poniedziałek, 27 listopada 2017

Cicha noc (2017) - Piotr Domalewski




Pierwsze ząbki w tym kluczu do sukcesu, jakim niewątpliwie laury zbierane i krytyki uznanie, to kapitalny dobór aktorskiej ekipy, od strony nawet podobieństwa fizycznego, bo zestaw rodzeństwa w osobach Dawida Ogrodnika, Tomasza Ziętka oraz Marii Dębskiej to strzał w sam punkt, z dodatkowym bonusem w postaci cholernie autentycznych Agnieszki Suchory i Arkadiusza Jakubika jako rodziców. Zresztą cała ekipa, to przecież castingowy majstersztyk, zaczynając od najmłodszej w familii, poprzez wujka, ciotkę, kuzynostwo i kończąc na dziadku. Nawet Tomasz Schuchardt, który ostatnimi czasy nieco mnie zawodził, a w roli w Ach śpij kochanie to już wyjątkowo kwadratowo wypadł, tutaj zainspirowany bez wątpliwości przez reżyserskiego debiutanta (zaznaczę, w formule pełnoczasowej), dał się poznać ponownie, jako niesamowicie zdolny aktor. I w tym miejscu naturalnie przenoszę nacisk na drugą kwestię zasadniczą, czyli na osobę Piotra Domalewskiego, który przechodząc z roli współpracownika na przykład nieodżałowanego Marcina Wrony, stał się dla mnie z miejsca jedną z największych nadziei naszego rodzimego kina. Może to nie jest start w wydaniu nokautującym, nie ma on takiego oddziaływania indywidualistycznego, jakim Xavier Dolan od gołowąsa światową krytykę zachwyca, ale na naszym podwórku, w stylistyce już klasycznej, nazywanej smarzowszczyzną odnalazł się w sumie dojrzały już wiekowo Domalewski wybornie. Ma on rękę do stymulowania aktorskiego zaangażowania i chociaż nie ma w samym akcie kreacji jeszcze tak do końca własnego jego pomysłu, to realizacyjnie daje rade wyśmienicie i na przyszłość pobudza duże oczekiwania. Jedyny zarzut, jaki teraz w tym miejscu podkreślę, to nieco opóźnione hamowanie, w znaczeniu, że ja bym obraz zakończył w miejscu, w którym smyczki towarzyszą dosadnej poetyckiej i naturalnej klamrze. Wszystko co dalej przez te kilka minut ponad miarę jeszcze dorzucone, absolutnie niepotrzebne i do ogólnego wydźwięku niczego istotnego, ani nowego niewprowadzające. Trochę burzy ta finalna łopatologia i jej efekt przynajmniej dla mnie odbiera wiarę reżysera w inteligencję widza. Interpretacja przecież jest i tak właściwie prosta, zatem zbędne było stawianie tej kropki nad i kiedy wielokropek zrobiłby bardziej ekspresyjną robotę. Zawinione błędy implikowane do rozmiarów gigantycznych stanowią w czytelny sposób jądro tej rodzinnej ciemności, ale ja tutaj widzę przez te dziewięćdziesiąt minut, w tej dosadnej bezpośredniości jednocześnie masę głębi pomiędzy wierszami i jako człowiek refleksyjny i dociekliwy, pozwolę sobie na kilka zdań szerszego kontekstu. Oglądając Cichą noc czułem wyraźnie w postaciach ciśnienie gigantyczne, sugestywnie odbierałem zaburzenia równowagi i tęsknotę za harmonią, której żadnym sposobem nie będą potrafili osiągnąć. W tych ludziach się gotuje i przybierają różne maski, postawy obronne, by zakamuflować gorycz i niespełnienie - zagubienie w relacjach i zwykłą frustrującą bezradność. Każdy chce dobrze, ale wychodzi jak zawsze i k**** chociażby dali z siebie wszystko to i tak nie zmienią realnego obrazu rodziny zadeptanej przez troski i słabości. Wszyscy popełnili i popełniają wciąż błędy ucząc się żyć z ich konsekwencjami, starając się się uodpornić, zbudować mechanizmy pozwalające przejść przez życie z ciężarami nie uświadamiając sobie że to walka z własnymi demonami, która właściwie ich zabija i nie daje nadziei na normalność kolejnym pokoleniom. Niby we wspólnocie, ale w samotności, niby dla dobra innych a właściwie to z pobudek egoistycznych. Nienawidzą siebie, a ten stan niszczy ich relacje - zamiast patrzeć przed siebie, ich wzrok skierowany jest wyłącznie na przeszłość. Myśląc w ten sposób nie dają sobie szansy na przyszłości okopując się w przeszłości. Bo przecież my wszyscy słabi jesteśmy, im bardziej twardniejmy tym mocniej kruszymy się wewnętrznie, mimo że pancerz na zewnątrz taki gruby. To film o tym jak bardzo ludzie potrafią sobie spierd**** życie, bo nie mają z niego satysfakcji na miarę wyobrażeń, blokują się straszliwie, budują latami zbroje, która chroni przez słabościami i te słabości jednocześnie dokarmia. To jest smutny obraz rodziny, w której ciepło istnieje w postaci potencjału, którego członkowie w układzie ani jednostkowym ani wspólnotowym nie potrafią przełożyć na zwyczajne szczęście. Jesteś człowieku szczęśliwy na tyle na ile sobie jesteś w stanie na nie pozwolić - nikt nam realnej szansy na spełnienie przecież nie zabiera, to wszystko tkwi w głowie, tam są bariery. Ten surowy obraz pojedynczych osób bez satysfakcji w układzie wspólnotowym bez wspólnoty, bez harmonii, bez nadziei daje sporo do myślenia – jako rodzaj portretu do bólu prawdziwego i przestrogi maksymalnie dobitnej.

P.S. Fakt, że w powyższych rozważaniach ani raz nie pojawiło się słowo kasa uznaję za jego walor – kasa przecież nie jest najważniejsza. :)

sobota, 25 listopada 2017

The Last King of Scotland / Ostatni król Szkocji (2006) - Kevin Macdonald




To sytuacja dość kłopotliwa i jednoznaczną ocenę zdecydowanie utrudniająca, bowiem nie bardzo rozumiem, co w filmie Macdonalda jest nie tak, że mimo iż temat wstrząsający, realizacja dobra i przekładająca się bezpośrednio na efekt, to mnie tak do końca nieprzekonuje. Może problemem kluczowym jest właśnie ta poprawna realizacja, działanie reżysera według klisz i utartego schematu pozbawiająca większej głębi psychologicznej zarówno postacie jak i samą opartą przecież na autentycznych wydarzeniach historię. I nie widzę tutaj zaniedbań ze strony aktorskiej, bo dwie czołowe role zagrane zarówno z pasją, charyzmą jak i warsztatowo sprawne. Biadolić zatem muszę, że nie jestem w stanie precyzyjnie określić wady decydującej efektu finalnego, że to ciężka sprawa, aby w fabularnej historii, która już u fundamentu (pisząc bezpośrednio atrakcyjna dla współczesnego widza poszukującego cudzej krwi na cudzych rękach) nie poczuć jej w pełni. Motywu przewodniego powiązanego z okrutną rzeczywistością istnienia w ludziach obrzydliwej potrzeby dominacji, w znaczeniu wykorzystywania władzy dla utrwalania pozycji. Wreszcie popadania w obłęd lęku przed jej utratą i zapętlanie się systematycznie w związkach przyczynowo-skutkowych w sensie siania wiatru i zbierania burzy - rozsiewania podejrzliwości i reagowania okrucieństwem coraz bardziej odczłowieczonym, pozbawionym skrupułów i braku elementarnych ludzkich odruchów. Zbieraniu plonów takiej strategii wyniszczającej człowieczeństwo wokół, stając się architektem dosłownej zagłady. Gdzie zatem tkwi błąd Kevina Mcdonalda, czy może tylko mnie zdaje się, iż Ostatni król Szkocji mógłby zdecydowanie bardziej targać emocjami w oprawie mniej konwencjonalnej.    

piątek, 24 listopada 2017

Wind River (2017) - Taylor Sheridan




To taki ospały kryminał, ale w żadnym wypadku nużący zakalec. To bowiem przesycony sugestywną atmosferą, po pierwsze wciągający thriller rozgrywający się w surowych północnych warunkach, po drugie rasowy psychologiczny dramat, sprowadzony do esencji, porządny kawał dobrego bezpośredniego w produkcji, a bogatego w przeżycia kina. Mocna rzecz, dość wyraźnymi kontrastami kreowana – od wewnętrznych przeżyć, uzewnętrznionych emocji, poprzez rzeź która nie przynosi bohaterom ukojenia. Obraz przepełniony emocjami wśród których dominuje ból po stracie dziecka. Cierpienie namacalnie odczuwalne, którego czas nie jest w stanie usunąć. Historia może nieskomplikowana, ale posiadająca siłę oddziaływania - dojrzałe świadectwo, gdyż cierpienie przytłacza, kiedy nie ma się w nim doświadczenia.

