sobota, 19 lutego 2022

The Quill - Hooray! It's a Death Trip (2003)

 


Na The Quill ponownie apetytu nabrałem, gdy przypadkowo ostatnio wyczaiłem powrót do formacji Magnusa Ekwalla, pierwszego i właściwego głosu szwedzkiej ekipy - dzisiaj już zdecydowanie weteranów dalekiej od mainstreamowej sceny. Nadmienię, iż goście zaczynali w połowie lat dziewięćdziesiątych, ale to dopiero Voodo Caravan, czyli album któryś już z rzędu przyniósł im jakąś tam względną rozpoznawalność. To pewnie kwestia trafienia na stajnie z większymi możliwościami promocyjnymi, ale i świetna muzyka na wspomnianym albumie nagrana spowodowała, iż skandynawscy rockersi trafili do mnie i z miejsca mnie do siebie przekonali. Tylko że jak Voodoo Caravan zasysałem bez żadnych uwag, tak kolejny krążek, a mam tu na myśli właśnie Hooray! It's a Death Trip gdzieś moje emocje ostudził i z kapeli w której pokładałem nadzieje podobne jak ówcześnie w Spiritual Beggars, stała się ona ekipą dla mnie ważną, lecz o statusie tracącym na wartości. Jedyne co wtedy i teraz nie wzbudza mojego ale, to fajna oprawa graficzna - poza tym ale mam. :) Żeby jasno się wyrazić, Hooray! It's a Death Trip fajnymi numerami jest wypełniona, tylko że to poprawne granie, które emocjami pod korek nie nabite i tych emocji ze mnie nie wyciskające. Jest tu taki nieźle bujający Handful of  Flies, są najlepsze na płycie American Powder i Man Posed, niestety reszta to tylko wyższe stany średnie, a tzw. vibe w nich dla pozyskania bezgranicznej sympatii konieczny, to nic szczególnego. Tym razem ta fuzja woodstockowego rocka z grunge'm bez dźwiękowej erupcji, a wulkan w którym może i wrze, tylko mruczy i bez większego efektu dymi. Może dlatego w dalszej perspektywie nie przejąłem się wielce, gdy po kolejnej studyjnej produkcji zespół zniknął. Odrodził się po raz pierwszy po zmianie wokalisty i nie było to odrodzenie imponujące. Po raz drugi odradza się teraz wraz z powrotem Ekwalla za sprawą Erthrise i to jest akurat powrót na poziomie Voodo Caravan. Co będzie dalej, cholera wie. Goście mają już bowiem długie i mocno przyprószone siwizną pióra i na stówę inne priorytety, niż podbijanie muzycznego świata. Nie ten czas, nie ten wiek. Ale fajnie że im się wycierać deski klubików jeszcze chce. Dlatego warto o nich wspomnieć. 

piątek, 18 lutego 2022

Wszystkie nasze strachy (2021) - Łukasz Ronduda, Łukasz Gutt

 

Nie pozwólmy sobie wmówić, że tzw. poglądy pakietowe, to chleb powszedni Polaków. To oczywiście prawda ale zaledwie po części, bowiem pomimo budowania takiego wrażenia przez mediów spektrum całe, tylko ewidentnie mniejszość rodaków samodzielne myślenie boli i unikając tortury idą oni na łatwiznę. Taka refleksja po seansie się we mnie zrodziła i zastanawiam się czy akurat podświadomie, a może z premedytacją twórcy Wszystkich naszych strachów uciekli się do tego podważającego stereotypy zabiegu, czyniąc swoich bohaterów, a dokładnie znajdując ich w otaczającej przestrzeni jako przykłady zaprzeczające tej niestety ekstremalnie wbitej w nasze spostrzeganie społeczności prowincjonalnych teorii. Gej katolik to można rzec wręcz bluźnierstwo, a w rzeczywistości sytuacja typowa w kraju dumnie określającym się z wiarą wręcz zszytym. Gdyby odpowiednio wnikliwie wgryzać się w ten zaprzeczający oczywistościom sposób rozumowania, wnioski dla powszechnego myślenia będą druzgocące. Wieś dziś to żadna zabita dechami wiocha, a że ostatni bastion zacofania w nadmiernie uznawanej za opiniotwórczą kościółkowej odsłonie wciąż silny, to nie znaczy że wioskowe ludki to masowo pozbawione własnego rozumku zombiaczki. Świat się zmienia, a że wciąż na oścież otwarte mamy okna na te przemiany, to ciężko już dusić się we własnym sosie. Często też wbrew wielkomiejskiej (nowoczesnej, oświeconej i cholera potwornie wyniosłej) szkole deprecjonowania inteligencji chłopskiej, "mądrości ludowe" tak silnie przywiązane do tradycji, to tak naprawdę zdrowo na otaczającą rzeczywistość spoglądające i odrzucające nietrwałe, systematycznie zmieniające się i podlegające zwyczajnie trendom oraz balastom ideologicznym idee. Równie dobrze jednak mógłbym napisać wręcz odwrotnie i myślę, że też miałoby to sens i daleko od prawdy takie szablonowe wyrokowanie by nie lądowało. Bowiem nic już nie jest jasne i oczywiste, proste i jednoznaczne. Wszystko jednak co człowiek drugiemu człowiekowi w swoim zacietrzewieniu czyni, może krzywdzić i cierpienia o rozmiarach niezrozumiałych dla okopanego w swojej "świętej" racji inaczej kochającym dostarczać. Ludzie notorycznie nawzajem się krzywdzą i ci sami ludzie zdolni są do szlachetnych czynów, pokrzepiających serca. Wsparcie i odrzucenie nierzadko w relacjach ze sobą bezpośrednio sąsiadują, a prawdopodobieństwo ich wystąpienia zależy przeważnie tylko od impulsu z zasady wzajemności płynącego. Dlatego mimo że film Łukasza Ronduda i Łukasza Gutta, to surowa forma i dość już irytująco opatrzony Ogrodnik, historia i jej sens mocno poruszająca, jak i gniew niezgody prowokująca. Obraz kanalizujący rozpacz i tą rozpacz przekuwający na dobro, niczym ziarno na potencjalnie żyznej glebie zasiane. Religijne wartości i ich archetypiczne znaczenie, często i gęsto (wkurw się rodzi!) przez polityków dla własnych podłych celów zagospodarowywane. Miłość bliźniego teoretycznie tak, ale praktycznie przede wszystkim miłość do siebie samego, po trupach anonimowych ofiar mowy nienawiści. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się, iż ubiegłoroczny zdobywca Złotych Lwów wywoła we mnie tak gigantyczny wstrząs emocjonalny. Obudzi, a wręcz niczym wyjąca z remizy syrena refleksję głęboką wymusi - mimo iż jego filmowa forma cicha. Dotknie mnie nie bezpośrednio, ale też ekstremalnie na poziomie elementarnej ludzkiej wrażliwości, która to wrażliwość reaguje na cierpienie i tragedie, które przecież tylko przy odrobinie dobrej woli i empatii są tak łatwe do uniknięcia. Tożsamość seksualna i dojrzałość osobowościowa - pięknie ten problem jest tutaj podniesiony i zinterpretowany, a ja przy okazji nie mam oporów by przyznać, iż pomimo braku we mnie religijnej wiary, to ta rozmowa Daniela z kapłanem odpowiadała moim osobistym wątpliwościom. Tylko prawda nas wyzwoli, a prawda jest taka że nie pozwolimy zabić w sobie dobra, póki w taki sposób docierać będziemy do ludzkich sumień. Dając odpór wszystkim naszym strachom!

