu, a ciekawy aranż dodaje mu atrakcyjności pomagając stopić się z gracją z autorskimi kompozycjami. Kiedy dzisiaj The Burning Red zaskakująco często gości w moim stereo, a jego ocena diametralnie różna od tej pierwotnej zadaje sobie teoretycznie niewygodne i burzące poczucie pewności siebie pytanie – jak wiele z tych dzisiejszych muzycznych rozczarowań w przyszłości stanie się klasykami? Chyba, że już teraz dotarłem do miejsca, w którym jestem już nieomylny. :)

P.S. I tylko look, jakim ówcześnie "imponował" Flynn z ziomalami to była błazenada kompletna. Na szczęście słuchając krążka nie muszę oglądać scen podobnych tym z obrazka do From this Day.

czwartek, 2 marca 2017

Pokot (2017) - Agnieszka Holland, Kasia Adamik




Osią niby wątek kryminalny, czyli są morderstwa i jest zagadka. Pytanie kto się zabójstw dopuszcza i grubo ciosana tajemnica pod tytułem, czym się ten poszukiwany sprawca kieruje, że akurat tych osobników na ofiary wybiera. I to jest jeszcze zjadliwe, do przetrawienia, choć poziom enigmatyczności łamigłówki może chyba tylko niegramotnego funkcjonariusza prowincjonalnego posterunku o ból głowy przyprawić. Jednak ta kwestia schodzi na plan dalszy, gdy wokół wątku kryminalnego taka masa szablonów z uporem maniaka poupychana. Jakby Olga Tokarczuk przy asyście wybitnej reżyserki za punkt honoru sobie postawiła, że wszelkimi stereotypami najpierw scenariusz wypełni, a potem pozwoli by już oczami Agnieszki Holland pokazane one zostały w topornie kwadratowym stylu, tak wyraziście iż nawet współczesny wzór cnót wszelakich konserwatywnym patriotą zwany rozezna się kto dobry, a kto zły pośród tych do bólu wyrazistych kontrastów. Tyle, że dorzucając do tej rozjaśnionej jasności podział na maksymalnie zdziwaczałych bohaterów kochających przyrodę, gnębionych dodatkowo przez kierujących się partykularnymi interesami hipokrytów uznawanych za szanowanych członków społeczności (zasłyszane - ludzi sojuszu tronu, ołtarza i strzelby) robi samej ekologicznej idei niedźwiedzią przysługę. Intencje intencjami, a efekt niestety marny, bo miast próbować budzić wśród ludzi o w miarę wysokim potencjale intelektualnym zachowania proekologiczne, ewentualnie (choć to chyba misja niemożliwa) zmieniać percepcję prostaków, ona tych drugich tylko utwierdza w przekonaniu, że dziwadła chcą im „normalnym” narzucać jakieś wydumane idee, a tych pierwszych obraża schematycznością i brakiem jakiejkolwiek próby głębszej penetracji ludzkiej psychiki. Żadnych subtelności, potrzeby spojrzenia na skomplikowane przecież relacje w miarę autentycznie, tylko bijąca po oczach niemiłosiernie stereotypowy schematyzm ubrany w irytujący i chwilami nawet żenujący (tak, robiłem te właśnie miny wstydząc się tego co widzę) bełkot o wszystkim i o niczym. Do tego warsztat aktorski cholernie sztuczny, jakby te przecież uznane nazwiska z obsady chciały równać do poziomu Pana Bosaka, oraz nieudane wydumane próby sugestywnego oddania pierwotnej natury przyrody. Smutno mi teraz, bo nie takich wrażeń się spodziewałem, nie zakładałem że Agnieszka Holland do łopatologii praktycznie stosowanej się zniży i jeszcze za to wątpliwej urody artystycznej „dzieło” otrzyma prestiżowe nagrody. Żeby chociaż odrobinę sobie humor poprawić posilę się w tym miejscu komentarzem satanisty celebryty. Mianowicie cytując Pana muzyka: "Najnowszy film Agnieszki Holland zakończył się happy endem. Spłonął kościół i zabili księdza.” Zatem, rzucać we mnie kamieniami – w tym przypadku z obydwu stron barykady. 