P.S. „Mam dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że już nigdy nie będziesz taki sam. Już zawsze będziesz odczuwał pustkę. Straciłeś córkę i już nic nigdy ci tego nie zastąpi. Dobra wiadomość jest taka, że gdy już to zaakceptujesz i pozwolisz sobie cierpieć, pozwolisz sobie aby odwiedzała cię w myślach. Będziesz pamiętał jej miłość i radość. Sęk w tym, że przed bólem nie uciekniesz. Jeśli to zrobisz, sam siebie okradniesz ze wspomnień o niej...”. Jeden monolog, a jako poruszająca wizytówka wystarczy!

czwartek, 23 listopada 2017

Najlepszy (2017) - Łukasz Palkowski




Nie w pełni czuję się usatysfakcjonowany, bo akurat formuła zaproponowana przez Łukasza Palkowskiego, nie do końca sklejała mi się z samą u podstaw i rozwinięcia, fascynującą niewątpliwie psychologicznie i socjologicznie historią. Te narkotyczne odloty pod szablon jakiegoś amerykańskiego horroru, z tym nieprawdopodobnym przebiegiem przecież autentycznych wydarzeń, zwyczajnie nie łapały wspólnego przelotu na odpowiedniej dla emocji wysokości. Nie mam wątpliwości, że Jerzy Górski zasługuje na gigantyczne uznanie, bo wypełznąć z takiego bagna, wyrwać się z takiej otchłani, to czyn bez dwóch zdań heroiczny. Lecz mam wrażenie, że postać zasługuje na film w którym więcej treści w samej treści, a nie tylko przesycenia scenariusza masą wątków, po których reżyser ze scenarzystami się prześlizgnęli i w których poruszającej mocy, która tąpnie człowiekiem niewiele. To bardzo dobre kino, ale kino rozrywkowe, ze sprytnie zaaranżowanym, powracającym kilkukrotnie muzycznym motywem z Chid in Time (wiadomo kogo), dobrymi ale nie rewelacyjnymi (jedynie Kamila Kamińska była doskonała) rolami i z nutą nie zawsze błyskotliwego poczucia humoru. To jak czuję dobrze sfokusowany produkt, z góry nastawiony na sukces komercyjny, taki obraz na faktach który zdobędzie publiczność przekrojową. Wszystkich wzruszy i pokaże, dla pokrzepienia serc i dusz, że wszystko jest możliwe, jeśli hart ducha wystarczająco silny. W moim jednak maksymalnie subiektywnym odczuciu Palkowski poszedł na łatwiznę, czyli zupełnie inaczej niż jego bohater - nie przebrnął nawet teoretycznie przez to szambo z którego wypłynął Jurek, więc nie mógł spojrzeć na sprawę z tej najbardziej przekonującej perspektywy. Trochę schematem pokombinował, sporo motywów zwyczajnie przekombinował, dorzucił szczyptę ambicji kręcąc kilka scen mających mieć oblicze i wydźwięk symboliczny, ale finalnie i tak wszystko podał na tacy, w systemie łopatologii dla dobra ogółu stosowanej, by każdy przeciętnie ogarnięty posiadacz jednostki centralnej mózgiem nazywanej, w praktyce niewykorzystywanej mógł dojść do z góry nakreślonych wniosków. Dodatkowo jako twórca kina pod zamerykanizowane gusta robionego, nie miał też zapewne takich intencji, by niczym Aronofsky w Reqiuem dla snu dać widzowi towar kopiący i uzależniający, po którym odstawienie to cierpienie dla duszy i ciała. Ja nie poczułem tutaj tego umierania narkotycznych wraków, nie przesiąkłem zapachem wstrzykiwanego kompotu, smrodu gnijących ran i rozpalonych żył. Ja nawet nie byłem w stanie odczuć wysiłku fizycznego organizmu maksymalnie przeciążonego, ciężkiego oddechu człowieka wyczerpanego, obrazu bólu jaki zakrwawionymi, piekącymi stopami miał być w założeniach wywołany.  Krew nie została we mnie wzburzona i nie wyszedłem z kina poruszony i teraz tylko zadaje sobie pytanie, czy odporny na taki sposób emocjonowania jestem, czy może zwyczajnie w mym ciele zamiast serca zimny głaz utkwił tylko tak dla zasady wypełniając puste miejsce.

P.S. 1 Pragnę być szczery i uczciwy, więc dodam, że warto obejrzeć, ale czy jest powód by Najlepszego nazywać najlepszym tegorocznym polskim filmem. Nie mam wątpliwości, że nie ma startu niestety do kilku innych tytułów. 
P.S. 2 Zaczynają mnie cholernie irytować te od sztancy robione plakaty, ta tendencja, by nawet filmy o czymś ważnym "przyozdabiać" grafiką wprost z okładki brukowców. Wstyd k****, że dzieje się to w kraju, który ma takie wspaniałe tradycje w dziedzinie plakatu filmowego. Niech was odpowiedzialnych za tą żałość ch** strzeli!

środa, 22 listopada 2017

Cavalera Conspiracy - Psychosis (2017)




Poniższe podejście moje, do materii nazwanej Psychosis, nie będzie może szczytem profesjonalizmu, ale ja przecież nie jestem głosem dobrego smaku w domach czytających moje wypociny. Nie zabiegam też o uznanie w środowisku recenzenckim, tym bardziej że nie mam doświadczenia wieloletniego ani nawet w ułamku przygotowania dziennikarskiego. Zatem sprowadzam swoje wywody do prostych odczuć lubię nie lubię, kręci nie kręci, kopie nie kopie lub orbituje po obrzeżach tematu, kiedy coś mnie poniesie wypełniając tekst masą marginalnych wtrętów, bądź co chyba najciekawsze odniesień do rzeczywistości i filozoficzno-socjologicznych refleksji na poziomie "miałem zajęcia z filozofii i socjologii, stąd kombinuję, a nawet psychologii, więc rozumiem co czujesz". :) Dystans wobec zawodowego "pismaczenia" jest wyznacznikiem mojego wydumanego kierunku i przede wszystkim osobiste odczucia barometrem określającym ciśnienie we mnie przez płytę czy film wzbudzane. W konkretnym przypadku najnowszego albumu CC startuję z poziomu "kiedyś takie motoryczne granie mnie kręciło", więc cudów w rodzaju "ale jestem podniecony" z miejsca nie mogłem oczekiwać, a zapoznanie się z Psychosis odbieram jako sentymentalny ukłon w stronę thrashowego łojenia, w którym serce bije w hard core'owym rytmie, a płuca oddychają bezkompromisowym surowym death metalem sprzed trzech dekad. Niestety patrzę dzisiaj na poczynania Maxa Cavalery z boku, zatem trudno było oczekiwać, że  pomiędzy mną, a Psychosis przepłyną intensywne prądy. Nie zostałem zaskoczony ani porażony, a moje wnioski z odsłuchu sprowadzają się do krótkiego "było minęło i się nie wróci". Nie będę ja potrafił odczuć tego rodzaju łojenia w sposób sprzed laty mi znany, nie będzie już chyba także sam brazylijski spiritus movens w stanie kiedykolwiek wtłoczyć do własnej twórczość ducha jakim infekował ją na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Stara się chłopina bardzo, doceniam w nim tą szczeniacką pasję, choć jej nie rozumiem i tym bardziej nie podzielam - więcej, myślę że gdyby na jego spasłe cielsko wlazły obcisłe gatki, pewnie w takiej stylówie na gigach by się prezentował i patrząc w lustro spostrzegałby własną fizyczność odwrotnie proporcjonalnie do percepcji głęboko zaburzonej anorektyczki. Taki w tym Maxie proces wstecznictwa od lat postępujący, a samo Psychosis nie wydaję się by tej tezie zaprzeczało. 

