niedziela, 11 stycznia 2015

Rage Against the Machine - The Battle of Los Angeles (1999)




Jakiś czas temu przy okazji refleksji w temacie debiutu Rage’u, pozwoliłem sobie nazwać dwójkę i trójkę z ich dyskografii rozczarowaniami. Dziś jednak bogatszy o kolejną próbę odkrycia w nich tego, czego wcześniej nie dostrzegałem, stwierdzam odpowiedzialnie, a nawet odszczekuję stanowczo to, co w swojej ignorancji chlapnąłem. To nie są rozczarowania, tylko naturalne, kierowane rozwojem kolejne poziomy w karierze tej formacji. O Evil Empire wkrótce skrobnę także zdań kilka, teraz natomiast szerzej o „bitwie” będzie. W żadnym stopniu numerów na miarę Testify, Guerilla Radio, Calm Like a Bomb, Sleep Now in the Fire, Born As Ghosts, Maria czy całej reszty programu albumu z Born of a Broken Man na czele popłuczynami po debiucie nazwać nie można. To kompozycje równe tym, które w 1992 roku zostały wydane i takiego fermentu na scenie dokonały. Posiadają konkretną moc, rwanymi riffami, perkusyjnym dynamicznym młóceniem i charakterystycznym zadziornym skandowaniem Zacka wywołaną. Dodatkowo nad całością unosi się eksperymentalny szlif różnorakich pisków, zgrzytów, czegoś na kształt scratchów w przeważającej ilości produkowanych z finezją przez szeroką gamę gitarowych efektów czy przetworników. Jest w tej muzycznej materii cała masa nowatorskich rozwiązań, zagrań z pogranicza crossovera, ale jest i ten wyraźny dotyk funky rocka z lat siedemdziesiątych. Zawsze kiedy produkcje Rage Against the Machine łomocą w moich głośnikach, z naciskiem na The Battle of Los Angeles, gdzieś w mojej wyobraźni majaczą charakterystyczne obrazy klimatem przypominające serialowe hity w rodzaju Starsky’ego i Hutcha czy ulic San Francisco. Napiszę więcej, zastanawiam się też jakby wyglądały przygody Brudnego Harry’ego z tłem muzycznym autorstwa Morello i spółki. Nie wiem, czy tylko ja mam takie skojarzenia i czy zbytnio nie są one ekstrawaganckie. Fakt taki i tyle, w moim przekonaniu ta muzyka ma w swojej istocie więcej wspólnego ze spodniami dzwonami, niż portkami z krokiem między kolanami. Wiem, skazałem się ta tezą na lincz ze strony znawców tematu. ;) 

piątek, 9 stycznia 2015

The Equalizer / Bez litości (2014) - Antoine Fuqua




Bez litości dla tej produkcji, czyli żadnych sentymentów czy taryfy ulgowej dla reżysera. Anthony Fuqua wszak nie jest żadnym wyjątkowym kinowym twórcą w mojej ocenie, gdyż zdarzały mu się przede wszystkim produkcje typowo rzemieślnicze, które w żadnym stopniu przed szereg nie wychodziły - można by rzec, że realizowały sztampową formułę i tyle. Jednako kilka z nich tematycznie mi spasowały, lub jakiś pierwiastek ponad standardowy w sobie jednak posiadały, stąd nie czuję się jakoś wyraźnie rozczarowany, tylko zwyczajnie szkoda, że zamiast się rozwijać w sensie artystycznym, czy warsztatowym, on tak pospolitym i na wielorakie sposoby przetworzonym już tematem się zajął. Super hero w cywilu w nim rządzi i dzieli, bez fikuśnych szmatek i spektakularnych atrybutów, ale to nadal rodzaj Batmana z twardymi ideami i zasadami na pierwszym planie, które rzecz jasna jego dewizą. Mroczna i brutalna opowieść, naiwna i całkowicie pozbawiona autentyczności. Nie jestem fanem tego rodzaju rozgrywek na ekranie, szczególnie, kiedy ten mściciel nie ma w sobie niczego nieschematycznego, oraz więcej w nim komiksowego kiczu niż pospolitego realizmu. Były już przecież w historii kina przypadki, kiedy pomimo wyjściowego szablonu genialne produkcje powstawały. Mogło być równie dobrze jak w Leonie zawodowcu, niestety w tym przypadku przepaść pomiędzy finezją arcydzieła Bessona, a topornością rzemiosła Fuqua jest ogromna. 

