wtorek, 4 września 2018

In Bruges / Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008) - Martin McDonagh




Kolejny odcinek cyklu jak kształtował się reżyserski styl Martina McDonagha - który oto eksplodował ostatnio na szeroką, bo oscarową skalę. Genialne Three Billboards Outside Ebbing, Missouri złapały kilka nominacji w wyścigu o najbardziej pożądana statuetkę w świecie filmowym i aktorskie laury w tymże dla McDormand i Rockwella. Poza tym Złoty Glob za najlepszy dramat i jeszcze wiele innych zasłużonych zaszczytów dla tego w moim osobistym tegorocznym rankingu lidera listy. Stąd też ja, do niedawna jeszcze ignorant w temacie twórczości McDonagha systematycznie nadrabiam wstydliwe zaległości i w tym momencie jestem świeżo po seansie In Bruges. Filmu w którym absurdalny, mocno czarny i przyciężkawy humor, z kilkoma scenami które autentyczny szczery rechot pobudzają (szczególnie te z Ralphem Fiennesem) łączy genialnie rozrywkowe wątki z głęboką refleksją, przemyślanym drugim dnem i filozoficznym zacięciem. Metaforami powiązanymi z motywem sądu ostatecznego, winy za grzechy i piekłem trwania w świadomości dokonanych niegodziwości. Obrazu z przewrotną akcją, sporą dawką zaskoczeń i to nie takich standardowych oklepanych na zasadzie szołmeńskich twistów, tylko posiadających istotne uzasadnienie merytoryczne. Dzieła które także spotkało się z uznaniem krytyki, będącego jednak pod względem rozbudowania skryptu może jeszcze nie na poziomie wielkich Billboardów, ale wyraźnie już wtedy dającego do zrozumienia, gdzie zmierza brytyjski reżyser i jak wiele może już wkrótce osiągnąć, gdy własny styl odpowiednio oszlifuje i znajdzie temat, który szeroką publiczność mu zapewni. In Bruges pełen jest zalet, od świetnej dramaturgii zaczynając, a na znakomitej puencie kończąc. Poza tym aktorsko jest bosko, bo Colin Farrell, Brendan Gleeson i przede wszystkim Ralph Fiennes koncertowo swoje role odegrali, a same postaci im w tym znacząco pomogły, bo nie zostały na poziomie scenariusza napisane sztampowo. Podział na dobro i zło nie jest oczywisty i czarno-biały, a szarości mają bardzo wyraźny i różny charakter. Dialogi są niezwykle charakterystyczne i mocno śmierdzące brytyjską (Guy Ritchie) i amerykańską gangsterką (Quentin Tarantino) ale w dawkach do zniesienia, bez taniego efekciarstwa żerującego na dokonaniach powyżej wymienionych. In Bruges to kino zaskakujące, a dla widza który niewiele wie o stylu reżyserskim kierownika tego kinowego zamieszania i bardziej sugeruje się polskim tytułem niż "riserczową" wiedzą, to już będzie istny szok. :)

P.S. Czy jest dostępna oficjalna informacja kto wymyślił ten spolszczony tytuł i po cholerę pozwolił sobie tak odlecieć oraz kto ze strony dystrybutora zatwierdził ten kretynizm? Nazwiska proszę!

sobota, 1 września 2018

Alice in Chains - Rainier Fog (2018)




Zanim zabrałem się za spisywanie własnych refleksji w temacie najnowszego krążka Alicji, zdążyłem się przekonać iż opinie dotyczące kwestii, który album formacji z DuValle'm na pokładzie jest najlepszy są wyraźnie podzielone. Bez względu jednak na obsadzenie pozycji lidera w tej rywalizacji, dwie rzeczy są pewne i bezdyskusyjne. Mianowicie po pierwsze, że The Devil Put Dinosaurs Here to miejsce trzecie, oraz że która z płyt w rywalizacji pomiędzy Black Gives Way to Blue i Rainier Fog nie jest lepsza, to nie ma fana, który by nie stwierdził, że Alice in Chains nagrało znakomity album. Zarówno zawodowe dziennikarskie teksty, jak i słowa amatorów muzycznego dziennikarstwa są pełne satysfakcji z faktu, iż Alicja prawie dekadę temu powróciła do żywych w formie szanującej ogromnie dorobek z Layne'm, jak i budującej własną nową tożsamość z Williamem za mikrofonem. Gdzieś w międzyczasie na platformie społecznościowej fejsem zdrobniale nazywanej dałem do zrozumienia, iż DuVall jest skarbem dla Cantrella, bowiem to człowiek potrafiący pomiędzy skomplikowane frazy instrumentalne (patrz Giraffe Tongue Orchestra) jak i w muzykę mniej skupioną na łamaniu schematów, jakiej od kilku lat jest wierna ekipa Cantrella wszczepić warsztatowy profesjonalizm, genialny groove i interpretacyjną wokalną duszę. Byłbym jednak człowiekiem mijającym się z faktami gdybym nie zauważył, że efekt finalny znajdujący się na najnowszym longu tak samo zależy od świetnego frontmana jak i od kompozytorskiego geniuszu  osób odpowiedzialnych za kształt płyty. Wiem też, iż DuVall kiedy materiał był pisany nie przebywał na egzotycznych wakacjach, tylko z zaangażowaniem wspomagał instrumentalistów. Efekt satysfakcjonuje wszystkich i przynajmniej mnie zachwyca, bo numery w rodzaju Red Giant, Drone, Maybe, Deaf Ears Blind Eyes, So Far Under, Never Fade czy śmierdzący wpływem Gojiry otwieracz oraz genialny numer tytułowy, może nie z miejsca, lecz po kilku bardziej skupionych odsłuchach zasługują na określenie jako jednych z najlepszych utworów w historii Alicji ever. W tym miejscu przyznam się jednak, że nie od startu właśnie mój entuzjazm sięgał zenitu, bowiem Rainier Fog skonstruowany jest dość podstępnie, tak że dopiero po czasie wwierca się w podświadomość odpowiednio skutecznie. Poczytuje ten fakt jednak jako podstawową zaletę, że forma aranżacyjna stawia na efekt długofalowy, zamiast na chwilowe zauroczenie przebojową prostotą. Tym bardziej, iż krążek siadający słuchaczowi powoli zawiera także ogromny chwytliwy potencjał, który to nie uchodzi z niego zaledwie po kilku odtworzeniach. Kończąc powyższy wywód dodam, że Alice in Chains niby nie wymyślając się nowo stworzyło w ostatnich latach sound determinowany szlachetną przeszłością, a jednak wyraźnie odróżnialny od tego którym urzekali swego czasu na Facelift czy Dirt. Świat rockowy już na pewno nie wstrzyma oddechu w momencie przyjścia na świat Rainier Fog, tak jak miało to miejsce gdy Dirt na rynek muzyczny wkraczało, ale mimo to Cantrell z ekipą ma uzasadnione prawo do świętowania ogromnego sukcesu. Komercyjnego może, artystycznego na pewno!

piątek, 31 sierpnia 2018

Frantz (2016) - François Ozon




Niezwykle szlachetnie ta historia jest tkana i tajemnica z równą jej subtelnością odkrywana. Powoli do prawdy jesteśmy prowadzeni, lecz już od początku niemal domyśleć się można, co Frantza i Adriena połączyło i jaki wpływ na życie Anny pojawienie się tajemniczego francuskiego żołnierza będzie miało. Pokazuje obraz Françoisa Ozona ponadto w sugestywny sposób czym jest wojna w wymiarze jednostkowym, bez anonimowości z pełnią brzemienia cierpienia jakie na rodzinach i pojedynczych osobach odciska. Frantz to posiadające swój urok stare kino we współczesnym wydaniu, warsztatowo doskonałe, ale emocjonalnie zbyt patetyczne. Piękny melodramat dla bardziej ambitnych łzawych opowieści koneserów, którym żeby nie było nieporozumień, to akurat nie jestem. Znam nazwisko Ozona, lecz to pierwszy film tego uznanego reżysera, który mam przyjemność zobaczyć. Jeśli jego inne produkcje posiadają ten rodzaj subtelnej magii co Frantz, to mam ochotę je poznać, mimo że ten sposób egzaltowanej narracji nie należy do moich ulubionych.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Up in the Air / W chmurach (2009) - Jason Reitman




Nie zawsze „im wolniej płyniesz, tym szybciej umierasz”. Takie credo, taka z niego lekcja życia w formule coachingu precyzyjnie przygotowana - oczywiście celnie krytycznie wypunktowanego, z dystansem i poczuciem humoru. Korporacyjne szczurzyska wywalające z roboty inne korporacyjne szczurzyska, używając eufemizmów i technik psychologicznych, by zmanipulować, pisząc prawdę to oszukać tych, którzy ekonomicznie są już zbędni. Życie tych ekspertów od usuwania to wprowadzona z rozmachem idea tu i teraz, bez patrzenia dalej w przyszłość, bez odpowiedzialności i konsekwencji emocjonalnych relacji. Życie to może i wygodne, jednak na względnie krótką metę - pytanie zasadne czy ono zawsze będzie satysfakcjonować, a co kluczowe czy będzie zaspokajać wciąż ewoluujące potrzeby? Kapitalny to film, cholernie pouczający w tej swojej korpo formule z nowoczesnym podejściem do tematu i z tezami wprost że świata, gdzie kasa wyznacza zakres możliwości, a praca zniewala dobrowolnie lub pod przymusem. Rewelacyjny montaż, imponujące dialogi - takie błyskotliwe, takie szybkostrzelne przerzucanie się argumentacją, by podkreślić swą wyższość intelektualną w walce o pozycję w interakcjach. Ponadto też ciepły i mimo wszystko optymistyczny, ale czego innego mogłem się spodziewać, kiedy oczywiście wiedziałem, że to młody Reitman kierownikiem tego zamieszania. Oko na wszystko miał prawdziwy spec od wartościowej i przenikliwej obyczajówki. Po prostu raz jeszcze duże brawa dla tego z najlepszego rocznika wciąż jeszcze młodego Pana.