środa, 1 marca 2017

El Club / Klub (2015) - Pablo Larraín




Tytuł sprzed dwóch lat poniekąd mi znany, bo o oczy poster się obił, lecz dopiero teraz obejrzany za sprawą i przez pryzmat obecnie bardzo głośnej roli Natalie Portman właśnie u Pablo Larraína. Mocny dramat o czynach ludzi stawianych w warunkach trwałej konserwatywnej ciemnoty ponad prawem. Zrobiony w formule "prosto w mordę" bez owijania w bawełnę, bez wahania się by mówić unikając półśrodków o godnych absolutnego potępienia praktykach pedofilskich, czy też tych gejowskich pod dywan wstydliwie zamiatanych z racji oficjalnej walki "czcigodnej" instytucji z tym „zboczeniem”. W surowej oprawie, gdzie obraz na ekranie niewyraźny przez filtr tłumiący kontrast przepuszczony, natomiast puenta dosadna w żadnym stopniu rozmyta. Inteligentnie i przenikliwie z mnóstwem symbolicznych scen i zbliżeń twarzy, twarzy których wyraz mówi więcej niż tysiące słów, opasłe elaboraty, czy statystyczne analizy. Tutaj postacie o zmęczonych obliczach, prowadzą ascetyczne i odizolowane życie w teoretycznym poczuciu skruchy i żarliwej pokuty - w warunkach względnego bezpieczeństwa i tłumionego strachu przed odpowiedzialnością. Przybywa jednak w ich życie na okoliczność zaskakującej śmierci prawdziwa pokuta, która zabiera wszelkie zastępcze przyjemności i drąży w potępionych umysłach poszukując poczucia winy. W powietrzu wisi strach przed odkryciem tajemnicy, obnażeniem przeszłości anonimowych "skazańców" i naznaczeniu ich przez okolicznych mieszkańców. Wstrząsający to dramat, dostrzegający w upadłych klechach słabych ludzi z poharataną, pokręconą psychiką ale nawet przez moment nie usprawiedliwiający ich czynów i bezskutecznie tłumionych instynktów. Wspólnotowa patologia to punkt wyjścia i klamra dla tej historii o nieludzkich obliczach "ludzi", w której finał zaskakuje i bardzo mocno do myślenia daje.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Arcturus - La Masquerade Infernale (1997)




