Festynowa beka z tycim, tyciusim podwójnym dnem. :) Z chałtur i marzeń o wielkiej karierze podrzędnych metalowych muzyków z
przerostem ambicji, ale autentyczną pasją. Najtisowych nerdów z prowincjonalnej
Polski, żyjących głęboko w psychice skrytą nostalgiczną tęsknotą za czasami,
kiedy nie trzeba było mierzyć się ze schematyczną codziennością i przede
wszystkim sztywną dorosłością. Takie pełną gębą nasze polskie konwencjonalne kino rozrywkowe,
z Panią burmistrz i jej przydupasem pobudzającym jednoznaczne skojarzenia z wójtem
i Czerepachem. Dla uczciwości w założeniu z całkiem fajnym i akurat sentymentalnie
trafionym przesłaniem, ale też niestety z po macoszemu potraktowanym researchem,
lub świadomie uproszczonym wglądem w temat. Mocno przerysowane, przez co
chwilami wręcz żenujące, ale mimo tych typowych dla formy wad całkiem strawne. Mnie się przynajmniej nie zwróciło, ale prawdopodobnie tylko dlatego, że założyłem od
startu, że idę świadomie w rejony pierdół i nastawiam się na pajacowanie z
alkoholowym napędem. Wtedy to i nawet aktorskie szarże Domagały, Czeczota, Żurawskiego,
Hamkało (jednak w tym przypadku o Jezu!), Kluźniak (o Jezuuuu też!), Lubosa (na
rany Chrystusa!) i wreszcie Roguckiego mi nie tak straszne. Gwarancji jednak
nie daje, że ty, ty i ty błądzący w necie, trafiający przypadkowo na moje
wypociny biedaku, to co zaproponowali powyżsi z równym dystansem, podobną gracją i wyrozumiałością udźwigniecie. :)
niedziela, 17 czerwca 2018
sobota, 16 czerwca 2018
Sługi boże (2016) - Mariusz Gawryś
Jak się okazuje nie
zawsze sprawdzony przepis daje wysokie prawdopodobieństwo świetnego rezultatu.
Kontrowersyjne tło tematyczne plus masowo wykorzystywane utarte schematy, nie za
każdym razem prowadzą do sukcesu komercyjnego, nie mówiąc o jakimkolwiek
artystycznym potrzeb zaspokojeniu. Chociaż w naszej świętojebliwej Polsce (ze
wskazaniem paluchem na kler, oczywiście krystalicznie czysty moralnie) taka wręcz
bluźniercza retoryka robi hałas, to jak brakuje reżyserowi indywidualnej
warsztatowej charyzmy i sprowadza on finalnie formę do standardowej kliszy
rodzimych kryminalnych telewizyjnych seriali, to trudno o coś więcej niż tylko nijaką
tożsamościowo tanią rozrywkę. Niby Mariusz Gawryś pracuje konsekwentnie nad
mrocznym klimatem, posiłkuje się tuningowaną psychologią, sięga po fabularne urozmaicenia, tajemnicy od początku nie
zdradza i wreszcie napięcie na tyle na ile scenariusz pozwala kreuje, ale czyni
to strasznie anemicznie, finalnie próbując nader "ambitnie" ratować się rozebraną
do rosołu Foremniakową. Obsadę zebrał przecież w teorii porządną, ale to co
w praktyce od Topy, Kijowskiej, Stelmaszczyka, Konopki, Woronowicza i Talara
uzyskał to tylko mechaniczna poprawność. Bo to jest tak, jak wielokrotnie już
pisałem, że gdy reżyser nie ma daru wyciągania z aktora tego co najlepsze - inspirowania, czasem nawet konstruktywnego na planie wkurwiania, to nawet warsztatowo świetni
aktorzy stają się w jego rękach tylko zwykłymi wyrobnikami. Stąd nie polecam,
bo to słabe i czasu szkoda. Nie ma sensu ani się nad tym pastwić, ani też nawet ze
względu na obnażane kościelne skurwysyństwa promować - nad czym najbardziej ubolewam.
piątek, 15 czerwca 2018
Graveyard - Peace (2018)
Wrócili, silniejsi i bardziej zwarci, a ja zacierając rączki z radości że zmienili zdanie w kwestii zawieszenia/zakończenia działalności (zanim jeszcze album odpaliłem) już miałem jak się okazało uzasadnione przekonanie, że nie cieszyłem się na wyrost, bo jakości Q na Peace jest dobite pod korek. Otwierają i zamykają Peace z takim impetem, że jakby w nich przez ten okres pauzy dosłownie wrzało i buchnęło enregią, kiedy już uwolnili twórczy potencjał. It Ain't Over Yet i Low (I Wouldn't Mind) wyrywają się, eksplodują, kapitalnymi riffami chłoszczą, perkusyjną kanonadą się napędzają, a głęboko ukrytym w tle klawiszem finezji tym kaskadom dźwięków dodają. To co do zrozumienia numer startowy i finałowy daje, to w stu procentach inne kompozycje udowadniają. Znaczy, że niczego wymuszonego w tym powrocie do żywych nie ma, że ci retro rockowcy mają jeszcze masę dobrego do pokazania, a ogień pasji jednak nie wypalił się jakoby ostatnie niepokojące wydarzenia w ich obozie sugerowały. Każdy kawałek kipi od doskonałych pomysłów, aranżerskiego mistrzostwa - posiada wielowymiarową strukturę, puls intensywny i dzikość przyrodzoną, jednak umiejętnie dla atrakcyjności i różnorodności kontrolowaną. Peace jest gęsty, soczysty lecz nie zawiesisty, a wokalizy są najbardziej drapieżne w dotychczasowej grupy karierze. Jednak kiedy jest potrzeba aby nieco ten pęd wyhamować, a emocje wystudzić, tudzież przenieść w inny wymiar, to serwują takie bluesujące majstersztyki jak Del Manic, imponujący Bird of Paradise, czy subtelną perełkę w rodzaju See the Day, a brzmienie głosu Joakima Nilssona przybiera zdecydowanie bardziej aksamitną, głęboką barwę. Jednak w moim przekonaniu punktem kulminacyjnym krążka jest Walk On, nieco psychodeliczny łamaniec z nieprawdopodobnie ofensywnym charakterem i mnóstwem skrytych detali w urozmaiconej i chwytliwej konstrukcji. Z każdym kolejnym rozwiązaniem, porywającym genialnym pomysłem, rosnący w siłę i podkręcający napięcie w rytmicznym galopie. Stąd nie będę się krygował przed stwierdzeniem, że nadal spostrzegam Graveyard jako lokomotywę gatunku, obok Rival Sons, Orchid i Lonely Kamel chyba najbardziej inspirującą współcześnie załogę retro fali, bez której scena byłaby znacznie uboższa. Tej płyty w zasadzie miało nie być i to stwierdzenie w konfrontacji z jej zawartością brzmi teraz niczym zły sen rockowego fana. Koszmar jakiś, przygnębiająca halucynacja z której na szczęście się otrząsnąłem i oby szybko on nie powróciła.