niedziela, 19 listopada 2017

Confessions of a Dangerous Mind / Niebezpieczny umysł (2002) - George Clooney




Debiut reżyserski bożyszcza kobiet, aktora który w dość dojrzałym wieku do hollywoodzkiej elity awansował i do dzisiaj z powodzeniem tam rezyduje. Na dwa fronty jedzie, bo na propozycje dobrych ról nie narzeka, a w międzyczasie raz na kilka lat i własne coś ciekawego nakręci. Jak wiemy już dziś, ciągnie go w stronę dramatów i obyczajówek łączących świat polityki z mediami. Idy marcowe ostatnio, a wcześniej licznie nagradzany Good Night and Good Luck, zatem Niebezpieczny umysł to był dopiero początek drążenia około elitarnej tematyki. Jak teraz widzę start całkiem udany, bo opowieść o biografii wymyślonego Chucka Barrisa, to brawurowa fabularnie i wizualnie atrakcyjna (tak to trochę komiksowo mu wyszło) porcja potraktowanego z przymrużeniem oka wielogatunkowego kina. Zabawa ze stylistyką Noire w kwestii narracji, konwencją filmu szpiegowskiego, widowiskowego show i skojarzona, co nieco z formą preferowaną przez braci Cohen w schizoidalnej oprawie Z całą plejadą hollywoodzkich gwiazd często w drobnych rólkach, chwilowych epizodach (ha ha ha, minimalizm kreacji Pitta i Damona). Za dużo? Może zbyt wiele jak na jeden film i w dodatku jeszcze debiut reżyserski, momentami nie do przełknięcia poprzez natłok niekontrolowanych wykwitów wyobraźni, mimo wszystko intrygujący, bo jakiś, a nie nijakiś. ;)

piątek, 17 listopada 2017

Mother! (2017) - Darren Aronofsky




Oczekując przy najbliżej już okazji rehabilitacji ze strony tego wybitnego reżysera, przed seansem Mother! zapoznałem się z kilkoma w moich oczach miarodajnymi sugestiami recenzenckimi i z tą wiedzą niejednomyślną starłem się bezpośrednio z filmową rzeczywistością. Konfrontacja ta wymagająca była intelektualnie, precyzyjna na poziomie scenariusza, zagrana z ikrą i warsztatowym rygoryzmem. Wypielęgnowana wizualnie, zdobna w detale i wreszcie najistotniejsze, zawierała w sobie przesłanie, myśl wokół której filozoficzne rozważania w symbolicznej formule osnuto. To bowiem film o konkretnej linii światopoglądowej, film prowokujący nie tylko religijne oburzenia i z siłą huraganu piętnujący tych wszystkich, którzy idee czyste u zarania zamieniają w koszmarne kurioza. Poddają je manipulacyjnemu przemiałowi, robiąc z nich hipnotyzujące masy poczwary dążące do autodestrukcji. On rozprawą z jasną tezą i cholernie mocną argumentacją, nieco tylko zakamuflowaną, bo jak nie zawsze doceniam kino surrealistyczne, tak w tym przypadku robię to z miejsca, gdyż klucz do zrozumienia sensu przekazu nie ukryty został na tyle mętnie w mroku domysłów, że rozgryzienie materii bez kilkunastostronicowej instrukcji zupełnie niemożliwe. W zaklętym kręgu żyjemy, w mękach poszukiwania inspiracji dla umysłu, odnajdywania jej i przekształcania w idee, które oddajemy naturalnie w ręce innych ludzi, bez kontroli nad ich interpretacjami. Jak długo ludzkość będzie oczekiwać przewodników, kapłanów z drogowskazem w postaci recept na uniesienia, tak długo tkwić będzie w zaklętym kręgu kreacji i niszczenia – budzenia się w podniecającej ekscytacji i umierania w mękach szaleństwa. Mother! to z pewnością wyzwanie, obraz dla ludzi o otwartych umysłach i szerokiej wyobraźni, gdyż w tym tylko pozornym bałaganie, orgiastycznym chaosie, szczególnie w finale wiele do odkrycia i równie sporo odpychającej, czy wręcz szokującej wizji do przełknięcia. W obrazie tym całe zatrzęsienie symbolicznej ornamentyki, mnóstwa alegorii i metafor. Oszałamiająco hipnotyzującej ekwilibrystyki na kilku co najmniej poziomach mniejszej lub większej przenikliwości. To dzieło przemyślane dogłębnie, rozpędzające się z wolna, pulsujące tajemnicą metafizyczną i chwytające za gardło z furią dosłowną. W moim osobistym przekonaniu to tytuł, który wartości nabierać będzie z czasem, rosnąc w siłę wyrazu i nabierając atrybutów kultu. Nie dotrze rzecz jasna do wszystkich, nie stanie się na swoje szczęście super czy mega hitem, ale zasłuży na uznanie. Niełatwo bowiem przejść obok niego obojętnie, jeśli człowiek myślący, a troska o kondycję ludzkości w skali mikro i makro mu nie obca. Ze mną zostanie na długo, będzie mnie męczył i dręczył chociaż troski o ten nasz popierdolnik dookoła we mnie systematycznie ubywa.

czwartek, 16 listopada 2017

Ach śpij kochanie (2017) - Krzysztof Lang




Żałuje czasu na Ach, śpij kochanie, bo to jak nie dosłownie uśnij kochanie, to coś w rodzaju prześpij kochanie. Tak sobie teraz myślę, że lepiej już by było ze dwie godzinki spędzić na spacerze i ten wybór byłby bardziej zasadny. Czy to miało potencjał, czy mogło być lepsze, pewnie tak, a jak tak to trzeba z obowiązku wymienić powody, które zabiły możliwości tkwiące u podstaw. Klimat to niby takie Noire ale bez duszy, bo jaka dusza Noire w Polsce za towarzysza Bieruta. Nie czuć tutaj także komunistycznej propagandy, terroru służby bezpieczeństwa, tak jak być powinno, by autentycznie było. Jest najzwyczajniej licho emocjonalnie, a jak nie podkręca się odpowiednio napięcia i widzem nie wstrząsa, to ten widz broni się już tylko przed objęciami Hypnosa, czy innego Morfeusza. Kryminalny obraz śledztwa niby jest a nie ma, przelewa się przez palce potencjał i woła o pomstę. Jest płasko, bo zamysłu wyraźnego brakuje, sznytu takiego aby krwawy ślad na ramieniu pozostał i w duszy rozedrganie tudzież rozdygotanie. Czasem zbyt powierzchownie, a przede wszystkim szablonowo ze szczątkowymi tylko emocjami, których na siłę się zacząłem teraz doszukiwać. Sama zagadka kryminalna, układ i psychologiczna tajemnica przez nieczytelną narrację, to jakiś ciąg zdarzeń w zlepku scen, które nie mają tempa i ikry. Wszyscy grają szablonowo - kojarzą się z innymi postaciami: Lecter, Bodo, nie mówiąc już o Lindzie i Grabowskim przeklejonych wprost z dziesiątek innych filmów i ról. Noż k****, wstyd i tyle!

piątek, 10 listopada 2017

La Piel que habito / Skóra, w której żyję (2011) - Pedro Almodóvar




Bohaterem naukowiec, chirurg plastyczny i jego zaawansowane badania oraz praktyczne ich zastosowanie. Eksperymenty dość kontrowersyjne bioetycznie i osobiste traumatyczne przeżycia, które w tę stronę jego prace popchnęły. Tematem zasadniczym zaś tajemnica rodzinna, reperkusje wyborów i tragiczne zrządzenia losu. On swoistym dr Frankensteinem z napędzaną ambicją obsesją i jak się okaże w połowie filmu dodatkową motywacją. Pracujący z ludzkim żywym materiałem, więzioną w warunkach laboratoryjnych zabawką. Sama działalność jego dość ryzykowna, a tutaj dodatkowy niebezpieczny element w skomplikowanych relacjach się pojawia, bezwzględny i zdeterminowany, by kolejnej krzywdy dokonać. Ale to dopiero opis pierwszych scen, to dopiero zawiązanie akcji poprzez prolog. Dalej jest już tylko mocniej, bardziej twistowo - robi się odważnie, wręcz szokująco w atmosferze wyrafinowanej zemsty, niezwykle przenikliwie płynąc wzburzonym nurtem, konsekwentnie ku wyjaśnieniu kluczowej tajemnicy. Emocji podczas seansu jest sporo i tej specyficznej dusznej atmosfery tworzonej przez Almodóvara oczywiście także nie brakuje. Fabuła zawiera liczne błyskotliwe wątki, intelektualną i psychologiczną głębię, a oprawa dźwiękowa zgodnie z najlepszymi zasadami warsztatu filmowego grozy dodaje. Scenografia zaś łączy nowoczesny design ze sztuką klasyczną, zaś głębia kolorów z wyrazistością kontrastów jest ze smakiem skojarzona. Dzieje się tak gdyż Pedro Almodóvar jako kinowy kreator jest osobny, wyjątkowy i nawet jeśli ja z ogromnym poślizgiem czasowym i oporem wewnętrznym dopiero rozpoczynam przygodę z jego filmami, to własne przekonanie o jego niezwykłym wpływie na kinematografię europejską mam już mocno utrwalone. 