Poniżej sentymentalna wycieczka w czasy dość zamierzchłe, zapowiadana już w połowie roku 2015-ego, tuż po premierze Arcturian, a zrealizowana dopiero teraz. Poślizg znaczący jednak usprawiedliwiony, bowiem dziś daleko mi z obecnymi zainteresowaniami do podobnych klimatów jakimi ówcześnie Arcturus mnie hipnotyzował, a i ostatni album posiadaczy wymyślnych pseudonimów przyniósł miast rozpalenia zmysłów, zimny niestety prysznic. Po prawdzie to nie wiem nawet, czy tego rodzaju stylistyka na scenie ma swoich kontynuatorów, ewentualnych propagatorów, może chociaż zwolenników, którzy po dwudziestu niemal latach potrafią z podobną jak wtedy ekscytacją chłonąć dźwięki z La Masquerade Infernale. Nie mam wiedzy, czasu brak na jej zdobywanie, a jedyne co mogę tutaj napisać to kilka zdań refleksji z pamięci wydobytych i tych pochodzących z dzisiejszej konfrontacji z materią z drugiego, przełomowego krążka Norwegów. Jak zasygnalizowałem, w roku 1997 kontakt z grupą złożoną z tuzów black metalowej sceny był szokiem zupełnym, stycznością ze sztuką (świadomie użyte górnolotne określenie) wychodzącą poza moje wyobrażenia, spotkaniem z materiałem definiującym w mojej świadomości określenie metalowa awangarda. Bo pomimo, że na albumie masa klawiszy i dodatkowo jeszcze kwartet smyczkowy pierwsze skrzypce odgrywa, a cała teatralno-groteskowa oprawa z patetycznym, napuszonym wokalem nijak się ma do sceny ekstremalnej, to jednak pochodzenie muzyków i ekstremalnie jazgotliwa, trudno przyswajalna formuła stawiała i stawia ich pośród formacji nadal metalowych. Przynajmniej takie miałem wtedy przekonanie, a dzisiejszy odsłuch płyty znacząco tego wyobrażenia nie zmienił. To co słyszałem w tej muzyce wtedy, a to co współcześnie w niej dostrzegam to w miarę spójne przekonania i odczucia. Różnica zasadniczo zmieniająca ogląd rzeczywistości polega wyłącznie na tym, iż kiedyś był to kult absolutny, obecnie zaś rodzaj ciekawostki, która nostalgią jedynie zostaje pobudzona. Żeby jasno być zrozumianym już wyjaśniam, iż te 45 minut z dźwiękami absolutnie osobliwymi nie były męczarnią, ani też doświadczeniem na nowo rozbudzającym pasję. One uświadomiły mi jak długą i kształcącą drogę przebyłem, ile musiałem ostrych zakrętów pokonać, w jak wiele ślepych uliczek zabrnąć, by znaleźć się tu i teraz i posiadać takie, a nie inne priorytety w obrębie muzycznych zainteresowań. Szanuję pomysł i realizację, odwagę i bezkompromisowość, jednocześnie trudno mi znieść cholernie płaskie brzmienie, już na standardy sprzed dwóch dekad nie do przyjęcia. Tutaj wszystko rzęzi nieprzyzwoicie szarpiąc nerwy i odbierając wybornym instrumentalnym popisom oraz aranżacyjnym odlotom głębię. To grzech podstawowy, chociaż w przypadku rozprawiania o piekielnej maskaradzie, ilość sprzeniewierzeń zasadom powinna być wprost proporcjonalna do zawartości diabła w pięciolinii. :) Żart się pojawia i on też usprawiedliwiony, gdyż odnoszę wrażenie, że ten ośmioaktowy spektakl to rodzaj świadomego przerysowania, bo ten patos i próba stworzenia wyrafinowanej opery na bazie „parapetu” nie mogła być do końca poważna. Z drugiej jednak strony jak przypomnę sobie śmiertelną powagę ówczesnych muzycznych „Panów Ciemności” to uśmieszek politowania na twarzy spod fikuśnej maski założonej dla uchwycenia klimatu się przebija. To jest prawdopodobnie mój największy problem z tego rodzaju twórczością, bo nie mam do końca pewności jak sami muzycy efekty własnej pracy spostrzegali, jakie były źródła ich motywacji. Do tej "niepewności" czy aby między innymi ze mnie żartów sobie nie robili, dodaje teraz niemal stu procentową pewność, że tego rodzaju mocno przestylizowana awangarda próby czasu nie przetrwała. Świadczy o tym brak (ja akurat nie znam) kontynuatorów oraz porażka samej formacji, która nagrywając dwa lata temu nowy album sama dostarczyła masy argumentów dla wydania tak radykalnego osądu. Mierząc się z Arcturian przeżyłem tortury, powracając do La Masquerade Infernale doznałem w miarę przyjemnego, aczkolwiek tylko chwilowego niestety spełnienia. Sentyment ogromny we mnie tkwi nadal, prawdziwa, czysta miłość do tych kompozycji bynajmniej już dawno wygasła. 

