poniedziałek, 5 września 2022
Testről és Lélekről / Dusza i ciało (2017) - Ildikó Enyedi
niedziela, 4 września 2022
Soilwork - Övergivenheten (2022)
sobota, 3 września 2022
Memoria (2021) - Apichatpong Weerasethakul
Głównie długie cyzelowane statyczne i w szerokim planie ujęcia, w transowej, ospale opowiadanej historii o powracającym/nawracającym tajemniczym dźwięku słyszalnym subiektywnie (w głowie). :) Tak, to prawda - historii abstrakcyjnej i mocno nieszablonowej, zasysającej do swego wnętrza, oferującej emocje przytłumione i puentę (jak kto woli pointe) oraz treść niepokojącą (a kojącą) i przede wszystkim znamiennie jak na kino nietuzinkowe, bo bardzo artystyczną, niby filozoficzną, a zasadniczo psychologiczną o chyba historyczno-kulturowych konotacjach. W formule narracji kompletnie pozbawionej klasycznie rozumianej akcji, lewitującej niby wokół owego dźwięku i postaci którą przez pryzmat wyciszonej emocjonalności poznajemy i której flegmatycznemu życiu towarzyszą dźwięki nie tylko ten kluczowy dla fabuły, ale także też inne, wyraźnie przez technikę użytą wyeksponowane. Przykładowo sound ulicznej krzątaniny oraz nawet świetny mini recital - współtworzące specyficzną, skupioną na detalach atmosferę. Przez to Memoria pozornie nuży, ale też jeśli poświęci jej się bez reszty, koncentrując na niej całą dostępną uwagę, to Was gwarantuję że zahipnotyzuje. Zasmakujecie wówczas ponad dwóch godzin odprężającego wizualno-filozoficznego doświadczenia - między innymi też przy okazji i z obowiązku oraz potrzeby "rozkminienia", intelektualnych prób przeniknięcia do sedna wizji reżysera i obserwacji szczegółów, tak jak ja się starałem, po to aby spisać to co właśnie Koleżanko, Kolego przeczytałaś/ałeś, a czego ja sam finalnie jednak nie bardzo rozumiem, stąd nadal po projekcji kombinuję sobie w głowie, błądzę bom ograniczony własną wyobraźnią oraz trudnością w odnalezieniu wprost interpretacji odautorskiej. Przeżycia osobnicze, grupowe, pokoleniowe, gatunkowe? Głos z wnętrza Ziemi? Echa pamięciowe (uwaga!) po wizycie przedstawicieli obcej cywilizacji? Oni tu byli? Oni nas po sobie zostawili? Nie wiem, nie wiem zapytajcie Apichatponga Weerasethakula, lub kogoś kto ORYGINALNĄ twórczość Apichatponga prześwietla odkąd Apichatpong postanowił przelewać ją na kinowy ekran.
P.S. To na pewno nie były porywające dynamiką i intensywnością dialogi - to były dialogi z napięciem i bez zbędnych słów. Natomiast Tilda, jak to Tilda, nadaje się idealnie do tego rodzaju ekspresyjnie minimalistycznej formuły. Pamiętniczek 27 sierpień 2022, zapisano: nigdy dotąd nie widziałem jeszcze takiego scie-fi.
piątek, 2 września 2022
Ghahreman / Bohater (2021) - Asghar Farhadi
czwartek, 1 września 2022
Competencia oficial / Boscy (2021) - Mariano Cohn, Gastón Duprat
P.S. „Strzela śmiechem w punkt, wali artystów i mecenasów w splot słoneczny, a do tego pozostaje zaskakujący i seksi.” - pozwolę sobie tą krótką laurkę z netu zacytować.
środa, 31 sierpnia 2022
Machine Head - Of Kingdom and Crown (2022)
Wymarzyłem sobie nieco inny nowy MH. Wyśniłem taki który bardziej zerka w kierunku ambitniejszej formy nu metalu - taki dokładnie, jaki zaproponowali na singlu, którego ostatecznie ku mojej rozpaczy nie uświadczyłem w programie Of Kingdom and Crown. Circle the Drain to był w moim przekonaniu strzał w dziesiątkę i numer ponownie skupiający moje zainteresowanie ewentualnie na tym co w przyszłości nagrają. Dwa ostatnie longi spuściłem w sedesie i nie jest mi wstyd, że zrobiłem to może odrobinę pochopnie, gdyż totalnie żadne nie były, ale uczciwej wobec fanów koncepcji w nich się nie dopatrzyłem. Tak więc liczyłem za sprawą świeżego materiału na mocne odbicie, by wraz z rozwojem sytuacji pesymizmem zastępować entuzjazm, a jak się teraz okazuje, dostałem zestaw piosenek bardzo na tak. Materiał mimo iż nie wprost zaspokajający moje oczekiwania, to jednak taki, który to wprost wpisuje się pomimo wszystko w pomysł na progresywny melodyjny thrash, lub jak kto woli metal core, w jeszcze bardziej epickiej formule. Pierwotne kontakty z poddawanym subiektywnej analizie obiektem przynoszą skojarzenia ze szczytowymi epickimi osiągnięciami ekipy dowodzonej przez Robba Flynna, czyli krążkami od wydania Through the Ashes of Empires do Unto the Locust. Kolejne drążące temat jeszcze głębiej odsłuchy doprowadzają mnie jednak do przekonania, iż Of Kingdom and Crown idealnie wpisałby się w przestrzeń pomiędzy The Burning Red, a genialny album z 2003-ego roku. Systematyczne obcowanie tylko pogłębia to odczucie i już jestem niemal w stu procentach gotowy bronić powyższej