czwartek, 9 listopada 2017

Borg McEnroe / Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem (2017) - Janus Metz




Podobny zamysł twórczy miał zapewne Ron Howard, kręcąc dramat sportowy o psychologicznym sznycie, czyli historie walki na torze i poza torem pomiędzy dwoma gwiazdami Formuły 1. Tyle że jak hollywoodzkiemu specjaliście od kina świetnego ale rzadko wybitnego ta próba niekoniecznie doskonale wyszła, to film zupełnie mi nieznanego Janusa Metza jest obrazem na każdej płaszczyźnie przekonującym w pełni. Tutaj zwyczajnie jest lepiej – intensywniej, mocniej, bardziej surowo i przenikliwie, z większym zadziorem i efektywnością niż w obrazie Howarda. Tutaj jest tak po prostu inaczej, bo do bólu autentycznie i z wyczuciem materii na poziomie wejścia w temat do samego jądra. Dwie legendarne rakiety, jeden legendarny turniej i jeden legendarny finał z legendarnymi emocjami – tylko tyle, a emocji głębokich cała masa. Rywalizacja niezwykłych osobowości, ich charakterystyka błyskotliwa, mistrza i pretendenta - młota z mocą i precyzją uderzającego i sztyletu z pasją tnącego. W jednym emocje jak w wulkanie uśpionym, w drugi wciąż eksplodujące, co ciekawe oni tak różni, a w fundamencie tak podobni. Bo to film także, a może przede wszystkim o przepięknej walce o sukces nie tylko sportowy ale o zapanowaniu nad własnymi słabościami. O kształtowaniu psychiki i kreacji wizerunku, spięciu tych dwóch kwestii kluczową rolą trenera. O dwóch urodzonych zwycięzcach Janus Metz kapitalnie opowiada, wielkim końcu i wielkim początku karier. Opowiada z temperamentem, tempem i wreszcie doskonałą puentą w wybornie zrealizowanej sekwencji meczu finałowego, której nie przeszkadza w uzyskaniu efektu napięcia nawet znany z góry wynik. W największym skrócie – pasjonujący to film i ogromne moje tegoroczne zaskoczenie.

P.S. I to jest tak, idziesz na film podekscytowany, bo jeden z twoich ulubionych reżyserów nakręcił kolejny obraz co do którego masz ogromne oczekiwania lub idziesz do kina zaintrygowany, gdyż gdzieś o uszy obiło ci się, że produkcja całkowicie ci nieznanego reżysera warta jest ryzyka twojego zejścia z kanapy. Opcją najwłaściwszą jest sytuacja, gdy oba premierowe tytuły rozgrzeją emocje do czerwoności, poruszą czy wstrząsną, wreszcie będą po prostu kompletne pod wieloma warsztatowymi, artystycznymi czy merytorycznymi względami. Niestety opcja pierwsza mnie ostatnio zawodzi, na szczęście opcja druga porywa!

środa, 8 listopada 2017

American Psycho (2000) - Mary Harron




Luksusowe życie, komfort i pękaty portfel pracowników korporacji - ludzi nieludzi z biurowców ze szkła. Bezwzględni karierowicze ustawieni na najwyższym poziomie łańcucha pokarmowego, wkładający stosunkowo niewiele wysiłku w zdobycie pozycji gwarantującej życie na szczycie. Rozpieszczeni egocentrycy, narcystyczni sadyści dbający wyłącznie o siebie gardząc wszelką słabością. Wypacykowane przesadnie wydmuszki, wypełnione jedynie wytrenowaną pewnością siebie w formule przerostu formy nad treścią. Elita szczytująca, patrząca z wysokości na tych, którzy podobną drogą walki szczurów nie podążają z równą skutecznością opartą na bezwzględności. Pośród nich Patrick Bateman, niby modelowy przykład powyżej opisanej pustki mentalnej, zażywający przyjemności życia, fan i kolekcjoner muzyki odtwarzanej z połyskujących krążków na najwyższej jakości sprzęcie hi-fi. Odwiedzający wykwintne restauracje w poszukiwaniu przyjemności niekoniecznie kulinarnych, uskuteczniający zmanieryzowane dyskusje na kosztownym haju. Prawdziwy byt iluzoryczny, posiadający wyłącznie fizyczne atrybuty człowieka, wyprany natomiast z emocji doszczętnie. Prowadzący w swoim przekonaniu ekscentryczne drugie życie, gdzie zaspokaja z makiaweliczną satysfakcją manipulatorskie potrzeby i wreszcie żądzę krwi, zabijając w uniesieniu i wygłaszając stosowne do poziomu zaburzenia płomienne oratorskie przemowy. Ten właśnie precyzyjny morderca w białym kołnierzyku miota się w kilku powłokach, a ja nie wiem tak do końca jakiego rodzaju obłęd mieszka w jego głowie, bo zwyczajnie zamiast wyjaśnienia finał dostaje z dużym znakiem zapytania.  

wtorek, 7 listopada 2017

Type O Negative - World Coming Down (1999)




Kiedy żałoba cieniem na życiu się kładzie, kiedy życie to musi być przez śmierć zweryfikowane i kiedy wreszcie dotyka to osobowości wrażliwej emocjonalnie i artystycznie, to powstaje materia nieożywiona paradoksalnie z wszystkimi atrybutami tej żywej. Sztuka nabiera mocy i siły płynącej prosto z serca, kiedy serce to przygniecione ciężarem, spod którego trzeba wyczołgać się czasem resztką sił. Żałoba właśnie inspiracją dla World Coming Down, co słychać i czuć w każdej sekundzie. Ona czynnikiem przerywającym twórczą niemoc, ona napędem dla co zaskakujące odrodzenia. Podejrzewam, że ten emocjonalny ładunek, to szczere aż do bólu zaangażowanie powoduje, iż w moim przekonaniu to zdecydowanie jedno z najlepszych dokonań Type O Negative. Bogate lirycznie i muzycznie, z zadumanymi powłóczystymi riffami, refleksyjnym mrokiem i depresyjnym sznytem, dzięki któremu upuszczono sporo złej krwi. To zasługująca na ogromny szacunek emocjonalna wiwisekcja zawarta w dźwiękowym monolicie. Słucham i zapadam się w tych 13 kompozycjach, wyczołgując się na szczęście z psychicznego doła w spokoju z sobą samym - po walce z własnymi demonami, z dojrzalszym spojrzeniem na rzeczywistość i optymistycznym mimo wszystko spojrzeniem na wszystko, co dookoła.

niedziela, 29 października 2017

Wymyk (2011) - Grzegorz Zgliński




Już przy okazji pierwszej sceny Zgliński zdaje się nieco fałszywie z przekorą podpowiadać dlaczego akurat tak historia się potoczy. Dostarczać z każdą kolejną sceną decydujących argumentów aby zrozumieć dwie skrajnie różne postawy, te rywalizujące samcze osobowości braci w masie drobnych, pozornie niegroźnych przepychanek, pomiędzy rodzeństwem o różnych naturach i podobnych ambicjach dominowania. Rodzina w tle, wcześniejsze tragiczne doświadczenia, relacje pomiędzy jej członkami i tak już dość skomplikowane, a tutaj jeszcze kolejny dramat, który obnaża wszystko. Pytanie fundamentalne reżyser chce zadać, co byś człowieku zrobił, zareagował czy milczał, ruszył natychmiast na pomoc czy poddał się paraliżującemu strachowi? Teraz już dla starszego z braci za późno, chwila weryfikująca charakter zdeterminowała bezlitośnie przyszłość. Trzeba z tym żyć, a sumienie gryzie, wstyd teraz pobudza do działania, lecz to na nic, czasu za cholerę się nie cofnie. Zgliński przenikliwie portretuje zwyczajność postawioną przed faktami dokonanymi, mierzącą się z ich konsekwencjami, jakby zza kadru natrętnie podkreślając banalną prawdę zamykającą się w stwierdzeniu, jak niewiele człowieku wiesz o sobie, dopóki nie zostaniesz postawiony twarzą w twarz z własnym strachem i wreszcie bezsilnością.