P.S. Nie mam pewności czy te moje wywody trzymają się kupy i mają większy sens, niż tylko jako pobudzone emocjami reakcje na ból chaotyczne słowa.

czwartek, 17 lutego 2022

Gagarine (2020) - Fanny Liatard, Jeremy Trouilh

 

Historia obrazkowa, historia i obrazki, a z nich utkana opowieść przemyślana i spójna. Opowieść ze społecznym kontekstem, wrażliwym zamysłem i artystycznym sznytem. Kino ambitne, kino mądre, kino z przesłaniem i wizualnym urokiem. W nim niziny społeczne, emigracyjna bieda mieszkająca na osiedlu symbolu, powstałym na cześć pierwszego człowieka w kosmosie i jego nazwiskiem ochrzczonego. Tutaj życie niedorostków się toczy i jest w nim zarazem prostota codziennych rytuałów zaspokajających podstawowe potrzeby, jak i romantyczna wręcz myśl ratowania wspomnianego symbolu. Utopijny pomysł próby ocalenia jednego z blokowiskowych betonowych klocków jaki pojawia się w głowie jednego ze smarkaczy, zmienia się w desperackie przetrwanie w warunkach niesprzyjających wręcz ekstremalnie. Młody Youri jest pionierem, tak jak ten legendarny Jurij. Ten drugi był symbolem, ten pierwszy symbolem tutaj zostaje. Patrzeć w gwiazdy, sięgać gwiazd to też przeobrażać swoje najbliższe otoczenie i środowisko. Zmieniać na lepsze, indywidualnie lub ze wsparciem grupy, choć to wszystko skomplikowane, bo ludzie rożni, często uczą się być niezaradni, staja się uzależnieni od pomocy. Ale nie o tym jest debiutancki pełnometrażowy film tandemu Fanny Liatard, Jeremy Trouilh. On po kilkudziesięciu minutach jest zaskakująco o czymś innym i to o czym jest i jaki jest, to naprawdę petarda. Młodzieńczy romans, oniryczna fantazja, tudzież zaangażowany społecznie, wzruszający reportaż, który z gracją przeobraża się właśnie w to pierwsze i drugie. Dlatego mnie zahipnotyzował i bardzo głęboko na finał poruszył.

P.S. Mnie ta opowieść wkręciła, momentami zahipnotyzowała a na pewno oczarowała. Ktoś powie że to lewacka propaganda pro-emigracyjna, dla mnie wyraz zwykłej ludzkiej wrażliwości, którą agresywny kapitalizm i powiązane z nim totalnie niesprawiedliwe podziały społeczne systematycznie skutecznie mordują. Tak, tak, każdy ma równe szanse, a tu w oku jedzie mi k***a czołg.

środa, 16 lutego 2022

Les Misérables / Nędznicy (2019) - Ladj Ly

 