P.S. O boskim Denzelu, do którego wzdychają niewiasty nie zamierzam więcej napisać poza stwierdzeniem, że na autopilocie jedzie, a kurs który ma zaprogramowany na coraz niższy pułap go przenosi.

czwartek, 8 stycznia 2015

Rush / Wyścig (2013) - Ron Howard




Przemknął mi ten tytuł jakiś czas temu przed oczami, wiedziałem że to Ron Howard jego reżyserem, ale plakat i polskojęzyczny tytuł skutecznie zniechęciły do szerszego zapoznania się z tematem. Zakładałem naiwnie, że to niestety wyłącznie kolejna lepsza lub gorsza wariacja z cyklu jacy szybcy, jacy wściekli – jacy kiczowaci. ;) Szczęśliwie jednak pewne blogerskie okoliczności przekonały mnie, że to zupełnie inna bajka niż zakładałem. I to fakt! To nie jest infantylna zabawa dla dzieciarni, tylko solidna produkcja, bardziej niż na spektakularny efekt obrazem kreowany, stawiająca na psychologiczny aspekt sportowej gry. Oparta na autentycznej rywalizacji legendarnych kierowców F1 w osobach, Austriaka Niki Laudy i Brytyjczyka Jamesa Hunta. Zupełnie inne osobowości, pewnie i motywacje, ale ta sama pasja i pragnienie sukcesu. Starcie pełnego wigoru wirażki i metodycznego pasjonata, pełna dramaturgii i różnobarwnych emocji – koguciej pyskówki, ale także szacunku i lojalności. Dwóch gladiatorów, których areną tor, a paliwem czysta wysokooktanowa etylina. Rydwanami surowe maszyny, a celem sława i spełnienie. Solidnie zagrana i wyprodukowana, bez nadmiernego nadęcia i ciśnienia na dzieło. Dynamiczna i odpowiednio wystylizowana, tak po prawdzie poziomem i specyfiką realizacyjną przypominająca niedawno powstałą biografię Steve’a Jobsa kręconą ręką Sterna. Fajna, ale piać z zachwytu i unosić się z super entuzjazmem nie zamierzam, może po bardzo, ale to bardzo drobnej części dlatego, że w kinie lata temu coś podobnego już było – Szybki jak błyskawica w spolszczeniu się to nazywało. ;)

środa, 7 stycznia 2015

Nightcrawler / Wolny strzelec (2014) - Dan Gilroy




Jake Gyllenhaale w każdej roli jest odmienny, warsztatowo przekonujący i artystycznie doskonały, a jego plastyczne rysy twarzy pozwalają mu dodatkowo sporo dobrej aktorskiej roboty samą mimiką wykonać. W przypadku Wolnego strzelca ona kluczem, bo w niej właśnie zawarł całą złożoność odtwarzanej postaci. Tutaj spojrzeniem, błyskiem w oku czy grymasem twarzy, niewiarygodną przemianę psychologiczną kreowanego bohatera ukazuje. To przeobrażenie sednem tej opowieści się wydaje, gdzie pospolity złodziejaszek, drobny cwaniaczek o niezrównoważonej osobowości i ponadprzeciętnej werbalnej erudycji, kiedy szansę zwęszył, to niczym typowy drapieżnik już swojej ofierze umknąć nie pozwoli. Zimny, z ogromnym tupetem i wyłącznie na jeden cel nakierowaną motywacją, idealny do tej bezpardonowej branży. W mrocznym mieście, pełnym nieszczęść i brutalności, żadnej szansy nie przepuści. Kamerą która jego narzędziem uchwyci wszystko to, co nakarmi krwawe instynkty - do poziomu bezrefleksyjnej oglądalności sprowadzi kwestie natury moralnej. Każdą nadarzającą się okazję bezwzględnie wykorzysta, a nawet posunie się dalej aranżując skutki poprzez manipulacje przyczynami. Bo to nie jest tani banał o roli sensacji, tylko poprzez psychologiczny wgląd w ludzkie postawy, wnikliwe studium mediów, które oddziałują na człowieka jednocześnie będąc przez niego sterowanymi. Tak często narzekamy na to, co do nas z ekranów telewizorów dociera, w żaden sposób nie biorąc za ten stan na siebie odpowiedzialności - że my przecież sami ten popyt na krew w mediach nakręcamy! Po tym wyjątkowym seansie wiem zdecydowanie - Nightcrawler na tą całą obecną lawinę komplementów zasługuje. Jest na co popatrzeć, jest co analizować. Jeden z najmocniejszych akcentów w kinowym 2014 roku!

P.S. Aż trudno uwierzyć, że to debiut reżyserski Dana Gilroya. Ma start z impetem zaliczony i naprawdę wysoko ustawioną poprzeczkę!

wtorek, 6 stycznia 2015

AC/DC - Rock or Bust (2014)