czwartek, 14 czerwca 2018
Zimna wojna (2018) - Paweł Pawlikowski
Nie jest z założenia prosto, gdy umownie po raz tysięczny i pierwszy osobiste refleksje w przedmiocie sztuki filmowej i muzycznej spisać przychodzi. Coraz mniej w nich z czasem świeżości, oczywista rutyna się wkrada i powtarzalność fraz się pojawia. Lecz z czasem nabierając doświadczenia większa spójność, płynność i wyrazistość myśli, wreszcie dojrzałość spojrzenia swoją istotną rolę w jakby nie patrzeć wciąż amatorskiej recenzenckiej robocie poczyna odgrywać. To atuty zasadnicze gdy o arcydziele pisać przychodzi i kiedy obawa o oddanie sztuce odpowiedniego szacunku pokorę wobec własnych warsztatowych umiejętności wzbudza. W przypadku najnowszej produkcji Pawła Pawlikowskiego (który zasłużenie w przeciągu zaledwie kilku lat awansował do absolutnej reżyserskiej elity) nazwanie jej górnolotnie sztuką przez duże S, uznaję nie tylko za w przypływie narodowej dumy uzasadnione, ale i nawet przez wzgląd na obiektywną uczciwość wręcz konieczne. Cały rwącym nurtem płynący potok komplementów po absolutnie przepięknym seansie się nasuwa i nie ma w tych rozważnych osiemdziesięciu czterech minutach projekcji jednego co więcej drobiazgu, który by na superlatywy nie zasługiwał. Ogrom pracy jaka w przygotowanie i w obróbkę obrazu została włożona sprowadza na kolana i każe czapkę z głowy kilkukrotnie zdejmować. Zdjęcia, ujęcia (te z lustrami), stylizacja (stroje, charakteryzacja, casting, scenografia, pejzaże, śpiew, choreografia) wszystko to koronkowa robota, by autentyzm zbudować i idealnie oddać charakter miejsc i czasu. Kompozycje kadrów, w których ludzie i przestrzeń tworzą jakby osobne obrazy, będące gotowe do prezentacji w galeriach, jako same w sobie dzieła sztuki. W minimalizmie zatopione, w tonach czerni i bieli, a jednak nieprawdopodobnie wyraziste, choć przecież ograniczone przez skromną barw paletę. Wysublimowane, kunsztowne i poprzez przemyślaną formę wręcz hipnotyzujące. Z muzyką niekoniecznie z tła - wynikającą wprost z treści, będącą w równym stopniu jak same postacie bohaterem historii. Bowiem poprzez jej gatunkową różnorodność i ewolucyjną formułę, podkreślającą inteligentnie przemiany osobowości postaci dramatu, w kontekście uczucia i przede wszystkim społeczno-politycznego oblicza skrajnych rzeczywistości zachodu i bloku radzieckiego. Dzięki niej między innymi opowieść o miłość dwojga ludzi zaplątanych w złożone historyczne okoliczności powojennej Polski i może nawet jeszcze mocniej wpływające na jej tragiczne oblicze charakterologiczne niuanse, nie potrzebuje zawiłych metafor, aby jasno i celnie puentować wszelkie korelacje. I nawet jeśli polityka odgrywa w fabule newralgiczną rolę, to jest ona li tylko ważnym, ale jednak tłem dla poruszającej historii trudnej miłości, w jeszcze trudniejszej epoce - miłości, która dręczy i buduje, miłości sens życiu nadającej, lecz w istocie przez swą bezlitosną namiętność fatalnej. Unikając jednocześnie zmęczenia nadmierną ckliwością i sztucznego forsowania dramaturgii Pawlikowski uciekł przed irytującą emfazą i pretensjonalnością, dając szansę by wrażliwość objawiła się w swojej archetypicznej, niezdeformowanej pod publiczkę formule. Po raz wtóry zaimponował mi umiejętnością przeniesienia własnych retro inspiracji na ekran - takim wrażliwym technicznym wyczuciem materii, by finalnie efekt zawierał wszelkie cechy sztuki najwyższej, z szacunkiem dla intelektu i emocjonalności widza oraz legendarnej polskiej szkoły filmowej. Sztuki, która współcześnie niemal całkowicie została wyparta przez cyniczną popkulturę chwytającą się kurczowo każdej sensacji, dla pobudzenia fermentu z jedynie merkantylnych pobudek. W tym względzie spostrzegam Pawlikowskiego jako prawdziwego artystę sięgającego gatunkowego uniwersum, stawiającego osobiste ambitne wizje ponad masową oglądalność, który dzięki wierności własnym przekonaniom i własnej wrażliwości estetycznej, idąc poniekąd pod prąd trendów zdobywa uznanie wartościowym artyzmem, a nie tanimi chwytami. To właśnie dzięki takim twórcom nadal mam wiarę, że szczera, bogata w szlachetne środki wyrazu sztuka wizualna przetrwa w czasach wulgarnej retoryki, a sam Pawlikowski z każdym kolejnym filmem będzie w praktyce tą wiarę podtrzymywał.
P.S. Słowa jak na pewno zostało dostrzeżone o aktorskich atutach Joanny Kulig, Tomasza Kota i kreujących postaci z dalszego planu nie napisałem, bo gdybym tutaj to zrobił, to tekst pod ciężarem zachwytów stałby się nieznośnie obszerny i odstraszał rozmiarami przed z nim zapoznaniem, a tego bym nie zniósł, gdyż w praktyce pisze by czytano, a nie ignorowano. :) Z obowiązku jednako doniosę, że ja tym postaciom po prostu wierzę, zwyczajnie bezgranicznie wierzę, a to chyba czytelna rekomendacja jakości. Ponadto jak się okazało Ida nie była jednorazową emanacją wizualnej wrażliwości reżysera, bo Zimna wojna pod względem obrazu wprost do niej nawiązuje, a ja tylko tak na koniec zadaje sobie pytanie, czy autor tych dwóch ogromnych sukcesów, podobnej stylistyce pozostanie wierny i w niej już na stałe odnajdzie "autorski charakter pisma", czy może jednak nagle radykalnym zwrotem w przyszłości zaskoczy? Oklaski! Kurtyna! Nie milknące oklaski!
środa, 13 czerwca 2018
Monster Magnet - Dopes To Infinity (1995)
Z Monster Magnet mam
tak, że zarówno ta ich zawadiacka rock'n'rollowa twarz z "panucrskim"
bruzadami leży mi znakomicie, jak i psychodeliczne tripy w wykonaniu ekipy
niezniszczalnego Dave'a Wyndorfa łykam jak to się barwnie określa "jak pelikan". :) Tak się też w ostatnich tygodniach złożyło, że z podwójnej inspiracji tzn.
nowym ich krążkiem oraz kapitalnym dokumentem Jarmuscha o The Stooges
zasłuchuję się tym pierwszym obliczem Monster Magnet, sięgając też źródeł tego
rodzaju rockowego grania. Lecą zatem takie często już zapominane tuzy jak
MC5, Steppenwolf, Blue Cheer czy wreszcie The Stooges - z którym poprzez
zbieżność oblicz Wyndorfa i Iggy Popa skojarzenia ich postaci miałem od zawsze.
Jeden motherfucker wart drugiego, a oni sami w samym czubie listy największych
rockowych zakapiorów. Gości, którzy na szacunek przez lata konsekwentnej
pracy u podstaw zasługują i jak nikt inny obok Lemmy'ego stanowią elitę ikon
sceny. Tym sposobem, poprzez osobę Kilmistera sprytnie przejdę do
Dopes to Infinity, bo to akurat album, który jednoznaczne skojarzenia
budzi z macierzystą formacją żywej reklamy złocistego trunku. Hawkwind się
kłania, gdy korzeni krążka z 1995 roku poszukiwać - w odpowiednich proporcjach
zmieszany z doskonałym upalonym hard rockiem spod znaku Black Sabbath. Tak
sobie ówczesny skład Monster Magnet wykombinował, że w tej niszy się
zainstalują i dzięki klasycznym riffom i odjechanej kosmicznej aurze
zaszczepią latom dziewięćdziesiątym jeszcze więcej finezji. Nie był to
jednak żaden ryzykowny eksperyment, tylko naturalny rozwój, a czas i okres
akurat sprzyjał sięganiu po inspiracje z lat siedemdziesiątych. Tyle tylko, że
zamysł to jedno, a możliwości to drugie - nierzadko się przecież zdarzało, że
zespoły miały pomysł, ale brakowało tego zasadniczego argumentu, którym
umiejętności aranżerskie. Zamiast spójnego, płynnego grania powstawały
niejednokrotnie toporne potworki bez ładu i składu i wreszcie własnej
tożsamości. Bo jakby nie doszukiwać się w muzyce Monster Magnet wyraźnych
wpływów sprzed lat, to jednak na przestrzeni niemal już trzech dekad,
konsekwentnie wypracowali charakterystyczny i tylko im właściwy styl. Na
fundamencie zbudowanym przez legendy sami stali się legendą, która nigdy nie
zawodzi i zawsze gwarantuje najwyższą jakość, bez muzycznych mielizn i
wizerunkowego pajacowania. Nie znajduję ich na żadnej z płyt Amerykanów, a już
na pewno nie ma obaw, że ukrywają się na Dope to Infinity - albumie, który
współcześnie mam nadzieję, że nie ślepo spostrzegam jako rzecz bez wad. Krążku
monolicie, gdzie tuzin numerów, zamkniętych w ponad godzinie, bez najmniejszego
problemu utrzymuje moją uwagę już od lat i nie mam obaw, że nagle straci tą
magiczną moc w moich oczach. Wstęp w tym powyższym nieodkrywczym laniu
wody był, rozwinięcie się pojawiło, klamra spinająca wątki także w tekście
swoje uzasadnione miejsce odnalazła i teraz na zakończenie brakuje tylko
puenty, której akurat nie będzie, bo jak się przy nocnym pisaniu o rock'n'rollu
browarami napędza, to przychodzi ten moment, kiedy miast on zmysły wyostrzać,
to on je znacząco stępia. :) The End! Chociaż muszę jeszcze z obowiązku
zachowania logiki wypowiedzi dodać, że o Dopes to Infinity refleksja powstała,
bo się obecnie na tej płycie znacząco zawiesiłem, gdyż nieco tym siarczyście
rockowym obliczem z Mindfucker chwilowo przejadłem i dla równowagi trzeba było
tłustą dietę jakimiś witaminkami urozmaicić.