piątek, 24 lutego 2017

Moonlight (2016) - Barry Jenkins




Kapitalna seria się trafiła. Trzy tytuły, trzy dzieła! W poniedziałek wystartowała wraz z Manchester by the Sea, w chwilę później kontynuowana była za sprawą Juste la fin du monde Xaviera Dolana, a dzisiaj tą ucztę zakończył Moonlight. Żadnego z tych obrazów ponad inny nie wyróżnię, bo mimo że korzystające z podobnej stylistyki, gdzie ambicje artystyczne przenikają się z tymi intelektualnymi, a wszystko ubrane za względnie skromne pieniądze w kameralną oprawę, to jednak każdy z nich czym innym mnie oczarował. Moonlight się we mnie konsekwentnie i cierpliwie osadzał, gdyż wśród nich najintensywniej przesiąknięty jest czymś w rodzaju metafizyki - pozazmysłowym, trudno definiowalnym dotknięciem kwestii społeczno-psychologicznych. Obserwując intymny proces przywdziewania przez bohatera pancerza chroniącego jego wrażliwą duszę, nie mogłem pozbyć się upartego wrażenia, że jeden filmowy przykład otworzył we mnie zupełnie nową perspektywę spojrzenia na kwestię odgrywania ról społecznych. Miałem oczywiście tą świadomość, iż rola determinowana jest okolicznościami, miejscem budowania własnej tożsamości oraz niezaspokojonymi potrzebami. Nie do końca jednak uświadamiałem sobie, iż przy tak powszechnych uwarunkowaniach ten wybór może być wyłącznie zero-jedynkowy, a potrzeby zostają zminimalizowane do co najwyżej tych bezpieczeństwa. Bez względu na wrodzone predyspozycje psychiczne i w najmłodszych latach wykształcone cechy osobowościowe człowiek zostaje postawiony przed prozaiczną koniecznością dostosowania się, a wyrwanie się z ram niezbęnych wyborów jest niemal niewykonalne. Gdy nie ma wsparcia w rodzinie, instytucje państwowe są skostniałe i niewydolne, życie można kontynuować na marginesie staczając się w otchłań wewnętrznych frustracji, bądź obudowując sukcesywnie własną wrażliwość izolującą skorupą z kamienia zapewnić sobie względny spokój i komfort. Barry Jenkins jako reżyser błysnął niebywałym talentem zderzając dokument społeczny z czystą fabularną poezją. Utkał subtelną opowieść o lękach i ich przezwyciężaniu, o trudnym budowaniu własnej tożsamości, o przemianie i ocaleniu, wreszcie o miłości. Dokonał tego używając przemyślanych środków i spoglądając na kreowaną rzeczywistość od wewnątrz, z perspektywy dziecka, młodzieńca i wreszcie dorosłego. W trzech aktach dokumentujących przemianę determinowaną jedną nadrzędną potrzebą. Potrzebą bezpieczeństwa i koniecznością adaptacji!

środa, 22 lutego 2017

Juste la fin du monde / To tylko koniec świata (2016) - Xavier Dolan




Co tam u Dolana? Ciekawość mnie zżerała i po męczącym oczekiwaniu została wreszcie zaspokojona. Wszystko „w porządku”, znaczy dysfunkcjonalność w zainteresowaniach rządzi, czyli hmmm... rodzina, ach rodzina oraz człowiek jest złożony, a neurozy i psychozy to chleb powszedni jego codzienności. Zatem jak uznany już w reżyserskim fachu młodzieniec w tych rejonach deliberuje, to jednowymiarowo nie jest, to emocje gwarantowane i dla każdego kto bystry dyskretna harmonia, względnie głęboko zakamuflowana równowaga pomiędzy wierszami do dostrzeżenia. Temat z temperamentnym potencjałem oraz z kontrowersyjnym pierwszym planem - życie realne i z tła problemy bohaterów widzowi bliskie. Atmosfera wykreowana gęsta, w duszach postaci się gotuje i stężenie złych emocji niczym smog zatruwa płuca łaknące czystego powietrza. Masa wzajemnych pretensji relacje destabilizuje, każdy ma własne zaburzenia i przybiera nieskutecznie pozy skrywające prawdziwe ja. Frustracja i niemoc rządzi, brak prostych metod na radzenie sobie z własnymi uczuciami. Chcę ale nie potrafię! Próbuję, staram się, a wychodzi jak zawsze! Skąd to znamy, jak często we własnym życiu to przerabiamy! Z rodziną podobno najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to jeśli ono jest odpowiednio pracowicie upozowane, taka „prawda” pospolita funkcjonuje i w zasadzie zwięźle prawdziwie oddaje istotę sprawy. Uogólnienia jednak mają jedną podstawową wadę, temat spłycają do jednego mianownika sprowadzając, a Xavier Dolan nie zwykł prostymi środkami, oczywistych prawd w przewidywalny sposób opisywać. Nawet jeśli czasami ociera się o pretensjonalność, tudzież banał to w tym przypadku stara się unikać tego rodzaju przerysowań, może jedynie dla uzyskania dynamiki przyodziewa je w szaty jaskrawe, maksymalnie ekspresyjne i dla kulminacyjnych wybuchów z racji znaczenia znamienne. Z atencją podchodzi do sprawy ekranizacji sztuki Jean-Luca Lagarce, z przenikliwego materiału wyciskając esencje i przygotowując z niej niezwykle aromatyczny napar. Bo rzadko oglądam filmy, które potrafią we mnie tak wysoki poziom identyfikacji wzbudzić i zajrzeć tak głęboko do mej jaźni, nakazując przejrzeć się w lustrze i konstruktywne, aczkolwiek bardzo bolesne wnioski wyciągnąć. Nie mam zamiaru jednak tutaj duszy obnażać, w szczegóły bardziej niż to konieczne wchodząc. Napiszę tylko, że pośród charakterystycznych dla wypracowanej dolanowskiej formuły teledyskowych odlotów, w bogactwie scen wrzących od emocji, finał mnie totalnie zdruzgotał. Zobaczyłem w nim (o zgrozo) dokładnie w reakcjach jednego z bohaterów, po części siebie, więc rozumiecie, że moja rzeczowa krytyka obrazu może być teraz wykluczona! Trudno z dystansem ocenić materię z takim impetem uderzającą w człowieka. Zresztą nie wydaje się by można jakieś zaniedbania realizacyjne Dolanowi i całej ekipie zarzucić. Nie zwykł on przecież przypadkowych ludzi dobierać i sam fuszerki odwalać. 