tezy, gdyby w atmosferze oczywiście przyjaznej dysputy ktokolwiek sygnalizował ochotę podważania jej zasadności. Obecnej ekipie Robba udało się bowiem (tak myślę) skutecznie ożenić mięsisty groove z progresywnym aranżacyjnym zacięciem i te dwie cechy charakterystyczne dla wymienionych dopełnić walorem interesującego riffu i refrenowej przebojowości, czyli wspólnymi atrybutami owych. Jeśli już jestem przy ekipie to jasne że należy wspomnieć kto tam teraz rzeźbi na jednym z wioseł. Nasz człowiek na tym legendarnym pokładzie, Wacław Kiełtyka, nie byle kto w polskim death metalu czy bardziej współcześnie groove metalu. Jednak MH to inna liga niż Decapitated, do czego "nasz" człowiek sam się przyznaje. Totalna profeska nawet na tle metodycznej filozofii macierzystej formacji Kiełtyki. Gigantyczne wymagania ale i komfortowe warunki pracy - nic tylko korzystać i spieniężać ten swój osobisty niewątpliwy sukces. :) Wracając jeszcze na finał do zawartości Of Kingdom and Crown, jest bardzo różnorodnie i to mnie najbardziej przekonuje. Siarczyście, galopująco z riffami ostrymi i ciężkimi, ale i kapitalnie na efekt oddziałuje dramaturgia aranżacyjna, jakiej główna część składowa to heavy solówki i odpowiednio okraszone wyobraźnią pomysły, chwytające się emocji w melodiach, jak i w znacznie obfitszych w agresję ekstremalnych frazach. Do tego Flynn w wokalnej formie wysokiej i dzięki temu słucham teraz najlepszej płyty MH od lat i nawet jeśli nie mam tego czego oczekiwałem, to to co otrzymałem zupełnie i z każdym odsłuchem jeszcze mocniej mnie satysfakcjonuje. Zaskakując jednocześnie!
wtorek, 30 sierpnia 2022
Soulfly - Totem (2022)
poniedziałek, 29 sierpnia 2022
Cassandra's Dream / Sen Kasandry (2007) - Woody Allen
Nie całkiem allenowska historia - precyzyjniej nie w pełni formuła jaką Allen przez lata preferował. Bardzo w tym przypadku brytyjska oczywiście, bowiem obsada potrafi zdziałać nawet więcej, niż charakterystyczne dla ziemi anglosaskiej lokacje. Zagrane jest to z biglem i w pełni naturalnie, bo młodych wówczas Ewana McGregora i Colina Farrella, niewątpliwie aktorsko utalentowanymi sukinkotami można nazywać. Oglądałem i odczuwałem iż jest w tym maniera Mike'a Leigh (Sekrety i kłamstwa) i pewnie jeszcze kilku brytyjskich mistrzów gatunku, bowiem rys dramatyczny ponad standardowo komediowy charakter został wyeksponowany. Oczywiście trudno by wiedząc kto za tym stoi, w autorstwo Allena nie uwierzyć, gdyż (uwaga zmieniam front) pomysł na motyw kulminacyjny i zarazem właściwy zakręt dla tej historii, to pomysł który bezdyskusyjnie mógł urodzić się w umyśle rozpoznawalnego od czołówki reżysera. Rodzina lojalność, młodość, szansa by złapać okazję na lepsze życie i warunek, który kompletnie zmienia sytuację i zdecydowanie może przemodelować dalsze życiowe losy. Bicie się z myślami, trochę stawiania pod ścianą i konfrontacja zdrowego rozsądku, moralności i z drugiej strony otwartych drzwi do bardziej obiecującej niż typowo powielającej rodzinne schematy egzystencji. Kilka ciekawych zmiennych i deliberacja, w mimo wszystko rozrywkowej jednak formule o wartościach. Kapitalna rozkmina poczucia winy, wrażliwości vs. osobowości pozbawionej skrupułów, bowiem nastawionej na ślepą realizacje celu. Jeden slaby drugi twardy a finał o zgrozo, banalnie he he zaskakujący. Rok 2005 (Match Point) i 2007 właśnie, w twórczym życiu Woody’ego uznaję za rewelacyjny. :)
niedziela, 28 sierpnia 2022
Fried Green Tomatoes / Smażone zielone pomidory (1991) - Jon Avnet
piątek, 26 sierpnia 2022
Elvis (2022) - Baz Luhrmann
Oczywiście jak zawsze, powiem co mam powiedzieć prosto z mostu! Baz Luhrmann to bezdyskusyjnie z wysokiej półki spec od ekranowego szołmeństwa. Wiadomo, choreograficznego i kostiumowego przepychu i jak niestety ostatnio udowodnił, wznawiając historię Wielkiego Gatsby’ego, też tandetnego efekciarstwa w postaci komputerowo wygenerowanych obrazków, niby ubogacających efekt i odbiór. W klasycznym od strony merytorycznej biopicu Elvisa, wrzucił wszystko z czym jest kojarzony, ale to przyklejone do firmowanej formy efekciarstwo (co mnie zaskakuje) nareszcie jest ze względnym (dyskusji pewnie nie unikniemy :)) smakiem przemycone i nie stanowi osi centralnej, choć dynamika, energia - rytm i flow, to kluczowe elementy prawie trzygodzinnej ekspozycji. Luhrmann warsztatowy kierownik zamieszania, jest tu w stu procentach sobą, ale też sobą takim jakim chciałbym, by częściej bywał. Miałem długo mnóstwo wątpliwości - najpierw powstrzymujące przed zaakceptowaniem Luhrmanna jako Presleya biografa opory. Potem jednak one nieco zmiękły, bo premierowe