poniedziałek, 11 czerwca 2018
Corrosion of Conformity - Deliverance (1994)
Uważam, iż Corrosion of Conformity najbardziej do twarzy w składzie z Pepperem i wyraz swego zadowolenia z ostatnich wydarzeń w obozie grupy dałem już przy okazji No Cross No Crown. Pokłosiem faktu, iż pełnymi garściami inspiracje znów czerpać zaczęli ze swych dotychczasowych najlepszych krążków było moje ponowne okazałe zainteresowanie Deliverance i Wiseblood. Tak się złożyło, że gdy Deliverance na świat Anno Domini 1994 przyszło (bo to dobry rok był) to akurat do mnie swym pomysłem na stoner/southern/grunge od razu nie trafiło. Znaczy nie mam tutaj na myśli, iż muzyka nie przypadła mi do gustu, tylko że ja o tej płycie wówczas w ogóle nic nie słyszałem. Dwa klipy z pewnością dość często w stacjach pokroju MTV śmigały i dziwi mnie, że Albatross i Clean My Wounds nie zapamiętałem. Te bezdyskusyjne hiciory z całego longa się wyróżniają, bo na tle reszty przyklejają się do ucha nieprawdopodobnie skutecznie. Jednak nie samymi chwytliwymi wałkami Deliverance stoi, choć jego siła promocyjna na nich w decydującym stopniu była oparta. Deliverance z mojej, bardziej współczesnej, pozbawionej intensywnego sentymentu perspektywy, to mocny i zwarty, bo prócz waloru przebojowego także konkretnie warczący krążek, gdzie twarde riffy idealnie współbrzmią z nieprzekombinowanymi solówkami i surowym wokalem Peppera. Poza tym album nie nudzi, gdyż pomiędzy właściwe kompozycje wklejono z wyczuciem kilka czysto instrumentalnych miniatur, które urozmaicają konkretną rockową młóckę. Tak sobie teraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego wówczas, te prawie ćwierć wieku temu Deliverance nie zyskało popularności podobnej do tej która stała się nie szukając daleko udziałem przykładowo największych płyt Alice in Chains, Soundgarden i nawet Kyuss? Czyżby to była jednak inna wrażliwość muzyczna i inna nieco publiczność słuchała krążków CoC? W tej muzyce niewątpliwie jest więcej surowości, a mniej napędzającej fejm nośnej chwytliwości, czego paradoksalnie dowodem są wyróżniające się na tle pozostałych kompozycji, zarówno Albatross jak i Clean My Wounds. Gdyby cały long wypełnili numerami z podobnym ofensywnym zacięciem, wtedy na ówczesnej grunge'owej fali by wypłynęli, a ich nazwa obok największych tuzów byłaby wymieniana. Wtedy jednak Corrosion of Conformity nie posiadałby swej odrębnej tożsamości, tej charakterystycznej mocno krętej historii i być może dla własnej zguby nie uniósłby ciężaru jaki z mega rozpoznawalnością jest związany. Może chcieli być wielcy, ale takich rozmiarów przybrać nie "umieli", albo "umieli" ale na przekór oczekiwaniom nie chcieli? :)
wtorek, 5 czerwca 2018
The 15:17 to Paris / 15:17 do Paryża (2018) - Clint Eastwood
Sprawa wygląda tak - mianowicie gdy pierwszy raz usłyszałem o pomyśle Eastwooda na fabularyzowanie tych
autentycznych wydarzeń, to złapałem się za głowę czując, iż nic dobrego z tej dziadkowej
szarży nie wyniknie. Dodatkowo kiedy pojawiła się informacja o zaprzęgnięciu do głównych ról
prawdziwych uczestników, by w zamyśle naturszczycy dodali realistyki odtworzonym
dramatycznym wydarzeniom, to przekonanie z miejsca zamieniło się w pewność.
Trzymam się tej tezy także teraz, tuż po seansie, chociaż amatorzy jakby na
nich krytycznie nie spojrzeć zaskakująco dobrze na tle zawodowców wypadli. Forma całości najoględniej stwierdzając nie porywa, mimo iż Eastwood całkiem zmyślnie fabułę z kilku ciekawych wątków
zbudował, to jednak przez korzystanie ze słabych niestety retrospekcji i
łopatologicznych tez (że coś tutaj wprost z czegoś wynika i basta) w toporności
zatonął. Poza tym, w tym morzu oczywistości i skrótów myślowych tkwi problem
zasadniczy, bo nic nie zaskakuje, intelektualnie jest całkowicie bez wymagań,
napięcia tutaj jak na lekarstwo, a porównania z dotychczasowym dorobkiem reżyserskim
mistrza sprowadzają tą wymęczoną poprawność do poziomu szablonowej amatorszczyzny. Przykro mi okropnie, raz przez wzgląd na fakt, że niewinni ludzie stają się
ofiarami radykalizmu, dwa że ktoś z takim dokonaniami jak Eastwood idzie
najprostszą z dróg i wybiera tabloidową tanią sensację, zamiast pogłębionej analizy. Uznanie duże zaś za zimną krew i odwagę dla trójki
Amerykanów, sporo mniejsze ale jednak, za ich całkiem sprawne odegranie samych
siebie. Tyle i tylko tyle.
niedziela, 3 czerwca 2018
Ghost - Prequelle (2018)
Nic świeżego zapewne w
tym miejscu o muzycznym wizerunku Ghost nie napiszę, będzie asekurancko, bo po co ryzykować, podobnie jak i poniekąd sam zespół przestał zaskakiwać i osiadł w
najbardziej bezpiecznej zatoce. W miejscu, w którym połączył eurowizyjną przebojowość i metalowe korzenie z
podniosłymi aranżacjami, które szczęśliwie nie kłują w uszy aż nazbyt nieznośnie napuszonym
patosem. Jakbym słów precyzyjnie nie dobierał i nie szukał tych, które miałyby
zapobiec użyciu wyświechtanej ostatnio formuły o strefie komfortu, tak ni
cholery nie potrafię znaleźć zamiennika, który by bardziej trafnie oddał miejsce,
w jakim się obecnie za sprawą Prequelle znajdują. Okopali się czwartym albumem na wcześniej upatrzonej i przez szczególnie dwa ostatnie krążki
zdobytej pozycji i teraz w wyrachowanym tonie zdają się spieniężać osiągnięty fejm. Prequelle to zaiste koniunkturalna powtórka, następny dobry album, natomiast dla szalikowców kolejnego wcielenia Papy Emeritusa i ekipy ghouli zapewne doskonały, bo zwyczajnie kompozycyjnie
już na poziomie szczytowym. To są kapitalni zawodowcy, którzy wiedzą co i jak
grać mają, by utrzymać względnie wysoki hajp na własne stylowe produkcje. Komponenty
niezmienne do pracy na rzecz Księcia Ciemności zaprzęgają – kontrowersji odrobinę,
mroku sakralnego na anty modłę co nieco, teatralności i chwytliwości od groma. Aranżacyjnym reżimem one potraktowane w celu uzyskania produktu nadal
wysokiej jakości, niestety o coraz mniejszej wyrazistości, kosztem spokoju względem
wysokich notowań na listach przebojów. Nawet jeśli powyższej tezie
zaprzecza nieco numer Miasma, czyli instrumentalna kompozycja z saksofonem tak
sprytnie zaaranżowanym, że w żadnym wypadku pośród całej bogatej instrumentalizacji zaskakującym, to on idealnie w strukturę wtopiony daje tylko paradoksalnie do zrozumienia, że Ghost
nie boi się urozmaicania ale i poza dobrze znany schemat z rozmachem nie zamierza się wychylać. Takie pytanie podczas nierzadkiego odsłuchu sobie zadaje, czy jest to płyta wyczerpująca
temat? Gdzie ewentualnie w przyszłości zawędrują, czy autorska formuła pozwoli im nieco
bardziej odważnie złotodajny model przekształcić, czy może według filozofii więcej
ostrożności, mniej rewolucji, z każdym albumem będą powszechnieć takimi małymi, jednak uwsteczniającymi kroczkami? Udowodnili jednakże, że dla Szatana nie trzeba śpiewać wyłącznie ciemna nocą,
można to z powodzeniem robić kiedy słońce wstaje z rana. Stąd może tych hiciorów ze spokojem duszy podczas przygotowywania porannego posiłku posłuchać każda ceniąca dobrą melodykę niemetalowa mama.
P.S. Słucham od kilku
dni bardzo często, bo oto to ohydnie kuszące dzieło wprost z Eurowizji w uszy
skutecznie się wlało i za cholerę ze łba wyleźć nie zamierza. Podśpiewuję
sobie refreny ochoczo, coraz rzadziej zwracając uwagę na ten wciąż niezrozumiale tandety
image.
czwartek, 31 maja 2018
About Schmidt / Schmidt (2002) - Alexander Payne
Gorzko-zabawny o
przemijaniu, o końcu który przychodzi zbyt szybko, kiedy nawet się nie
obejrzymy. O przyzwyczajeniach, przywiązaniu i systematycznym oddalaniu,
paradoksalnie mimo codziennej bliskości. O tym co osiągnęliśmy i jak żyć u
schyłku, a może i kresu - bo za cholerę nie przewidzimy, kiedy on nastąpi. O
przesileniu i pustce, którą potrzeba wypełnić, by nadal w miarę cieszyć się oddychaniem! Z kapitalnym
Nicholsonem i całą toną świetnego aktorstwa w osobliwe postacie skrzętnie powtapianego. Po
obejrzeniu Schmidta, wcześniej Bezdroży i Spadkobierców, widzę wyraźnie jak
systematycznie Payne swój styl charakterystyczny, lecz niekoniecznie wyjątkowo
oryginalny rozwijał i jak takie produkcje jak About Schmidt zapowiadały to, co
w kolejnych filmach będzie ze zdwojoną siłą, już bez asekuracji, po prostu
podziwiane. Tutaj jeszcze sposób opowiadania jest dość chaotyczny, nie w pełni
spójny i wreszcie ponad większość obyczajówek nie tak błyskotliwy, chociaż przesłanie i
puenta jest dość wyraźna i bezdyskusyjnie głęboko wartościowa. To na pewno kino
bardzo dobre, ale zdecydowanie jeszcze niesięgające sarkastyczno-satyrycznego poziomu genialnej Nebraski
i teraz ostatnio nie gorszego od niej Pomniejszenia.