środa, 29 sierpnia 2018

Das Weisse Band - Eine deutsche Kindergeschichte / Biała wstążka (2009) - Michael Haneke




Biała wstążka na tapecie i duży, twardy orzech do zgryzienia, gdyż Michael Haneke nie zwykł prostego do interpretacji kina tworzyć i zawsze jak już jakąś koncepcje sobie w głowie ułoży, a później na filmową taśmę przerzuci, to w zasadzie bez kilku dodatkowych tropów lub podpowiedzi reżyserskich trudno ze stuprocentową pewnością analityczno-syntetyzujące wnioskowanie przeprowadzić. Ale to nie zarzut, tylko w moim przekonaniu komplement, bowiem w tym kinie jest zawsze coś tak pociągającego i mocno nurtującego, a prowadzeni przez Hanekego aktorzy dokonując warsztatowych cudów o zachwyt przyprawiają, że pomimo nieprawdopodobnie intelektualnego jego charakteru, to kino uwodzicielskie. Podpierając się zatem, jak na wstępie zaznaczyłem podpowiedziami napiszę, że Haneke z właściwą sobie błyskotliwością i przewrotnością, w klasycznej formie wizualnej, lecz już absolutnie nie idącej wydeptaną ścieżką formuły myślowej pokazał siłę z jaką rygorystyczne filozofie wychowania walcząc z naturalnymi potrzebami i instynktami oddają swą skumulowaną energię w postaci wszelakich odstęp od normy, a nawet patologii. Opowiadana z perspektywy czasu i z narracyjnego offu przez jednego z uczestników wydarzeń historia, mająca swoje miejsce w protestanckiej, pańszczyźnianej niemieckiej wiosce na początku XX wieku, dokładnie tuż przed wybuchem Pierwszej Wojny Światowej, jest wyszukaną i dobitną krytyką protestanckiej doktryny wychowawczej. Poprzez obnażanie zakłamanego świata dorosłych wpajającego w procesie wychowawczym skrajnie surowe nakazy i zakazy oraz tłumiące naturalne odruchy, za pośrednictwem metafory białej wstążki oznaczającej czystość i niewinność zdaje się odpowiadać też pośrednio na pytanie skąd w tym pokoleniu za trzydzieści lat tyle niegodziwości i frustracji wyrzuconej z impetem w postaci nazizmu. Kumulowana złość, zaduszenie emocji, wpojona potrzeba dominacji nad słabszymi, sztywny gorset nonsensownych konwenansów, pozbawienie indywidualności, do tego fałszywa pobożność i wreszcie kult siły i konsekwencji plus reperkusje politycznych wydarzeń w postaci biedy i upokorzenia na arenie międzynarodowej, doprowadziły do zbudowania mentalności w tym przypadku bezwzględnego terroru prawicowego. Posługując się z mistrzowską precyzją i sugestywnymi detalami, prowadząc podczas seansu swoistą kronikę wydarzeń, snuje Haneke płynną i spójną opowieść o przyczynach i zależnościach osadzonych i wynikających z uwarunkowań społecznych, kulturowych, mentalnych i osobowościowych - jak zwykł czynić nie podając niczego wprost na tacy i kończąc znakiem zapytania z licznymi domysłami.

P.S. Nie mam ambicji by przesłanie Białej wstążki niczym doktorant wydziału socjologicznego w obszernej dysertacji zanalizować. Doceniam szeroką i wnikliwą perspektywę spojrzenia Hanekego, dostrzegam w niej wartość naukową i z punktu widzenia filmu, jako sztuki dla jednostek wrażliwych także emocjonalną. Polecam odszukać i zapoznać się z pracami zgłębiającymi rozległą płaszczyznę naukową tego dzieła, ale i jednocześnie zalecam krytyczne spojrzenie na własną koncepcję wychowawczą, co ja akurat inspirowany Białą wstążką w dość ograniczonej formule, ale jednak także uczyniłem.

wtorek, 28 sierpnia 2018

The Rider / Jeździec (2017) - Chloé Zhao




Brady jest młodym cowboy’em, a dokładnie jest młody, a cowboy’em to był, bo co z niego za cowboy jak na swego ulubionego rączego wierzchowca wleźć nie może, bo mu inny jeszcze bardziej charakterny ogier na łeb nadepnął, gdy on chciał w swojej naiwności go ujeździć - popisując się oczywiście jaki z niego chojrak żadna tam ciota, przed innymi teksańskimi twardzielami. To tak pokrótce spróbowałem opisać czym jest rodeo jako popularny sport w tamtych stronach Ameryki oraz jakie kuku możesz sobie zrobić, jeśli zamiast rozumu masz nawbijaną do łba potrzebę udowadniania jaki z ciebie kozak. Na poważnie jednak to nie wiem, nie znam się, więc tej zabawy w prawdziwych mężczyzn nie chcę krytykować, bo nie mam prawa by osądzać pasję innych, szczególnie będąc inaczej kulturowo wychowany i z inną mentalnością w osobowość wszczepioną. Teraz bez tej pasji chłopak gaśnie jakby mu tlen odłączono, a do tego tuż obok jest ziomek sparaliżowany, który jak roślinka bez wody usycha, a taki obiecujący i tryskający pewnością jeszcze chwilę temu był. Smutne, przygnębiające, ale i poniekąd też żałosne, bo ryzyko było świadome, a opatrzność boska okazała się w tym przypadku tylko iluzją zamknięta w przesądach, czy religijnych zaklęciach. Jest jednak też tutaj drugie dno, inna strona relacji konia z jeźdźcem. Miłość do tych pięknych stworzeń, głęboka więź emocjonalna i poruszająca komunikacja z nimi. Piękna przyjaźń, życie dla pasji, poświęcenie i wreszcie jakby to górnolotnie nie zabrzmiało uczucie większe do zwierząt niż do ludzi. Świetny dramat Chloé Zhao nakręciła, doskonałe niezależne kino zrobiła, w którym prawda o obcej mi rzeczywistości każe z pokorą spoglądać i spostrzegać teksańskie, oparte o kult silnego charakteru realia. W to co widzi się na ekranie w to się wierzy bezwzględnie, zatem nie brak mu kluczowego waloru - wiem po kontakcie z tym obrazem więcej i mam przekonanie, że trzeba Chloé Zhao obserwować, bo rokuje babeczka znakomicie.

piątek, 24 sierpnia 2018

Life (2015) - Anton Corbijn (2015) - Anton Corbijn




Leniwe(a), to dobre słowa określające tempo i specyfikę opowiadania tej autentycznej historii, w której w głównych rolach aktor plus fotograf i ich nie tylko zawodowe pozy. Na tapecie początek krótkiej, ale intensywnej kariery Jamesa Deana oczami Antona Corbijna (Control, A Most Wanted Man). W jego spostrzeganiu fragment biografii ikony staje się liryczną przypowiastką o poszukiwaniu rzeczywistej duszy w człowieku stającym u progu sukcesu. Autentycznej natury postaci, która nawiasem mówiąc absolutnie nie jest przygotowana mentalnie do uniesienia całego ciężaru ze sławą związanego. Dennis i James spędzili ze sobą niewiele czasu, w tym te kluczowe kilka dni na rodzinnej farmie Deana w Indianie. Zdążyli się poznać i to od skrywanej strony, przez między innymi wzgląd na kulturowe i mentalne uwarunkowania miejsca i osobowości najbliższych członków rodziny Deana. Zawarli w pewnym sensie niepisaną umowę, która im obydwu w karierze pomogła i z perspektywy czasu stanowiła istotny impuls w jej rozkręceniu. W kultowych fotografiach Stocka na których uwiecznił nie tylko wizualnie przyciągającą uwagę postać aspirującą do roli idola ówczesnej młodzieży, ale w głównej mierze zdołał zawrzeć w nich prawdę o zagubionym dzieciaku, w którym traumy z dzieciństwa wyryły potworne bruzdy w sensie nadwrażliwości. Tutaj akurat widzę wadę filmu Corbijna, który w odbiorze całościowym jest doskonałym przykładem kina, w jakim głęboko między wierszami istota zostaje zawarta, a kapitalnie dobrana warstwa muzyczna genialnie ją ubarwia sugerując przymykanie oczu na te "drobne" niedoskonałości. Mianowicie uważam, że tak jak Dennis Stock dotarł do sedna osobowości Deana, tak mam wrażenie, że Anton Corbijn dał się nieco zwieść pozorom i niedostatecznie też zainspirował tego, od którego tak wiele tutaj zależało, do wspięcia się na wyżyny aktorskie. Niemniej jednak Life obejrzałem z ogromną przyjemnością, z równie dużym zainteresowaniem i bez większego oporu dałem się wciągnąć w zbudowany klimat, odczuwając po seansie rodzaj błogiego stanu wyciszenia - za co należą się brawa przede wszystkim doskonałemu kreatorowi sennej atmosfery (jakim Anton Corbijn), która w jego autorskiej formule paradoksalnie na pewno mnie nie usypia.