sobota, 28 października 2017

Ederly (2015) - Piotr Dumała




Od strony technicznej, to jakbym teatr telewizji oglądał, artystyczną kreację malowaną dwubarwnie jedynie odcieniami szarości, ale przez to wyjątkowo klimatyczną. Kameralną i surrealistyczną balladę o tożsamości, ubraną w tym przypadku w nieoczywiste atrybuty czarnej komedii. Zabawną z pewnością, natomiast intrygującą jedynie w założeniach, taką zawiłą intelektualną szaradę, w której mieszają się wielorakie literackie inspiracje i nie tylko artystyczne ambicje Piotra Dumały. Realizuje je flirtując z widzem, korzystając zapewne także z dorobku mistrzów psychoanalizy. Niestety robi to w nastrajającej do drzemki formule sztuki dla sztuki. Przykro mi ale nie mając dogłębnego przygotowania teoretycznego nie bardzo mi wiadomo jak skonsumować to elitarnie  wytrawne danie. 

piątek, 27 października 2017

Komornik (2005) - Feliks Falk




Otwarcie, scena kulminacyjna i już są emocje, już ciśnienie konkretnie zostaje podniesione. Jej główny bohater to jak się zdaje zimny skurwiel, dla którego kasa to religia, która wszelkie skrupuły kruszy z zadziwiającą łatwością. We własnym mniemaniu sumienny pracownik wypełniający swoje urzędowe obowiązki zgodnie z literą prawa, koszący równo jak leci i porządku w papierach skrupulatnie pilnujący, bo „dupochron” być musi. Kurwa jak ja takich typów nienawidzę. Ale dalej jest jeszcze ciekawiej, a sam bohater (skrajnie negatywny jak wspomniałem) zaczyna przechodzić przemianę, bo sumienie się w bydlaku odzywa. Pytanie tylko czy to cud jakiś, że zrządzenia losu do tych przełomowych decyzji go skłaniają. Może on po prostu za słabą rybką w oceanie rekinów, a drapieżniki te przebiegłe dla zabawy spoglądające jak on się wykrwawia to nie ten format i liga, więc odpuszcza, zgody im nie dając na manipulację szantażem? A może on rzeczywiście będąc wykutym w warunkach ciężkiej egzystencji woli porzucić próbę ambitnej identyfikacji z kastą uprzywilejowaną, bo innej konstrukcji mentalnej jego osobowość i teatrzyk z przebierankami zbyt silnie psychikę w dzieciństwie już doświadczoną upokarza? Są w tym weterana Falka spojrzeniu na polską rzeczywistość takie sceny, że z impetem wdeptują mnie w glebę, krusząc wstrząsem serca warstwę ochronną. Ludzie sportretowani bowiem tacy prawdziwi, bez najmniejszej stylizacji, a autentyzm w formule 1:1. Świetną robotą Feliks Falk raczy, w surowym anturażu bez lukru i taniej popeliny, bo to cholernie bezpośredni i wstrząsający dramat z wartościowym przesłaniem i kapitalnym aktorstwem. Jeden z najlepszych filmów pierwszej dekady XXI wieku w naszym rodzimym, nieco prowincjonalnym kinie.

czwartek, 26 października 2017

Lunatic Soul - Fractured (2017)




Jestem w pewnym sensie nieprzygotowany, zgłaszam ten fakt zatem od razu w celu usprawiedliwienia. Znam oczywiście nazwę Lunatic Soul od narodzin projektu, jednak przez tą prawie dekadę nie odczuwałem potrzeby, aby jakikolwiek z czterech wydanych do tej materiałów obadać. Nie będę więc w stanie rozpoznawać Fractured w układzie odniesienia z wszystkimi poprzednimi płytami projektu Mariusza Dudy, jednak, aby zupełnie nie błądzić, szukać powiązań z autorską przeszłością po omacku, sięgnąłem po Walking on a Flashlight Beam, czyli bezpośredniego „prekursora” Fractured i już teraz widzę, że pomiędzy tymi dwiema produkcjami są wyraźne, chociaż w żadnym stopniu rewolucyjne różnice. Nie ma na najświeższym wypieku zbyt wiele elektryka, przynajmniej moje ucho go tylko w jednym numerze wychwyciło, a gdzieś w progresywnej mocno upstrzonej orientalizmami elektronice z poprzedniczki solówkę podpiętego pod wzmacniacze wiosła można było usłyszeć chyba częściej. Chyba, mogę się mylić, moja znajomość albumu z 2014-ego roku jak pisałem ograniczona. Są na Fractured za to kompozycje bardziej zwarte, może z nieco wyraźniejszym nerwem i konkretniejszą basową konstrukcją. Jak wspomniałem to pierwszy krążek Lunatic Soul, z którym zapoznałem się w całości, a sprężyną okazał się singiel Anymore, który w bezpośredni sposób nawiązuje do twórczości oczywistej brytyjskiej legendy. Trudno w tym numerze nie usłyszeć wyjątkowo intensywnego wpływu Depeche Mode, nawet gdy nie jest się fanem, nie mówiąc już o nazywaniu siebie dumnie depeszem. Już po przesłuchaniu pełnego materiału z pewnością podobnie wypowiadać się można, szczególnie w pierwszych frazach wchodzącego bezpośrednio od startu wokalu, robionego na maksa i ze świetnym efektem pod Dave’a Gahana o zamykającym program płyty Moving On. Te dwie kompozycje wyjątkowo wyraźnie wskazują na kierunek eksploracyjny i fascynacje Mariusza Dudy dyskografią DM. Zresztą kiedy słucham reszty kompozycji to moje myśli jednoznacznie biegną w stronę wysp i całej śmietanki syntezatorowego popu, który swoje najtłustsze lata przeżywał w czasach ejtisowego dosłownie zachłyśnięcia brzmieniami generowanymi przez wszelkiego rodzaju parapety. Z tym, że należy sprawę postawić całkowicie uczciwie i nie omieszkać zauważyć, że utwory z Fractured połyskują szlachetnym blaskiem nie tylko przez wzgląd na inspirację brytyjską nowa falą, ale przede wszystkim poprzez aranżacyjne mistrzostwo kompozytora i warsztatowe umiejętności muzyków subtelnie wplecione w melancholijny klimat. Klimat urzekający basowymi tematami, doskonałymi melodiami i smaczkami w rodzaju zmysłowego saksofonu, smyczków czy kapitalnie stosowanych zabiegów o trip hopowym pochodzeniu. To absorbujący album kontemplacyjny, do głębokiego przeżywania w samotności, w swoistym sam na sam z własną wrażliwością - przepiękny akt muzycznej erudycji i wysublimowanego gustu estetycznego, idealnej harmonii pomiędzy popową przebojowością, a progresywnym artyzmem z nieprzesadzonymi ambicjami.  

środa, 25 października 2017

Kadavar - Rough Times (2017)




Sytuacja wygląda następująco, w moje łapska wpada najnowszy album Kadavar, a ja doskonale pamiętam, że poprzedni chociaż w miarę przyzwoity, nie dokonał żadnej zmiany w moim postrzeganiu berlińskiej załogi. On w konfrontacji z krążkami moich pupili w rodzaju Rival Sons, Orchid, Graveyard czy Lonely Kamel wypadał, stwierdzę bez owijania w bawełnę blado - bez żadnego startu do równej rywalizacji z nimi. Nie zakładam, zatem na starcie, że nowa odsłona pod tytułem Rough Times dokona przewartościowania, chociaż kilka zdań w internecie wychwyconych w bardzo ciepłych słowach ją opisywało, więc z tyłu głowy coś podszeptywało, że może to teraz jest ten czas na przełamanie dystansu. Słucham zatem raz, odtwarzam drugi, trzeci i nawet jeszcze jeden i wnioski mam dość niejednoznaczne. Mianowicie to naprawdę spójny, a jednocześnie cholernie zróżnicowany krążek, z brzmieniem idealnie zbalansowanym pomiędzy vintage’owym brudem, a współczesną selektywnością i różnorodnością inspiracji spiętą klamrą stylu od kilku lat popularnego retro rocka. Coś jest jednak nie tak, gdzieś pomiędzy kiwaniem głową w akcie aprobaty dla poziomu wykonawczego i poprawnych umiejętności aranżacyjnych wkrada się kręcenie nosem, nawet prychanie niezadowolenia, że to niby jest takie ok, ale mało swoje, bez wyraźnego autorskiego szlifu i co najważniejsze finezji. Raz jest typowo rockowo, w do bólu klasycznej formule, innym wymownie psychodelicznie, nawet space rockowo – trochę grubego riffu, upalonych nieco zawijasów, klawiszowych pejzaży i niezłych, bo w miarę chwytliwych melodii. Ukłonów dla legend brytyjskich (przede wszystkim Words of Evil – skóra żywcem zdjęta z Paranoid) i na koniec romansów z ikoniczną sceną amerykańską (The Lost Child – Los Angeles, You Found the Best in Me – San Francisco), nie mówiąc już o zamykającym akcie, w moim przekonaniu absolutnie niepotrzebnym, który po prostu wydziela przykry kiczowaty zapaszek pseudo artyzmu. Do tego powraca stałe dla moich kontaktów z Kadavar uczucie przepracowywania nieprzyjemnego niemieckiego akcentu w sposobie artykułowania linii wokalnych, koszmarnej maniery wokalisty który też nie ma co ukrywać nie dysponuję barwą na tyle wyrazistą, by móc konkurować z frontmanami powyżej przywołanych bandów. I nawet jeżeli mam ochotę w pewnych momentach dać Rough Times więcej punktów, kredytem zaufania materiał obdarzyć to wymienione wady już po chwili wybijają mi ten pomysł ze łba i premierowa produkcja Kadavar ląduje pośród setek innych tytułów, które od święta tylko zostaną odtworzone. Nie ma mowy o zlikwidowaniu dystansu – w moich oczach nic się wielkiego nie wydarzyło.