środa, 30 maja 2018
L'odyssée / Odyseja (2016) - Jérôme Salle
Malowniczy seans o wielkim entuzjazmie
i fascynującej przygodzie, ale i o kosztach często bezrefleksyjnego podążania za
ambicjami. Film o człowieku w którym intensywny ogień pasji przez ponad pół
wieku płonął, a potrzeba odkrywania pchała go wciąż ku nowym, często niezwykle
ryzykownym wyzwaniom. Wizualny majstersztyk ze wspaniałymi podwodnymi
zdjęciami bogatej morskiej fauny i flory. Film nie tylko i wyłącznie o
legendzie świata eksplolerów, zgłębiającym z determinacją tajemnice morskich otchłani
i odkrywający nowe formy ich popularyzowania poprzez kino. Równoległymi
bohaterami jego młodszy syn i jego żona, osoby z tła legendy, niestety poniekąd ofiary
jego wielkiej sławy. Ofiary zatraconego w obsesji oceanografa z zamiłowania, entuzjasty z masą
nowatorskich pomysłów na ukazywanie niezbadanej przyrody. Wizjonera swoich
czasów, kapitalnie łączącego własne zainteresowania z potężnym biznesem. W życiu
zawodowym człowieka spełnionego, bo realizującego własne aspiracje, natomiast
rodzinnie szczęśliwego przynajmniej do czasu i po czasie. Bowiem niepozbawionego
wad i absolutnie nieimpregnowanego na pokusy ze sławą związane, stąd w prywatnym życiu dalekiego od ideału. Widać, że za
spore pieniądze to klasyczne w formie kino zostało nakręcone, z dużym rozmachem,
ale i z doskonałym wyczuciem psychologicznej materii, bez podpierania się
spektakularnymi kadrami ponad znaczenie samej wartościowej treści. Sugeruję powyższymi, niespecjalnie oryginalnymi ocenami, iż zdecydowanie warto
spędzić dwie godziny w tej fascynującej podróży, w towarzystwie Jaquesa Cousteau i jego rodziny.
poniedziałek, 28 maja 2018
Caché / Ukryte (2005) - Michael Haneke
Cienie przeszłości,
demony z dzieciństwa, świadome lub nieświadome zawinienia powracają – ich konsekwencje i implikacje w stabilne życie niepokój wnoszą. Tym razem (znałem wcześniej jedynie ostatnie dwa
filmy Haneke’go) sięga uznany reżyser nie tylko w głąb rodzinnych relacji, ale dorzuca element
quasi suspensu w obyczajowym dramacie. I akurat taka forma z tajemnicą na froncie
i rodzinnymi zależnościami w tle, pasuje mi wyjątkowo. Szczególnie gdy mistrzowska kameralna narracja odpowiednio dawkuje napięcie i do końca widz buduje własną interpretacyjną całość z
podsuwanych puzzli, nie mając nawet w finale pewności czy powstała w ten sposób wielopoziomowa konstrukcja oddaje
intencje reżysera. Tutaj technicznie statyczna kamera dominuje, praktycznie zerowa ilość wizualnych fajerwerków, skupienie na
aktorskim warsztacie liczy się przede wszystkim. W tych prostych zabiegach paradoksalnie tkwi siła złożonych psychologicznie obrazów Haneke’go. Mimo, że tym razem jedna scena wyjątkowo mocno szokuje swą bezpośredniością, to i tak nie
dekoncentruje, nie odwraca uwagi od meritum. Człowiek w centrum, w każdym pojedynczym kadrze i w merytorycznym przesłaniu emocje rozgrzewa. Człowiek słaby, niedoskonały, wątpiący.
sobota, 26 maja 2018
Le Redoutable / Ja, Godard (2017) - Michel Hazanavicius
Intelektualny zuchwalec, zaangażowany społecznie idealista bez spójnego pomysłu i strategii. Myśliciel w charakterysycznych (wciąż ulegających destrukcji) oprawkach, ambitny filozof, wpatrzony w siebie bufon i jednocześnie wątpiący w swoją wyjątkowość nieznośnie pretensjonalny chłopiec. Błyskotliwy wizjoner i zarazem stereotypowy niespokojny duch w pełnej sprzeczności przyciasnej skorupie bezradności wobec niezrozumienia. Permanentnie zafiksowany na oczekiwaniach, z pretensjami o adoracje i uwielbienie. W skrócie, nieco naiwny buntownik, „burżuazyjny” obrońca proletariackich idei z ofensywnym sarkazmem na ustach, czyli Jean-Luc Godard oczami Anne Wiazemsky (drugiej żony) i w interpretacji zakochanego w retro kinie Michela Hazanaviciusa. W nieszablonowej biografii, fragmentarycznej, bo ograniczonej do zaledwie kilkunastu, jednak bezdyskusyjnie symptomatycznych lat swego życia. Przez pryzmat małżeńskich relacji, ale głównie francuskich okoliczności politycznych przełomu siódmej i ósmej dekady XX wieku oraz marazmu twórczego, kryzysu tożsamości nie tylko artystycznej, rekompensowanych ideologiczną aktywnością. Historia merytorycznie ciekawa, tyle co w pierwszym rzędzie narracyjnie i scenograficznie wzbudzająca uznanie. Doskonale zagrana, mniej lub bardziej dyskretnie nawiązująca wizualnie do filmowych dokonań Godarda, z finezją przenosząca na ekran klimat ówczesnych czasów. Zabawna, ironiczna i groteskowa, tak samo jak jej bohater.
piątek, 25 maja 2018
Another Year / Kolejny rok (2010) - Mike Leigh
Film w którym przede
wszystkim się rozmawia, prowadzi dialog o rzeczach zwykłych, w dojrzałej i mocno nostalgicznej towarzyskiej atmosferze, jedząc kolację i popijając wino z
przyjaciółmi. Ludźmi w wieku co najmniej dojrzałym, którzy mimo że większość życia
mają już za sobą, to potrafią zachować optymistyczną postawę i cieszyć się tym,
co przez lata zbudowali - przynajmniej takie jest małżeństwo Toma i Gerri.
Szczęśliwe, bo troskliwe i wyrozumiałe, otaczające się bliskimi znajomymi, w
szczególności tymi, którym życie jednak nie ułożyło się tak dobrze i nie było dla nich
tak łaskawe. Ludźmi samotnymi, kamuflującymi niezaspokojoną potrzebę trwałego
związku i poczucia szczęścia. Im pomagają jak mogą, skupiając się na sobie, nie
tracąc jednak tym samym z oczu potrzeb otoczenia. Płynie sobie obraz Mike’a Leigh niespieszne, tak jak życie
głównych bohaterów, sącząc powoli najważniejsze prawdy życiowe. Te, które o
szczęściu decydują i sprawiają, że na starość można uniknąć totalnego
zgorzknienia i dokuczliwej frustracji. Niby nic się nie dzieje i film nie
zainteresuje pewnie typowego współczesnego widza, bo brak w nim nośnej dynamiki,
żadnej sensacji czy kontrowersji w nim nie uświadczymy. Ale jako niezwykle
mądra obyczajówka ma do zaoferowania zdecydowanie więcej od przeciętnego kina z
pompą, ale bez serca duszy i ważkiego przesłania. Tutaj ono wartościowe, bo nie
krzykliwe, tylko zwyczajne i bardzo praktyczne, szczególnie kiedy dla człowieka
zaczyna liczyć się spokój i stabilizacja. Czas leci, znikają lata za nami, tak
kolejny, kolejny, kolejny podobny rok za rokiem odpływa, znacząc swój ślad
naturalnie przewidywalnymi wydarzeniami. Oby!
czwartek, 24 maja 2018
Bishop Briggs – Church Of Scars (2018)
Dźwięki te w moim przypadku w internetu czeluściach zostały wyszukane, a w praktyce według algorytmu polecone, gdy kilka
klipów Lorde na platformie You Tube zwanej obejrzeć zechciałem. Trafione w me gusta ze stu
procentową skutecznością numery Bishop Briggs, wcisnęły się w moje wnętrze na tyle mocno, że już świadomie na pełnowymiarowy album czekałem. Nie
zawiodłem się kiedy przyszedł dzień premiery, bo raczej szans na to nie było, gdyż większość numerów z Church
of Scars, to te które pojawiły się już na wcześniejszej epce artystki, plus
kilka w sieci od jakiegoś czasu hulających, uzupełnione zaledwie pięcioma nowościami.