P.S. Powyżej wyraźnie problem zasugerowałem, lecz celowo uniknąłem jednoznaczności w postrzeganiu wartości warsztatowej kreacji Dane DeHaana, gdyż wcielając się w postać Deana dał widzowi tyle samo powodów do zadowolenia jak i do poczucia rozczarowania. Mierzi w niej pewne przerysowanie, ale i jednocześnie przyciąga trudno definiowalny urok. Niby jest w tej nonszalancji i manieryzmie oficjalny wizerunek Deana, ale czy jest w nim prawda o nim samym? Naprawdę trudno mi jednoznacznie zbudować opinię w tej kwestii, stąd te rozważania powędrowały na margines, być może do czasu aż nabiorę większej pewności, by jednoznacznie się wypowiedzieć.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Coco avant Chanel / Coco Chanel (2009) - Anne Fontaine




Audrey Tautou jako charyzmatyczna filigranowa babeczka wydaje się być w tym miejscu idealnie obsadzona, aby przekonująco według zamysłu reżyserki oddać charakter osobowości Gabrielle "Coco" Chanel. Kobiety tak samo subtelnej fizycznie jak mocarnej duchowo. Zbuntowanej, utalentowanej, czarującej, bystrej i pracowitej. Wykorzystującej wszelkie nadarzające się szanse i odpowiednie okoliczności, by chwytać los i sterować jego konsekwencjami. Ta doskonała obserwatorka, urodzona anarchistka z „wyrobionym niesmakiem”, wrażliwa i skutecznie ukrywająca tą wrażliwość, w dzieciństwie dotknięta samotnością w dorosłym życiu w towarzystwie doskonale się odnajdywała, przykuwając swoją osobą uwagę i urzekając osobowością. Zaczynając od roli podrzędnej szansonistki zawędrowała na salony mody, tak naprawdę wprowadzając do nich rewolucję także obyczajową. Stworzyła własne imperium i stała się synonimem szyku i niezależności. Widać wyraźnie, iż to film nakręcony przez kobietę, bo jak mniemam, tudzież domyślam się w swej może męskiej arogancji, doskonale odzwierciedlający istotę kobiecości. Potrzebę wyrwania się z samczej dominacji, z pętających autonomię konwenansów, pozostając sobą, naturalną i niezwykle kobiecą w subtelnej prostocie. Film bardzo klasyczny, ale dzięki tej przewidywalnej, czasem nawet nazbyt zachowawczej formule, też tak mocno widza uwodzący. Ponadto ze znaczącym minusem jak jego krytycy uwagę zwracają, bowiem obniżający swą wartość poznawczą, gdyż skrojony z banałów i pomijający sporo kontrowersji z jej życia. Ale to tylko opinia tych co wiedzą więcej i lepiej. ;)

niedziela, 19 sierpnia 2018

Alice in Chains - Dirt (1992)




Już za kilka dni nadejdzie trzecie uderzenie współczesnego oblicza Alice in Chains, zatem przygotowując się na to ważkie wydarzenie, nie tylko dwie ostatnie płyty nagrane z Williamem DuVallem intensywnie sobie przypominam, ale rzecz jasna z nieukrywaną przyjemnością sięgam częściej niż zwykle do dwóch startowych albumów amerykańskiej legendy. Po drodze uszy swe też dopieściłem zarówno trójką już znanych singli z oczekiwanej Rainier Fog, ale także kawałkiem jaki Cantrell przygotował na składankę/podkład pod komiksową serię o Batmanie. To na marginesie tego co poniżej napiszę, bez zagłębiania się w szczegóły - szczególnie projektu powiązanego z mrocznym superbohaterem. Słowa najważniejsze poświęcone zostaną albumowi, który w kategorii klasyka lat dziewięćdziesiątych już chyba niemal od premiery na dobre zaistniał i obok Superunknown Soundgarden, Ten Pearl Jam i oczywiście Nevermind Nirvany przeszedł błyskawicznie do legendy. Zasługuje na ten status bez odrobiny przesady, a walorów jakie ze sobą przynosi nie trzeba na siłę się doszukiwać, kiedy ceni się ogromnie ostatnią muzyczną rockową rewolucję ostatniego 30-lecia. Zapewne nie spotkam się z falą oburzenia i krytyki jeśli stwierdzę, że po grunge'u już żaden trend rockowy nie miał takiej siły i z takim impetem nie wbił się na ogólne listy przebojów, a to co było później jedynie poza szybkim zdobyciem popularności i równie szybkim zeżarciem własnego ogona przez nu metal, nie ma prawa być nazywane niczym więcej ponad ciekawe, czasem nawet pasjonujące, ale jednak tylko odgrzewanie kotletów przez młodych muzyków zapatrzonych w chlubną przeszłość. Nawet jeśli scena grunge'owa posiłkowała się rockowym dorobkiem przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, podrasowanym młodzieżowym buntem przypominającym punkową rewoltę, to jednak finalny efekt przemiału tego co już było miał posmak czegoś autorskiego, a już na pewno swojego, skutkującego ponadto powstaniem całkiem nowej subkultury. Spoglądając na listę numerów z Dirt, nie mam w tym kontekście żadnych wątpliwości, że kompozycje to osobiste i natchnione konkretną dziejową chwilą i inspirowane miejscem powstania. Jednak nie miałyby one takiego silnego i długotrwałego oddziaływania, gdyby pod warstwą młodzieńczej pasji nie krył się talent ich twórców. Pasja, bunt oraz energia ale i wrażliwości muzyczna jako katalizatory stworzenia płyty kompletnej, bez ani jednej emocjonalnie fałszywej nuty, nawet chwilowej mielizny. Trzymającej od startu w permanentnym napięciu, genialnie żonglującej punktami kulminacyjnymi do których prowadzą różnorodne aranżerskie ścieżki. Krążka przebogatego pod względem pomysłów, różnorodnego ale i zachowującego rdzeń muzyki Alicji, ponadto rezonującego wewnętrznymi przeżyciami dzięki kapitalnym zaangażowanym interpretacjom wokalnym nieodżałowanego Laney'a Staley'a. Od niemal histerycznego krzyku, przez zachrypnięte frazowanie, zeschizowane odloty, po emocjonalny szept, w towarzystwie chwytliwych i jednocześnie intrygujących rozwiązań melodyjnych oraz nawet humorystycznych nawiązań do legendy z Birmingham (Iron Gland) - aby nazbyt manierycznie nie było. :) W dwóch zdaniach (długim i krótki :)) na podsumowanie. Kiedy Dirt już powraca do odtwarzacza, a powraca z racji powyższych zalet często, to funduje nie tylko sentymentalny skok w okres szczenięcych fascynacji, ale i przynosi doświadczenia czysto muzyczne, które za każdym razem frapują czymś nowym, dotychczas nie wychwyconym, a co z racji znajomości albumu na pamięć nie jest rzeczą zwyczajną, a świadczącą niepodważalnie o jej geniuszu. Chylę czoła zawsze, od ponad dwóch dekad!

wtorek, 14 sierpnia 2018

The Man Who Killed Don Quixote / Człowiek, który zabił Don Kichota (2018) - Terry Gilliam




„Po wielu latach kręcenia i odkręcania” nadeszła wiekopomna chwila! W tym miejscu proszę sobie przekleić wszystkie te królujące w sieci medialne gadki, że to projekt pechowy, od lat przygotowywany, w końcu sfinalizowany, mający w założeniach i przez pryzmat oczekiwań stanowić opus magnum w długoletniej karierze Gilliama. Fakt to gadki promocyjne, bo nakręcające wokół filmu konieczną oprawę i ciekawość, tak samo jednak oddające prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, czym dla twórcy była walka z tymi wiatrakami. Walka zwycięska, którą bez cienia przesady określę wielkim triumfem. Triumfem inteligencji i błyskotliwości, ale przede wszystkim wyobraźni i pasji! Bowiem zebrać taką masę pomysłów, powiązać tak liczne inspiracje z klasyką i odnieść ją do współczesności, to nie lada wyczyn. Zbudować logiczną całość z pozornego chaosu, z porywającym finałem i erudycyjną klamrą w postaci przewrotnej puenty. Okiełznać pulsujące obfitością efekty własnej wyobraźni, pokazać jednocześnie całe jej bogactwo i nie popaść w szaleństwo pustego ideowo spektakularnego przepychu, tudzież niestrwanej przeintelektualizowanej fanfaronady. Dać widzowi widowiskową scenografię i pobudzający pokaz fajerwerków, nieprzesłaniając zarazem wartościowego dna. Opowiedzieć z rozmachem o fundamentalnych wartościach za pomocą wizualnej feerii intensywnych barw, zawartych w przepięknych lokacjach, z pieczołowitością przygotowanych kostiumach i muzyce doskonale oddającej gwałtowne i pełne namiętności emocje. Rozśmieszać do łez humorem sytuacyjnym, abstrakcyjnym podejściem do tematu wzbudzać podziw, jak i inspirować do refleksji przenikliwym spojrzeniem. Pobudzić w aktorach żywioł i wyciągnąć cała maestrię z ich warsztatowych umiejętności. Stworzyć współczesną surrealistyczną wariację wokół klasycznej powieści Cervantesa, przemycając do formuły sporo odniesień autobiograficznych, całe spektrum skojarzeń z własną twórczością, lecz przede wszystkim z analityczną precyzją i artystycznym polotem przypomnieć, czym tak naprawdę jest prawdziwa magia kina, które rozrywkę czyni nauką, a naukę rozrywką. Ze szczerościa donoszę, świadom odpowiedzialności za słowa i potencjalnego ostracyzmu jakiemu mogę zostać poddany, że olśniewające widowisko obejrzałem, niezwykłego spotkania z artystyczną wyobraźnią doświadczyłem oraz geniuszu wizjonera dotknąłem. Polecam by każdy kto pragnie kontaktu z absolutem w kinowej wersji i potrzebuje aby to smrodem codzienności duszące się dziecko w nim jeszcze żyjące ożywczego haustu powietrza nabrało, skieruje swe kroki ku pierwszej świątyni rozrywki by zaznać magii w najczystszej postaci. Terry Gilliam i błędny rycerz jakość gwarantują, a jak uważacie że nie gwarantują, to chociaż wspomożecie finansowo tych co chcą was z mrocznej krainy zombie wyrwać, mimo iż wy jesteście tak oporni i odporni. :)