recenzje wykluczały przerost natężenia cekinowego kiczu, nie wykluczając przecież jego obecności, bo jak niby robić szoł o Elvisie bez ichże uwzględnienia. Tylko że Luhrmann tym razem pogodził rollercoasterową rozrywkę z barwnym ale i mrocznym psychologicznym dramatem, będącym właściwie u fundamentu tragiczną historią życia wrażliwego artysty. Jego klasycznego lotu ku sławie i upadku pod jej ciężarem, by odrodzić się jak Feniks z popiołów, po czym ostatecznie już spłonąć w oślepiającym blasku wymagającej heroicznego wysiłku estrady i w konsekwencji lekomańskiej paranoi. Rola Austina Butlera oczywiście mega, na scenie (w imponujących inscenizacyjnie fragmentach), w ruchu wręcz po wielokroć mega i już tak wielu tak wielu o jego fenomenie napisało w zachwycie, że ja się pod tym tylko podpisuję. Najważniejsza jest jednak muzyka, dzięki której Król wbrew swoim obawom żyje i żyć będzie. To ona nadaje tempo, buduje klimat i określa nastrój narracji. Płynące w żyłach Afroamerykanów blues i gospel, które stworzyły postać Elvisa, a on sam dzięki gigantycznemu talentowi dopisał do niej treść, a historia finalnie zasłużoną mitologię. Muzyka intensywnych skrajnych emocji, doprowadzająca tak do krwi wrzenia jak melancholijnych uniesień. Buntownicza i z duszą, bo rewolucyjna w kontekście kulturowym, niepoprawna politycznie prowokująca oburzenie prawicowych białych hipokrytów, ale i autentycznie poruszająca. Natomiast cholera wie ile w tym scenariuszu prawdy historycznej, a ile wygładzonej "prawdy" na sprzedaż. Ja wiem z pewnością ile tu energii. Mnóstwo! Wiem też że puenta piękna i ogólnie kapitalne widowisko - niby takie miało być nic, a wyszło WSZYSTKO! I ja jestem pod WRAŻENIEM.
czwartek, 25 sierpnia 2022
All the Pretty Horses / Rącze konie (2000) - Billy Bob Thornton
Sprzed dwóch dekad obraz, na podstawie powieści Cormacka McCarthy'ego i w reżyserii Billy'ego Boba Thortona, w dodatku w doskonałej obsadzie. Nazwiska jakie tu grają, to obiektywnie znakomite zarówno ówczesne gwiazdy pierwszego i drugiego planu, natomiast z mojej perspektywy tytuł który nie rozumiem jakim cudem wówczas przegapiłem i dopiero teraz nadrabiam. Nostalgiczna opowieść o zmierzchu czasów cowboyów, o podroży w głąb dzikiego wciąż Meksyku, gdzie dla odróżnienia pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku tradycja cowboysko-ranczerska wciąż jeszcze była żywa. Robi dobre wrażenie, bo aktorsko bez zaskoczenia trzyma poziom, ale też swoje robi bardzo charakterystyczna obecność w kadrze zwierząt. Koniki i krówki, a dokładnie podkreślam kwestię dźwięków jakie stada tutaj wydają oraz relację dzikiego stworzenia z człowiekiem, plus muzyka wespół z widokami, dające prawo by oceniać wysoko mimo że lata od premiery minęły i standardy kinowe też ewoluowały. Stąd wygląda to bardzo klasycznie i opiera się na tradycyjnych filmowych właściwościach, gdzie klimat i stosunkowo prosta historia wyraża tak wartość jak i przywiązanie do konserwatywnego kinowego doświadczenia. Balladowa z początku, później dramatyczna, a po części też melodramatyczna (wątek oczywiście musi być miłosny) charakterystyka i jej tonacja nie mierzą, chociaż narracja dość smętna i w sumie dzieje się niewiele, więc miłośnik produkcji o żywym obliczu może odczuć znużenie czy rozczarowanie. Młodość i naiwność kroczą w parze i dają bolesną lekcję życia - tak bym finalnie lakonicznie fabułę streścił. Zachęciłem? ;)
P.S. Podsumowując już na marginesie - okolice Wichrów namiętności i Rzeki życia, ale jednak Robert Redford, a jeszcze bardziej Edward Zwick w takie kino potrafił z widzem zagrać lepiej. Także John Hillcoat kręcąc bardziej współcześnie Gangstera, czy nawet Susanne Bier Serenę potrafili wykrzesać więcej emocji. Tak ja myślę teraz - uświadomiwszy sobie klasę bezpośredniej konkurencji.
wtorek, 23 sierpnia 2022
Match Point / Wszystko gra (2005) - Woody Allen
Londyński romans z kryminalnym finałem i historia opleciona błyskotliwie wokół tematu farta. W czepku urodzony młodzieniec, któremu sprzyjające zbiegi okoliczności otwierają te najważniejsze drzwi. Za nimi bogactwo, wysoki status towarzyski i intelektualne przyjemności. Bo w trakcie korzystania tej opowieści zachłystujemy się młodością, okresem wyborów podczas decydującego o niemal wszystkim startu w dorosłość. Liczy się pasja, romantyzm, namiętność - gdzieś na marginesie tymczasem ląduje dojrzałość. Przegrywa racjonalizm, bo z nim to kiedy zmysły szaleją z góry (he he) przegrana sprawa. Choć można próbować zjeść ciastko i mieć ciastko, lecz jak widać na załączonym filmowym obrazku nie ma co nadużywać przychylności farta!