AC/DC nowy album wydaje, czyli wszyscy na baczność i zagryzamy nerwowo pazury, wiedząc jednocześnie, czego można się spodziewać po długowiecznej legendzie. Oni grając od lat umownie rzecz biorąc to samo, u schyłku kariery przecież rewolucji nie przeprowadzą. I tego oczywiście nie czynią, na swoim kolejnym albumie umieszczając pełen klasyczny wachlarz wszystkich patentów, jakich od zarania używają. Brian Johnson skrzeczy w swoim firmowym stylu, Phil Rudd nabija toporne rytmy, a Angus wiosłuje tak jak on tylko potrafi, czarując finezją i polotem w obrębie na wszelkie już sposoby wyeksploatowanej formuły. Bo ten gość nie potrzebuje szczególnej, ponadnormatywnej technicznej biegłości, nowoczesnych fajerwerków, by wszystkich wokoło porywać. Bierze gitarę w łapy i gra, a magia sześciu strun jedynego w swoim rodzaju wymiaru nabiera. I to by było na tyle, gdyby dwie ważkie kwestie nie miały istotnego wpływu na efekt końcowy tej już siedemnastej (jeśli trafnie zliczyłem) studyjnej płyty. Pierwsza, może o mniejszym kalibrze, ale dla mnie swoją negatywną właściwość posiadająca. Okładka, tak kiczowata, gdzie tam, ona chujowa tak, że więcej nie chce mi się o niej tu pisać. Druga to czas trwania, czyli niewiele ponad trzydzieści minut - to zdecydowanie za mało. Jedenaście numerów przelatuje zbyt szybko i do tego z wyraźnym poczuciem jednostajnego wymiaru wszystkich kompozycji. Jest w umiarkowanym tempie, bez momentu kulminacyjnego, czy prób przełamania chociaż odrobinę tego schematu. Brakuje tu jednej, czy dwóch prób zagrania klasycznego mozolnego bluesa, takiego po części nawet improwizowanego, pełnego luzu i spontaniczności, który wpuściłyby trochę powietrza do programu płyty. Nabiłby czas trwania o kwadrans i uczynił Rock Or Bust pełnoprawnym następcą Black Ice, bo teraz on tylko takim suplementem do poprzedniego wydawnictwa się wydaje - zbiorem numerów, które nie zmieściły się na "czarnym lodzie". Chyba że na końcowym produkcie swoje piętno odcisnęła wieść o chorobie Malcolma, którego gry tutaj już niestety zabrakło. Jakby ekipa AC/DC w tym przełomowym momencie impet straciła, inspiracji by brakło, a zdrowie przyjaciela naturalnie priorytetem w stosunku do komponowania się stało. Coś jest na rzeczy, a mnie spekulowanie pozostało do momentu aż powód okrojenia czasowego najnowszej produkcji się wyjaśni. Niestety mimo, że numery poziom jako osobne rozdziały trzymają to już w układzie albumu tak do końca rady nie dają. To powód, który nie pozwala mi patrzeć na Rock Or Bust inaczej jak na solidny materiał bez tej iskry, co o wyjątkowości by przesądzała. Naprawdę żałuję, że w bardziej entuzjastycznym tonie o niej nie mogę się wypowiedzieć.

niedziela, 4 stycznia 2015

Angel Heart / Harry Angel (1987) - Alan Parker




Mrok się sączy, atmosfera grozy dominuje, a tajemnica w fabule zawarta w napięciu próbuje utrzymać. Bluesowe nuty płyną, saksofon zmysłowo zabrzmi, a ja w pełni zachwycony i tak nie jestem. Może dlatego, że po pół godzinie w znacznym stopniu kluczowy wątek rozgryziony, a twarz Mickey’a Rourke’a jeszcze ówcześnie skalpelem nietknięta, takiego dramatycznego wrażenia jak w ostatnich latach nie robi. Trochę niewiarygodne, że dopiero teraz po raz pierwszy ten głośny tytuł obejrzałem. Moje oczekiwania były ogromne i zapewne w tym problem, że zbyt wysoko poprzeczka została umieszczona. Rozumiem sentyment tych wszystkich, co lata temu tą zagadkę rozwiązywali. Ja już ze względu na okoliczności z zupełnie innej perspektywy go oceniam. Dla mnie to tylko i wyłącznie dobry kryminał. Kino ewoluuje, a ten pomysł tutaj wykorzystany jeszcze ponad dwadzieścia lat temu niezwykle świeży, dziś już przerobiony na setki sposobów, nie jest w stanie mnie zachwycić. Spóźniłem się co najmniej o lat naście, mimo wszystko zaprzęgając wyobraźnię wiem, że to kino wyjątkowe, do którego należy mieć szacunek. 

sobota, 3 stycznia 2015

Big Bad Wolves / Duże złe wilki (2013) - Aharon Keshales, Navot Papushado




Po początkowej sekwencji mój apetyt na dobre kino wzrósł ogromnie, biorąc pod uwagę także rekomendację mistrza Tarantino, poprzeczka zawieszona została bardzo wysoko. Spodziewałem się oczywiście "niespodziewanego", zakładając jak osobliwy gust mistrz posiada. Może oryginalnego spojrzenia na formę – absurdalnego, sarkastycznego, z bardzo wyraźnie nakreślonymi, albo bardziej przerysowanymi postaciami i dopieszczonymi, wycyzelowanymi scenami. Tak też się stało, bo co tu ściemniać, sposób przedstawienia samej historii jednoznacznie kojarzony z manierą właśnie Tarantino, czy braciszków Coen. Proponowana stylistyka więc oczekiwania zaspokoiła, może zamiast odrobinę chociaż zaskoczyć, wyłącznie przeczucia udowodniła, jednak sama treść, a dokładnie problem poruszany zatopiony został w karkołomnym tyglu, zmieszania groteski, czarnej komedii, dramatu i sadystycznej jatki. Ciekawie finalnie zmontowanej z pozornie niepasujących prefabrykatów - profesjonalnie i z energicznym przytupem, bo obraz w żadnym razie nie nudzi. Jest tylko jeden szkopuł! Ja zupełnie izraelskiego kina nie znam, trudno mi w pamięci przywołać jakąkolwiek produkcję takiego pochodzenia, stąd też trudność znaczną miałem z akceptacją tej hebrajskiej werbalnej flegmy, a i reżyserska obsada niczego poza wcześniej opisanym schematem bycia słabszą kopią Pana T i Panów C nie pokazała (okazało się, że jest szkopuł numer dwa). Zapewne dlatego też pojawiło się we mnie przekonanie, że gdyby z tym scenariuszem zmierzył się Tarantino czy Coenowie, to zupełnie inny wymiar artystyczny byłby uzyskany, a potencjał w skrypcie zawarty mógłby w pełni zostać zagospodarowany. A tak to jest tylko dobrze, po części interesująco, ale bardzo daleko do poczucia obcowania z jakimś fenomenem. Dziwię się więc, aż takiemu entuzjazmowi mistrza Quentina. ;)