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Stone Sour - Come What(ever) May (2006)




To nawet ja przyznam, wiecznie kręcący nosem malkontent, szukający z sadystyczną przyjemnością dziury w całym tym mainstreamowym amerykańskim rockowym graniu, że Stone Sour to w tej lidze ekipa, którą szanuję, powracam do krążków z ich logiem systematycznie (szczególnie podczas podróży autem) lecz nigdy nie wpuszczę jej do ekskluzywnego kręgu subiektywnych wyjątkowości. :) Bez zbędnego czczego gadania, nigdy nie byli i z ogromną pewnością w przyszłości też nie będą tworzyć dźwięków, które każą mi przyklęknąć, tudzież wpaść w euforyczne zauroczenie, bo i target ich inny od tego z którym mam zaszczyt się identyfikować. Nie ma to jednak znaczenia, nie mam pretensji, że grają swoje i nosa poza bezpieczny rock środka nie wychylą, a priorytety zawsze zawrą w triadzie ciężar-melodia-chwytliwość. Są w tym dobrzy, z każdą kolejną płytą sprawdzają się w roli bandu dla rockowo-metalowych fanów grania z kopem, ale bez przesadnej ekstremy, czy artystycznych ambicji i to jest ok. Ja akurat jak już wrzucam do odtwarzacza którąś z pozycji z dyskografii Stone Sour to właśnie najczęściej jest to Come What(ever) May. Album z idealnym balansem pomiędzy rockowym ciężarem, a rockową przebojowością. Cholernie równy, bez jakichkolwiek numerów które odstają poziomem od pozostałych. Z hiciorskim potencjałem, ale bez żenującej nachalnej prostoty czy przesłodzonej formy. Tak samo żywiołowy, jak i nostalgiczny - zarówno z kawałkami o typowo rockowej energii, jak i o balladowych proweniencjach. Wszystkie napisane z pomysłem, własnym osobnym charakterem, dobrze nakręcaną dramaturgią i radiowym potencjałem. Gdyby jeszcze wówczas w roku 2006-tym, nie mówiąc już o współczesności komercyjne stacje radiowe chciały do swojej muzycznej oferty pomiędzy trendy wcisnąć nieco żywej, organicznej muzyki to z pewnością kawałki z Come What(ever) May by się do tej ważkiej misji niesienia światła dla ślepców odpowiednio nadawały - bez obawy, nie przestraszyłby radiosłuchacza. Nie ma na to jednak większych szans, rock stadionowy/amerykański rock środka (jak zwał tak zwał) nie ma startu w starciu z tym co obecnie młodzież kręci. I to też jest poniekąd w porządku. ;) :)

czwartek, 9 sierpnia 2018

Seven Psychopaths / 7 psychopatów (2012) - Martin McDonagh




Dość opornie wchodziłem w ten klimat i już zakładałem, że w podsumowaniu napiszę, iż Siedmiu psychopatów, to nic szczególnego, ale i też żadne nieszczególne nic, kiedy tak od więcej niż połowy filmu zacząłem wkręcać się w tą pokręconą historię konsekwentnie, aż prawie po uszy wpadając w intrygującą narrację. Przyznaję iż Martin McDonagh sięgnął po ciekawy scenariusz, zarazem będący dość karkołomną próbą stworzenia kina za wszelką cenę oryginalnego. Zapewne wielu mądrzejszych ode mnie zauważyło w nim posiłkowanie się stylistyką Quentina Tarantino, bądź Guya Richie’go – równie wielu też zarzuci mu kombinowanie na siłę kosztem czytelnego przekazu. Jednak wyczuwając powyższe wpływy i tendencję do przesady, nie można odmówić mu posmaku czegoś wyjątkowo smakowitego, bo frapującego i z własnym autorskim sznytem. Bowiem z perspektywy ostatniego, jak najbardziej zasadnego sukcesu McDonagha za sprawą (szukam jednego i oddającego genialność produkcji przymiotnika…:)) FENOMENALNYCH Trzech billboardów za Ebbing Missouri, czuć już w Psychopatach ten ton narracyjny i zwłaszcza tą konstrukcję złożoną i cholernie inteligentnie zaaranżowaną historię, tylko w nieco innej, bo akurat groteskowej konwencji. Abstrakcyjny humor, czasem tak bezpośrednio podany, iż aż wulgarny, w filmie w którym miesza się wyobraźnia pisarza z prawdziwym życiem. Nawzajem się one inspirują w totalnym misz maszu, w fermencie permanentnym, z każdą kolejną sceną wyciskając z niego wartościowy sens i zazębiającą się całość z pozornego braku spójności. Fajny pomysł, kapitalna obsada i mimo dość dużego zagmatwania pokaźną ilością postaci i wątków, to narracyjnie przejrzyście na tyle, że nawet tak mało bystry, bo nie zawsze odpowiednio uważny widz jak ja daje radę wydarzenia z ekranu ogarnąć. Co jednak najbardziej dla mnie zaskakujące, to sam fakt, że takie nienaturalnie ześwirowane kino, gdzie sporo fanaberii reżyserskiej, masa absurdów i nonsensów oraz pierdyliard dialogowych popisów na zasadzie sztuki dla sztuki wkręciło mnie bardzo i odnalazłem w nim sens, składając z porozrzucanych klocków może i nawet właściwą puentę. :) Puentę, która zdaje się sprowadzać do za Gandhim cytatu jednej z postaci, iż „przez oko za oko, cały świat straciłby wzrok”. Niby banał, ale z jaką finezją opakowany. :)

środa, 8 sierpnia 2018

Yves Saint Laurent (2014) - Jalil Lespert




Pełna powaga, ani grama przesady, może jedynie ciut poniżej dostrzeżecie, gdy o tej (już nie jestem w stanie policzyć, której ostatnio) filmowej biografii napiszę. :) Historii jak twierdzą znawcy tematu jednego z niewielu prawdziwych artystów w świecie mody. Pochodzącego z szanowanej rodziny młodziana, wrażliwego i utalentowanego. Rzekłbym potocznie delikatesika takiego, potrzebującego permanentnej opieki, bo absolutnie nieprzygotowanego na mentalne sprostanie całej przez los dla niego zaprojektowanej sławie. Co rusz umierającego ze zgryzoty, ale i dzięki wsparciu bliskiej osoby potrafiącego momentami (tak jak wyjątek potwierdza regułę) przedzierżgnąć się w człowieka ambitnie walczącego o własne prawa. Zmieniał się Yves Saint Laurent ustawicznie, miotając się przez lata przestawał być sobą, wyrywając się wbrew własnej naturze z ograniczeń skromności i wstydu, stając co rusz w powodowanych słabościami kontrastach skrajności. Nie w pełni szczęśliwy, bo w kryzysach natchnienia bezradny wobec wymagań przede wszystkim własnych wobec siebie. Wyznaczył ISL nowe rewolucyjne trendy, przeniósł modę w zupełnie nowy wymiar, wraz z kolejnymi etapami kariery, konsumowania sukcesu i splendoru zyskał względną, bo zawodową i tylko na pozór pewność siebie. Miotał się niestety nader często i tak naprawdę jako wieczny dzieciak nie wiedząc czego do końca pragnie, popadał co rusz w melancholie nasyconą wątpliwościami. To w mej ocenie przepiękny film w formie hołdu dla małego księcia, który przez własną nadwrażliwość do końca szczęścia nie zaznał. Z genialną, przeuroczą muzyką Ibrahima Maaloufa, od której tutaj tak wiele zależy, bowiem ile ona czaru tej biografii dodaje i jak bardzo intensywnie porusza trudno mi bez użycie wzniosłych, zdobnych w przesadę słów pisać. Jest w filmie Lesperta elegancja i dobry gust - jakby wprost przeniesione z projektów ISL. Jest w nim ten/to filmowy/e "haute couture" (wysokie krwaiectwo) budzące zachwyt. Donoszę, że piękny film obejrzałem i podzielić się tym doświadczeniem na blogu, bez względu na orientację seksualną bohatera nie omieszkałem. :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

The Bleeder / Droga mistrza (2016) - Philippe Falardeau




Ta oparta na autentycznych wydarzeniach produkcja, nie ukrywam była dla mnie bardzo pozytywną niespodzianką, szczególnie w jej drugiej części, gdzie wątek powiązany z powstaniem słynnej serii o Rocky'm dominacje w fabule przejmuje i dla każdego, kto we wczesnym dzieciństwie za sprawą taśm VHS tą nagrodzoną Oscarem historię z wypiekami na twarzy poznawał, ma mocno sentymentalną wartość. Historii prostej, ale intensywnie chwytającej w swej konwencji za serducho i potężnie oddziaływującej szczególnie na młodocianą wyobraźnię. Jak się okazuje, a dokładnie jak autorzy scenariusza i reżyser dobitnie sugerują, a ja nie mam powodu by im niedowierzać, cały pomysł na bohatera odgrywanego przez Sylwestra Stallone pojawił się za sprawą inspiracji bokserem absolutnie nie z pierwszych stron gazet, który zbiegiem okoliczności swego czasu otrzymał szansę walki z samym wielkim Muhammadem Alim i jeśli nawet tego starcia nie wygrał, to został zapamiętany jako pięściarz o żelaznym zdrowiu, ogromnej wytrzymałości i sercu do walki. W pewnym sensie wyszedł więc z walki z Alim zwycięsko, bo wydarł dzięki niej dla siebie pięć minut mocno kontrowersyjnej sławy, której potencjału niestety nie przełożył na wymiar pieniężny, ani finalnie też go nie udźwignął. Spora chwilowa sława i mała na nią odporność oraz potrzeba odniesienia jakiegokolwiek sukcesu tak duża. Upojenie nim żałosne, a on przecież względny i zabójczy dla stabilizacji. Niestety „wino, kobiety i śpiew”, a życie osobiste w rozsypce. Tyle miał z tej kariery, która tutaj w wersji filmowej, mam nadzieję że nienaciąganym happy endem się zakończyła. Podsumowując, 15 rund z Alim, mit zbudowany na jednej walce - walce z super championem, starciu przegranym, ale po totalnej ringowej rzezi dokonanej na Chucku Wepnerze. Oddając mu prawdę to nie pierwszy i nie ostatni w tej branży szołmen, ale i twardziel nieprzeciętny, bo gdy po ryju dostawał, to krwią się zalewając ciosów poniżej pasa, odgryzania ucha czy innych debilnych pajacyków nie odpieprzał i absolutnie z ringu nie spierdalał. Stąd spora ma sympatia do gościa za sprawą hollywoodzkiej wersji jego życia oraz przez pryzmat kariery sportowej, lecz jednocześnie żal człowieka, który przez takie czy inne własne słabości nie wykorzystał szczególnie szansy jaką ogromny sukces filmów o Rockym mu przyniósł.