sobota, 21 października 2017

The Meyerowitz Stories / Opowieści o rodzinie Meyerowitz (2016) - Noah Baumbach




Melancholijna i sentymentalna obyczajówka (może rodzaj tragikomedii) - z pewnością jednak film pod format allenowski. Może nie wyczesany tak bardzo jak filmy Woody'ego, znacznie mocniej trzymający kontakt z twardym gruntem poprzez poważny wątek choroby. Jednocześnie równie zabawny i zwiewny, jak błyskotliwy intelektualny i refleksyjny, bez nadętego moralizatorstwa. Może jego magia tkwi przede wszystkim w doskonałym aktorstwie, w oczywistym wybornym warsztacie Dustina Hoffmana, tutaj jako narcystycznego seniora rodu, oraz z sukcesem udowadniających swój aktorski potencjał gwiazd nie zawsze wysokich lotów komedii w osobach Adama Sandlera i Bena Stillera. Może to właściwie w pierwszej kolejności zasługa Baumacha, który stworzył pasjonujące postaci, nadając im wymiar intrygująco-sympatyczny już na etapie scenariusza i z intuicją obsadzając w tych rolach wyżej wymienionych. Baumachowi z pewnością nie brakuje lekkości i swady z którą opowiada tą podrasowaną humorem opowieść o codzienności. Drąży tematy niespełnionych ambicji, utraconych szans, wzajemnych pretensji z zaniechaniami i zaniedbaniami - dostrzega paradoksalną ich wartość w budowaniu silnych osobowości oraz moc prawdziwie mocnych więzi. W niezobowiązującym anegdotycznym tonie, w kilku naprawdę bombowych scenach przeprowadza przenikliwą wiwisekcje relacji, poszukując prawdy w sensie uniwersalnym. Myślę, iż kiedy zabraknie ojca tego rodzaju formuły niewątpliwie to on stanie się drogowskazem dla przyszłych pokoleń twórców kina sfokusowanego na ludzi wzajemne przenikania.

P.S. Widziałbym w tym potencjał na serial, skoro obecnie na taki format jest moda. Z pewnością nie tasiemiec rozwleczony na lata, tylko dwu-trzy sezonowy esencjonalny produkt dla bardziej ambitnej widowni. Może coś w rodzaju Przystanku Alaska w Nowym Jorku. ;)

piątek, 20 października 2017

Maudie (2016) - Aisling Walsh




Pierwsza scena, pierwsze dźwięki i już wiedziałem, że to będzie obraz, który mnie oczaruje. Skąd takie przekonanie? Ono intuicją podyktowane, tematem który ją pobudził i głębią zawartą w inicjującym opowieść ujęciu. Dalej powolutku w surowych okolicznościach dystansu i pozornej obojętności rodzi się relacja pomiędzy nią a nim. Ona kaleka fizyczna, onieśmielona własną ułomnością, z artystyczną wrażliwością i bystrym umysłem i on z osobowością wykutą w hartujących ducha warunkach - niepiśmienny, ale uczciwy, typ gościa z sercem do pracy, urobiony po łokcie i dumny. Oni jak skarpetki nie od pary, brzydka ona brzydki on, a taka szczęśliwa miłość - na prosty nieegoistyczny, niezwykle wzajemnie oddany sposób. To wdzięczna, klimatyczna ballada o prostym życiu w biedzie materialnej, ale nie duchowej. Bo pomimo że okazywanie uczuć, jako słabość rozpoznawane, głęboko pod grubą skórą emocje skrywane, to ciepło w postaciach na tyle intensywne, że wypełniające tą emocjonalną przestrzeń obficie. To wartościowa lekcja traktująca także o pokonywaniu własnych ograniczeń, barier z pozoru nie do przeskoczenia, dostosowywaniu się do oczekiwań z pokorą i konsekwencją. W uroczym miasteczku rzecz się ta dzieje, w prowincjonalnym klimacie pośród ludzi prostych, na podstawie autentycznych wydarzeń – biografii kobiety zwyczajnej na niezwyczajny sposób.

P.S. Ja chyba nie widziałem Ethana Hawka w lepszej kreacji, tutaj wypada znakomicie, na równi z niezwykle autentyczną Sally Hawkins w roli tytułowej.

środa, 18 października 2017

Grave Pleasures - Motherblood (2017)




"Nihilistyczne przyjemności" na Motherblood zapowiadane przez szefa Grave Pleasures, to żadna czcza gadka tylko fakt. Chociaż nie mam dyplomu z lingwistyki, czy innej filologii angielskiej, ba gramatyka na poziomie średnio zaawansowanym czasem dla mnie wstydliwą barierą, to samo rozszyfrowanie tytułów skłania jednoznacznie do powyższej tezy. Zresztą przetłumaczcie sobie sami, a jak się mylę to bez ogródek wrzucajcie mi tutaj od totalnych tłumoków językowych, bo na lincz zasługuję. Ok, spokój na sali, nie pchać się! Wątek tekstów i tytułów nadanych kompozycjom z Motherblood uznaje za zamknięty, wstydu sobie o ile jeszcze nie za późno oszczędzę i przechodzę raźno do samej muzyki, bo ona to dopiero mnie rajcuje. Od startu czuć, że na nowym krążku będzie intensywniej, piosenki są zwarte po linii Climax i równie przebojowe jak na Dreamcrash. Melodyka i chwytliwość numerów to jedno, to zarówno nawiązanie do debiutu pod szyldem Grave Pleasures, jak i bezpośrednie skojarzenia z Beastmilk. Drugie to zwiększenie tempa i masywności, które wskazuje na przekonanie, iż Dreamcrash nieco zbyt był złagodniał w stosunku do pierwotnego aktu stworzenia. Trudno spośród dziesięciu ciosów o podobnej sile wyróżnić te mocniej wpijające się w świadomość, bo poziom równy cholernie. Jednak po kilku odsłuchach jakieś faworyzowane odnotowałem i nie omieszkam się swoim maksymalnie subiektywnym wyborem podzielić. Numer jeden to Doomsday Rainbows, Mind Intruder, Atomic Christ, Infatuation Overkill I Haunted Afterlife, czyli 5/10 to od początku te pieśni atomowe, które nucę z żarliwą pasją. Ale nie mogę jednocześnie napisać, że pozostałej piątce czegokolwiek brakuje i jestem przekonany, iż za chwil kilka i one zaistnieją pośród mych faworytów. Powiem więcej, ja mam wyraźne przekonanie graniczące z pewnością, że pełen program krążka w równym stopniu będzie zachwycał, bo on już teraz przy odrobinie dobrej woli przecież mnie zachwyca. Nie dziwię się, zatem wytwórni Century Media, że nie szczędzi kasy na obrazki do singli, że trzy wałki zostały natychmiast przyozdobione klipami, bo w tej produkcji jest potencjał ogromny nie tylko na wypromowanie zespołu na nazwę z najwyższej półki. Ośmielę się stwierdzić, że w Grave Pleasures jest potencjał na wywołanie mody na takie granie, a to nawet w niszy dalekiej od mainstreamu niezły kawałek grubo posmarowanego masłem chleba. Wypracowanie trendu na bardziej dosadne The Cure, bardziej intensywne The Sisters of Mercy, bardziej przebojowe The Fields of Nepheilim i wreszcie bardziej złowieszcze Joy Division? Czyli innymi słowy przyciągnięcie do ejtisowego mrocznego rocka publiczności składającej się z maniaków cięższych brzmień, zwolenników obrazoburczych ideologii. Bo może Grave Pleasures mimo jawnego nawiązywania do zimnej fali i brzmień lat osiemdziesiątych to już jakość sama w sobie, na tyle własna, że należałoby skończyć z takimi porównaniami i czekać tylko na falę kolejnych bandów penetrujących te posępne tereny - grup które będą w recenzjach odnoszone do formacji Mata McNerney'a. Pożyjemy, jak coś w międzyczasie nie pierdolnie i zobaczymy. Atomowy grzyb nie jest przecież wykluczony.