piątek, 2 stycznia 2015

Fury / Furia (2014) - David Ayer




Jak bardzo wysokiej klasy aktorem jest Brad Pitt, nie muszę pewnie przekonywać. Trudno sobie przypomnieć taką jego kreacje, której kulawa forma położyła jakikolwiek obraz, lub też w negatywnym stopniu wpłynęła na jakość produkcji. Z tego powodu nie narzeka na brak propozycji, jest nader często obsadzany i zaistniał już w filmach niemal wszystkich największych współczesnych reżyserów. Ten typ tak ma, że nie tylko ładniutką buzią potrafi sobie przychylność zjednać, on posiadając tak wyraziste walory fizyczne jeszcze silniej w świadomości koneserów kina funkcjonuje za sprawą fantastycznego przygotowania warsztatowego. Odrobinę może „gejowszczyzną” we fragmencie o zaletach fizycznych zajechało, ale to usprawiedliwione po części przez pryzmat opowieści o pięciu chłopach na przestrzeni kilku metrów kwadratowych w pancernej skorupie i to przez całą dobę, w perspektywie dni, miesięcy, a nawet lat. :) Taka odrobina żartu, zanim poważnie o wojennych realiach już teraz będzie. Mocne, surowe kino David Ayer po raz kolejny proponuje, gdzie trup ścieli się gęsto, fragmenty ciał fruwają i krew intensywnie spływa. Tyle, że to już nie współczesne amerykańskei ulice kontrolowane przez gangi są teatrem zdarzeń – ich miejsce zajmuje front na którym ostatnie akordy drugiej wojny światowej wybrzmiewają. Bezwzględnie realizm wojenny w tej oczywistej brutalnej formie zostaje zachowany i zręcznie skorelowany z typowym jankeskim poczuciem patosu. Może i poniekąd zbyt płaskim w ujęciu, ale skontrastowanym z konkretną mocą twardego kina batalistycznego. Nie będę w tym miejscu zapuszczał się w rejony, gdzie wszelkiej maści specjaliści od inżynierii wojskowej, wychowani na wirtualnych rozpierduchach tak przekonująco o wyższości Tygrysów nad Shermannami rozprawiają, bo ani fanem komputerowych symulacji nie jestem, ani też służby wojskowej nie odbyłem. Pokornie zatem w tej kwestii składam broń i melduję, że niewiele mnie obchodzi czy ta szarża na nazistowski czołg wiarygodna czy nie, lub też inne ukazane sceny walki w pełni realistyczne. To jest kino, a nie prawdziwe pole walki, tutaj idzie o rozrywkę z nutą powagi i całą masą emocji, a to zostało dostarczone wraz z napierdalającymi pociskami, świszczącymi kulami czy intensywnymi przeżyciami bohaterów. Kiedy trzeba to „ściskało mnie w dołku”, szarpało konkretnie i ani przez chwilę w ciągu seansu nie zerknąłem na zegar. To świadectwo najbardziej wiarygodne, że warto zapoznać się z przygodami alianckiego Rudego 102 – przekonać się po raz kolejny, że Brad Pitt spektakularnie potrafi wcielić się w rolę, a towarzyszący mu  Michael Peña, Jon Bernthal, Logan Lerman, a nawet Shia LaBeouf kapitalnie kroku dotrzymać. To obraz z kategorii tych, do których z pewnością będę wracał, a może i przy kolejnych podejściach niedostrzeżone dotychczas ciekawostki wychwytywać będę. Jeśli jednak nie będzie mi to dane zadowolę się tym, co Furia już dała - w końcu jestem facetem i męskie kino z koszącymi seriami z automatu musi robić na mnie wrażenie. Jak by tak nie było to byłby ku*** wstyd. ;)

niedziela, 28 grudnia 2014

Muzyczne podsumowanie 2014




To był dobry rok, kolejny dobry rok i życzyłbym sobie by każdy kolejny mógł być tak określany. :) A dobry rok to taki kiedy z głośników wybrzmiewały takie cudne albumy:

MASTODON - Once More 'Round the Sun
OPETH - Pale Communion
SOEN - Tellurian
ANATHEMA - Distant Sattelites
LONELY KAMEL - Shit City
RIVAL SONS - Great Western Valkyrie
ENTOMBED - Back to the Front
SANCTUARY - The Year the Sun Died
ORANGE GOBLIN - Back from the Abyss
KILLER BE KILLED - Killer Be Killed
PET THE PREACHER - The Cave & the Sunlight
VALLEY OF THE SUN - Electric Talons of the Thunderhawk
CROSSES - †††
BLOODBATH - Grand Morbid Funeral
ROYAL BLOOD - Royal Blood
EVERGREY - Hymns for the Broken
HOZIER - Hozier

Oraz DOWN - IV pt. 2 poza główna stawką, bo to mimo, że ponad trzydziestominutowy materiał to nadal jako epka definiowany. ;)

piątek, 26 grudnia 2014

Filmowe podsumowanie 2014




Poniższa lista zawiera obrazy z 2013 i 2014 roku, o większości tych tytułów szeroko na stronach Never Too Old To Rock 77 pisałem, zatem ograniczam się teraz wyłącznie do podstawowych informacji. Oczywiście zachęcam do sięgnięcia do archiwum bloga i zapoznanie się z głębszą ich analizą. :)

Kategoria pierwsza…

Nightcrawler / Wolny strzelec (Dan Gilroy)
The Homesman / Przewoźnik (Tommy Lee Jones)
A Most Wanted Man / Bardzo poszukiwany człowiek (Anthony Corbijn)
The Drop / Brudny szmal (Michael R. Roskam)
Her / Ona (Spike Jonze)
Dallas Buyers Club / Witaj w klubie (Jean-Marc Vallée)
Locke (Steven Knight)
Philomena / Tajemnica Filomeny (Stephen Frears)
La Vénus à la fourrure / Wenus w futrze (Roman Polański)
Saving Mr. Banks / Ratujac Pana Banksa (John Lee Hancock) 
12 Years a Slave / Zniewolony (Steven McQueen)
Labor Day / Długi wrześniowy weekend (Jason Reitman)
La Migliore offerta / Koneser (Giuseppe Tornatore)
American Hustle (David O. Russell)
August: Osage County / Sierpień w hrabstwie Osage (John Wells)
The Wolf of Wall Street / Wilk z Wall Street (Martin Scorsese)
Papusza (Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze)

Kategoria druga…

Gone Girl / Zaginiona dziewczyna (David Fincher)
I Origins / Początek (Mike Cahill)
Cold in July / Chłód w lipcu (Jim Mickle)
Fury / Furia (David Ayer)
Frank (Lenny Abrahamson)
Jersey Boys (Clint Eastwood)
Bogowie (Łukasz Palkowski)
Jack Strong (Władysław Pasikowski)
Third Person / Miasta miłości (Paul Haggis)
The Counselor / Adwokat (Ridley Scott)
Blood Ties / Więzy krwii (Guillaume Canet)
About Time / Czas na miłość (Richard Curtis)
Nebraska (Alexander Payne)
Captain Phillips / Kapitan Phillips (Paul Greengrass)
Out of the Furnace / Zrodzony w ogniu (Scott Cooper)
The Railway Man / Droga do zapomnienia (Jonathan Teplitzky)
Inside Llewyn Davis / Co jest grane, Davies? (Ethan Coen, Joel Coen)
The Conjuring / Obecność (James Wan)
Ida (Paweł Pawlikowski)
Chce się żyć (Maciej Pieprzyca)
Drogówka (Wojciech Smarzowski)

Kategoria trzecia…

The Grand Budapest Hotel (Wes Anderson)
The Hundred-Foot Journey / Podróz na sto stóp (Lasse Hallström)
St. Vincent / Mów mi Vincent (Theodore Melfi)
A Walk Among the Tombstones / Krocząc wśród cieni (Scott Frank)
Pod mocnym aniołem (Wojciech Smarzowski)
Jobs (Joshua Michael Stern)
42 (Brian Helgeland)
Rush / Wyścig (Ron Howard)
Broken City / Władza (Allen Hughes)
Tracks (John Curran)
Joe (David Gordon Green)
The Zero Theorem / Teoria wszystkiego (Terry Gilliam)
W imię… (Małgorzata Szumowska)

Oraz gdzieś o poziom lub kilka niżej...

Boyhood / Gravity / Elysium / The Signal  / The Rover / Big Bad Wolves / The Monuments Men / La grande bellezza / Blue Jasmine / Tesis sobre un homicidio / Enemy / Calvary / Child of God / Wakolda / Trance / Now You See Me / Lone Survivor / Oldboy / The Equalizer / Prisoners / Devil's Knot / The Secret Life of Walter Mitty / The Fifth Estate / The Immigrant / The Butler / Side Effects / Gangster Squad / World War Z / The Family / The Physician / The Call / Noah / Only God Forgives / The Great Gatsby / Układ zamknięty / W ukryciu / Wałęsa. Człowiek z nadziei / Tajemnica Westerplatte 

Kanapowy ze mnie fan kina, zatem sporej części tytułów co w bieżącym roku na ekrany kin weszły lub na początek kolejnego zapowiadane (bo niby jak?) nie widziałem. Tyłka nie chciało mi się ruszyć, leniwy typ ze mnie i tyle. :) Zakładam, że poniższe tytuły w większości na czele listy by się znalazły.