Kompozycje to z terenów muzycznych, które okazjonalnie odwiedzam i moja wiedza w
temacie jest przez to naturalnie istotnie ograniczona. Zatem aby nie świrować
na znawcę soulu, R’n’B, nie wiem, może też dźwięków bitami nazywanych napiszę tylko, że jeśli muzyka popularna, ta z mainstreamu do mnie płynąca miałaby być zawsze podobnej jakości, a takie artystki jak Bishop Briggs miałyby wyznaczać w
przyszłości trendy, to ja jestem spokojny i takim obrotem spraw w branży żywo zainteresowany. Bowiem obdarzona jest ta dziewczyna talentem czystej
wody dysponuje niezmanierowaną wrażliwością i jest w swym anty image'u wyrazista i
prawdziwa. Posiada wszelkie właściwości bym mógł uwierzyć, że nie jest
produktem show biznesu, tylko zjawiskiem autentycznym i to, co nagrywa płynie
prosto z jej serducha. Dzięki swym naturalnym predyspozycjom nie potrzebuje zatem już
sztabu speców od PR, czy innych cwaniaków kształtujących gusta przez pryzmat
pokaźnego przychodu. Nie potrzebuje tych, co spieprzą to, co już teraz jest doskonałe!
niedziela, 20 maja 2018
Thelma (2017) - Joachim Trier
Płynie swoim równym rytmem,
nigdzie się nie spiesząc, powoli odsłaniając kolejne fragmenty skomplikowanej i przede wszystkim bardzo tajemniczej układanki. Wyjaśnień dosłownych
nie ma się co spodziewać, brak jest oczywistości i banalnych mielizn, choć film
absolutnie nie kipi energią i jest bardziej kameralny niż spektakularny. Sugestywne ujęcia hipnotyzują, będąc dopieszczone artyzmem i niepokojąc złowieszczym charakterem. Klimat w nim mroczny i puls metafizyczny intrygujący - siły
tajemne, zjawiska paranormalne, niewyjaśnione moce, dar i religijny charyzmat. Zimne
emocje i nieokiełznane pragnienia, sterylna architektura i surowa przyroda - przede wszystkim siła przekazu zawarta z gigantyczną intensywnością
w sile alegorycznego, onirycznego obrazu.
sobota, 19 maja 2018
Tully (2018) - Jason Reitman
Tully, znaczy ratunek? Ratunek przed rutyną, znojem, stresem, depresją, frustracją i złością?
Ratunek, który przewrotnie zaburzenie psychiczne sprezentowało? Taki twist
Reitman zaproponował, który akurat w jego autorskim kinie nieco mnie zaskoczył,
bo jakoś nie przypominam sobie, aby do tej pory posiłkował się tego rodzaju
oklepanymi chwytami. Nie mam jednak pretensji, bowiem żadne to puste działanie
o charakterze kiczowato ozdobionej wydmuszki, tylko przemyślane narzędzie, by odczarować załamanie nerwowe, pokazując je w błyskotliwej odsłonie. Kapitalny
montaż (etiuda z przewijaniem w roli głównej), spójna z koncepcją muzyka,
kipiący życiowym autentyzmem scenariusz (osobne brawa dla Diablo Cody) i nadrzędna, godna nagród filmowych rola kierownika tego zamieszania, czyli Jasona Reitmana, który po raz wtóry już
udowadnia, iż ma niewiarygodną smykałkę do opowieści o zwyczajności, prezentowanej w niezwyczajny sposób – po prostu pięknie, gdyż pozytywnie, ciepło i co najważniejsze
bez odrobiny patosu czy banału. Wyborna Charlize Theron warsztatowo na tak wysokim poziomie, jak w poprzedniej roli w filmie Reitmana (Kobieta na skraju
dojrzałości), ale w kreacji o zupełnie innym charakterze. Z ogromnym poświęceniem
fizycznym dla roli, co wszyscy zauważą i nie będzie to akurat niespodzianka dla tych wszystkich "z tych wszystkich”, którzy doskonale Monster pamiętają. :) I
żeby nie było nieporozumień, że to film tylko dla kobiet, bo przecież rozterki
dojrzałej kobiety (matki, żony) są tutaj bazowym tematem. Reitman stworzył poważną i tryskającą jednocześnie sarkastycznym humorem obyczajową perełkę, bez
względu na płeć wartą poznania, bowiem życie i specyfika jest tutaj tylko
pretekstem do konstruowania uniwersalnych wniosków. Czy końcem świata jest pełne rodzinnych obowiązków, pozbawione ekscytacji, poukładane, schematyczne życie, w udanym związku przepełnionym ciepłem i wyrozumiałością? Takie
pytanie zdaje się zadawać, niezwykle przenikliwie i mądrze temat zgłębiając, aż
po seansie miałem ochotę wstać i klaskać!
czwartek, 17 maja 2018
Tom of Finland (2017) - Dome Karukoski
"Śliski" temat na
ekranie, szczególnie w homofobicznym Polandzie, czyli rzecz o “prehistorii”
środowiska LGTB. Od fińskiej do jankeskiej ziemi, o sposobie postrzegania
odmienności seksualnej w różnokulturowym wydaniu. W rozbudowanej formule całkiem ze sporym rozmachem nakręconej biografii, jednej z najważniejszych postaci gejowskiej kultury XX wieku. O życiu homoseksualnym ze skomplikowaną polityczną i społeczną historią okresu wojennego, od północy Europy, przez
powojenne zachodnie Niemcy, po Amerykę czasów rewolucji seksualnej. Gejowskie
podziemie, pierwsze konspiracyjne kluby, nagonka, polowania na wyjętych spod
prawa kochających inaczej. Skóry, czapki, te charakterystyczne wulgarne mundurki
znane z baru pod błękitną ostrygą. :) Karykaturalne stylówy, wyzywające pozy i
zmanierowane gesty. Mimo wszystko film postrzegany jako ryzykowny, bo
poruszający niewątpliwie kontrowersyjną tematykę okazał się świetnym dramatem
społecznym, skrojonym z możliwą przyzwoitością, z zachowaniem dystansu, bez przesadnego
ukazywania cielesności - chociaż bliskość fizyczna, czasem wręcz perwersja
odgrywa w nim fundamentalne znaczenie nie tylko w kontekście psychologicznym. Dobrze zagrany, merytorycznie przemyślany, warsztatowo więcej niż poprawny, a od strony artystycznej w kilku scenach przywołujący wręcz wspomnienie Samotnego Mężczyzny Toma Forda - pomimo, iż artyzm ogólnie z innej,
bo niższej półki. Poniekąd też Obywatel Milk pojawia się w kontekście
skojarzeń, przez wzgląd na wątek politycznego zaangażowania, czy z naszego
rodzimego podwórka ze Sztuką kochania według Michaliny Wisłockiej. Tylko bez
takiego dystansu i rozrywkowego charakteru, którym pobudzała Sadowska. W
powyższej triadzie odnajduje podobieństwa, nie zachęcając do seansu oczywiście
wszelkiej maści zdeklarowanych homofobów, bo na “ch**” narażać ich na napięcia,
nie tylko mięśni wielogłowych, kiedy będą "zmuszeni" podziwiać rysunkowe muskularne kształty mężczyzn nieheteronormatywnych.
środa, 16 maja 2018
Mujeres al borde de un ataque de nervios / Kobiety na skraju załamania nerwowego (1988) - Pedro Almodóvar
Barwne kolaże, w tle makiety,
wysunięta na czoło patetyczna muzyka, sporo egzaltacji i tona groteski w
hiszpańskim kinie końca lat 80-tych, czyli na ekranie kultowy Almodóvar z pierwszej fazy kariery.