P.S. I jaka tu jest cudna okładeczka, śliczniutka ta oprawa graficzna.

wtorek, 17 października 2017

Vulture Industries - Stranger Times (2017)




To druga płyta Vulture Industries którą poznałem, ale wiem oczywiście, że te dwa ostatnie albumy to nie jest wszystko, co ten zespół wydał do tej pory. Tak się składa, iż ograniczyłem się na razie do nich właśnie, gdyż po raz drugi mam jak to się powszechnie mówi „mieszane odczucia”. Niby ich muzyka jest oryginalna, nawet nieco osobliwa – raz silniej oddziałująca, innym odrobinę nużąca, zawsze jednak stawiana przeze mnie na półce z napisem „jeszcze nie teraz będę przed nimi klękał”. Tak jak The Tower sprzed czterech laty, tak obecnie Stranger Times zasługuje na podobny zestaw komplementów i utyskiwań, upiększanych mlaskaniem, tudzież grymaśnymi minami. Ja zamiast tutaj przepisywać swoje refleksje odnośnie poprzedniczki wyartykułowane, zaproszę do zerknięcia w tekst archiwalny, a skupię się jedynie na wyrwaniu przed szereg tych kompozycji, które najbardziej przekonują, że Vulture Industries jeszcze kiedyś może mnie do siebie tak na dobre przekonać. To co kręci i radosne podniecenie wywołuje, to w pierwszej kolejności Tales of Woe, fajnie pulsujący i czarujący tym epickim refrenem podbitym wiercącym klawiszem i kapitalną gitarą. Wchodzący zaraz po nim As the Words Burns, w marszowym tempie i ze świetnym klipem "z napisami" działający osobliwie na zmysły. Rozbudowany, podniosły emocjonalnie Strangers i dalej już chyba nic. Bo dalej album traci magię i mnie usypia, miast prowadzić za rączkę do punktu kulminacyjnego za którym jak w filmach Hitchcocka dopiero intensywność wzrasta. Chociaż aby być sprawiedliwym, Something Vile za sprawą partii wokalnych przynosi doświadczenie wzniosłe, a Screaming Reflection wraz z zamykającym stawkę Midnight Draws Near, to w miarę intrygujące zakończenie płyty. To jednak mało – za mało bym zechciał składać zdania wielokrotnie złożone, wielopłaszczyznowo komplementujące poznaną materie muzyczną sygnowaną nazwą Vulture Industries. 

niedziela, 15 października 2017

Joan of Arc / Joanna d'Arc (1999) - Luc Besson





Nadal doskonale pamiętam, jakie ten film zrobił na mnie wrażenie oglądany premierowo w kinie. To był najlepszy, a już z pewnością najambitniejszy okres w twórczości Bessona. Wybitny Leon zawodowiec, osobliwy Piąty element i doskonała Joanna d’arc, to filmy wielkie, filmy ikoniczne już od lat uznane za klasyki. Przede wszystkim w moim przekonaniu te dwa skrajne tytuły od strony psychologicznej przenikliwe i sugestywne - słuszne i zbawienne dla rozumu. Tak jak Leon przejmująco penetrował rejony relacji międzyludzkich, tak Joanna wryła się w pamięć, jako fenomenalny obraz z mrocznym i sugestywnym klimatem na równi z dobitną ironią w ukazaniu barbarzyństwa, poddający w wątpliwość forsowaną autentyczność religijnych uniesień i bożej sprawczości, inaczej cudów dokonywanych w imię i za sprawą Boga. Wiara czyni cuda, cuda? Czy tylko potencjał okrutny wyzwala? Ja tego nie wiem. Może cel uświęca środki, uświęca też zbrodnie odbierania życia w imię walki za sprawę, byleby się po wszystkim pokornie wyspowiadać? Jak oceniać postać głównej bohaterki - to prostaczka czy nadwrażliwa i bystra niewiasta z pasją, a może już obsesją. A może tylko wychowana w gęstym sosie mrzonek ich ofiara? Dotknięta traumą mściwa arogantka, zatruwająca osobistą vendettą umysły bogobojnych rycerzy? Wykorzystana i zdradzona, dotknięta szaleństwem umysłu, psychiczną jednostką chorobową? To takie nadal aktualne, chociaż stosy nie płoną i setki lat rozwoju cywilizacyjnego za nami, a potrzeba usprawiedliwiania działań siłą wyższej tak powszechne. Pytanie, co nam daje i co nam zabierają takie klapki na oczętach pozostawię otwarte. Niedopowiedzenia bowiem największa siłą tego dzieła, więc się do tej bessonowskiej strategii podepnę.

sobota, 14 października 2017

Fair Game (2010) - Doug Liman




Nie znałem filmów Douga Limana, niemal do chwili obecnej tzn. do premiery American Made. Wrażenie po najnowszej produkcji z Tomem Cruisem było spore, zatem należało sprawdzić czy to incydentalna wysoka dyspozycja reżysera, czy wcześniej też zdarzyły mu się bardzo dobre produkcje. Fair Game to jak się okazało film bardzo polityczny, o sprzed ponad dekady wydarzeniach, o scenie która dzisiaj już trochę inaczej dzisiaj wygląda, więc nie do końca tak aktualny. To podobna jazda jak w Informatorze Michaela Manna, w Sieci kłamstw Ridley'a Scotta, bądź odpowiednio Królestwie Petera Berga i Syrianie Stephena Gaghana. Tajna służba kontra zorganizowana działalność terrorystyczna w optyce tuż po ataku na WTC. Kino bardzo sprawnie zrealizowane, z aktorstwem bez potknięć i jedynie z narracją taką jednolitą, bez większego wybuchu emocji, jakiś interwałów, które by dały efekt podgrzania atmosfery do czerwoności. Mimo to ogląda się bardzo dobrze, bo jest tajemnica, są pytania, a same wydarzenia śledzi się z napięciem poznając zakulisowe rozgrywki szpiegowski w cieniu wielkiej oszukańczej polityki i z wszelkiej maści kosztami z jakimi wiąże się zaangażowanie w taką działalność. Tylko tyle i aż tyle - w tym przypadku mnie to wystarcza.