P.S. Dodam jeszcze już po pauzie, chociaż powinienem te kilka poniższych zdań od razu w tekst wtopić, że od strony formalnej to film po części wykorzystujący Scorsesową manierę i dzięki temperamentnej z polotem prowadzonej narracji, dokonujący tego niełatwego quasi plagiatu bardzo sprawnie i z wdziękiem. Szczególnie, że uzyskany klimat późnych amerykańskich lat siedemdziesiątych równie autentyczny, jak i wizualnie atrakcyjny, ze sporym udziałem archiwalnych zdjęć z okresu i bardzo dobrych stylizacji podpieranych finezyjną grą aktorską wszystkich pojawiających się nazwisk, bez różnicy.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Lucifer - II (2018)




Ich debiut (doskonale wiem dlaczego :)) przeoczyłem i o nowym, kolejnym projekcie, w który akurat tym razem poprzez „romansik” Nicke Andersson wkręcony, dopiero teraz przy okazji II usłyszałem. Nie wypadało jednakowoż by go zignorować, chociaż to gadanie o poznaniu Johanny i odnalezieniu tej właściwej partnerki życiowej trochę poprzez wydźwięk "harlequinowy" słabe. :) Złamałem się jednak pod presją ciekawości i obawy o to, że coś ważnego na retro scenie przegapię, zważywszy iż to co spod łap Nicke wychodzi, chociaż nie zawsze jest w swej stylistycznej formule oryginalne, to jednak zawsze poziom wysoki trzyma. Lucifer z perspektywy wyłącznie nowego krążka w moim odczuciu, to jak się okazuje tylko w miarę sprawna zabawa retro stylistyką spod znaku occult rocka, a nawet bardziej spopowiałego rock’n’rolla z blondwłosą niewiastą na wokalu. Cały anturaż z Lucifer powiązany jasno daje do zrozumienia, gdzie szukać sprężyny dla ich muzyki. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych oczywiście i całej pierwotnej scenie brytyjskiej, ze sporym udziałem również tej amerykańskiej, możnaby rzec od Blue Öyster Cult po stary Fletwood Mac. Jednak ze względu na fakt, iż ja w tych latach jeszcze tego świata nie zamieszkiwałem i obecnie też nie bardzo historię ówczesnej sceny tak szczegółowo z uwzględnieniem nazw drugo i trzecioligowych na wyrywki znam, to zwłaszcza posiadam skojarzenia z bieżącymi naśladowcami stylistyki sprzed lat. Czuć w tym graniu co z łatwością wytłumaczalne pewne schematy wykorzystywane przez Nicke niegdyś w The Hellacopters, a obecnie w Imperial State Electric. Lecz mimo wszystko przez wzgląd na obecność w składzie wokalistki, to moje myśli podczas kontaktu z Lucifer biegną w stronę na przykład krajanów Nicke z Blues Pills. Te skoczne patataje dodatkowo od razu też wzbudzają porównania z wyspiarzami z Gentlemans Pistols oraz jak się wsłuchać, a może bardziej odczucia zważyć, to ta brzmieniowa konwencja jest czymś w rodzaju co poniektórych wybiórczych dokonań Witchcraft - tylko powtarzam z kobitką za mikrofonem. Innymi słowy, jak słucham tej płyty to trudno powstrzymać się od wielu porównań i co gorsza wychodzą one niestety na niekorzyść Lucifer. Po pierwsze, lecz niedecydujące, to wszystko już było grane wielokrotnie, w różnych konstelacjach wpływów i inspiracji z większą lub mniejszą dozą własnej wizji. Po drugie tak naprawdę pośród tych dziewięciu kompozycji nie ma ani jednej, która by czymś szczególnym przykuła moją uwagę na dłużej niż kilka odsłuchów. Fakt, jest na ich drugim krążku rozrywkowo i miło dla uszu, jest na nim cholernie przebojowy numer Dreamer z fajną linią melodyczną, zwłaszcza we fragmencie refrenu. Ale reszta... hmmm no cóż, to tylko poprawne bez większej pasji odgrzewanie patentów złotej ery. Raczej rzemieślnicza robota, co dziwi kiedy patrzeć na fakt iż Nicke deklaruje ogromną miłość do tego rodzaju muzycznej formuły. Może fascynacja jedno, a możliwości kompozytorskie drugie? Może męska bezgraniczna miłość zakłóca krytyczny osąd względem brzmienia głosu partnerki, która się stara, ale w pewnych fragmentach zbytnio od rdzenia muzyki odjeżdżając powoduje niewielki, ale jednak słuchowy dyskomfort? Niemniej jednak absolutnie źle nie jest, z tym że jak konkurencja wokół spora to i więcej od nowych nazw na nasyconej retro scenie wymagam.

sobota, 4 sierpnia 2018

Isle of Dogs / Wyspa psów (2018) - Wes Anderson




Filmy fabularne i animacje Wesa Andersona zawsze są nasycone wizualnym przepychem oraz masą alegorycznych odniesień i niezwykle zasadnych pytań o charakterze społecznym. Polityka i ideologia ubrana w nich zostaje w pełną treści formułę narracyjną i imponującą przepychem feerię barw, a postaci są stworzone z precyzją według przemyślanego analitycznego modelu. Dialogi na długo zapadają w pamięć, częstokroć przechodząc do kanonu popkultury, a cierpkie i celne poczucie humoru ma rzecz jasna za zadanie nie tylko wywoływać salwy śmiechu, ale przede wszystkim podkreslić i docenić wartość intelektualnej żonglerki przenikliwym słowem (prawie jak u Woody Allena). :) W tych produkcjach znajdziemy sporo do wychwycenia intrygujących nawiązań do klasyki kina, ale i równie wiele własnej, wypracowanej już stylistycznej oryginalności. Jest w nich miejsce dla karykaturalnych przerysowań, dla potrzeb specyficznej gry z widzem kamuflujących błyskotliwe obserwacje oraz bystrego wnioskowania sugerującego i ostrzegającego. Wyrafinowana konstrukcja myślowa wyrażana jest za pomocą narracyjnej lawy i jednocześnie pozornych banałów, przekornie wykorzystując kontrasty w doskonałej kompozycji kojarzącej się ze skomplikowaną mozaiką, zbudowaną z rzemieślniczą pracowitością dbającą o warsztat plus jakość i artystyczną wyobraźnią dbającą o finezję plus detale. Całokształt po to by dostarczać znakomitej pożywki dla umysłu i wzroku, a wszystko to, co napisałem powyżej równie dobrze pasuje do tych tytułów z dorobku Andersona, które już zdążyłem poznać, jak i do samej Wyspy psów. :) Technicznie ponadto w tym konkretnym przypadku imponująco, przy pomocy rozbudowanej o liczne fajerwerki techniki poklatkowej, plastycznie nie tylko spektakularnie, ale i ze stylem i smakiem. Ja przynajmniej jestem pod ogromnym wrażeniem nie kryjąc podziwu dla faktu, iż z ożywionych lalek, korzystając ze współczesnych rozwiązań animacyjnych można aż tyle od strony mimicznej uzyskać. Dla mnie mimo że estetyka Wesa Andersona chwilami nieco zbyt mocno abstrakcyjna, przesytem napełniona po korek, to i tak prawdziwe mistrzostwo!