Obejrzałem, na swój sposób korzystając z niewielkiej wiedzy w przedmiocie dorobku artysty przeanalizowałem i nie kryjąc akurat w tym przypadku ogólnego braku mojego
zrozumienia dla tego rodzaju sztuki dla sztuki, oznajmiam co następuje. Może nie
straciłem półtorej godziny z środowego popołudnia całkowicie bez sensu, ale też
nie chwytając w lot tego rodzaju estetyki, nie spędziłem tych dziewięćdziesięciu
minut na tyle efektywnie, by podskakiwać z ekscytacji. Zwyczajnie zaspokoiłem
ciekawość sprawdzając i przekonując się z autopsji czym się krytyka tak
podnieca, a co jak się okazuje w mojej akurat laika percepcji jest li tylko
profilowaną na ambitnie artystyczne arcydzieło wydmuszką - z
gigantycznym nadęciem i totalnie przerysowanym scenariuszem. Tak jak dotychczas poznane Porozmawiaj z nią, Skóra w której żyję i Julieta miały w sobie coś, co potrafiło wynieść powyższe ponad w treści telenowelową
banalność. Tak świrowanie kobiet na skraju załamania nerwowego (zakładam, że to komedia) jest dla mnie irytująco
sztuczną, potwornie absurdalną, wyłącznie ciekawą kolorystycznie i
scenograficznie, lecz bezdyskusyjnie nie śmieszącą mnie pierdołą. Nie krytykuje,
po prostu absolutnie nie kminię takiej farsy, zadając sobie generalnie
pytanie – czego ja się z niej właściwie o kobietach dowiedziałem, co ona mi
zasadniczo dała?
wtorek, 15 maja 2018
D'après une histoire vraie / Prawdziwa historia (2017) - Roman Polański
Rok 2017-ty okazał się niezwykle
pracowity w życiu ponad 80-letniej legendy kina. Bowiem dwie produkcje przygotowując, Roman Polański dał wyraźny znak, że nie zamierza jeszcze na emeryturę przechodzić, a intensywna
praca związana z promocją oczekiwanej premiery The Dreyfus Affair i właśnie
Prawdziwej historii, nie jest
czynnikiem, który tak zaawansowanego wiekiem seniora mógłby powstrzymać przed aktywnością
ponad możliwości. Znaczy ma Roman Polański nadal coś ciekawego do
przekazania, nadal się w nim żar pasji intensywnie pali i nie odczuwa on w
żadnym stopniu syndromu zawodowego wypalenia, czy znudzenia lawiną promujących obrazy obowiązków. Tyle tytułem obowiązkowego wstępu, więcej natomiast natychmiast przechodząc do meritum, tu i teraz poniżej piszę. Prawdziwa historia okazuje się filmem do bólu
klasycznym, w formie wielokrotnie już przez Polańskiego eksploatowanej, jednak
pomimo głosów podkreślających wtórność, w żadnym stopniu akurat w moim
przekonaniu już wyeksploatowanej. Siłą charakterystycznego stylu reżysera jest
klimat, jedyny w swoim rodzaju – łączący obrazy ze skrajnie odległych etapów twórczości. Wątki, które nasuwają liczne skojarzenia i posiadają w sobie rodzaj przebiegle zakamuflowanej intelektualnej szarady – pewnej szczwanej gry z widzem, którą mam nadzieję, że nie bezpodstawnie
dostrzegam. :) Podczas projekcji moje myśli dryfowały w stronę zarówno Lokatora
(zaburzenia psychiczne), Dziewiątych wrót (specyficzny warsztat aktorski Emmanuelle Seigner) i wreszcie Autora Widmo (wątek literatów). Spostrzegałem także masę innych drobniejszych podtekstów w kierunku bogatej filmografii Polańskiego, miałem poczucie iż silna jest w nim potrzeba
odnoszenia się do własnych ulubionych motywów, które w powieści Delphine de Vigan, jako
fundamencie scenariusza nasuwają jednocześnie pytanie, czy aby autorka
pisząc pierwowzór, sama nie była pod silnym wpływem dokonań Polańskiego? ;) Chyba
że to akurat Polański dość luźno jej powieść potraktował i sam od siebie tych
odnośników, w tak dużej ilości nie skąpił? Ale tego się nie dowiem, gdyż na zapoznanie się z
oryginałem teraz czasu nie wygospodaruje, zadowalając się jeno gdybaniem. ;) Będę zatem przez chwilę, bez większej wiedzy temat
analizował, być może tą teorią się interesując przez pryzmat ciekawej pętli
przyczynowo-skutkowej, która w fabule Prawdziwej historii zawarta. W obrazie tak jak
na wstępie napisałem dość wtórnym, w którym jednak tkwi pewien rodzaj
intrygującej magii, a jej źródeł doszukuję się w genialnym aktorstwie przede
wszystkim niezwykle wyrazistej i sugestywnej Evy Green, w doskonale zaaranżowanej
atmosferze miasta i wsi (architektura, przyroda), idealnie budowanej konstrukcji podporządkowanej
narastającemu napięciu, które prowadzi do rozbudowanego finału - bardzo klasycznie rozumianego w filmowym języku thrillera. Profesjonalnej, warsztatowo niemal w szkoleniowym wydaniu wykonanej pracy operatora (Paweł Edelman) i obrazowej, skutecznie budującej atmosferę muzyki autorstwa Alexandre'a Desplata. Ze scenariuszem i
przesłaniem w nim zawartym mocno frapującym, mimo iż w tej na ekranie
rozwijającej się intrydze sporo dziur logicznych i sytuacji mało wiarygodnych – z
integralnymi dla dzieł Polańskiego niedopowiedzeniami i finałem pozostawiającym
w umyśle widza enigmatyczny znak zapytania. Dzięki tym argumentom, jako zalety postrzeganym,
mimo że to rodzaj szablonu wypranego z większych emocji, to ja takim szablonem, w takim
wykonaniu jestem usatysfakcjonowany i jakiś większych pretensji nie mam zamiaru
zgłaszać.
P.S. Wiem, też zauważyłem, że to taka wariacja na temat Misery pióra Stephena Kinga. ;)
poniedziałek, 14 maja 2018
Detroit (2017) - Kathryn Bigelow
Kolejna doskonała
fabuła Kathryn Bigelow, oparta tym razem na autentycznych wydarzeniach i wzbogacona znacząco
archiwalnymi zdjęciami, które wespół z doskonałym aktorstwem idealnie
oddają emocje wiążące się z zamieszkami w Detroit z roku 1967-ego. Świadectwa ogromnego
napięcia, frustracji, nienawiści i zwykłej potrzeby bezmyślnego, furiackiego niszczenia.
Policja, wojsko, prywatni ochroniarze, setki nabuzowanych małolatów, postronni
obserwatorzy i przerażeni mieszkańcy. Totalny chaos, eskalacja przemocy - płoną
stacje benzynowe i bary, sklepy są masowo szabrowane, a kilka przecznic dalej
beztrosko na przymotelowym basenie zabawa trwa w najlepsze. Do czasu niestety,
bo nierozsądne zachowanie sprowadza w to miejsce uwagę, wraz z rozwojem zdarzeń prowadzącą wprost do tragedii, która jest
głównym wątkiem filmu Kathryn Bigelow. Z wielu perspektyw, unikając uproszczeń i czarno-białej, patosem napędzanej dialektyki, przez grubo ponad
dwie godziny wydarzenia są wstrząsająco relacjonowane, ukazując sugestywnie jak
one na młodym życiu różnych postaci dramatu się odbiły i jakie głębokie piętno na ich
dalszych losach odcisnęły. Detroit w ujęciu Bigelow jest seansem dość obszernym, bo to zarazem dokumentalna relacja, antyprzemocowy,
antyrasistowski manifest, pełen napięcia emocjonujący thriller, jak i klasycznie poprowadzony w finale dramat sądowy z mocnym akcentem psychologicznym. W moim
przekonaniu kapitalna robota warsztatowa, z rewelacyjną z epoki oprawą muzyczną, która znakomicie łączy wartościowe
przesłanie z hollywoodzko rozumianą filmową materią.
niedziela, 13 maja 2018
En man som heter Ove / Mężczyzna imieniem Ove (2015) - Hannes Holm
Sygnalizuje natychmiast
skojarzenia, mianowicie gdzieś główny bohater przypomina mi inną filmową postać, lecz porównanie
ich zdecydowanie na niekorzyść dla bohatera i obrazu Hannesa Holma wypada. Bowiem w
starciu z Waltem Kowalskim (tak, Gran Torino), Ove Lindhal nie przekonuje tak wyraziście. Pomimo,
iż postaci powiązania licznymi zbieżnymi cechami pobudzają, to jednak w
rzeczywistości pod wieloma względami bardzo różne produkcje. Gdyż jak Eastwood doskonałym scenariuszem się podpierał, zagrał i wyreżyserował
Gran Torino wybitnie, tak ta historia po szwedzku opowiedziana posiada chwilami
nieznośnie łopatologiczną, przesadzoną nadmierną ckliwością formę. Nie wciąga tak bardzo,
banalnością odpycha, warsztatowo nie w pełni trzyma jakość, aktorsko wypada
dość nierówno, czasem po prostu blado i jedynie obficie rozbudowana formuła z licznymi odwołaniami do
historii życia głównego bohatera, liczne retrospekcje odpowiednio tempem i
natężeniem modulowane ratują efekt w miarę zgrabnej narracji. Nie ma mimo to w
niej większego napięcia, a kilka sytuacji potraktowanych jest zbyt szablonowo,
według stereotypowego podejścia - za cukierkowo, zbytnio moralizatorsko, bez
odrobiny fantazji. Humor też inaczej niż ten soczysty sarkazm z Gran Torino do
mnie nie przemawia. On tutaj jest, nawet w sporej obfitości, ale taki suchy,
zbyt poprawny czy ugrzeczniony. Patrząc zatem bez przywoływania konotacji z
dziełem Eastwooda, jest to zasadniczo bardzo dobre kino europejskie o sporej dojrzałości
i wartości życiowej - o rzeczach ważnych, o sensie życia, pustce,
przyzwyczajeniach, oddaniu, uczciwości, o tych cechach które o szczęściu
człowieka decydują. Kiedy jednak w pamięci obraz Eastwooda podczas seansu
powraca, Mężczyzna imieniem Ove staje się tylko i wyłącznie dobrym, ale bez
większej charyzmy kinem z dużymi, niekoniecznie zrealizowanymi ambicjami.
piątek, 11 maja 2018
Arctic Monkeys - Tranquility Base Hotel & Casino (2018)
Kiedy pierwszy odsłuch został dokonany, używając barwnego, niekoniecznie wysublimowanego określenia, szczena mi opadła.