Francja, co nie jest żadnym przecież odkrywczym stwierdzeniem ma wiele twarzy, a to jedna z nich. Ta z której europejska potęga nie jest dumna i na którą imperialistyczną przeszłością (można tak stwierdzić?) sobie zapracowała. Postkolonialna czkawka wszelkim bajzlem jaki w rejonach które przez lata eksploatowali spowodowana. Emigracja to żaden przypadek, ona konsekwencją nie tylko sytuacji wewnętrznej w krajach afrykańskich czy bliskowschodnich, ale rzecz jasna w równym stopniu polityki zachodu wobec rejonów niespokojnych przez skrajną biedę lub równie skrajny religijny fundamentalizm. Ale stop pieprzeniu farmazonów o genezie, bowiem Nędznicy to film nie o przyczynach, ale o stanie współczesnym czyli (uwaga!) konsekwencjach. Są takie dzielnice gdzie toczy się wojna pomiędzy "plemionami" o wpływy, o kasę z handlu narkotykami i czerpania korzyści z nierządu. Film Ladj Ly, to coś w rodzaju paradokumentu mocno fabularyzowanego, w którym ekipa gliniarzy pracująca w takich wrzących okolicach prowadzi codzienne działania i styka się z rożnymi przejawami patologii. Są tu za sprawą wnikliwego zmysłu obserwacyjnego twórców ciekawie wyeksponowane różnice kulturowe i nawet filozofie życia, ale jest też przemoc i brutalne rozliczenia, jak i po prostu kluczowy słaby start dla gówniarzy. Brak perspektyw i przyszłości, a jedyna szansa na przetrwanie to dostosowanie do brutalnych zasad i wymuszające poszanowanie bezkompromisowe zachowania. To jednak tylko preludium do zdecydowanie bardziej gęstej akcji i reperkusji metod które napięcie i presja prowokuje. Daje więc laureat canneńskiej Złotej Palmy z 2019 roku nie tylko zastrzyk adrenaliny i lekcję dla rozwydrzonych smarkaczy, ale także prowokuje do przemyślenia sytuacji, szerszej analizy problemu i wyciągania wniosków gdzie gorączkowa akcja-reakcja, a wcześniej polityka budowania gett może zaprowadzić. Kapitalna jest też prawie na koniec wrzucona klamra z gliniarzem pochodzącym z tego z pozoru tylko wyłącznie bagna, także z przywódcami lokalnymi którzy oprócz twarzy dla zdobycia poszanowania mają też skrzętnie maskowane oblicza zwykłych słabych, często wrażliwych ludzi, niczym od nas nawzajem się nie różniących. I to jest bardzo w porządku, kiedy film odkrywa wiele ludzkich twarzy, nawet jeśli nie kończy się wycacanym happy endem. Mocny obraz o odpowiedzialności spuentowany nie bez kozery wszystko o współczesnych "nędznikach" mówiącym cytatem z klasycznej powieści Viktora Hugo. Wart nagród i tym bardziej szerokiej uwagi europejskiego widza.

wtorek, 15 lutego 2022

Lokatorka (2021) - Michał Otłowski

 

Pierwszy mankament filmu Otłowskiego, to problem techniczny, powiązany z cięciem kosztów - który widać i nie ma sensu się nad nim rozwodzić, bo to mniej ważne niż temat jaki podejmuje. Drugi zaś to aktorstwo - w niektórych przypadkach po prostu sztuczne, często warsztatowo zaskakująco słabe, jak na znane od lat twarze. Po trzecie, traktowanie tematu przede wszystkim w kategorii sensacji i pod tą cechę nakręcający potencjalną oglądalność - choć absolutnie nikt nie ma prawa stawiać Otłowskiego w tym samym rzędzie co hieny w osobie Patryczka Vegi. A teraz plusy, w tym pierwszy dla równowagi, to kilka naprawdę dobrych kreacji na tle masy manieryzmów. Przedmiot do refleksji o wartości społecznej i piętnowanie patologii urzędasów za naszą, milionów frajerów krwawicę - bez względu na to kto aktualnie przy korycie tuczony. Przekonujące materii merytorycznej wyeksponowanie i umiejętne w scenariuszu emocjami granie. Strach w oczach ludzi potraktowanych jak śmieci i ogólnie szokujące, ale chyba już nikogo nie zaskakujące metody zdobywania korzyści majątkowych przez wszelkie układy polityczno-kryminalne. Dalej policjantka nieopierzona z ideałami i jej zderzenie z realiami. Wokół niej sieć powiązań i zmowa milczenia. Policjanci skorumpowani, urzędnicy umoczeni i w białych rękawiczkach na zlecenie kryminalistów konieczne papierki podpisujący. Nóż się w kieszeni otwiera że cwaniactwo nas wszystkich na każdym kroku po odzyskaniu politycznej wolności obgryza/obgryzało i to cyniczne łachuderstwo w kolejnych wcieleniach wykorzystując kolejne okazje dalej do kości obgryza. Prawo chroni tylko tych którzy na treść tego prawa wpływ mają i na nasze wyraźne życzenie lub przy naszej milczącej aprobacie do k**** nędzy świętym demokratycznym prawem tego prawa wyłącznie tuczenie najgrubszych ryb w naszym ultra patriotycznym stawie. Sam obraz reżysera niezłego Jezioraka, to film jako wartość artystyczna poprawny, tak jak to bywa kiedy mamy najczęściej do czynienia z dramatem quasi dokumentalnym o charakterze społecznym. W dwóch częściach jakby on w tym wypadku podany. Pierwszej jako właśnie poruszający dramat społeczny i drugiej kryminału, dokumentującego śledztwo uczciwie prowadzone z początku wyłącznie nieoficjalnie, ze zwykłej potrzeby dochodzenia prawdy i sprawiedliwości. Nie zgodzę się przy okazji z opiniami, iż pierwsza wyrasta ponad drugą, bowiem obie rzetelnie autentyczną historię na język filmu fabularnego przekładają, a wątek dochodzeniowy i kryjące się za nim układy przestępczo-urzędnicze z udziałem służb post-peerelowskich niepozbawiony jak w kilku miejscach, gdzie przed seansem przeczytałem i gdzie stadnie utyskiwano, właściwej dramaturgii i napięcia. Sprawa niby szeroko znana, ale nie każdy przecież śledzi z zapartym tchem codzienne doniesienia medialne, tych mediów które przez ładnych kilka lat sprawę ignorowały, czy tych, które z jednych bulwersujących afer czynią poprzez rozgłos bat na przeciwników politycznych, a inne zamiatają pod dywan, z powódek własnego interesu lub wprost chroniąc swoich.  

poniedziałek, 14 lutego 2022

All Them Witches - ATW (2018)

 