P.S. Jeżeli powyższym tekstem kogokolwiek rozczarowałem, bo akurat interpretacyjną stronę pieskiej historii o pieskim życiu w psim świecie pominąłem, to informuję, że z premedytacją przyjąłem taką pozbawioną kontekstu analitycznego formułę. Po pierwsze, gdyż możliwości snucia domysłów liczne, a przeto do spisania w krótkiej formie trudne i po drugie gdyż tekstów o charakterze rozbijającym Wyspę psów na atomy w sieci zatrzęsienie i po cholerę mam się w takich okolicznościach produkować powielając prawdopodobnie wątki w nich już na wszelkie sposoby przez filtr kontekstów i sugestii przepuszczone. A może nabrałem wody w usta, bo akurat nie bardzo rozkminiam co, jak, po co i dlaczego i wstyd się podpierać obcymi analizami, bo ktoś spostrzegawczy jeszcze odkryje i zarzuci mi, iż posunąłem się do quasi plagiatu, aby tylko w towarzystwie zabłysnąć. ;)

wtorek, 31 lipca 2018

Ghost - Opus Eponymous (2010)




Myślę że mało kto się spodziewał, iż Ghost zrobi tak oszałamiającą karierę i z głębokiego gatunkowego undergroundu tak błyskawicznie przebije się najpierw do przedsionka, a w chwilę później już do rockowego mainstreamu. Szczególnie iż image kontrowersyjny teoretycznie nie do końca pomaga w takich sytuacjach, lecz jak uczy życie i zaskakujące doświadczenia jakimi dość często sypie - kiedy do dobrze stargetowanej muzy dorzucisz jakąś tajemnicę, w tym przypadku personalną i zaciekawisz tym obliczem wielkich sceny, to droga na salony w praktyce, nie w teorii stoi otworem. :) Nie da się w drodze na "szczyty" jaką ekipa ghouli wraz z Papą Emeritusem wykonała, nie docenić odwagi stylistycznej, lecz jednocześnie także i dobrej prasy jaką jej członkowie Metallicy zapewnili. Kilka zbiegów okoliczności, niczym paradoksalnie dar z niebios rekomendacja, sporo charakteru i kompozycyjnego talentu, plus aura niedopowiedzeń i tym sposobem po czterech studyjnych długograjach Ghost jest w miejscu z którego już chyba wyżej wystrzelić nie jest w stanie, a jego notowania albo utrzymają się dzięki jakości na zdobytym poziomie, lub też po całkiem długich pięciu minutach będą lecieć może nie na łeb i szyję, ale jednak systematycznie w dół. Obydwa scenariusze zdają się równie prawdopodobne, a ja nie miałbym odwagi by na jeden z nich większego grosza postawić, bo i daleko mojej naturze do hazardowych posunięć i nie bardzo lubię z fusów poniekąd wróżyć. Ale do sedna, po tym osadzonym w szerszym kontekście domniemywań i analiz okoliczności wprowadzeniu. Z obowiązku powinienem przecież przy okazji nawet quasi recenzji napisać coś więcej o charakterze dźwięków proponowanych w tym przypadku na debiucie grupy. W zasadzie ta wtedy świeża stylistyka, to opierała się na wykorzystaniu klasycznych rozwiązań, które dostarczały takie tuzy lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jak Mercyful Fate i jego odłam wokalny, czyli sygnowany przez Kinga Diamonda projekt solowy, wsparty oczywiście znakomitymi nazwiskami. Nie ma wątpliwości w jakim rockowo metalowym gatunku fundamentalną inspirację Ghost odnalazł - z daleka czuć mroczny heavy metal i progresywnie psychodeliczną formułę opowiadania pełnych grozy historii, wspartą retro occultystycznym sznytem. Spisanych w hołdzie Diabłu i z diabelską powagą wykonanych, choć w konwencji gdzie bez dystansu  pozostałby jedynie odorek żenującego rechotu. Na pokaz minorowe miny, pełne majestatu i namaszczenia pozy, ceremonialny klimat z patosem w roli głównej, a pod tymi teatralnymi zagraniami autoironia, świadomy kicz i groteska w cholernie przerysowanej postaci. Aby jednak ponad setki podobnych dźwiękowych podmiotów muzycznych wypłynąć, postarali się członkowie tego ansamblu o intrygujący manewr dorzucając do mrocznego wywaru przebojowość, którą nie trudno skojarzyć z bardziej ambitnym popem święcącym swoje największe triumfy przed kilkoma dekadami, przechodząc za sprawą długowieczności z dzisiejszej perspektywy do klasyki muzyki rozrywkowej. W tym gęstym sosie wpływów i własnej koncepcji ich zaskakującego wykorzystania, jeszcze jedna kwestia zasługuje na zaznaczenie swej niekwestionowanej kluczowej roli. To subtelna brzmieniowo i podniosła wykonawczo wokalna maniera, której do tego momentu nikt nie odważył się użyć, w co by nie napisać mocnej muzie.  Historia Ghost trwa, muzycy systematycznie dopisują kolejne do niej rozdziały, zdając sobie z pewnością sprawę z faktu, że handicap startowy w postaci zaskoczenia i wyjątkowości już mocno zużyty i trzeba szukać na gwałt pomysłów na utrzymanie uwagi. Pytanie jest cholernie ciekawe - czy się im uda?

poniedziałek, 30 lipca 2018

Death Breath - Stinking Up the Night (2006)




Co jest ostatnio z tym gościem? :) Rzecz jasna mam Nicke Anderssona na myśli i fakt, iż jak tylko jakiś kolejny doskonały projekt rozkręci, to zaraz (patrz Death Breath) lub po kilku zaledwie krążkach (The Hellacopters) działania swoje w nich zarzuca na rzecz następnych pomysłów, które niewiele od tych porzuconych stylistycznie w zasadzie się nie różnią (The Hellacopters do Imperial State Electric, Lucifer). To tylko kropla w morzu tego, czego muzycznie dokonał - dwa przykłady które oczywiście nie oddają w pełni jego zasług i są jedynie na potrzeby tego tekstu przytoczonymi dowodami, z którymi mnie akurat bardzo po drodze. Żałuję ogromnie, że nie rzeźbi już tego archaicznego szwedzkiego death metalu, który z takim powodzeniem grał ponad ćwierć wieku temu (Nihilist, Entombed) i zaledwie jeszcze przed dekadą (właśnie Death Breath). A może ja wszystkiego nie wiem, gdzieś straciłem go zbytnio z oczu i nie posiadam bieżącej wiedzy? Tak czy inaczej longplay Death Breath powstał tylko jeden i to jest kurwa totalna w moim przekonaniu dla sceny strata. Wiem że w składzie prócz Nicke terminują/terminowały i inne mniej, czasem bardziej znane persony szeroko pojmowanego death metalu, ale to Nicke jest w tym układzie personalnym inicjatorem i szefem, zatem z nim wiążę ewentualne nadzieje na przyszłe granie i na niego zrzucam winy za obecne milczenie. Może nie powinienem liczyć na więcej i traktować ten nostalgiczny powrót do surowego napierdalania już od startu jako jednorazowy wyskok. Ale gdzieś ponad racją zdroworozsądkową siedziała we mnie wiara, od premiery suplementu do Stinking Up the Night w postaci mini Let In Stink z każdym kolejnym rokiem systematycznie umierająca. Dzisiaj ona nikła, lecz także niepozbawiona ostatecznego nie, przez wzgląd na energetyczne usposobienie Anderssona, który na dupsku usiedzieć nie potrafi i ciągle swoimi decyzjami ferment pobudza. W takim układzie może kiedyś, w nieznanej przyszłości usłyszę jeszcze wściekłe growle, rzężące wiosła i siarczyste bębnów kanonady w gęstym sosie oldschoolowego, śmierdzącego zatęchłą piwnicą brzmienia. Może Nicke zatęskni znów za muzyką kojarzącą się z klasycznymi krwistymi horrorami.

niedziela, 29 lipca 2018

The People vs. Larry Flynt / Skandalista Larry Flynt (1996) - Miloš Forman




Po raz nasty daje do zrozumienia, że mam bzika na punkcie wszelakich biografii postaci ze świata sztuki, szerzej spoglądając ogólnie rozrywki. Filmowa biografia to gatunek, który przyjmuje wbrew rozsądkowi niemal bezkrytycznie, jednocześnie wybaczając ich twórcą często nazbyt wiele, lecz z drugiej strony podążając pod rękę z logiką i doświadczeniem, oglądając mnóstwo tego rodzaju kinowego stuffu, mam też swoje wymagania, które potężnymi standardami są podyktowane. Taką więc wysoko postawioną poprzeczkę stawiam i bez koniecznej konsekwencji finalnie przymykam oczy, bo zwyczajnie słabość moja wobec gatunku większa i w tej walce serca z rozumem zwycięska. :) W przypadku jednak filmu nazwiskiem tak wybitnego reżysera sygnowanego nie muszę niczego wybaczać, bo i naturalnie czego czepiać się nie mam. Stawiam zatem w moim "maksymalnie subiektywnym" rankingu ocenę najwyższą i nie czuję, iż ona zawyżona, bo akurat podyktowana słabością. Bawiłem się podczas seansu wyśmienicie obserwując genialną role Woody Harrelsona, rozczytując fantastycznie choć bez większych fajerwerków skonstruowany scenariusz, przełożony wybornie ręką mistrza na filmowy obraz. Trochę się pośmiałem, odrobinę zadumałem i kilka mniej lub bardziej oczywistych refleksji wysnułem. Mam bowiem z perspektywy czasu, pewnie także ze względu na sentyment do lat kiedy odpowiednio świadomie kino zacząłem odkrywać wrażenie, iż te głośne, wielkie filmy z lat dziewięćdziesiątych, posiadają tą idealnie wyważoną strukturę, w której sama rozrywka w postaci atrakcyjnej zabawy, traktowana jest tak samo priorytetowo jako wartość intelektualna, duchowa i emocjonalna. Ten idealny balans, ta harmonia i równowaga, to też atut biografii Larry’ego Flynta, filmu który będąc w swej wymowie głębokim dramatem, nie popada dzięki rozrywkowemu wentylowi w pretensjonalny moralitet, skądinąd nie pochwalając również prezentowanego w tej historii totalnego życia na krawędzi. 