Inherent Vice / Wada ukryta (Paul Thomas Anderson)
Birdman (Alejandro González Iñárritu)
Theory of Everything / Teoria wszystkiego (James Marsh)
American Sniper / Snajper (Clint Eastwood)
The Judge / Sędzia (David Dobkin)
Wild / Dzika droga (Jean-Marc Vallée)
Mommy / Mama (Xavier Dolan)
Whiplash (Damien Chazelle)
Trash / Śmieć (Stephen Daldry)
Get on Up (Tate Taylor)
Interstellar (Christopher Nolan)
The Water  Diviner / Źródło nadziei (Russell Crowe)
Big Eyes / Wielkie oczy (Tim Burton)
Escobar: Paraiso perdido (Andrea Di Stefano)
Gods Pocket (John Slattery)
Maps to the Stars / Mapy gwiazd (David Cronenberg)
The Fault in Our Stars / Gwiazd naszych wina (Josh Boone)
Behind the Candelabra / Wielki Liberace (Steven Soderbergh)

I kilka polskich tytułów Obywatel, Miasto 44, Ziarno prawdy, Jeziorak itd.

niedziela, 21 grudnia 2014

Platoon / Pluton (1986) - Oliver Stone




To był ten czas w karierze Olivera Stone’a, kiedy największe dzieła popełniał. Dziś to już zupełnie innej, niestety dużo niższej klasy reżyser i jak wynika z publicznych wypowiedzi innej mentalności człowiek. Wtedy jednak potrafił za pomocą obrazu i treści ukazać często kontrowersyjne historie z bogatą warstwą emocjonalną i pełne materiału do przemyśleń. Pluton niezaprzeczalnie jest przykładem świetnego warsztatu reżyserskiego, naturalistycznego w formie i dojrzałego w wartościowe przekazanie idei celnie piętnującej bezlitosną politykę. To zapis w rodzaju dziennika przeżyć młodego człowieka, który jako ochotnik trafia na pierwszą linię walki, zdobywa doświadczenie i przechodzi błyskawiczną lekcję pokory wobec tamtejszych realiów. Okrucieństwo strachem, zemstą, bezkarnością czy instynktem motywowane staje się codziennością, ludzkie odruchy rzadkością, a bezlitosne okoliczności wojennej pożogi nieodwracalnie na psychice piętno odciskają. Największymi ofiarami wojny niewinne istoty, bezbronni cywile, zdezorientowane dzieci, czy właśnie ideowi naiwniacy – wszyscy oni zakleszczeni w uścisku politycznych rozgrywek. Ten obraz to ogromny ciężar, druzgocące przeżycie, które zmienia perspektywę spostrzegania. Widziałem go tak wiele razy, a zawsze to seans wyjątkowo intensywny - to ból psychiczny tak głęboki, iż niemal fizycznie odczuwalny. Zadbał Stone o ten efekt szczególnie dzięki poruszającej warstwie muzycznej i mistrzowskim kreacjom Dafoe, Berengera, Whitakera, Dillona, McGinleya i oczywiście Sheena.

sobota, 20 grudnia 2014

Bloodbath - Grand Morbid Funeral (2014)




Bloodbath powraca zza światów i zaskakuje, nie zawartością ani jakością, a wyborem frontmana. Mikael Akerfeldt pewnie już na stałe wziął rozbrat z tego rodzaju rzeźnicką twórczością, a jego następcą „rany boskie”, Nick Holmes się okazał. Przyznam, że odrobinę zaniedbawszy śledzenie tego, co w obozie Bloodbath na czas jakiś przed premierą Grand Morbid Funeral się działo, ta wiadomość runęła na mnie niczym dobre wieści z serwisów informacyjnych tzn. równie raptownie jak i nieoczekiwanie. Nie mam rzecz jasna jakiejś awersji do Holmesa, ale takiej wolty z jego strony się nie spodziewałem, mimo iż na nowo obudzona fascynacja Mackintosha i spółki twardszym łojeniem jakiś kurs na old time wskazywała. Ja bardziej niż na fakt częstego zataczania okręgów i powroty sporej grupy legend do grania tego z czym zaczynali, nacisk kładę na jakość samą w sobie tego swoistego sentymentalizmu. Stąd długo konsternacja na mojej gębie nie gościła, a jej miejsce zastąpiło poczucie, że Pan chimeryczny przyjmując na barki spore wyzwanie pod tym ciężarem z hukiem na dechy się nie osunął. Może ta jego growlowa chrypka nie ma mocy Akerfeldta czy jadu Petera Tägtgrena, ale poziom trzyma i materiału, jako całości nie pogrąża. Czwarty album Bloodbath i kolejne nieco odmienne podejście do tematu, bo kiedy jedynka jasno i wyraźnie do archetypicznego deathowego soundu nawiązywała, dwójka z tą bezpośredniością nieco zrywała, a trójka to już dokładnie z rejonów Szwecji za ocean do jankeskiej krainy się przeniosła - to czwarta odsłona tego mielenia łączy to, co takie sławy jak Morbid Angel i Entombed u zarania praktykowały z funeralnym klimatem podniosłego obrzędu. Mam tutaj na myśli aurę, jaką Tom G. Warrior kiedyś w Celtic Frost, a obecnie w Tryptikon kreuje. Taki mój subiektywny ogląd tego materiału i może nie jakieś finezyjne, tylko czysto spontaniczne wnioski. Jest na tym krążku dynamiczna, chwytliwa galopada Unite the Pain, Famine of God’s Word czy Let the Stillborn Come to Me, spotęgowana charakterystycznym zgniataniem tego, co jeszcze się ostało po tych huraganowych powiewach (Anne i numer tytułowy), dodatkowo przy obrzędowej atmosferze płynącej z Church of Vastitas. Wszystko zrobione z odpowiednią precyzją i charyzmą, jakością i dramaturgią, no i opakowane w sugestywny obraz, co bonusowo raduje. I chociaż na dzień dzisiejszy będąc zadowolonym z obcowania z kolejnym mocnym materiałem tych starych wyjadaczy, nie jestem w stanie uznać wyższości dzisiejszego Bloodbath nad tym sprzed kilku czy nastu laty. Jest pytanie, czy powodem jeszcze nieporównywalnie słabsza znajomość Grand Morbid Funeral, sentyment do wcześniejszych albumów czy ten nieprzewidziany udział Nicka Holmesa. ;)