All Them Witches już przed wydaniem ATW byli na scenie stonerowej rozpoznawalni i szanowani, ale konkurencja na tym jeszcze chwilę temu trendziarskim rynku była ogromna, a przebicie się oczywiście niełatwe. Nazwę jednak mieszkańcy Nashville szerszemu gronu odbiorców sprzedali, bo to co grają to nie tylko stonery, ale bardziej psychodeliczno-rockowe odjazdy, skręcające często w obszary rasowego bluesa. Tak się z wielkim sukcesem na przełomie siódmej i ósmej dekady poprzedniego stulecia grało i jak dzisiaj namiętnie słucham akurat piątego długograja południowców, to mam przed oczami wszystkie te legendarne woodstocki i dzieci kwiaty pląsające w transie w rytm tej zapętlonej rytmiki. Z drugiej strony równie blisko "wiedźmom" do ostatnio całkiem popularnych bluesujących rockowych ekip spod znaku The Black Keys, Royal Blood, The Blue Stones czy najbardziej chyba Black Pistol Fire. Zatem z jednej strony improwizacyjny odlot, z drugiej względna prostota formuły, a przede wszystkim ten wyjątkowy czarny klimat jakim każda nuta zahaczająca o klasyczny blues podszyta. Słychać też że na Kyussie chłopaki wychowani, lecz przesterem jakim kompozycje urozmaicają, także ciężaru jej dodają i jest to przester z kapitalnym czuciem jego przyrodzonych właściwości. ATW jednak w porównaniu do obecnie w wolnych chwilach poddawanym odsłuchom poprzedniczkom, puka odważniej w drzwi z napisem "boczne wejście do mainstreamu", bo więcej tu piosenkowego charakteru, a mruczane wokale i jamowanie gdzieś w równowadze z bardziej zwartymi strukturami współistnieje. I to działa - przynajmniej na mnie, bowiem jak chwilowa znajomość przed laty, bez odczucia straty po kilku przesłuchaniach tych repetytywnych odjazdów zakończona, tak kiedy po przerwie dopiero dzisiaj do nuty All Them Witches powróciłem, to nie potrafię się od niej uwolnić. Tak jak od kolejnego ich studyjnego materiału, czekając z niecierpliwością na zapowiadany na ten rok nowy krążek. 

niedziela, 13 lutego 2022

Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street / Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) - Tim Burton

 

Ależ ta jeszcze względnie niedawno wypasiona czołóweczka to się postarzała. Nie ma w tym jednak zaskoczenia, bo rozwój grafiki komputerowej jest błyskawiczny i to na co tutaj ówczesne możliwości pozwoliły, dzisiejszy dzień surowo każe oceniać. Mam to przekonanie, możliwości techniczne to zawsze broń obosieczna i trzeba ogromnej wrażliwości w jej wykorzystaniu aby tandety nie przeforsować. Tim Burton zdaje się tutaj przesadził i jak smarkacz przeholował z zastosowaniem śmiałych rozwiązań w kwestii scenografii podrasowanej grafiką. Wyszło niby ciekawie ale kiczowato i sam pomysł na musicalową formułę już dzisiaj zdaje się mniej kontrowersyjny od właśnie pozbawionego umiarkowania posiłkowania się możliwościami technologicznymi. Wyszło tym samym bardziej groteskowo od pierwotnych założeń, a to przekonanie dopiero dzisiaj jest jak diabli wyraźne. Piętnaście lat i ząb czasu nadgryzł formę wizualną, jednak nie ma co dramatyzować, bo to przecież kino burtonowskie, więc programowo karykaturalne wrażenie estetyczne kroczy przed tym powiązanym z treścią. Wizja nastawiona na wzrokowe doznania, jak z filmu przez grafików animowanego i aktorstwo przerysowane, a do tego śpiewające dialogi. Quasi musical ożeniony z konkretną makabreską, który wzbudzał i wzbudza mieszane moje uczucia. Jak wspomniałem kiedyś przez wzgląd na śpiewającego Johnny'ego Deppa czy Helen Bonham Carter, a obecnie odbierającą ducha sterylność obrazu. Niemniej jednak (uśmiecham się) posiada jakiś wyjałowiony z emocji i pozbawiony gustu czar i na sto procent wyróżnia się własną tożsamością, a to chyba wystarczy bym go nie traktował jako porażki - choć rzecz jasna do moich ulubionych filmów Tima Burtona go nie zaliczę. W sumie jak większości z tego co sobie nie umyślił i potem pomysłu własnego w produkt kinowy obrócił. Powyżej chyba wystarczająco dałem do zrozumienia, ze Demoniczny golibroda z Fleet Street do nich nie należy.

P.S. W sumie to nie wiem czy nie powinienem się zebrać na odwagę i napisać że Tim Burton już dawno w moich oczach stał się zakochanym w tandecie artystowskim onanistą, o dziecięcej wyobraźni i bez niczego ważnego do powiedzenia. Napisałbym tak gdyby nie dwa trzy tytuły z jego dorobku, które przed tak radykalną oceną jednak go ratują.

sobota, 12 lutego 2022

Ozzy Osbourne - Blizzard of Ozz (1980)

 


Muzyczne kroniki donoszą, iż przełom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, to czas kiedy już od kilku lat na dobre pożegnana została epoka hipisowska, zastąpiona bezkompromisowym punkowym buntem, a w szeroko spostrzeganym rocku wówczas kolejny przełom następował, bowiem surowe i zadziorne granie punkiem zwane, przyozdobione teraz sporą dozą gitarowej melodyjnej ekwilibrystyki popularność zdobywa jako tzw New Wave of British Heavy Metal. W tym gorącym muzycznym okresie drogi Ozzy'ego i Black Sabbath się rozchodzą, a wokalista dzisiejszej legendy rusza na podbój Ameryki pod szyldem własnego nazwiska. Udaje mu się to z nawiązką, bowiem wyskakując z ciężkich butów Sabbath i zakładając w zamian tenisówki osiąga szczyty amerykańskich list sprzedaży. Moment przełomowy i gigantyczny triumf, dzięki świeżej jakości i artystycznej odwadze. Niby na fundamentach sabbathowej estetyki ta jakość zbudowana i co ciekawe szczególnie korzystająca z dość chłodno przyjętych pomysłów z jakimi jego macierzysta formacja w schyłkowe lata siedemdziesiąte wchodziła, lecz jakże od nich okazuje się witalnością różniąca. Mr. Crowley, Crazy Train, Suicide Solution, czy Revelation (Mother Earth) błyskawicznie stały się hitami i z miejsca wyprzedziły tylko potencjalne przeboje z Technical Ecstasy i Never Say Die! Uwolniwszy się od toksycznej relacji jaka na pokładzie Black Sabbath zapanowała, dzięki odważnym decyzjom uratowana została autorytet legendy (Heaven and Hell, Mob Rules) jak i nowo otwarta droga dla Ozzy'ego. Miał człowiek na szczęście nosa do kapitalnych instrumentalistów i kompozytorów współpracujących, z nimi doskonała chemia zamiast przepowiadanej klapy przyniosła sukces ogromny. 