P.S. Sam Larry to jest jednak kozak nieprzeciętny, bo oto nic skurwiela nie złamało (kalectwo, dragi, szpital psychiatryczny) - typ bezkompromisowy, który w czasach erupcji telewizyjnej rozrywki spod znaku skrajności od nawiedzonego kaznodziejstwa, po erotyczne rozpasanie, wykorzystał ich pozorne zwarcie dzięki wyłuskaniu oczywistego wspólnego mianownika. Kasa jedną i drugą branżę z sukcesem napędzała, w kontekście show o charakterze religijnego, politycznego, czy jawnie hedonistycznego spektaklu dla mas. Walki o kasę pod przykrywką przekonań, wojny o miejsce przy pańskim stole i sławę - na całego z rozmachem. Taki sceniczni drapieżnik jak Larry doskonale czując tą branże czerpał z niej pasjami energię podkręcając nią zainteresowanie i zbijając na niej kokosy. Seks jest legalny, kręci i da się na nim zarobić, więc i wszystkie demagogiczne argumenty przeciw seks branży można sobie wsadzić… głęboko. Konserwatyści, puryści i inni prawi wznoszący okrzyki oburzenia, podnoszący histeryczne larum stoją z tego punktu widzenia na straconej pozycji. Ich krzyki nie pomogą, gdyż zazwyczaj przesiąknięte są tak często hipokryzją, którą jak się okazuje nie trudno obnażyć.

piątek, 27 lipca 2018

Jusqu'à la garde / Jeszcze nie koniec (2017) - Xavier Legrand




Jak widać w załączonym, będącym doskonałym zaangażowanym kinem obrazie, rozstanie, rozwód to nie koniec, a dopiero początek rodzinnych problemów. Mechaniczne działania sądu, rutyniarskiej machiny prawniczej, pozbawione aspektu czysto ludzkiego, skupione na paragrafach, kruczkach, dowodach i wszelkiej maści kuriozalnych oświadczeniach, które mają w teorii za zadanie ustalić kto z rodziców będzie bardziej odpowiedzialnym i sprawnym opiekunem, a w rzeczywistości sprowadzają się do przerzucania się argumentacją zrzucającą przemiennie na małżonków odium większego kłamcy, w tym dwuosobowym o charakterze frontu układzie. Obserwujemy bezwstydne akty słownych potyczek, zimnej wojny, której podjazdowe ataki kontrolowane są przez zdystansowanych adwokatów używających dopieszczonych sformułowań pełnych zawodowego żargonu. W tej gęstej atmosferze walki, odczuwając krzywdę wynikającą z braku możliwości wydania salomonowego wyroku nie jest łatwo rozpocząć nowe życie i odejść bez większych konfliktów, kiedy to przede wszystkim dzieci nadal łączą tych, którzy już ze sobą nie widzą szans na wspólne życie. Emocje rządzą, w nich uczucia sprzeczne, rodzicielskie instynkty, które rezonują i wylewają się niekontrolowanym intensywnym strumieniem, raniąc często na oślep. Dawne niezabliźnione, wciąż z frustracji i bezradności rozdrapywane rany zadają kolejny ból oddalając od zbudowania względnego konsensusu. Nie pomagają w tym cechy charakterologiczne, szczególnie władczy temperament i porywaczy charakter ojca, stającego jako typ dominujący przed murem bezsilności, zamieniającej bezradność najpierw w histerie, a w finale w furiacką agresję. Jaki to film, używając kilku oklepanych, lecz idealnie oddających jego specyfikę przymiotników odpowiem. Film poruszający, wstrząsający, prawdziwy i angażujący! Pozostawiający w zadumie i milczeniu dramat o wypalonym rodzinnym ognisku, prowadzący ścieżką niekontrolowanych aktów frustracji do przeszywającego grozą tragicznego finału. Doskonale zagrany, ze świetną rolą dzieciaka pozostającego w permanentny napięciu, chwilami wręcz w gigantycznym przerażeniu, które sugestywnie, z ogromnym autentyzmem dostrzegamy na jego twarzy.

czwartek, 26 lipca 2018

Niewinni czarodzieje (1960) - Andrzej Wajda




Czytam właśnie biografię Krzysztofa "Komedy" Trzcińskiego, stąd determinowany bieżącą fascynująca lekturą, po latach nieskutecznych podejść w końcu do pokaźnej już listy poznanych klasyków Niewinnych czarodziejów Andrzeja Wajdy dopisałem. Naturalnie dzięki imponującej pracy archiwizacyjnej Magdaleny Grzebałkowskiej dowiedziałem się, iż może nie bezpośrednio, ale jednak pomysł, a dokładnie postać kreowana przez Tadeusza Łomnickiego inspirowana była właśnie osobą Komedy. Nawet jeśli jak pisze Grzebałkowska Łomnicki nie grał Komedy, to próbował być jak on. Sugeruje to wygląd fizyczny (kolor włosów, sposób uczesania), dyspozycje psychiczne i osobowościowe Bazylego, wykonywany zawód, przede wszystkim zaś jazzowa pasja, jak i liczne atrybuty związane z przedmiotami, zarówno w tle jak i na pierwszym planie się pojawiające. Więcej, z tego co pamiętający okres przygotowań do produkcji dodają, Łomnicki w owym czasie zaprzyjaźnia się z Krzysztofem Komedą, odwiedza go w domu, obserwuje przy pracy, jasno i wyraźnie fascynuje się postacią młodego jazzmana. Nie da się zatem uciec od przekonania, iż nie bezpośrednio lecz poprzez liczne sugestie jest to film nie tylko o rodzącym się środowisku intelektualnym mocno powiązanym z jazzem, ale rzecz o jednym z czołowych jego animatorów. W doskonałej młodej i energetycznej obsadzie obok Tadeusza Łomnickiego pojawia wiele postaci powiązanych z szeroko rozumianą kulturą. W epizodycznych rolach Kalina Jędrusik, Jerzy Skolimowski, Roman Polański i będący już wówczas na najwyższym topie Zbigniew Cybulski. Lecz nie oni, choć znakomici oczywiście z racji ról dalszoplanowych w głównym stopniu nadają ton aktorskim popisom. Niewinni czarodzieje to koncert na dwoje - aktorkę i aktora. Przeuroczą w swej błyskotliwości i zadziorności Krystynę Stypułkowską, która myślę, że z dużą stratą dla polskiego kina nie związała swojej zawodowej przyszłości z X muzą i Tadeusza Łomnickiego, który dla odmiany dzięki filmowej kamerze i teatralnym deskom zdobył gigantyczną sławę i uznanie, zapisując się złotymi głoskami w historii polskiego kina. Chociaż technicznie, w sensie realizacyjnym sporo Niewinnym czarodziejom z perspektywy obecnych możliwości brakuje, to jednak nadrabiają tym co stało się we współczesnym kinie towarem deficytowym, czyli urzekającą naiwnością w tandemie z pasją najczystszą. Uroczy, poniekąd poetycki - zmysłowy, romantyczny i sentymentalny, wreszcie czarująco niewinny to obraz. Wyjątkowo klimatyczny i świadomy obraz nocnego życia stolicy oczami pierwszego powojennego inteligenckiego pokolenia. Jego zgrywy, podrywy i serca porywy. Inaczej pisząc dobra zabawa na miarę możliwości i okoliczności - z klasą i kulturą. :) W teatrze dwóch aktorów, w teatrze intelektualnych i emocjonalnych masek niebanalnie o miłości, w której ważniejsze niż fizyczne zbliżenie, jest zbliżenie duchowe i intelektualne. Z doskonałą muzyką autorstwa Krzysztofa Komedy i z imponującymi erudycją dialogami. Kino ubogie technicznie, ale co szczególnie wartościowsze przebogate duchowo.

środa, 25 lipca 2018

Youth In Oregon / Młodość w Oregonie (2016) - Joel David Moore




Kończy się nam czas, przychodzi w końcu starość, a z nią ostateczne choroby duszy i przede wszystkim ciała. Docieramy prędzej czy później do jeszcze niedawno tak odległej perspektywy ograniczeń oraz kresu - żegnania się z autonomią, potem z najbliższymi i doczesnością. W tle takiego naturalnie osobistego dramatu jest rodzina, czyli różne światy jej członków – ich własne drogi i zakręty, niekompatybilne problemy, gdzie dojrzałość w zwarciu z młodością produkuje masę nieporozumień. Wszelkich zaszłości, konsekwencji błędów i podejmowanych w emocjach decyzji, lecz mimo wszystko zawsze z miłością, troską i w szczególności obawą, choć w kamuflującej masce większej lub mniejszej obojętności. Smutna to jest w zasadzie opowieść, bo z bardzo poważnymi dylematami, ale dla równowagi także z poczuciem humoru oswajającym fakt, iż w pewnym momencie życia trzeba pogodzić się, że wszystko już za nami, a nic przed nami. Bardzo wartościowe kino, pozbawione na szczęście egzaltacji i o zgrozo moralizatorskiego nudziarstwa. Fachowo zagrane, ciepłe i przemawiające do świadomości, ale też i temat tak nie do końca w pełni wykorzystany, bo emocje są, lecz nie szarpią tak intensywnie jakby z racji problematyki mogły. Przynajmniej ja nie zżyłem się na tyle głęboko z narracją i postaciami, bo może zbyt wysokie miałem oczekiwania przez wzgląd na liczne produkcje, które w tym segmencie dramatu tą poprzeczkę bardzo wysoko postawiły. Mimo wszystko to było ważne doświadczenie, pozostawiające ślad i za sprawą ciekawego quasi twistu dość przewrotne w swej złożonej, jednak nie maksymalnie wykorzystanej istocie.