poniedziałek, 20 lutego 2017

Manchester by the Sea (2016) - Kenneth Lonergan




Dużo dobrego o najnowszej (trzeciej) produkcji Kennetha Lonergana się nasłuchałem. Dodatkowo ogromnym admiratorem talentu zarówno Michelle Williams jak i Casey'a Afflecka jestem, zatem nie mogłem być głuchy na ten głos zachwyconej krytyki i zignorować kolejne popisy warsztatowe tych wybitnych aktorów. Nie zakładałem więc przed seansem nawet w najczarniejszych myślach porażki i spędzenia wolnego czasu na męczarniach, wręcz odwrotnie spodziewałem się obrazu wybitnego, który na lata pozostanie w mojej pamięci by przebić się do żelaznej klasyki ambitnego kina. Dokonał tego! Jestem już teraz przekonany, że pozostanie ze mną na długo, a gdy pamięć o nim będzie blakła z miejsca do niego powrócę. Dlaczego? Powodów obfitość, a ten najistotniejszy to gatunek filmowy i idealne wyważenie proporcji, jakie jego istotą. Komediodramat jest jednym z najbardziej wymagających wyzwań w sztuce filmowej - trafienie w złoty środek, gdzie emocjonalne zaangażowanie, biczowanie widza smutkiem nie będzie gryzło się ze scenami wywołującymi autentyczny uśmiech. Łzy poruszenia na zmianę ze łzami śmiechu tutaj koegzystują w idealnej symbiozie, a harmonia pomiędzy nimi tak realistycznie oddaje całą prawdę o ludzkim życiu, w którym te dualizmy przenikają się na każdym kroku, pozwalając je poznać, docenić ich siłę i znaczenie. Bohaterowie są do bólu zwyczajni i jednocześnie wyjątkowi, bo dzięki kapitalnym kreacjom stają się widzowi bliscy poprzez właśnie tą ich prozaiczność i bezceremonialność gestów. To film detali, wszystko ma w nim decydujące znaczenie, najdrobniejsza pauza, kontrapunkt czy kameralna konstrukcja odrobinę tylko uatrakcyjniona interwałami odbija się bezpośrednio na kinowej publiczności, co czuć było we wszelkich jej westchnieniach, pojawiających się na twarzach oznakach głębokiego przeżywania emocjonalnej intensywności. Każda scena to ocean przeżyć i wartościowy materiał do zagospodarowania dla doskonalenia siebie i zrozumienia, co jest w tym naszym życiu naprawdę ważne. Tu na ekranie w głównym wątku wykuwa się trudna, barwna i przede wszystkim trwała relacja dwóch rozbitków. Doświadczonego błędami i potworną tragedią stryja i startującego w dorosłość przygotowanego teoretycznie, ale zagubionego w praktycznym wymiarze sytuacji bratanka. W tle zaś liczne skomplikowane relacje z innymi bliskimi osobami, dramaty totalne i te drobniejsze, wszelkie zawiłości, zakręty życiowe i losowe zdarzenia – nie bez wpływu na charaktery i osobowości każdej z postaci. Odkupienie win, rozgrzeszenie nie wchodzi w grę, gdy czasu nie da się cofnąć, zmienić biegu wydarzeń, odpokutować nieodpowiedzialności, odbudować tego, co pomimo starań na zawsze w gruzach już pozostanie. Można jedynie zmienić przyszłość, startując od dnia teraźniejszego, sprawić by egzystencja nieważna stała się na nowo istotna. Bo nie żyjemy wyłącznie dla siebie, istotą istnienia jest bycie dla innych i wpływ naszej obecności na kształt życia osób bliskich naszemu sercu. Czasem z zaskoczenia, w dramatycznych okolicznościach przychodzi na to szansa! O tym jest ten mały w formie, a wielki w znaczeniu film, w którym może nie ma permanentnego światła, ale są jego pojedyncze bardzo jasne promienie.