piątek, 11 lutego 2022

Gangs of New York / Gangi Nowego Yorku (2002) - Martin Scorsese

 

Rozpoczyna się od nawet jak na Scorsese wyjątkowo brutalnej sceny rzezi, której nie powstydziłby się żaden spektakularnie batalistyczny obraz o średniowieczu. Szczękiem żelastwa i makabryczną furią walczących ulicznych plemion, sfinalizowaną zaczynem dla dalszej fabuły. Startuje ujęciem krwawej masakry i jednocześnie jak na owe czasy odważnie unowocześnionej poprzez użycie teledyskowego wręcz montażu i w tle fragmentami zaskakująco współczesnej muzyki. O zemście ta historyczna przypowieść, o wendecie dla której tło stanowi rosnąca nowojorska metropolia. Z rozgrywkami politycznymi w nowo powstałej demokracji, której podstawę tworzyły przynależnościowe rozliczenia i nimi tak naprawdę ustawicznie były infekowane. Opowieść z czasów wojny secesyjnej o miejscu zwanym Five Points - królestwie slumsów, gnieździe przestępczości, dzielnicy czerwonych latarni, wylęgarni buntów i rozruchów, jednym słowem nowojorskiej Sodomie i Gomorze. O miejscu w którym trzeba walczyć o przetrwanie, często życie, gdzie o świcie egzekucje, a o zachodzie taneczna zabawa. Wartko zmontowana i dzięki temu utrzymująca wysokie tempo, lecz nie oszczędzająca też wątków ckliwych produkcja karmiąca się etnicznymi konfrontacjami emigrantów i tubylców o wpływy. W atmosferze jedynie zachowania pozorów praworządności (szczególnie kiedy łamie się prawo) kompletny chaos, bajzel na kółkach, przemoc powodująca przemoc i oczywiście z kolei przez tą przemoc napędzana. Wprost kompletna anomia, a tym samym przestrzeń do rodzenia się gangów doprowadzających miejsce do przerażającego rozkładu moralnego. Innymi słowy Scorsese swobodnie interpretując powieść Herberta Asbury’ego ukazującą życie XIX wiecznych nowojorskich rzezimieszków oddał hołd miastu zbudowanemu z krwi i udręki. Powstało rozgrzewające dynamiczne widowisko, w którym dosłowność i bezpośredniość ściera się z rozmachem scenograficznym i jak myślę nazbyt komiksową estetyką wizualną, podbitą momentami tarantinowską przesadą. Powstało widowisko które swego czasu porwało wielu, ale ja akurat nigdy w odróżnieniu od tej większości w pełni nie uległem jego walorom. Chyba że mowa o przeszarżowanej lecz dzięki temu genialnej roli Daniela Day-Lewisa. Ona z nieprzesadnie udanego i jak mam wciąż wrażenie poszukującego dla Scorsese świeżego języka filmowego obrazu zrobiła coś więcej. Przynajmniej nie wyobrażam sobie tutaj braku tak charyzmatycznego aktora - szczególnie kiedy jego robota równoważy bardzo przeciętną i o zgrozo potwornie kojarzącą się z melodramatycznością niby z jakiegoś Titanica kreację Leonardo DiCaprio.

czwartek, 10 lutego 2022

The Green Mile / Zielona mila (1999) - Frank Darabont

 

Jeden z chyba największych blockbusterów w historii kina i tak przy okazji dodać należy, że znakomicie wyprodukowany, jednak bardzo szczwany produkt hollywoodzkich decydentów, którzy dobre pieniądze powierzyli sprawdzonemu przy okazji podobnego sukcesu Skazanych na Shawshank Frankowi Darabantowi. Nie widzę sensu by szeroko pisać jaką to wyciskającą łezki historię adaptacja powieści Stevena Kinga opowiada, bowiem wszyscy z pokolenia przed milenijnego wiedzą i znają, a i już zapewne też większość dorosłych przedstawicieli kolejnego pokolenia, którzy klasycznym kinem zainteresowani pewnie poznali - bo każda mama i każdy tata, każda ciocia i każdy wujek był zachwycony, każdy z nich od lat proponuje, każdy wreszcie twierdzi uparcie że film za-je-bi-sty. Ale pokrótce przypomnę - jest to fabuła wycacana i wychuchana, idealnie pod gusta widza statystycznego skrojona, więc nie dziwią ochy i achy, jak nie zaskakuje, że widz bardziej wymagający będzie choć nieco kręcił nosem, pod nosem tym zadartym sobie oczywiście sarkając. Materiał wyjściowy, coby nie dostrzegać w nim wątków biblijnych i ich banalności nie krytykować, to na hicior kinowy nadawał się znakomicie, więc zepsucie go wchodziło w grę, chyba wyłącznie wówczas, gdyby za jego obróbkę zabrał się kompletny dyletant pozbawiony wręcz rzemieślniczego warsztatu czy elementarnego poczucia smaku, a Darabont absolutnie do tej reżyserskiej kategorii wtedy nie należał. Stworzył więc człowiek dzieło jak na standardy kina mainstreamowego wielkie i w swojej wymowie oczywiście emocjonalnie szlachetne. Nikt nie pozostaje bowiem obojętny wobec jego warstwy trafiającej wprost do serduszek i tej zacnej historii która przez trzy godziny poruszenie i wzruszenie wywołuje. Jej rozbudowany koncept i powiązanie z metafizycznym aspektem daru z niebios i tego daru właściwym wykorzystaniem (nawet za cenę życia dla dobra przez dobro i w dobrze), może i trąca łopatologią, lecz trudno też nie uznać z punktu widzenia szycia produktu idealnie na miarę klienta, że wszystko doskonale zostało przemyślane, wyważone idealnie i nic nie brakuje ani nie ma się czego czepić że przesadzone. Śmiertelnie poważny charakter jak to w popularnym kinie zza oceanu przełamany jest poczuciem humoru (to dobrze) i obficie potraktowany zbyt standardowymi szablonami myślenia (to chyba źle). Czasem taka pogoń za harmonią i równowagą nie odbija się korzystnie na osiągniętym rezultacie, ale w przypadku Zielonej mili absolutnie mnie ona zaskakująco nie przeszkadza, a film do bólu klasyczny formalnie robi wrażenie sięgania absolutu. Sprawiedliwość to taka skomplikowana i bardzo rzadko naturalnie realna do osiągnięcia sytuacja, że potrzeba jej czasem pomóc. Zatem ja też jej teraz pomagam i prosto w twarz prześmiewcom rzucam moją dla Zielonej mili przychylność.