piątek, 19 grudnia 2014

St. Vincent / Mów mi Vincent (2014) - Theodore Melfi




Za Oliverem (dla niewtajemniczonych młodszym głównym bohaterem tego obrazu) napiszę, że ten święty nie jest szczęśliwy, nie lubi wielu osób i wzajemnie. Jest zrzędliwy, zły, obrażony na świat i pełen żalu. Pije, pali, gra, przeklina, kłamie i zdradza, ale to jest tylko pierwsze wrażenie. :) Podobne odczucie zagościło w mojej świadomości podczas seansu, kiedy tłumaczyłem sobie, że dobry film wcale nie musi być nowatorski, zaskakujący czy pochłaniający widza bez reszty. Może traktować o rzeczach oczywistych, wykorzystywać wielokrotnie przerabiane klisze czy chwyty realizatorskie i w prosty sposób wpływać na wrażliwość odbiorcy. Ma takie prawo, kiedy pod tą banalną fasadą fundamentalne treści są umieszczone i nie ma sensu udawać, pod publiczkę spektakularnie oryginalnością na wyrost pozować. Jak coś jest dojrzałe i wartościowe samo w sobie, to pozory nie mają znaczenia. Oczywiście tylko dla tych, którzy poziom odpowiedni w mentalnym rozwoju osiągnęli i są w stanie odbierać rzeczywistość czytając między wierszami, zamiast ulegać jedynie „pierwszemu wrażeniu”.

P.S. Jeszcze tylko dodam, że Bill Murray świetny, choć w tej roli wyraźnie szablonowy, Naomi Watts zjawiskowa, choć z tym akcentem równie zabawna co kiczowata, a Jaeden Lieberher przekonujący, choć z racji wieku taki naturalnie amatorski. 

środa, 17 grudnia 2014

Frank (2014) - Lenny Abrahamson




Jak się cieszę że w końcu czas wygospodarowałem, by z Frankiem i jego osobliwą trupą się zapoznać. Niecodzienną, oryginalną przygodę przeżyłem towarzysząc metamorfozie Rudego - mentalnej przemianie, jaka efektem przypadkowego spotkania. Bawiłem się setnie, choć to nietypowy rodzaj komedii z równie intensywną domieszką dramatu czy specyficznego rodzaju powagi. Nie wpadałem w jakieś duszące ataki śmiechu, lecz na mojej twarzy bezustannie gościł grymas luzackiego zadowolenia. Czułem przypływ optymizmu, bo ten obraz traktując o ważkich kwestiach podany został w nietuzinkowy sposób, a co najważniejsze równocześnie niezwykle dojrzały i na swój sposób zabawny. To frapująca, ciepła opowieść podlana pokręconym poczuciem humoru i alternatywną „inaczej” muzyką z nieprzeszarżowanymi kreacjami - na czele z naturalnie skupiającym na sobie największą uwagę Michaelem Fassbenderem. Typem grającym postać ze sztuczną głową, w której zastygłej mimice paradoksalnie znaczne pokłady emocji zawarte. To kolejna jego świetna rola i dowód, że obecny status, jaki w filmowej branży uzyskał jak najbardziej zasłużony. On jako frontman w scenicznych popisach Franka niczym Jim Morrison – szaman (król jaszczur) z potężnym głosem recytujący natchnione frazy. Jestem po tym doświadczeniu pod naprawdę dużym wrażeniem.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Robert Plant - Lullaby and the Ceaseless Roar (2014)