P.S. Jak tu nie kochać Woody’ego i nie wzdychać do Scarlett? Zresztą do Emily nie mniej. :)
poniedziałek, 22 sierpnia 2022
The Halo Effect - Days of the Lost (2022)
sobota, 20 sierpnia 2022
Piosenki o miłości (2021) - Tomasz Habowski
Dialogi pozostawiają wrażenie kompletnie nieustawianych, jakby sytuacja je kreowała i były one w znacznym stopniu improwizowane - niżby jak to typowo, zostały wcześniej rozpisane pieczołowicie przez scenarzystę. Stąd Piosenki o miłości pozostawiłyby we mnie wrażenie oglądania pewnego rodzaju dokumentu subtelnie fabularyzowanego, gdyby jednak nie ten właściwy czarno-biały artystyczny manewr, ubierający naturalność w poetycką poświatę sztuki wysokich lotów. Wszystko wydaje się, iż kręci się wokół drugoplanowej postaci ojca, aktorskiego weterana, szeroko znanego i jego ego gigantycznego (świetny, nie kto inny jak Andrzej Grabowski). Konfrontacji seniora z juniorem i ciągłego napięcia w ich relacjach, sprowadzonych do patologicznego podkreślania swojej materialnej pozycji, która przecież obdarowała syna komfortem życia w luksusie i pozwala na beztroskę funkcjonowania w bańce. Zależności od ojca i jego finansowej pozycji oraz statusu wynikającego z osiągnięcia sukcesu w branży. To jednak (to pierwsze) narzędzie wywierania emocjonalnego oddziaływania wykorzystane przez scenarzystę i reżysera w jednej osobie - ważne, lecz tylko jako tło dla uroczo zrelacjonowanego ale i bez owijania w bawełnę (bo iskry są krzesane) opowiedzianego romansu młodych ludzi z rożnych światów, których połączyła i w zawirowania wkręciła wspólna pasja i rodzące się powoli burzliwe uczucie. Trzecie zaś, to socjologiczna refleksja (także z tła) o znaczeniu znanego, szeroko rozpoznawalnego nazwiska i drzwiach otwieranych przez owe oraz właśnie w tym też kontekście zawodowej kariery, o roli nieporozumień rodzinnych potęgowanych przez różnice osobowościowe i poziomy wrażliwości - decydujące o sposobie spostrzegania maksymalnie subiektywnej przecież rzeczywistości. Ale jest jeszcze i czwarte (co już nie jest głównym tłem, tylko tłem dla tła, wychodzącym z reszty teł :)) - branża muzyczna, ta współczesna, która przecież jednako nie rożni się od tej sprzed lat kilku i kilkudziesięciu, a która istotę twórczości młodej wrażliwości przelicza na finansowe profity. Prócz tego co powyżej, puenta jest ostra, a prowadzące do niej zabiegi dość zwodnicze. Poddanie się egoistycznym pokusom zdobywania poklasku i udowadniania wartości, nawet jeśli etycznie bardzo wątpliwych. Eksplorowanie pokładów talentu niewątpliwego i wymownego w kontrze do jedynie upartego i bezproduktywnego poszukiwania w sobie dowodów że się go posiada. Sporo jak na zaledwie 90 minut projekcji, prawda? Przyznaję że pomimo wielu złożonych wątków, Habowski absolutnie nie prześlizguje się po rozgrzebanych tematach, choć oczywiście z racji ograniczenia czasowego (może i dobrze), nie wyjaśnia wszystkiego, pozostawiając sporą przestrzeń tak dla widza identyfikacyjną, jak interpretacyjną, ponadto kreując wyjątkowo magnetyczną muzyczną atmosferę. Przyznaję więc, iż doskonale ta fabuła zdaje się oddawać rzeczywistość, tak tą szeroką społeczną, jak i psychologiczną artystycznych dusz, a sposób spojrzenia na nie i muzyczne czy wizualne smaczki, jak myślę pomimo nowoczesnych akcentów, pięknie nawiązują do ambitnego miłosnego kina sprzed ponad pół wieku. Przyznaję też wreszcie, że nie spodziewałem się tak czarującej opowieści po debiucie kogoś, kto do tej pory był związany zawodowo wyłącznie z TVN-owskim serialem niskich lotów.
piątek, 19 sierpnia 2022
Fucking Bornholm (2022) - Anna Kazejak
Niewiele było potrzeba, abym seans zaczął z bardzo pozytywnym nastawieniem. Wystarczyło doskonałe tło muzyczne, które wprowadziło wstępny element dramatyczny i podkreśliło czający się tragi-komizm formuły ostatnimi czasy w kinie europejskim niezwykle popularnej. Daleko nie szukając, nasza rodzima wersja Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, czy też bardzo pozytywnie zaskakujący Teściowie Jakuba Michalczuka z doskonałymi kreacjami (Ostaszewskiej, Kuny, Dorocińskiego i Woronowicza), jak i taka nie bardzo udana, bo pod pozorem quasi nostalgii i uniwersalnego rodzinnego cyrku wciskająca merytoryczną watę Zupa nic Kingi Dębskiej. A może jestem w błędzie i reżyserka uderza w tony dużo ambitniejsze, jakie w Turyście poddawał analizie Ruben Östlund? Zachowanie i konsekwencje, reakcja na bodziec itp., itd.? Fucking Bornholm z jednej strony jedzie po tej właśnie można by powiedzieć ryzykownej, bowiem mocno już wyeksploatowanej linii, a więc trzeba mu było oprócz sprawdzonej metodologii rozwoju wydarzeń czegoś świeżego, aby mógł mi zaimponować. Z drugiej korzysta z przykładu Östlunda i próbuje na splecione przyczynowo-skutkowo części, rozłożyć indywidualne mechanizmy psychologiczne, prowadząc w tym celu przy okazji precyzyjną dekonstrukcję relacji. Tej postulowanej świeżości jednak brak, stąd jest schematycznie, ale sposób realizacji rzetelny i aktorstwo niczego sobie, a fragmentami nawet kapitalne oraz sama historia w którą co by nie szukać dziury w całym można uwierzyć i znaleźć pewnie bez problemu podobnych (nie dosłownie oczywiście) wzorców dookoła co niemiara. Nawet "młody" Stuhr często już jadący na irytującym autopilocie nie irytuje i nie przeszkadza, zatem werdykt brzmi - dobre to było! :)
P.S. Kamperowe społeczności i kamperowa mentalność, to też na marginesie piękna do szerszej socjologiczno-psychologicznej rozkminy tematyka. Tak jak sprytnie humorystycznie wyeksponowana tutaj skandynawska poprawność, posunięta do granic absurdu.