P.S. Jest w tym obrazie wysokie natężenie scen emocjonalnie angażujących, jednak w tym bogactwie materii do autentycznego głębokiego przeżywania, jest ta jedna, jedyna wybijająca się ponad wszystko co do tej pory zobaczyłem. To przypadkowe spotkanie na ulicy, kiedy Lee i Randi… Zresztą jak widzieliście to wiecie o czym mowa. Jeśli jeszcze nie dane wam było zobaczyć, to czym prędzej to zróbcie, bo ja nie potrafię o tym napisać, ot tak bez drżących rąk i oznak wzruszenia na twarzy.

piątek, 17 lutego 2017

Queens of the Stone Age - Songs for the Deaf (2002)




Moja miłość do królowych epoki kamienia bardzo spóźniona, zaledwie od kilku lat systematycznie dojrzewająca. Poczynając od nagłej fascynacji, zauroczenia intensywnego …Like Clockwork, przeobrażając się następnie w stabilne uczucie i obejmując „niemal” całą już dyskografię. Wyjątki jednakże, w tej wzruszającej historii są, i to aż dwa. Debiut, do którego zabieram się od jakiegoś czasu, lecz podświadomość robi wszystko by to spotkanie odwlec jeszcze. I podejrzewam, iż coś w tym sabotażu być musi, a podświadomości to myślę ufać należy, niczym kumplom obytym w muzycznym temacie, gdy dyskografię nieznanej zespołu polecają odkrywać w ściśle przykazanej, według tajemniczej metody kolejności. Drugi to nadal niezgłębiona Era Vulgaris, kilka razy bez sukcesu przez zmysł słuchu przepuszczona i wytężonej analizie intelektualnej poddana. Zwyczajnie nie dotyka mnie ten krążek, jego magia obca, lub obiektywnie on jej pozbawiony. Szczegółami w tej kwestii podzielę się w odpowiedniej chwili, kiedy broń złożę i temat sobie ostatecznie odpuszczę, albo przełom, którego akurat nie wieszcze nastąpi. Teraz to o trzecim albumie w dyskografii Queens ma być i będzie. Moje spojrzenie na Songs for the Deaf z racji odkrywania dyskografii od nienaturalnej strony, rzecz jasna odmienne od tego, jakie posiadają fani od początku towarzyszący ewolucji stylu grupy. Szczególnie, że jak już nadmieniłem kilka linijek wyżej dotychczasowa znajomość materiałów sygnowanych tą uznaną marką, nadal względnie wybiórcza. Stąd daruję sobie porównania z pozostałymi płytami, nie będę różnic i zbieżności wymieniał, a skupię się tylko na doświadczeniach oraz odczuciach wprost z nastu pieśni dla głuchych płynących i niekonwencjonalnie opiszę subiektywne doznania z tej ekscytującej przygody wyniesione. Nie było łatwo wgryźć się tak z biegu w te niby chwytliwe kompozycje, ale to cecha immanentna ogólnie wszystkich dotychczas poznanych długograjów amerykańskiej formacji. Bowiem Królowe mają w zwyczaju melodyjność oblekać nie tylko szorstkim brzmieniem i jazgotliwie świdrującymi gitarami nerwy podrażniać, ale i w obrębie numerów łamać rockowe schematy, ewentualnie korzystając z bogatej rock’n’rollowej spuścizny i własnego obfitego doświadczenia tłoczyć do struktury masę motywów pobocznych - nie mylić z marginalnymi. To cecha dla wielu zaporowa, bo aby docenić aranżacyjne mistrzostwo i wyjątkową muzyczną wyobraźnię, inaczej by z tego plonu wysokiej klasy mąka była, należy przemielić to oporne, twarde ziarno, pełne skumulowanej wartości odżywczej, co najmniej kilkunastokrotnie. Wtedy uzyskana baza staje się w miarę jednolita, przez co podczas konsumpcji nie ma obaw, że coś pomiędzy trójki, a czwórki wlezie i będzie uwierać, właściwą kosztowanie zaburzając. Zatem cierpliwością trzeba się wykazać, a nagrodą produkt jakościowo z półki najwyższej i cholerna satysfakcja, że osobisty upór tak szerokie doznania estetyczne i smakowe zapewnił. Ja przynajmniej stosując powyżej opisaną procedurę do niezwykle esencjonalnego bukietu smaków dotarłem i teraz w przypływie megalomani mogę nazywać siebie koneserem wyrafinowanych rockowych dźwięków. Bo tak to już jest z materią wymagającą, że jak już ją należycie zgłębimy to ona nas na wyższy poziom mentalny wystrzeliwuje i jakoś wtedy czujemy się lepsi, bo z szerszymi horyzontami. :)