Do tezy, że Robert Plant nietuzinkowym jest artystą, nikogo kto choć odrobinę wrażliwości muzycznej powyżej standardów disco polo posiada nie muszę przekonywać. Iż jest on żywą legendą, chyba wyłącznie członkowie zatrzymanych w czasie plemion i wychowankowie stacji muzycznych w rodzaju 4fun, esk(i) czy dance-polowych potworków made in wycmokani chłoptasie i panienki - tych zalewających platformy multipleksami nazywane, nie wiedzą. Pierwszym wybaczam, bo cywilizacja z przemysłem muzycznym do nich nie dotarła, drugim nie, bo wypaczone kiczem ich umysły świadomie karmione tą breją, spakowaną w połyskliwe kolorowe nic. Dla całej reszty, nawet jeżeli nie po drodze im ze stylistykami, które tak intensywnie Sir Robert eksploruje, to jak pierwszy "Prawy i Sprawiedliwy" na swój autorsko finezyjny sposób ujął oczywista, oczywistość. Zatem względnie poprawnie orientując się w bogatej w przeróżne nazwy, od Band of Joy po Led Zepp dyskografii mistrza, przygotowany byłem na wielobarwny, wieloinspiracyjny kalejdoskop dźwięków - oczekiwałem niezwyczajności i jej zaznałem. Urokowi Lullaby and the Ceaseless Roar uległem i chociaż nie do końca to w każdym numerze z krążka nawiązania do klimatów, których jestem fanem (czasem nieco obco, nieswojo się czułem), to sposób ich zaprezentowania przezwycięża moje wszelkie uprzedzenia. Nic na siłę, by wrażenie eklektyczności na jajogłowych zrobić, tylko z ogromną muzyczną wrażliwością, doświadczeniem i pokorą wobec feerii dźwięków. Korzystając z wpływów, etno, folk, blues czy klasycznie rockowych spójny i intrygujący album powstał z faworyzowanymi przeze mnie Rainbow, Up On the Hollow, Turn it Up, Stolen Kiss i House of  Love. One na dzień dzisiejszy największe wrażenie robią, jednocześnie reszta programu płyty dystansu do nich nie traci i w przyszłości jak w mej świadomości okrzepnie im także dorówna. 

niedziela, 14 grudnia 2014

Unforgiven / Bez przebaczenia (1992) - Clint Eastwood




Clint Eastwood mistrz i chociaż nie zawsze równie wybitne dzieła tworzy, to dzięki tym kilku majstersztykom jakie sprokurował, swoje miejsce jako reżyser wśród największych twórców ma zapewnione. Gran Torino, Mystic River, Million Dollar Baby, Letters from Iwo Jima, A Perfect World i rzecz jasna Unforgiven, to perły współczesnego kina, powód do dumy dla Eastwooda i wspaniałe przeżycia dla tych, co poświęcą czas na ich obejrzenie. Człowiek, którego w latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych jeszcze pozbawiona zmarszczek twarz kojarzona była z ról twardzieli, co między innymi na dzikim zachodzie zawieruchę czynili sam postanowił stając równocześnie za kamerą i w oku obiektywu wskrzesić ducha klasycznego westernu i skonfrontować dojrzałego rewolwerowca z tym sprzed lat młodzianem. I zrobił to w stylu wybornym, tworząc pasjonującą przygodę, bogatą we frapujące detale, pełną odniesień do najlepszych tradycji gatunku z jednym sukinkotem twardszym od drugiego, z prawdziwymi przyjaźniami i bezgraniczną lojalnością. Niepozbawioną poczucia humoru (kaczor śmierci) i co najistotniejsze wzbogaconą wartościowym wątkiem natury moralnej. Czym jest przebaczenie, co potrafi ono duszy przynieść, kogo na nie stać? Jakie znaczenie ma zemsta, czy daje ona satysfakcję, przywraca może równowagę? Oko za oko, ząb za ząb, a może nadstaw drugi policzek? Wiem, strasznie biblijnie zabrzmiało, jednako takie pytania w głowie po seansie pozostają, a odpowiedzi nie są równie proste jak recepty z religijnych podręczników. Życie, człowiecze losy czy relacje międzyludzkie są na tyle zawiłe, iż jednowymiarowe spostrzeganie rzeczywistości nie jest w stanie oddać tej skomplikowanej natury. To mnie w Unforgiven fascynuje, że postaci w żadnym wypadku nie są jednobarwne, a świat nie jest czarno-biały. Brak w nim jednoznacznych kontrastowych podziałów dobry i zły - bo jak typ jest teraz umownie dobry, to mógł lub był z pewnością kiedyś zły. Jak teraz jest zły to okoliczności mogły jego niegdyś prawego na tą złą drogę sprowadzić, czy też on stając po stronie prawa bezwzględnym sukinsynem się okazuje. To nie relatywizm tylko rozsądek i racjonalne spostrzeganie skomplikowanej rzeczywistości, powściąganie się od pochopnych sądów czy topornego, prostackiego wartościowania. To te cechy twórczości MISTRZA które cenię najbardziej – na równi rzecz jasna z jego firmowym sarkazmem. :)

Drukuj