czwartek, 18 sierpnia 2022
The Duke / Książę (2020) - Roger Michell
W starym dobrym stylu, z dbałością o atmosferę i z dobrą gdyż niepozbawioną szlachetnych wartości treścią. Ciekawa historia i (co jedno nie wyklucza drugiego) barwne konserwatywne postaci na ekranie, których nie sposób nie darzyć sympatią. Bardzo brytyjski, bardzo klasyczny i co też nie stoi w sprzeczności bardzo zabawny. Inteligentny i rozrywkowy, pełen filmowej magii i bezpretensjonalnego uroku płynącego z doskonałego wyważenia formy i uzyskania efektu jednocześnie tak dla oczu jak dla ducha atrakcyjnego. Historia o zasadach i staroświeckiej skromności, która jednak wyklucza ślepą pokorę i stąd taka moja i pewnie znakomitej większości widzów radość z seansu i przychylność w stosunku do jowialnych bohaterów. Kulisy autentycznych wydarzeń z samego początku lat sześćdziesiątych - kradzieży obrazu Francisco Goi z londyńskiej The National Gallery przez jednoosobową szajkę złodziejską, kierowaną przez społecznie wrażliwego i dość ekscentrycznego staruszka - zaangażowanego idealistę z ogromną rodzinną tragedią skrywaną w pamięci. Toteż ciąg zdarzeń zaskakujący, natomiast ich fabularna interpretacja z doskonałym aktorstwem fantastycznej Helen Mirren i równie dobrego Jima Broadbenta. Jej akurat w kreacji dla niej samej niecodziennej, jego zdecydowanie wręcz przeciwnie. :) Piękne kino z duszą, a ja kocham takie.
P.S. Niestety jak się okazało, to już ostatni film w dorobku Michella. R.I.P. Roger Michell.
środa, 17 sierpnia 2022
Drive My Car (2021) - Ryûsuke Hamaguchi
Przede wszystkim dialogi - do bólu kulturalne, przejęte, z eksponowanymi uczuciami, ale paradoksalnie bez emocji. Nie całkowicie puste (absolutnie nie), ale zdystansowane. Bliskość fizyczna, dużo wzajemnego dotyku, intymności i szacunku. Natomiast od strony treści zdrada oraz nagła śmierć - i wszystko to zaledwie w prologu. Zaskakujący seans, zamknięty w stu osiemdziesięciu minutach deklamacji całkowicie niemalże oderwanej od europejskich, a tym bardziej amerykańskich standardów filmowych. Mechanicznych, a jednocześnie tkliwych rozmów i przepracowywania traum osobistych w relacjach z innymi. Ładnie to wygląda, nosi znamiona czegoś egzotycznie intrygującego, ale też nuży, bo tej konwencji za blisko do rozgrzebywania pod pozorem artystycznie intelektualnego psychologizowania. Żeby było jasne, to niezwykle wartościowy obraz, momentami wręcz natchniony pod względem przekazywanej mądrości, ale pomimo też wizualnie urokliwego charakteru za długi i przegadany. Niemniej jednak podkreślam że zaskakujący i dla arcyuważnego widza niezwykły. Innymi słowy niecodzienne doświadczenie, inspiracja do ultra wymagającej psychologicznej analizy na mega świadomym i wrażliwym poziomie. Nie rozbiorę go na czynniki pierwsze, bowiem wymagałoby to opasłej, być może często trudnej do interpretacji rozprawy. Nie chcę jednocześnie psuć dobrej intelektualnie zabawy, jeśli jakimś cudem widz „kumaty” jeszcze nie poznał. Jeśli natomiast ty koleżanko czy ty kolego widzu mniej ambitny się zdecydujecie, nie wińcie, nie zarzucajcie. Nie daję gwarancji że w połowie zwyczajnie nie zaśniecie. :)
wtorek, 16 sierpnia 2022
Manbiki Kazoku / Złodziejaszki (2019) - Hirokazu Koreeda
Pieniądze szczęścia nie dają, choć wiele mogą ułatwić. Nic nie jest czarno-białe, a stereotypowe myślenie niczego dobrego nie przynosi - tak sobie po seansie gdybam. :) Z egzotycznym kinem właśnie się skonfrontowałem, z kinem o zwyczajnym życiu, tylko że życiu poza oficjalnym systemem. Na dalekim wschodzie, na marginesie egzystencji, w stylu jak się uda, jak się da - trzeba sobie sprytem niekoniecznie zgodnie z prawem radzić. Złodziejaszki Hirokazu Koreedy nagrodzone zostały niegdyś złotą canneńską palmą, jednak mimo rozgłosu jakim odbiły się w środowisku filmowych, nie obeszło się bez mojego oporu, bowiem mam naturalną skłonność do unikania kina azjatyckiego, a przez to nie wątpię, narażania się na utratę często szansy na obcowanie z dziełem wysokich lotów. Zdarzyło się jednak iż "azjatycki Koreeda" został przeze mnie zignorowany, a Koreeda po wymienionym sukcesie, już w europejskim wydaniu sprawdzony, bo akurat La vérité nakręcone po Złodziejaszkach sprawdziłem i nie byłem nadto zachwycony. Teraz jednak korzystając z okazji podsuniętej pod nos przez TVP Kultura, obejrzałem i uważam że nie po raz pierwszy głupio zrobiłem - że kierując się irracjonalnym uprzedzeniem i brakiem zaufania do profesjonalnej krytyki nazbyt z rezerwą tytuł potraktowałem. To w sumie nic specjalnego, a jednak! Ot obyczajówka ze stopniowo dozowanym dramatycznym efektem, ale sposób jej sfilmowania bez względu na surową formę, posiada w sobie walor intrygujący. Nie wiem jak obraz został odebrany w kraju powstania, bo jego ważnym elementem dla mojej oceny jest właśnie ten orientalizm miejsca przez wzgląd tak na kulturowe, społeczne czy też współczesne obyczajowe właściwości. Niby ludzie do nas Europejczyków podobni, bo ogólnie problem życia na granicy ubóstwa bez potrzeby wyrwania się z środowiska biedy pod naszą strzechą też nie obcy, a i ludzkie zachowania przecież w uproszczeniu bez względu na kontynent posiadają wymiar uniwersalny, to jednak zupełnie inaczej obserwuje się takie historie przez umownie okna w kamienicach w sąsiedniej dzielnicy, a inaczej gdy narracja reżyserska opowiada jednak o świecie zbyt odległym, zdecydowanie nie na wyciągnięcie ręki doświadczanym. Stąd historia względnie uniwersalna przybiera charakter egzotyczny i przyznaje wciąga bardzo mocno.