P.S. Tom Hanks miał to szczęście, iż zagrał w mnóstwie kultowych tytułów i te tytuły miały tyle samo fartu że właśnie jego zatrudniono, bo często dzięki swym kreacjom wyniósł je na wyżyny filmowej sztuki. Zielona mila jednak obok bezdyskusyjnie fenomenalnego i zasłużenie wynoszonego na piedestał Forresta Gumpa, to dla Hanksa myślę akurat nie do końca uzasadniony największy sukces artystyczny. Gra tu jak zwykle i efekt uzyskuje też taki po raz kolejny bliźniaczy, ale akurat nie o nim ja teraz tutaj. Ja teraz tutaj o obłędnym i to dosłownie (bowiem wystrugał niezłego wariata) Samie Rockwellu, który kapitalnie obecnością swojej postaci przeciwdziała mdłościom z przedawkowania słodkości. Za co należy rzecz jasna równie głośno podziękować wyobraźni i wyczuciu Pana Kinga. 

środa, 9 lutego 2022

My Dying Bride - Songs of Darkness, Words of Light (2004)

 


Pisząc My Dying Bride i Songs of Darkness, Words of Light, myślę album środka. Album idealnie osadzony w centrum stylistyki stworzonej przez Brytyjczyków, który z początku nie został zbyt euforycznie przyjęty, bo nie miał zapewne łatwo, gdyż powstał po doskonałym The Dreadful Hours i w związku z czym ciążyły na nim bardzo wysokie wymagania. Ponadto całkowicie skończył się dobry czas dla smucenia w metalu, bowiem w roku 2004 popularność gotyckiego doomu była daleką przeszłością, a pięć minut metalowego hajpu akurat na spółę podzieliły powroty klasycznych thrashowych załóg i zrzucający ostatecznie z piedestału nu metalowe wynalazki, równie przebojowy, jednak znacznie bardziej siarczysty metal core. Angielskie smutasy jednak finalnie udźwignęły zarówno oczekiwania wiernych szalikowców stylistyki, jak i odnalazły swoją w miarę sporą niszę w gatunku, gdyż Songs of Darkness, Words of Light wymagał zwyczajnie czasu, aby się z jego zawartością oswoić i dopiero z tej perspektywy poddać go uczciwej ocenie. Być może ta totalnie marsowa marszowa natura nowych wówczas numerów, mogła wywoływać poczucie obcowania z przesadnie monotonnym aranżacyjnie materiałem. Jednak dzisiaj główną siłę ósmego krążka najbliższych krewnych formatywnego okresu Anathemy i Pardise Lost upatruję właśnie w idealnym rozłożeniu środka ciężkości pomiędzy ciężar, a poruszający klimat. Klimat hermetyczny i przygnębiający, bez jakichkolwiek fajerwerków i większego udziału aranżacyjnych smaczków, ale z wręcz funeralnymi melodiami i przymglonym, zawiesistym brzmieniem. Klimat hipnotyzujący i posiadający w sobie rodzaj powłóczystego uzależniającego napięcia (A Doomer Lover szczególnie). Klimat wydobyty wyłącznie dzięki podstawowemu rockowemu instrumentarium - z harmonijnej współpracy gitar, basu i jednostajnie akcentującej perkusji, tylko fragmentami wspieranymi brzmieniem ascetycznego klawisza. Dla kogoś takiego jak ja, czyli dla osoby dalekiej od skrajnie fanowskiego przywiązania do dźwięków generowanych przez ekipę z Halifax i osoby która w dodatku weszła w ich muzyczny wszechświat dość sporą chwilę po największych sukcesach, akurat ten materiał jest jednym z najlepszych i wręcz esencjonalnych. Program albumu jest niezwykle równy i oprócz posiadającej zalety bardziej romantycznego okresu twórczości MDB kompozycji My Wine is Silence, żadna z ośmiu pozostałych nie wychodzi przed szereg, ani za innymi się nie wlecze. To oczywiście rodzaj twórczości skrajnie nieprzystępnej i jednocześnie niebezpiecznej. Tylko odważni, bo poszukujący i odporni na sugestywny wpływ muzyki słuchacze docenią jej walory i nie padną ofiarą jej potwornie depresyjnej natury. 

wtorek, 8 lutego 2022

Immolation - Atonement (2017)

 