czwartek, 12 października 2017

Blade Runner 2049 (2017) - Denis Villeneuve




Napiszę jak jest wyłącznie z własnej perspektywy, nie pokuszę się o detaliczne porównania czy przesadne analizy – tutaj o BR2049 będzie prosto z mostu. Zresztą, po co niby miałbym to robić, na cholerę konkurować z masą tekstów wyczerpujących temat tak dalece, że korzystając jedynie z podstawowych sformułowań nie byłbym w stanie dodać nic nowego, a już tym bardziej ciekawego. Temat w przestrzeni internetowej jest maksymalnie zagospodarowany i nic już nie pozostało takim jak ja amatorskim pismakom, jak tylko dla własnych potrzeb archiwizacyjnych spisać podstawowe refleksje cisnące się tuż po zakończonym seansie. Sprawa wygląda tak, iż te prawie trzy godziny seansu, to doskonała robota pod względem zsynchronizowania fabuły jedynki z kontynuacją. Obydwie odsłony znakomicie współgrają ze sobą w tej kwestii i nie ma się czego czepiać, tylko chwalić trzeba. Na komplementy zasługuje również strona wizualna, zdjęcia wykonane z rozmachem, kadry wypieszczone, scenografia i wszystko, co z tym segmentem powiązane. To absolutny majstersztyk na który patrzy się z podziwem i estetyczną przyjemnością, podobnie odbieram udźwiękowienie, które za sprawą przeszywających odgłosów i rasowo skorelowanej z wizją muzyki wrażenie robi wystarczająco dosadne, by po opuszczeniu sali kinowej jeszcze w trzewiach czuć te wibracje. Tyle technika, teraz wartość treści i znaczenia, czyli odpowiedź na pytanie, co pod tą efektowną warstwą dla wzroku i słuchu skrywane jest dla intelektu? Nie ma co narzekać, na grymasy także tutaj nie ma miejsca, albowiem Villeneuve pokusił się o niezwykle ambitną w założeniach i intrygującą dla umysłu w praktyce analizę psychologiczną potrzeb ludzi, replikantów i nawet hologramów. Potrzeb, które nawzajem przez byty zrodzone i wykreowane są zaspokajane i w różnych konfiguracjach implikują całą paletę problemów natury egzystencjalnej. Postawił na filozoficzne poszukiwania autentyzmu w relacjach, zagubionej w świecie bez emocji istoty człowieczeństwa, w okolicznościach i sytuacjach, w których paradoksalnie replikanci czy hologramy stają się bardziej ludzkie niż człowiek. Zadał wiele pytań podpartych kompletnym zgłębieniem problematyki, znakomitym przygotowaniem merytorycznym. Ale! Jak film Ridley’a Scotta to było zjawisko, pełna chemia, nawet rodzaj fenomenu zrealizowanego w tej jednej wyjątkowej chwili, idealnych okolicznościach sprzężenia przypadków, tak wizja Villemeuva to tylko i aż potężna machina produkcyjna i obsesyjna wręcz pedantyczność. Tam w pierwowzorze był czarujący futurystyczny romantyzm, którego tu na próżno szukać, tutaj natomiast jest zimna mechaniczna precyzja na wszystkich poziomach produkcji – w obrazie, dźwięku, nawet grze aktorskiej. Jest intelektualna łamigłówka w psychologicznej przenikliwości filozoficznego przesłania, chirurgiczna sterylność i monumentalizm podniesiony do potęgi. Nie ma niestety duszy, tego czynnika dodającego wartości nienamacalnej, wartości emocjonalnej i duchowej, będącej najsilniejszą stroną pierwowzoru sprzed trzydziestu pięciu laty. Ja przynajmniej jej nie dostrzegłem i jeżeli ona była to w proporcjach zupełnie dla mnie niewystarczających.

środa, 11 października 2017

The Fisher King / Fisher King (1991) - Terry Gilliam




To rodzaj filmowej biblii dla wszystkich tych, którzy w niecodzienności odnajdują spełnienie, we względnie kontrolowanym obłędzie pasji i refleksji nad życiem. Obłędzie czasem jednak zbyt głębokim, bo na większych bądź mniejszych traumach powstałym i karmiącym się zaawansowanym idealizmem moralnym. W świecie opanowanym przez istoty pod krawatem i z grubym portfelem, w wyścigu szczurów po pozycję i pieniądze zatraconych, egzystują także odtrąceni lub świadomie skazani na życie na marginesie. W nim ludzi wszelkich życiowych orientacji i wyborów łączą przypadki, często świadome działania lub też zaniechania, a wszystkie one według tajemniczego wzoru oddziaływają na siebie - to dramatyczny splot, to zawsze węzeł skomplikowany. Fisher King to dzieło wyjątkowe, nietuzinkowe i nieszablonowe, dające masę materiału do skonsumowania w akcie natchnionej intelektualnej dysputy z samym sobą, we własnym wnętrzu przepracowując osobiste choroby duszy i uniwersalne prawdy o człowieku. Zadający fundamentalne pytania o istotę człowieczeństwa, skupiając się przede wszystkim na poszukiwaniu odpowiedzi na dylematy w kwestii kary za grzechy, konsekwencji i odpowiedzialności podsycanej poczuciem winy. Czy jesteśmy w stanie odkupić własne winy zadośćuczynić tym, którzy przez nie życiowo poturbowani? Tym wszystkim, którzy to pod wpływem traum ukryci w świecie spowitym mrokiem, tylko pozornie bezpieczni na tym odludziu. Z takim duetem aktorskim, z taką wyobraźnią i brawurą Gilliama oraz błyskotliwą przenikliwością scenarzysty, to nie mogło się nie udać. Jeff Bridges i Robin Williams w finezyjnie skonstruowanych i odegranych rolach plus cała obszerna galeria wszelkich dziwadeł, które tak naprawdę są bardziej ludzkie od tych wszystkich szablonowych obywateli skrojonych podłóg wymagań świata bezwzględnego. Obserwując niezwykle mądrą, autentycznie zabawną i głęboko poruszająca historię Jacka i Perry’ego odpływamy w emocjonalną otchłań, świat refleksji niewymuszony, tylko płynnie z wyczuciem pobudzany. To poważne psychologiczno-filozoficzne studium, które podane metodą osobliwą daje także porządną porcję dobrej zabawy z wartościową puentą i przesłaniem. Dla mnie niewątpliwie numer jeden w bogatej twórczości Terry'ego Gilliama!

sobota, 7 października 2017

Black Country Communion - BCCIV (2017)




Ogromnie się cieszę ze powrócili, że Joe Bonamassa dał się złamać. Cieszę się przede wszystkim, że wrócili w dobrej formie, ale nie mam pewności czy te kompozycje z nowej produkcji tak do końca zaspokajają mój apetyt i są celną odpowiedzią na moje oczekiwania. Pocieszające jest to, iż podobnie miałem z Afterglow, znaczy na łopatkach przy pierwszych odsłuchach nie byłem, ale po okresie odstawienia do niej powróciłem i ujrzałem ją w dużo bardziej pozytywnym świetle. Co mnie razi na czwórce? Chyba ta momentami sflaczała melodyka The Last Song for My Resting Place, nachalna i banalna piosenkowość, z tym folkowym akcentem na skrzypcach, ratowana jedynie kapitalną, bo z pazurem zagraną solówką. Może Wanderlust posiadający w sobie ducha AOR, czyli śmierdzący nieco kiczowatością amerykańskiego brzmienia lat osiemdziesiątych, a to dla mnie nigdy nie był czas największych osiągnięć w hard rocku, więc jestem sceptyczny i krytyczny. Hiciory się wówczas sypały, listy przebojów pęczniały od podobnej stylistyki, na bieżąco pączkowały, rozkwitały i dość prędko przekwitały dzisiaj już prawie niepamiętane nazwy w rodzaju Styxu, Kansas, REO Speedwagon i najbardziej rozchwytywanego przez płeć piękną Whitesnake - ale to nie te rejony w których chciałbym widzieć BCC. Nadzieje zaś dostrzegam w Sway i The Crow, numerach którym co nieco wytknąć przy odrobinie złej woli można, ale to właściwie są kawałki na tyle dynamiczne i z pazurem zagrane, że unikam złośliwości i szczególnie w tym drugim widzę więcej dobrego niż złego. Bez reszty natomiast kupują mnie, otwierający, mocarny i energetyczny Collide z wyrazistym riffem i siłową grą Bonhama zwieńczoną gitarowym popisem Banamassy inspirowanym jakby to nie zabrzmiało kuriozalnie stylem gry Scotta Holiday’a z Rival Sons. Over My Head, Love Remains i Awake przepisowo sklecone z pasji hard rockowego serducha, w którym pulsuje krew bogata w riffu siłę, Hammonda wibracje i soczysty puls sekcji. Jednak tym co najbardziej krew wzburza, to The Cove i zamykający stawkę When the Morning Comes – kompozycje perełki lśniące, melancholijne cudeńka, przebogate siłą wyrazu, napięciem permanentnym, budową epicką. One porywają i pozwalają najmocniej dostrzec rewelacyjną, wręcz zjawiskową formę wokalną dziadka Glenna (ani jednego geriatrycznego tonu), instrumentalną biegłość, polot i wyczucie reszty muzyków – stanowiąc model, szablon dla przyszłych adeptów hard rocka. Oby tacy się nadal rodzili! Dlaczegóż ja mam więc obiekcje, czy ja szukam dziury w całym? Pytanie sobie zadaję, kiedy to przecież fajna płyta jest w zasadzie. Może to te oczekiwania winne, po części nakręcone cholernie entuzjastyczną notką w Hammerze, w której napisano, że sporo Zeppelinow w BCC, których ja tutaj nie bardzo jestem w stanie usłyszeć, chociaż słuch wytężam? Pomimo kręcenia nosem ten sam kinol podpowiada mi jednak, że to tylko kwestia czasu abym już wkrótce przyznał, iż BCCIV to żaden spadek formy przy poprzednich albumach. Bo obiektywnie rzecz ujmując czepiam się szczegółów i próbuję chyba na siłę dystans zbudować. Na cholerę to robię? Jak na razie to znam teraz tej odpowiedzi - powtórzę zatem zdanie z początku, cieszę się, że wrócili w dobrej formie.

Drukuj