P.S. Podkradli nie pierwszy raz dzieciaczka - czy uratowali dzieciaczka? To tutaj jest tematem do refleksji i deliberacji na poziomie moralno-etycznym. Żyła babcia, umarła babcia, ale nie musi to wyjść na jaw, bo emeryturka dobra rzecz. Tak jak wyżej. Podobnie ze sprytnym przywłaszczaniem sobie cudzego. Mocno dyskusyjne sprawy, w tym obyczajowym dziele z wolna i zaskakująco ewoluującym w stronę poniekąd szokującego dramatu. Bo Złodziejaszki (hmmm Shoplifters) to jednak nie takie złodziejaszki jak sobie wyobrażałem. I ta przekora mi się bardzo podoba.
poniedziałek, 15 sierpnia 2022
Jack White - Entering Heaven Alive (2022)
piątek, 29 lipca 2022
Affliction / Prywatne piekło (1997) - Paul Schrader
Bardzo osobiste kino - takie które kupiło mnie na całego już ponad dwie dekady temu. Teraz tylko odświeżone ze względu na ostatnio dobrą passę Paula Schradera. Niewątpliwie weteran mocnego kina, który współtworzył z Martinem Scorsese takie klasyki jak Taksówkarza i Wściekłego byka, obecnie w wieku mocno zaawansowanym zrobił dwa świetne kameralne obrazy (Pierwszy reformowany i Hazardzista), a w latach dziewięćdziesiątych popełnił właśnie Prywatne piekło z kapitalnymi kreacjami Nicka Nolte i Jamesa Coburna - w rolach odpowiednio syna i ojca. Kapitalny casting (bo zaiste podobieństwo obu wielkich aktorów duże) i temat wstrząsająco-poruszający. Dalej skojarzenia z rok starszym Fargo braci Coenów - przez ten zimowy klimat jakiegoś zadupia, wątek kryminalny i emocje chociaż zdecydowanie rożne, bo Fargo to był też komizm czarny, znaczy ironia brutalna, a Prywatne piekło to dramat esencjonalny, w stu procentach na śmiertelnie poważnie. Dźwiga bohater grany przez Nicka Nolte cały nadbagaż emocjonalnego gówna z dzieciństwa i mierzy się z bieżącymi kłopotami, które lawinowo narastają - bo człowiek chce dobrze, a ze względu na raptowną osobowość i kompletne nieprzygotowanie do pełnionych ról w dorosłym życiu systematycznie dąży do katastrofy. Frustracja i agresja, permanentna nerwowość i w sytuacjach stresowych wściekłość, a wokół brak pomocy bo przerażenie i histeria. W takich okolicznościach katastrofa jest nieunikniona, tragedia pewna i może dzięki niej oczyszczenie. Nic się nie dzieje bez przyczyny i tak często przecież oprawcy to też wcześniej czyjeś ofiary. Życie bywa gówniane - co poradzisz! Prze-je-ba-ne!
czwartek, 28 lipca 2022
The Quill - In Triumph (2006)
czwartek, 21 lipca 2022
Roubaix, une lumière / Miłosierny (2019) - Arnaud Desplechin
Miejsce akcji Roubaix, kluczowi bohaterowie policjanci, czas współczesny, ciemne noce i niewiele jaśniejsze, mimo że niepozbawione światła dziennego dni w mieście staczającym się na dno - umierającym pod ciężarem problemów natury współczesnej. Emigracja, trudności z asymilacją, złodziejstwo, dilerka łatwe pieniądze w strefie życia z ciężkiej pracy. Próżniacze życie objętych nadzorem opieki socjalnej i wyrzuconych sytuacją lub na własne życzenie poza margines. Bieda materialna, pustka duchowa i zło jakie z czasem rodzą. Dobry kryminał ze społecznym żywym bo aktualnym i wiarygodnym kontekstem. Bez zbędnej ornamentyki i raczej z małym zaangażowaniem pieniądza, za to w zastępstwie z surową ekspozycją egzystencji w mało ciekawych czasach i jak się okazuje miejscu. Trochę tutaj technik pracy policyjnej, niezłe sceny przesłuchań z psychologicznym wywoływaniem ciśnienia, z zawodowo aranżowanymi inscenizacjami (dobrymi i złymi glinami), sprawna praktycznie próba przeniesienia na ekran realistycznego klimatu dzięki też aktorstwu może nie na poziomie oscarowym, ale bardzo porządnym. Głównie jednak uwagę przykuwa Pan Komisarz, człowiek z klasowych dołów doskonale rozumiejący istotę mentalności mieszkańców tego miejsca i posiadający w sobie tak empatię jak bezwzględność. Niby zdystansowany, niby zimny, ale swój zewnętrzny spokój nie zawdzięczający obojętności, a wiedzy intuicji oraz pogodzeniu się z warunkami i latami gromadzonej empirycznej wiedzy. Doskonale rozumiejący rolę jaką wykonuje zawodowo. Film prosty, a całkiem przejmujący, niczym dobry reportaż dziennikarski.