P.S. Na marginesie jeszcze dodam, że jak oglądałem to przez cały seans moje skojarzenia wędrowały ku dwóm produkcjom. W sensie ogólnym, przywołującym spontaniczne reminiscencje mam Nebraskę i Moje córki krowy na myśli. 

wtorek, 24 lipca 2018

Hymyilevä mies / Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (2016) - Juho Kuosmanen




Narracja jest klasyczna, odarta z wszelkich udziwnień i potrzebą sprzedania rozrywki kierowanych uatrakcyjnień. Surowa, sprowadzona do intrygującego sedna, absolutnie nie prostacka, w duchu sentymentalnej czarno-białej formy wizualnej, a sam tytuł (przetłumaczony zamiast z oryginału, to z wersji angielskiej) z perspektywy finału ironiczny. Kapitalne role absorbują uwagę, bardzo przekonujące swoją naturalnością i szczerością, a sama akcja oparta na autentycznych wydarzeniach, osadzona na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Finlandii dokąd dociera wielki, finansowo z półświatkiem mafijnym powiązany boks zawodowy, opiera się bardziej na niuansach niż łopatologii zbyt czesto w kinie stosowanej. Ameryka tutaj pokrótce zajeżdża do egzotycznej Skandynawii i tam z udziałem miejscowego championa walkę o pas mistrzowski aranżuje. Historia to na przygotowaniach do sportowego starcia skupiona, lecz w niej nie sam trening kolejnego Rocky’ego kluczową rolę odgrywa. W niej osobiste życie uczuciowe bohatera i cała medialna otoczka z historycznym jak na owe czasy wydarzeniem powiązana jest na froncie - innymi słowy cały inscenizowany teatrzyk na potrzeby promocyjnej machiny. Olli Mäki to "uśmiechnięty mężczyzna" z głębokiej prowincji, skromny, prostolinijny i uczciwy, nieco zagubiony i mocno zawstydzony, ale i wierny własnym przekonaniom i zasadom, jakby impregnowany na cały cyrk wokół walki generowany. W skrócie, bez lania wody porządne kameralne europejskie kino, jednocześnie po części czerpiące z amerykańskiej tradycji, lecz oferujące przewrotnie prócz samej w tym przypadku anty hollywoodzkiej historii z nieoczekiwanym budującym happy endem, przede wszystkim psychologiczną głębię i ciekawą perspektywę spojrzenia na człowieka w obliczu presji wysokich oczekiwań.

P.S. Czy ten Olli Mäki, to w Finlandii była postać pokroju naszego Jurka Kuleja? Skojarzenie się pojawia, bo czasy jak się zdaje porównywalne i podobieństwo fizyczne znaczne, jednak osiągnięcia sportowe zapewne nie tego samego kalibru, także nieporównywalne przez wzgląd na żelazną kurtynę i ograniczenia z nią powiązane. Jak ktoś szerszą wiedzę posiada, liczę na zwięzły wykład. 

poniedziałek, 9 lipca 2018

Orange Goblin - The Wolf Bites Back (2018)




Orange Goblin wyrwali się jakiś czas temu z marazmu - oni w pewnym momencie kariery z ogólnego zniechęcenie się otrząsnęli i od kilku lat (od trzech płyt dokładnie) wydają swoje albumy bez większych przeszkód, już względnie systematycznie. A Eulogy for the Damned, Back from the Abyss i właśnie najnowszy The Wolf Bites Back, to pisząc oględnie seryjne nagrywanie materiałów, które ponad bardzo dobry poziom nie schodzą, ale też nie wzbudzają już większych emocji jak ongiś bywało. Nie klękam przed ich wielkością, bo tego majestatu nie dostrzegam, jednak cenię i lubię od czasu do czasu powrócić do tych dwóch, w pierwszej kolejności wyżej wymienionych tytułów. Tak w przypadku najświeższej produkcji, po dziewiczym odsłuchu kilku startowych numerów, przyznaję że kolana nieco mi się pod wrażeniem ich jakości ugięły. Nagrali zahartowani w scenicznych bojach muzycy album, który pewnie określiłbym parafrazując znane powiedzenie beczką miodu, gdyby do tej beczki nie odrzucili niestety łyżki dziegciu. Zamykająca krążek kompozycja, zatytułowana Zeitgeist, to tak fatalnie zaaranżowany wokalnie potworek, że byłem w stanie przesłuchać go może ze trzy razy i to jedynie tylko po to te dwa ostatnie odtworzenia były, by przekonać się że to nie jest senny koszmar, tylko druzgocząca rzeczywistość. Ktoś powie, że kpię sobie na siłę szukając atrakcyjności dla tekstu, ale jak mi świadkiem ogólna sympatia dla hartu ducha ekipy Bena Warda, a już najbardziej fanatyczne oddanie Healing Through Fire, tak nie potrafię przejść obojętnie obok tej pokraki. Ten powracający ustawicznie, z pamięci odtwarzany głos psuje odbiór reszty kawałków, które absolutnie nie zasługują na jego wątpliwe jakościowo towarzystwo. Niby wszystko w nich się zgadza, niby dopingują do podkręcenia potencjometru, niby rozgrzewają głośniki i dyńkę do rytmicznego potrząsania pobudzają, ale gdzieś w tle wciąż pobrzmiewa mi ten irytująco wysilony głos Warda cedzącego wersy z Zeitgeist. Pytanie kontrolne się ciśnie na usta, czy też tak macie? Czy ja zbytnio nie dramatyzuje, czy ja może nie wariuje? ;)

czwartek, 5 lipca 2018

Pomiędzy słowami (2017) - Urszula Antoniak




Jakbym znacznie więcej w młodości czytał, więcej oglądał i bardziej otwarty na impulsy i doświadczenia socjologiczne bywał - innymi słowy gdybym szerzej miewał oczy otwarte, to bym z pewnością dostrzegł masę nie tylko kulturowych kontekstów, którymi Urszula Antoniak przestrzeń filmową w tym przypadku wypełnia. Niestety co naturalne, jak człowiek dojrzewający, to mimo iż jak gąbka chłonny, to często mało świadomy treści przyswajanych odpowiednio nie filtrujący, więc z własnego zaniedbania (czasami po latach odczuwam ich konsekwencje) i przez to braku większego pola skojarzeń porzucę próbę wysoce intelektualnej analizy. ;) Przyznaję, że z kilkoma tekstami w temacie Pomiędzy słowami się zapoznałem i czuję się odrobinę zawstydzony, że sam nie dostrzegłem kilku tropów i przez to w interpretacji nieco błądziłem. Bogatszy o podpowiedzi nie będę jednak podpierał się nimi aby wrażenie zrobić i używając asekuracyjnie ogólników, tylko zauważę iż aktorsko jest tutaj znakomicie i wizualnie równie przekonująco. Treść mimo iż nieprzeładowana słowem dostarcza zarówno wrażeń emocjonalnych jak i pobudza do złożonej refleksji. Ta wiwisekcja polskości przez pryzmat samotności oraz relacji ojcowsko-synowskich dokonana i interesująco w emigranckich realiach osadzona jest z jednej strony niczym romantyczny sen, z drugiej jak koszmar na jawie. W symbolicznym, zmysłowym, wydatnie artystycznym ukazaniu pełnej dysonansów polskiej mentalności reżyserka sugerując niewiele, mówi wystarczająco dużo. Tyle!

P.S. Zasadniczo tyle.  Podobny pomysł widziałem stosunkowo niedawno także w zachodnioeuropejskim wydaniu. Toni Erdmann mam na myśli i w skrócie tą konfrontację młodzieńczej kariery dla pieniądza, z dojrzałym bo bogatym w doświadczenie dystansem do życia. Treść niby podobna, ale forma zupełnie inna i kulturowo-historyczny kontekst o znaczeniu dużo istotniejszym. Wizja Antoniak formalnie oszczędna, ale i wyraźniej wysublimowana, zwyczajnie u niej akcenty rozłożone zupełnie inaczej zostały.

wtorek, 3 lipca 2018

Fantastic Negrito - Please Don’t Be Dead (2018)




Nie pierwszy, zakładam że nie ostatni to przypadek, kiedy odpowiedni algorytm w wyszukiwarce najpopularniejszego serwisu z krótką rozrywką wizualno-dźwiękową podrzuca mi do sprawdzenia artystę, który w założeniu przykuje moją uwagę, zaspokoi moje potrzeby i może na dłużej zamieszka w mojej świadomości. Człowiek występujący pod brawurowym pseudonimem Fantastic Negrito, to jak się okazuje żaden młodzieniaszek, tylko dojrzały (może nieco już zaawansowany wiekowo) wokalista za którym zapewne stoi całkiem spora artystyczna historia, lub też co byłoby zaskoczeniem przez pryzmat pięćdziesięciu latek jakie na jego karku, jej brak. Nie zagłębiłem się w temat, więc nie będę tematu w tym miejscu rozwijał - pewnie kiedyś sprawdzę, gdy tylko tysiące obowiązków, spraw na zaraz da mi odrobinę oddechu. ;) To co wiem to fakt, iż gość jest przekozak, nie tylko przyjmując taki, a nie inny sceniczny pseudonim, ale przede wszystkim ze względu na to co i jak śpiewa i ile w tym śpiewaniu ikry. Nie będąc w żadnym wypadku muzycznie oryginalny, akurat na współczesnej scenie może być spostrzegany jako zjawisko dość niepowszednie. To za sprawą wpływów i inspiracji jakie wykorzystuje, a które trudno dzisiaj (choć retro trend ma swoich zwolenników) uznać za siłę w mainstreamie decydującą. Niby blues ma w jego kompozycjach swoje fundamentalne znaczenie, ale z pewnością nie w tym surowym tradycyjnym znaczeniu, bo cała gama różnorodnych mniejszych czy większych naleciałości jest wychwytywana w każdej z jedenastu kompozycji. Począwszy od drapieżnego startu, w którym pobrzmiewają hard rockowe echa, poprzez numery które całymi garściami czerpią z dorobku wielkiego Jamesa Browna (soul, funk itd.), Carlosa Santany (kilka solówek), nawet hybrydy Radiohead z The Beatles (Dark Windows), po motywy bardzo egzotyczne, bo sięgających po folkowe natchnienia. Mając tak szerokie horyzonty i dysponując znakomitym "czarnym" głosem - wykorzystując z powodzeniem dostępne środki muzycznej produkcji, swój niewątpliwy talent kompozytorski i doskonały naturalny rytmiczny flow, Xavier Amin Dphrepaulezz stworzył album, który docenią nie tylko koneserzy powyżej wymienionych gatunków, ale także wszyscy ceniący w dźwiękach swobodę i szczerość. Zaprawdę powiadam wam, że przekozak z tego kozaka. :)

Drukuj