Sytuacja wygląda tak mianowicie, iż jakakolwiek dotychczasowa, a już przed wieloma laty podjęta próba interakcji z twórczością Immolation kończyła się jedynie wyrażeniem szacunku dla technicznej wirtuozerii i niezrozumienia dla potwornie zamulonego, groteskowo wręcz masywnego brzmienia. Czułem znaczy i w nawiasie dodam, iż nie tylko dlatego że mi zewsząd koneserzy death metalu wmawiali jakoby to w gatunku rzecz wyjątkowa, ale mam nadzieję że ze względu na własny zmysł muzycznego smaku, iż w tym smolistym brzmieniu i kompozycjach pełnych zawijasów jest wielka wartość, której zwyczajnie odkryć w pełni i docenić maksymalnie w stanie nie jestem. Amerykański death bowiem nigdy mnie nie wciągnął tak mocno, jak czyniła jego skandynawska odmiana, więc naturalnie zamiast siłować się z jego jankeską wersją, skupiałem się na smakowaniu jej północnej formuły. Na wysokości Unholy Cult poddałem się zatem całkowicie i aż do dzisiaj nie próbowałem podnieść tej "gwiaździstej" rękawicy. Stało się tak jednak, że promocyjne materiały dotyczące nadchodzącej właśnie Acts of God do mnie dotarły i dwa numery z tej zapowiadanej na luty płyty opętały mnie kompletnie. Zacząłem wnikliwie czytać co i jak od czasu Unholy Cult w ich muzyce się zmieniło i bardzo szybko w ocenach dziennikarskich się pogubiłem. Dokładnie to w szczegółach jak mi one w świadomości namieszały napiszę, gdy już komplet nowych kompozycji przyswoję i jako względny neofita odważę się tutaj własne zdanie o nich wyrazić. Teraz bowiem zajeżdżam ostatni jak dotąd studyjny materiał i stwierdzam wyraźnie, że albo ja do tej pory nic nie rozumiałem, albo gdzieś po drodze tak istotnie zmieniała się nuta Immolation, że właśnie od dzisiaj nadrabiając zaległości będę mógł cieszyć uszy kolejnymi znakomitymi dziełami ekipy z Nowego Jorku. Atonement brzmi genialnie, Atonement wyrywa z obuwia, bo Atonement poraża warsztatem aranżerskim i biegłością instrumentalną. Atonement przeraża siłą oddziaływania, bo chłoszcząc progresywnym death metalem wciąga hipnotyzując i nie pozwala się od siebie oderwać, aż każdy kolejny i zaraz natychmiast za nim następny detal nie zostanie dostrzeżony, a kapitalny motyw i melodia opętując swoim brzmieniem nie zacznie przez powtórzeń zatrzęsienie lekko zamęczać. Kopara mi opadła, bo za cholerę nie spodziewałem się że tak dzisiaj grają i co najważniejsze, iż z taka intensywnością do mnie przemówią. Wrażenia akustyczne jakimi Atonement czaruje, to raz charakterystycznie rozedrgana struktura, dwa struktura tak rozedrgana że nie pozbawiona kapitalnych harmonii i te dwie skrajności oraz cały pozostały arsenał smaczków w jedno doskonałe dzieło spinająca. Wielkim walorem nastej płyty Immolation jest jej wyrazistość i brak powodów dla których nawet dość miernie osłuchany miłośnik death metalu mógłby stwierdzić, że one zlewają się w jedną masę powiązanych ze sobą mało spójnych pomysłów. Death metal Immolation to twór w pełni skończony, w znaczeniu że zawiera w sobie wszystko co powyżej wychwaliłem i wręcz piosenkowego charakter, w którym jest wstęp, rozwinięcie, solówka i zakończenie, a wszystkie komponenty mają wspólny mianownik czyniący całość po prostu znakomitym aranżerskim dziełem. Nie wiem jeszcze co kryje się wcześniej, czym są i jak będą mi smakować wszystkie materiały dotąd nie rozpoznane, ale zakładam że Atonement nie jest wynikiem ogromnych zmian stylistycznych, a wypadkową dłuższej ewolucji, więc mam apetyt i nadzieję na jego zaspokojenie. Póki co niech się ON kręci, dla chwały amerykańskiej odmiany gatunku i mojej rzadkiej przyjemności z jej wielkości odkrywania.

poniedziałek, 7 lutego 2022

Orange Goblin - Thieving From the House of God (2004)

 


Nie mam ochoty kłaść głowy pod krytyki topór przez własną arogancję, bądź też ignorancję długotrwałą, ale przyznaję, bo być może już gdzieś po drodze niezbyt przychylny stosunek względem Thieving From the House of God wyraziłem i lepiej chyba odważnie stanąć w prawdzie przyznając się niejako do błędu, niż wyjść na głupka, gdy materiały obciążające wypłynąć w każdej chwili są gotowe. :) Zatem zdefiniuje tutaj na nowo swój stosunek do albumu, który przez dłuższy czas nie uznawałem za udany, a dzisiaj stanowczo stwierdzam, że mimo  porównanie ze znakomitym Healing Thorugh Fire wypada mniej ekscytująco, to ogólnie w dyskografii Orange Goblin jakoś na minus się nie wyróżnia. Być może mój dystans do niego spowodowany właśnie głównie sąsiedztwem z wyżej wymienionym oraz też po części kojarzeniem z nie do końca rewelacyjnym okresem Coup De Grace, który uznaje wciąż za co najmniej symboliczne wahnięcie formy. Od Coup De Grace już na starcie odpychała mnie oprawa graficzna i nawet ta zdecydowanie bardziej wysmakowana koncepcja zdobiąca kopertę wydanego w 2004 roku albumu nie uchroniła go przed z rozpędu pochopną oceną. Coś też było jeszcze do niedawna nie tak z brzmieniem, które przecież obiektywnie  tak mocno nie wyróżnia się na tle tego wykręconego przy okazji pracy nad Healing Through Fire. Teraz jednak dotarło do mnie że przesadzałem i przez to błądziłem, a zarazem nie dałem mu szansy osadzić się w mojej głowie. Bo przecież ono kompromisowe i dobrze wyłapujące balans pomiędzy dźwiękiem tłustym, a selektywnym, a na pewno ono potężne. Materiał tak wyprodukowany smaga okrutnie, a umiłowanie do klasyki Black Sabbath i jednocześnie garażowego rocka czy ikon stonera, to ten zawsze wspólny mianownik łączący każdy okres z twórczości "Pomarańczowego". Nadąsani jazzmani kochający powoli drapać mur niezrozumiałości nie mają tu czego szukać. Tu się gra wprost z łapy na full podkręconych wzmacniaczach i bynajmniej nie wylewa się za kołnierz. Ale w sumie to co ja mogę wiedzieć o alkoholowych praktykach nadąsanych jazzmanów.   