Znaczy ze zdziwienia oczywiście, bo to zupełnie inna muzyka niż ta, która przed pięcioma laty tak mocno mnie wkręciła, stawiając zespół z totalnie nie mojej
bajki na długi czas w centrum mojego zainteresowania. Nie rób pochopnych
ruchów, daj sobie czas, pozwól by materiał się osłuchał, abyś człowieku wgryzł się w ten
sound! Takiej motywacji po premierowym odtworzeniu sobie dodawałem i uwaga,
ponowne zaskoczenie - nie trzeba było długo czekać, by z jednolitej masy
poszczególne odrębne formy się wykrystalizowały, a motywacja przybrała zupełnie
nowego formatu. Bowiem nie potrzebowałem już wsparcia by do Tranquility Base
Hotel + Casino ciągiem jeszcze naście razy powrócić, kiedy oto kompozycje zaintrygowały
i jasno dały do zrozumienia, że jest w nich frapujące drugie dno ukryte. Arctic
Monkeys na świeżym i śmiałym nowym longu
eksplorują wciąż sprzed około półwiecza muzyczne rejony, tyle że tym razem o zupełnie różnych od dotychczasowych gatunkowych proweniencjach. Bo kiedy poprzednik sięgał inspiracją do bluesem brzmieniowo przybrudzonego rock’n’rolla - zarówno po części tego wyspiarskiego
jak przede wszystkim tego zza oceanu, to ta dzisiejsza ich muzyczna konwencja, zdaje się pochodzi
od europejskiej muzyki rozrywkowej, która swoją największą popularność notowała
na włoskiej czy francuskiej słonecznej riwierze (takie, nie wiem czy tylko moje skojarzenie :)). Tam gdzie zapach luksusu i
zabawy dominował, w ekskluzywnych hotelach i najbardziej elitarnych kasynach.
Nie jest to jednak bezmyślne kopiowanie niezbyt ambitnych form muzycznych, z
oczywistych względów wówczas mających charakter czysto rozrywkowy, a wytrawne
korzystanie z tego, co w tej estetyce stylistycznie najciekawsze, a wzbogacone przez jazzujący
niemal feeling. Kręgosłupem kompozycji stały się grane na klawiszach zmysłowe figury, z wyrazistym
basowym tłem, a ich filarem wokalna interpretacja Alexa Turnera, który z pietyzmem melodyjnie recytuje kolejne wersy w ilustracyjnej manierze. Gitary
wybrzmiewają z rzadka, a ich rola sprowadzona zostaje do sporadycznego
wypełnienia przestrzeni finezyjnie zagraną quasi solówką. Album buja zmysłowo,
odpręża znakomicie, jest nietuzinkowy i pociągający. Absorbuje, intryguje –
dojrzałością i kunsztem aranżerskim imponuje. Pod względem lirycznym jak mi mądrzejsi podpowiadają, to kosmiczne przeloty nawiązujące do tej bardziej odjechanej strony twórczości Davida Bowie'go - a że ja w tej części historii muzyki niezbyt biegły jestem, to tym bardziej obeznanym tematycznie liryczny koncept do analizy pozostawię. Reasumując, zaskoczyli mnie tą formalną woltą, wprowadzili w stan sporej konsternacji, by po chwili zaskarbić sobie
przychylność i spory szacunek za odważne postawienie na realizację osobistych
artystycznych ambicji i rezygnacje z najkrótszej drogi w kierunku komercyjnego
sukcesu. Wszakże AM z 2013 roku zdobywając na rynku znaczną popularność,
przyniósł muzykom duże gratyfikacje finansowe, a nikt nie zagwarantuje im, że
ten krok, jakiego jesteśmy dziś świadkami na nowym albumie powtórzy sukces
poprzedniczki. Uznanie się Turnerowi i spółce należy i nawet jeśli to
oblicze na dłużej mnie przy sobie nie zatrzyma (mam coraz mniejsze obawy :)),
to nie zmienię zdania, że ponadprzeciętną odwagą i klasą się Panowie wykazali, by
muzycznie pójść tam, gdzie chyba niewielu mogło się spodziewać, że zawędrują. Że zrzucili szorstkie skórzane kurtki i przywdziali eleganckie gładkie smokingi. Że w dźwiękach do tej pory przeze mnie spostrzeganych, jako nieco koturnowe
dostrzegli potencjał i niezwykle interesująco je aranżując wprowadzili je bez
najmniejszego wstydu i strat wizerunkowych na współczesny rockowy rynek.
P.S. I myślę jeszcze,
iż gdybym od tego krążka zamiast od AM swoją przygodę zaczynał, to być może
trwała by ona marne kilkanaście minut, po którym o Arctic Monkeys bym szybko zapomniał.
W tym akurat momencie dzięki sprzyjającym okolicznościom, nie tylko wpadłem
podstępnie w sidła czaru Arctic Monkeys z AM, ale i poznałem Brytyjczyków w eterycznym odcieniu z Tranquility Base Hotel & Casino.
środa, 9 maja 2018
A Perfect Circle - Eat the Elephant (2018)
Startują wstępem, który
mnie (nie mam pewności czy zasadnie) skojarzył się z numerem Mantra, napisanym i zagranym w kooperacji Grohl/Homme/Reznor. Ale to tylko pierwsze kilkanaście sekund otwierające Eat
the Elephant, bo w kolejnych fragmentach kompozycja tytułowa, to już autorsko eteryczna,
urzekająco subtelna i pięknie wprowadzająca we współczesne oblicze A Perfect
Circle najdoskonalsza doskonałość, bez powiązań z owocami obcej działalności. Dalej płynie rzecz dobrze znajoma, znaczy Disillusioned, bo promocja Eat the Elephant już od ładnych kilku
miesięcy zakrojona na dość dużą skalę i aż prawie połowa programu krążka była
znana na długo przed premierą. Właśnie wspomniany Disillusioned oraz The
Doomed, So Long, and Thanks for All the Fish, Talk, Talk i By and Down the
River postrzegam w układzie odniesienia, jakim są pozostałe utwory, jako
kompozycje precyzyjnie przetrawione i doskonale przyswojone. Stąd odbiór całego
krążka jawił się jako doświadczenie dość specyficzne, dalekie od zwyczajowego
poznawania materii muzycznej z biegu, po premierze albumu, jako formy zwartej,
formy całościowej. Miałem ja takie odczucie przez pierwsze kilkanaście
odsłuchów i dopiero z czasem krążek zacząłem spostrzegać tak jak od startu
powinienem go zgłębiać. Znaczy jako materiał spójny nie tylko pod względem
muzycznym, ale także przez pryzmat świeżego spojrzenia na każdy z tuzina "nowych" numerów. To co w pełni premierowe (Eat the Elephant, The Contrarian, Delicious,
DLB, Hourglass, Feathers, Get the Lead Out) finalnie kapitalnie zazębia się z tym,
co już w toku działań promocyjnych wcześniej fanom udostępnione. Tworząc zestaw
może nieporywający w konfrontacji z niebotycznie podniesionymi oczekiwaniami (patrz ogólna reakcja środowiska muzycznego),
lecz w sensie dojrzałości i warsztatowej inteligencji idealnie balansujący na
granicy tego co wczoraj (znaczy ponad dekadę temu ;)) i tego co mam nadzieje jeszcze
będę miał okazje przy kolejnej płycie usłyszeć. Album, który okazał się w moim
przekonaniu, jednocześnie konsekwentnym rozwinięciem stylu grupy, jak i świeżym
spojrzeniem na muzyczną materię sygnowaną nazwą A Perfect Circle. Chociaż spodziewałem
się płyty bardziej złożonej, mocniej osadzonej w gitarowej stylistyce, nie
zmienia to faktu, iż jestem nią w tej chwili, po wielokrotnym jej zapętlaniu
zachwycony. Oczarowany elektroniką, która niesie ze sobą powiązanie jakościowe
i podobieństwo brzmieniowe z tym co Maynard robi w Puscifer. Jej chwytliwością
ożenioną z dojrzałą fakturą aranżacji i znakomitą, bo doskonale współgrającą z
klimatem i treścią formą wokalną MJK. Dwanaście perełek, dość różnych
stylistycznie, całkiem zgrabnie eklektycznych i przede wszystkim niebędących
ślepym schlebianiem naturalnie nostalgicznym potrzebom słuchaczy, którzy zakładam,
że summa summarum radzi są, iż zespół wierząc w ich potencjał intelektualny i
rozwój mentalny przekazał im do rąk materiał niebędący bezpośrednią kopią którejś z płyt
sprzed laty. Czekałem na trzeci autorski album APC prawie piętnaście lat, chwilami
nie wierzyłem że powstanie i teraz kiedy jest, kiedy wybrzmiewa w tle, a ja piszę ten tekst, mam nadzieję że będę o Eat the
Elephant tak samo mocno pamiętał po latach jak o Mer de Noms i Thitreenth Step. Maynard James Keenan i Billy Howerdel to błyskotliwi, niezwykle świadomi muzycy, cholernie inteligentni
i erudycyjnie refleksyjni ludzie – obym cieszył się jeszcze nie raz owocem ich współpracy, póki ich działalność w tandemie nie stanie się pracą typu kierat.