P.S. Jeśli spodziewaliście się większej ilości konkretów, a nie spodziewaliście się quasi pamiętniczka, to znaczy, że pierwszy raz coś mojego czytacie.

czwartek, 16 lutego 2017

Acid Drinkers - The State of Mind Report (1996)




Mam spory sentyment do tej akurat płyty amatorów wina kwaśnego (markowego zdecydowanie inaczej), chociaż jasno stwierdzam, że pod względem mocy i dramaturgii nie ma startu do mojej ulubionej Verses of Steel. To był czas, kiedy do moich wtedy jeszcze późno nastoletnich uszu "plastelina" dotarła i ówczesny kierunek poszukiwań muzycznych w dość wyraźnym stopniu odzwierciedlała. Gdzieś tak część mojej gówniarskiej duszy potrzebowała energii, jaką emanowały hiciarskie krążki Illusion, Flapjacka, czy innych zapomnianych już dzisiaj Tuff Enuff względnie Dynamind. The State of Mind Report to dla mnie płyta realnie określająca moment w którym krótkotrwale, ale znamiennie wpadłem w objęcia nowoczesnego crossovera. Kiedy żywe, energetyczne i niekoniecznie skomplikowane granie robiło wśród polskich małolatów furorę. Przejrzyste formalnie, drapieżne brzmieniowo i młodzieńczo żywiołowe, ujmę to dosadnie – może nawet trendziarskie, a z pewnością dziarskie. Solidny riff, bez nadmiernych udziwnień, jedno oko na thrash, drugie na hard core i ewentualnie ten zez rozbieżny jeszcze jakimś cudem sfokusowany na czarny groove rymujących typów zza oceanu. Taki oto kopiący konkretnie destylat brzmień, z tego przeboje, szybko zapamiętywane, bo cholernie chwytliwe i posiadające jak się okazuje przez tą niewyrafinowaną formę cechy ponadczasowe. Chyba, że w moim spojrzeniu z perspektywy dwóch dekad jest już tylko tęsknota za wiekiem późno pacholęcym, a walory muzyczne prezentowane w tym okresie przez kwasożlopów i im podobnych są mocno naciągane. Ch** z tym, kiedy dziadek M. niczym kultowi Beavis i Butthead zarzuca rytmicznie łbem podczas tych wycieczek w przeszłość. Fakt, dość rzadko, bo organizm nie regeneruje się już tak szybko jak niegdyś bywało. :)

środa, 15 lutego 2017

System of a Down - System of a Down (1998)