środa, 20 lipca 2022
Men (2022) - Alex Garland
Alex Garland miał był (he he) się zrehabilitować po nazbyt dosłownej i upieram się niezamierzenie mocno groteskowej Anihilacji i donoszę, iż po kapitalnym (nagroda osobna się należy) trailerze miałem pewność, że wyprodukowane we współpracy z wciąż młodym ale już kultowym studiem A24, jego trzecie podejście do reżyserii wejdzie na poziom kapitalnego debiutu. Psychodrama, surrealistyczna komedia i filozoficzne przyrodnicze fantasy, z kluczowym odniesieniem chyba do współczesnych uwarunkowań obyczajowo-kulturowych. Perwersja, pomieszanie zmysłów, trochę konsternacji (uderzająca z hukiem o ziemie żuchwa na rozpasany finał) i śmiechu pomiędzy fragmentami fachowo budowanej grozy i w stu procentach efektywnego napięcia. "Halucynacyjny folk horror z gęstą genderową treścią", krwawe gore i hektolitry toksycznej męskości, z obsesyjnym uzależnieniem efektu od posiłkowania się skrajnościami, które skądinąd są przecież naturalnym budulcem męskiego oblicza. Garland doskonale bawi się przeszarżowanymi konwencjami, sam zachowując (choć tak bliziutko do kiczu) paradoksalnie umiar. Wizualnie to jest ekstraklasa, bo zdjęcia, bo lokacje, bo skupienie na detalu każdego skrawka kadru, lecz przyjęta za kręgosłup metaforyczna konwencja i treść poupychana w symbolice, która nie dosłownie (bowiem dla zasady) i nie w pełni (bowiem dla wciskania poczucia obcowania ze sztuką elitarną) jest jasna. Poczucie winy - udręka - cierpienie - trauma - ONA. ON, frustracja, wściekłość i agresja - łatwiej w hasłach spisać to co merytorycznie pod grubą warstwą artystycznego bogactwa wciskane, niż w zwartą puentę możliwe do ujęcia. Potoczyście pisali mądrzy internetowego świata, w przytłaczającej większości koneserzy kina ostrzegali, a ja wierzyłem że się oni jednak mylą i mimo iż scenariusz przyznaję wyrazistością nie nadąża za genialnym wizualnie wrażeniem, to donoszę, że Alex Garland przynajmniej dla mnie za Anihilacje dzięki tej budzącej skrajne opinie pracy się zrehabilitował.
P.S. Ja w tej wyszczerzonej szczęce Rory’ego Kinneara i genialnie utrzymującej w szalonej konwencji komedio-horroru balans pomiędzy przesadą, a powściągliwością grze aktorskiej widzę postaci z typowo czarnego i abstrakcyjnie angielskiego Pcina Dolnego (The League of Gentlemen) - przede wszystkim zapatrzenie w świetnego Steve'a Pembertona? Natomiast w klimacie miejsca i rozwoju schizy nawiązania do klasyki Stevena Kinga zekranizowanej przez Stanleya Kubricka, czy bardziej współcześnie odjazdu Darrena Aronofsky'ego w Mother!, a najbardziej to szczerze pisząc mi się podobała oprócz mistrzowskiego budowania klimatu muzycznym tłem i na front wysuniętym obrazem, ta brytyjska soczysta zieleń - no k**** obłędna! Tak jak ta charakteryzacja jak pragnę zdrowia psychicznego i przysięgam, że wszystko u mnie w tym temacie w porządku, wprost z tych czterech wyżej wspomnianych sezonów dziwacznej komedii osadzonej w fikcyjnym miasteczku, Royston Vasey. :)
wtorek, 19 lipca 2022
Tre piani / Trzy piętra (2021) - Nanni Moretti
Zaczyna się niby z kopyta, sceną która powoduje opad szczeny przynoszący jednak żenującą, a może nawet gigantycznie żenującą konsternację, bo ni z gruchy ni z pietruchy jeb tragedia i po zdarzeniu jakieś tajemnicze spojrzenia postaci. Ginie kobieta, ale jej śmierć zdaje się być obojętna, bowiem bohaterowie reagują dość zimno skupiając się egoistycznie na sobie. W sumie to bohaterem zapewne w "ambitnym" założeniu odpowiedzialnych za zawartość (nie będę trzymał w napięciu) tego GNIOTA też ta tytułowa trzypiętrowa kamienica, a jej lokatorzy i ich losy to pewnie jakaś psychologiczno-socjologiczna gruba rozkmina, która ma intrygować, a okazuje się bełkotliwie nużyć i swoją anty dramaturgią zadziwiać w potwornym bałaganie topornie pozlepianych scen, co dlaczego, jak itd. Może by bez środków wspomagających było jednak możliwe przebrnąć przez tą kompletnie beznadziejnie wyreżyserowaną i u podstaw (najgłębszych, przy udziale maksymalnie ekstremalnie dobrej woli) może niegłupią historię, gdyby dodatkowo nie aktorstwo kwadratowych emocji i wystudiowane pozy irytująco nabrzmiałe od emfazy. Przez ten warsztatowy szkopuł którego nie dostrzegł lub co gorsza sam jego udział wymógł na obsadzie reżyser, efekt jest niemożliwie naciągany i w niemal zerowym stopniu przekonujący. Wymęczyłem przy współudziale mocnego alkoholu. Gdybym akurat wcześniej wiedział, to bym tego GNIOTA (który nawiasem mówiąc i to jest hit, dostał 11 minutową owację w Cannes) nie tykał, zaoszczędzając prawie dwie godziny.