P.S. Bilety na krakowski koncert w drodze. :)
P.S. Bilety na krakowski koncert w drodze. :)
poniedziałek, 7 maja 2018
Atak paniki (2017) - Paweł Maślona
Tak po prawdzie, pomimo
dobrej prasy dla filmu Pawła Maślony nie nastawiałem się na coś wyjątkowego, na coś ponad standardy współczesnych polskich rozrywkowych produkcji nieszablonowego
- coś z naszego grajdołka, co akurat wpuści do rodzimego komercyjnego kina powiew świeżego
powietrza. Teraz po seansie, mimo iż bez wielkiego ciśnienia odbytym, odczucia moje są
dość mieszane, z przewaga jednak rozczarowania nad ekscytującym podnieceniem.
Bowiem ta oryginalność którą mi wmawiano, ogranicza się pisząc złośliwie tylko do skopiowania pomysłu
z argentyńsko-hiszpańskich Dzikich historii, które mnie akurat połowicznie
usatysfakcjonowany. Ale o tym już pisałem, więc w tym miejscu więcej ponad skojarzenia nie będę się rozwijał. Paweł Maślona
zaprezentował klisze od strony formy, posiłkując się w treści bliźniaczymi neurozami (czytaj: długotrwałymi zaburzeniami czynności ośrodkowego układu nerwowego, objawiającymi się nadmierną pobudliwością, drażliwością, stanami lękowymi, obsesjami, często bólami psychogennymi, depresją, nerwicą). Nawet
podobnymi epizodami (samolot, wesele), formułą zmodyfikowaną tylko poprzez zazębiającą
się mozaikę życiowych fiksacji kilku bohaterów. Fakt, efektowną ale w moich
oczach mało efektywną, dobrze zagraną, ale chwilami typowo dizajnersko przeforsowaną. Z żywymi
dialogami i inteligentnym poczuciem humoru, z bohaterami wprost z życia, które
dla mnie jednakowo obce jak niby poprzez uniwersalność psychologicznych
uwarunkowań takie swojskie. Bo oto w nas wszystkich, głęboko i po cichutku mieszka napięcie, ciśnienie wprost proporcjonalnie do natężenia presji rośnie i ten wulkan wybucha w odpowiednio sprzyjających dla interakcyjnych eksplozji okolicznościach. Na sile przybierają wewnętrzne klincze z masą drobnego gówna, które w końcu wylewa się z
przepełnionego szamba mniej lub bardziej na własne życzenie zbudowanych toksycznych relacji,
czy codziennych życiowych wyzwań. W cholerę porządkowej roboty po tej erupcji emocji i przyjemne uczucie oczyszczenia zrzucające ciężar do kolejnej i kolejnej eksplozji, znaczy kolejnego ataku paniki.
środa, 2 maja 2018
Godsmack - When Legends Rise (2018)
Wypełnię teraz kilkanaście
linijek recyklingowymi oczywistościami, banałami czystej wody i nie będę odczuwał
przy tym zawstydzenia brakiem oryginalności, bo taki przedmiot rozważań, takie
okoliczności. :) Ażeby zebrać kilka refleksji bezpośrednio powiązanych z nowym
albumem Godsmack nie trzeba krążka katować dziesiątki razy, gdyż to ten rodzaj
mocnego rockowego uderzenia, które już od startu w łeb się wwierca skutecznie
swoim ponadprzeciętnie chwytliwym potencjałem. Dodatkowo styl znany już od
wielu lat, nie zmienia się ani o drobny detal, nic może poza tym faktem, że
Godsmack powraca lichy fizycznie (anoreksja zespołowa), lecz potężny brzmieniowo nie zaskakuje. Nie było chyba powodu już w założeniach, aby
spodziewać się niespodziewanego, bo niespodziewane tutaj nie ma racji bytu! Jest może nie na maksa, ale mocno przewidywalnie i do bólu przebojowo, a jednak
autentycznie i mimo że schematy itd. to są one zagrane tak, że żrą mówiąc ordynarnie i przekonują w pełni. Tyle, że When Legends Rise po szybkiej
eksploatacji, to tylko i wyłącznie płyta, która kapitalnie czas mi w podróży
uprzyjemnia, posiadając ten pierwiastek, który gdzieś pomiędzy punktem A i B w
drodze redukuje stresy i napięcia, pobudza i napędza, a świat spostrzegany
przez szybę, wszelka rzeczywistość mijana przybiera dużo bardziej słonecznego
połysku, tudzież energetycznego wymiaru. Wiem, nie mam zamiaru protestować - rozumiem
doskonale, że to żadna sztuka, nic ambitnego czy przełomowego. Zwykła, ale
kapitalnie przygotowana porcja nieobowiązującego grania, które wpadnie w ucho,
wbije banana na mordę i tak samo błyskawicznie zginie w natłoku rzeczy ciekawszych,
bo profilowanych na dłuższe rozkminianie. Tak to jest jednak, że trzeba być
dobrym ponad tą całą masę komercji w tej konwencji dość bezwstydnie wciskanej, gdzie świadomie się target dla kasy profiluje - wbrew pozorom też wiarygodnym, aby na sobie skupić blask fleszy. Sully Erna z ziomkami wie jak być doskonałym i godnym szacunku w swej rockowej prozaiczności, jak i posiada to coś, co nie pozwala (przynajmniej mnie) Godsmack złośliwej krytyce poddawać. To coś, to też dystans i poczucie humoru, które w klipie do
Bulletproof z przytupem pokazał wcielając się rewelacyjnie w kuzyna Salvatore Pasquale Giovani Macalese. Ja to
kupuję, ciesząc się, iż na chwilę chociaż młodzieńczy żar z lat 90tych w głębi czterdziestolatka
poczuje.
P.S. I nawet jak zagrają ckliwą balladę (a mogliby
sobie jej odmówić), to i tak taką, która te wszystkie pop rockowe popierdółki
ustawia po kątach.
wtorek, 1 maja 2018
Nina (2016) - Cynthia Mort
C+ mnie pewnego popołudnia
tą zaskakująco zgrabnie nakręconą i treściwą biografią poczęstowało. Historią
życia znanej i uznanej, choć niekoniecznie miłej i sympatycznej Niny Simone.
Jak się okazuje wielkiej divy soulu, przełomu lat 60 i 70-tych, która swą
karierę ze względu na amerykański rasizm, na Europie, a przede wszystkim
Francji oparła. Mnie niestety to nazwisko do seansu absolutnie nieznane było,
tym bardziej jej twórczość i mimo, że potężny wokal robi wrażenie, a muzyka ma
klasę, to nie moja jednak taka plumkająca bajeczka, zatem zrozumiała choć nie
w pełni usprawiedliwiona ma w temacie ignorancja. Mnie akurat w tym obrazie sama
postać przez wzgląd na jej psychiczne niezrównoważenie najbardziej zaintrygowała
i widać doskonale, że autorka scenariusza i reżyserka w jednej osobie, na ten
aspekt postawiła. Sportretowała tragiczną kobiecą personę głównie z okresu
dawno już przebrzmiałej popularności, zarówno z wyczuciem formy (muzyka w sceny
wpleciona) jak i z zachowaniem odpowiedniej merytorycznej precyzji i
psychologicznej głębi. Jestem mocno zaskoczony, że ten tytuł całkowicie bez
echa przeszedł i nawet, jeśli nie jest dziełem wyjątkowym, a tylko bardzo
sprawnym rzemieślniczych produktem, to zasługuje na większą promocje, bo ogląda
się go z niewymuszonym zaangażowaniem.
Przez wzgląd na aktorską biegłość całej obsady i przede wszystkim kapitalną
rolę Zoe Saldany, która nie bardzo pasując wizualnie do postaci, w kwestii
warsztatu dała sobie radę znakomicie. Jeśli masz człowieku wolne niedzielne
popołudnie, to usiądź wygodnie na kanapie, wcześniej zaparz sobie kawę i rozpakowując koniecznie paczkę czekoladowych wafelków, spędź ponad 90 minut z obiektywnie
dobrą muzyką i cholernie autodestrukcyjnym życiem Niny Simone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