Obecnie, A.D. 2017 System of a Down to dla mojego pokolenia już legenda. Oczywiście mam tu na myśli wszystkich tych rówieśników, którzy ciężkimi brzmieniami się interesowali, bez radykalizacji stanowiska wobec czystości gatunku metalem potocznie zwanego. Grupa która zbyt krótko w takiej pierwotnej formie na scenie gościła i zanim formułę muzyczną wyczerpała, w pełnym blasku popularności i apogeum sił twórczych odeszła. Wiem iż pojawiają się od kilku lat wzmianki o nowym albumie, a ostatnio nawet jednoznacznie potwierdzane przez źródło. Jednak sceptyczny wobec tych wzmianek pozostanę i póki ponoć przygotowanego materiału nie obwącham to nie uwierzę. Pozostaje mi zatem do tego oczekiwanego dnia zadowalać się tą skromną dyskografią do której wracam zawsze z ekscytacją i pytaniem, gdzie ci goście by dzisiaj byli gdyby dalej systematycznie studyjną historię SOAD pisali. To kwestia spekulacji, natomiast faktem miejsce z którego do walki o obecny status wystartowali. Nie ma się co oszukiwać, że początki były powiązane wyłącznie z docenianiem przez środowisko tego co zaproponowali, a hermetyczna widownia od razu przyjęła ich z szeroko otwartymi ramionami. Osadzona na klasycznych hard core'owym fundamencie muzyka była za sprawą egzotycznego pochodzenia muzyków oraz niekonwencjonalnego podejścia do ciężkich brzmień twardym orzechem do zgryzienia dla metalowych ortodoksów, o czym amerykańscy Ormianie szczególnie dotkliwie przekonali się podczas wizyty ze Slayerem w naszym grajdołku. Sprawa jest znana i nie będę się tutaj w jej szczegóły zagłębiał. Chodzi ogólnie o fakt że ta eklektyczna rąbanka trafiła u nas na opór, bo z nurtem nu metalu była kojarzona lub też obrażała uczucia siermiężnych metaluchów zapożyczaniem ze źródeł absolutnie niegodnych. :) Słysząc po raz pierwszy dźwięki z ich debiutu moje myśli ówcześnie płynęły w stronę  inspiracji twórczością Sepultury, tym co od Chaos A.D. proponowali i na Roots do poziomu ideału doprowadzili. Nie uważałem jednak w żadnym razie, iż to ślepe naśladowanie, przez pryzmat skojarzeń z etnicznym posmakiem, pójście prostą ścieżką w tym samym kierunku. System of a Down tworzył na zapożyczonym fundamencie coś wyraźnie własnego i owych czasach cholernie oryginalnego, z szeroko otwartym umysłem, podobnie jak swego czasu robiły to ikony z Faith No More. Czyli prawie żadnych granic, bo dobra aranżacja i zmysł kompozycyjny wszelkie ciekawe wpływy z surowym riffem sprawnie ożeni. Numery miały w sobie potężny ładunek energii, były organiczne i buzowała w nich adrenalina. Hałaśliwe ale i w miarę chwytliwe, bo pośród twardego łojenia, melodii za sprawą szczególnie sporych możliwości wokalnych Serja Tankiana nie brakowało. To on dodawał tej muzyce specjalnego waloru, dzięki nietuzinkowej osobowości i wokalnej ekwilibrystyce, od potężnego growlu, poprzez histeryczne krzyki i melodeklamację do melodyjnych, pełnych patosu zaśpiewów. Nie obojętne dla miejsca i czasu były także teksty niosące hasła związane z krytyką systemu, walką z jego patologiami, rewoltą w myśleniu - sprzeciwem wobec ucisku silniejszego, nierówności szans, bezwstydnym bogaceniem się tych już obrzydliwie bogatych. Tak sobie teraz myślę, że dzisiaj w zdecydowanie innych czasach może być im trudno powrócić i odnaleźć się w dużo bardziej złożonej rzeczywistości. Bunt ma zupełnie inną barwę i ze sztuką przestaje być wiązany, bo na prymitywnych instynktach cynicznie przez manipulatorów oparty. A może się mylę - w sumie to chciałbym nie mieć racji.

Drukuj