P.S. Obejrzałem mój pierwszy film doświadczonego i cenionego włoskiego reżysera (tak o nim piszą) i jestem w kompletnym szoku. Przez to wyjątkowe g**** nie spodziewam się bym miał odwagę sprawdzić cokolwiek z jego bogatego wcześniejszego dorobku.
niedziela, 17 lipca 2022
Viagra Boys - Cave World (2022)
czwartek, 14 lipca 2022
Flag Day / Dzień flagi (2021) - Sean Penn
Sean Penn i reżyserski fach, to temat dość skomplikowany, bowiem raz wyciska łzy przepiękną opowieścią o jednym taki Chrisie co pognał po collegu w dzicz i zakończył swój żywot we wraku autobusu, a obok niekoniecznie równie emocjonujące pierwsze próby (Obsesja z 1995, Obietnica z 2001 i wcześniej Indiański biegacz, o którym akurat nie mam zdania, gdyż nadal tego debiutu nie widziałem). Taki krótki, jednozdaniowy wstępniak wbijam, gdyż najnowszy (nie jakieś tam dwa, trzy lata oczekiwany - choć fakt, pomiędzy jeszcze Jej twarz i moja wciąż w przypadku Penna reżysera zaległość) film aktora budzi spore rozbieżności ocenne i Dzień flagi przez ten sugestywny urok zdań filmwebowych mądrosków, mojego zaciekawienia tak jakby cudowne wspomnienia z seansu Wszystkiego za życie mogły wskazywać nie wzbudził. Byłem bardzo ostrożny i kompletnie teraz nie rozumiem w czym krytycy widzą problem. Zadaje sobie pytanie po co sugeruję się opiniami, a może tylko zwracam uwagę na opinie niby zawodowego środowiska krytyków i dlaczego w ogóle oni Penna w tym przypadku się czepiają. Obejrzałem przecież film artystycznie fascynujący, którego treść nie mniej, a wręcz w swojej istocie jeszcze silniej powinna uwagę przykuwać. Fakt że założenie, iż dla ambitnego efektu należy przy zdjęciach i montażu mocno podłubać (poużywać sobie według zasady forma równie czy znacznie ważniejsza od treści) może powodować odczucie pewnego manipulacyjnego oszustwa, które teoretycznie przykrywa pozory wciskania merytorycznej waty i że to właśnie Penn sam sobie uczynił, to jednak powód w mym przekonaniu naciągany. Najważniejsze jest poczucie obcowania z wartościową sztuką i emocje głębokie wydobywającym scenariuszem, mimo że akcja to monotonne balladowe paplanie z nadętym nadmiernie, lecz jedynie o pół poziomu symbolizmem, w którym pomiędzy natchnionymi wierszami każe się widzowi przesłanie odczytywać. Ja może zwyczajnie na takie kino jestem wrażliwy i ten charakter ckliwej a jednak surowej aury mnie kupuje. Uważam też że Penn potrafi o życiu opowiadać tak by coś więcej li tylko samą od deski do deski relacjonowaną historię sprzedać. Uderzając w kierunku pretensjonalnego artyzmu nie wpada w jego sidła tak jak nie szukając daleko Terrence Malick, więc wybaczam te coby nie kłamać przesadne odrobinę "artyzmy".
P.S. Natomiast co konkretnie pod mikroskopem? Pod mikroskopem w skrócie reminiscencje. Potwornie trudne relacje ojca z córką, obarczone traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa. Ojca kompletnie pozbawionego cech świadczących o jego odpowiedzialności, postępującego spontanicznie tak niebieskiego ptaka, jak przy okazji bez instynktu samozachowawczego cwaniaka, który wszystko czego się nie tknie zamienia w gruzowisko. Rozłożona na naście lat, przenikliwa i w rzeczy samej nawiązująca poniekąd (muzyka Eddie'go Veddera) do wspomnianego hitu Penna historia długoletniej tragedii i skazanej już na starcie na porażkę próby jej uniknięcia, kiedy człowiek właściwie nawet jeśliby się starał to nic nie jest w stanie zrobić, by pomóc komuś kto absolutnie nie rozumie iż pomocy potrzebuje, a jego reakcje to zupełnie oderwana od elementarnej racjonalności farsa. Bez poczucia winy, bez fundamentu rozumienia konsekwencji, bolesna walka o względną normalność. Poświęcenie w imię miłości, bez satysfakcji z naturalnie żadnych rezultatów. Na podstawie autentycznych wydarzeń, melancholijna przypowieść biograficzna, która się leniwie snuje i sączy kropla po kropli bardzo wartościowe treści. Sączy i nudzi, ale wzrusza skutecznie, jeśli tylko widz jest w stanie wejść na odpowiedni poziom wrażliwości i ZROZUMIEĆ poruszająca do głębi finałową puentę wygłoszoną wprost z offu przez główną bohaterkę. Prawda jest też taka prozaiczna, że obsesyjnie czerpiącego energię z wolności ptaka nie uczynisz szczęśliwym, zamykając go dla jego bezpieczeństwa w klatce. Niech lata i kończy w szponach drapieżnika.







.jpg)

