piątek, 4 lutego 2022

Quiz Show (1994) - Robert Redford

 

Quiz Show zawsze będzie mi się kojarzył z Good Night, and Good Luck, a dokładnie odwrotnie, czyli film Clooney’a z filmem Redforda. Pamięć figla takiego płata, a myk w tym powiązaniu tkwi taki, że raz są to obrazy wielkich aktorskich gwiazd, które zapragnęły kariery reżyserskiej i dwa że bohaterem obu ta Ameryka z najpiękniejszego chyba okresu romantycznego rozwoju mediów i TV przede wszystkim. Historia z lat 50-ych kiedy obrazy z pudełka robiły zawrotną karierę, a przed odbiornikami w prime timie zasiadał grube miliony miłośników. Tajemnice od kuchni, od kulis realizacja, a w przypadku widowiska Redforda lajtowa z punktu widzenia dzisiejszych etycznych standardów afera z branży rozrywkowej. Śledztwo i skandal, czyli rozpracowane przez ambitnego urzędnika Kongresu małe manipulacyjne eldorado, stworzone przez hochsztaplerów z mediów. Wytropione niemal tylko dzięki wyrugowaniu jednego z jego uczestników i związanego z tym histerycznego odwetu. Ustawiana gra, wyścig po oglądalność i kreowanie bohaterów, czyli dla zdobycia poklasku i widza te wówczas nie do zaakceptowania kombinacje. Etycznie wątpliwa akcja, w której jednak nie wszystko tak wprost godne potępienia. 

P.S. Wyraźnie Redford tu kusi, aby podjąć się głębszej analizy psychologicznej bohaterów i socjologicznej czasów w jakich żyli. Podjąłbym się z pewnością, bo Redford prowokuje do myślenia i wnioskami dzielenia bardzo przekonująco, lecz wówczas gdyby Quiz Show był nowością kinową i niewielu filmowych maniaków zdążyłoby już takie opracowanie spisać. Obecnie byłoby to tylko powielanie masy podobnych sobie przemyśleń, które nie trudno w dobie internetu wyszukać i poddać ocenie przez własnej spostrzegawczości rezultaty. Stąd dodam tylko bardzo na marginesie, że mignął tu we fragmencie sam Martin Scorsese oraz zdecydowanie wytłuszczając druk, iż Quiz Show to znakomita przypowieść nie tylko i wyłącznie o sile oddziaływania mediów. Ona jest nią w zasadzie tylko przy okazji, a jej sednem klasowe podziały i wynikające z nich wszelkie ograniczenia i przywileje. Tak mi się zdaje. 

czwartek, 3 lutego 2022

Amistad (1997) - Steven Spielberg

 

Sprawa bodajże z 1839 roku, dotycząca zatrzymania grupy niewolników, którzy po wybuchu buntu na hiszpańskim okręcie dotarli do wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Młoda amerykańska demokracja z przełomowym raczkującym systemem ideowych sądów, wciąż istniejące niewolnictwo i interes korony hiszpańskiej. Doskonała jak na ówczesne okoliczności obsada i za kamerą sam Steven Spielberg wspierany przez naszego operatora rodaka, a obraz jako całość bardzo klasyczny i jak prześledziłem współczesne opinie w swojej kategorii urosły już do statusu niemal ikonicznego. W nim kwestie natury społecznej i moralnej plus ambicje i polityczne rozgrywki w których stawką między innymi reelekcja i przywództwo, a w środku tej przepychanki ludzie sprowadzeni do pojęcia rzeczy/towaru. Zrealizowany z charakterystycznym spielbergowskim rozmachem produkcyjnym i należną aby wzbudzić emocje porcją jankeskiego patosu, ale też momentami zaskakująco surowy i brutalny, więc potwornie wstrząsający, tudzież poruszający, nawet gdyby zabrakło hollywoodzkiego sznytu. Dla równowagi i by nie pozbawić go potencjału mega hitu, ten zabieg zrozumiały, a dzięki wyczuciu formy jakiego chyba nigdy Spielbergowi nie zabrakło, nie przynosi poczucia obcowania ze skrojoną tylko pod potrzebę spieniężenia tematu, intencyjnie więc podejrzaną produkcją. Jest tu kilka ujęć o wymowie symbolicznej i wzniosła idea i nawet jeśli ta idea została podkoloryzowana, to jej fundament szlachetny, w tym przypadku bezpośrednio wpływający na bieg historii błyskawicznie zmierzającego do światowej dominacji nowego świata. Warto o tym wiedzieć, tak jak o tym że Amistad to wartościowe i całkiem słusznie bez przesady docenione (cztery oscarowe nominacje), lecz jak w zdecydowanej większości filmów Spielberga bardzo wyważone lub wręcz zachowawcze kino, przez co naturalnie dalekie od określenia dzieło.

środa, 2 lutego 2022

Lucifer - IV (2021)

 


W twórczym ciągu wciąż Nicke Andersson pozostaje. Nie wiem jaki jest obecny status Imperial State Electric, za to pamiętam że w kwestii Death Breath sobie na razie odpuścił, ale w ekipie Lucifer jako pałker, rozpoznawalna twarz i wujek "dobra rada" jak widać działa ostro. Ponadto też oznajmił ostatnio o powrocie do życia The Hellacopters - za czym już praktyczna realizacja poszła w postaci kilka tygodni temu jednego singla i kilka dni temu drugiego, promowanego w obu przypadkach teledyskiem. Tutaj jednak krótko ponawijam o czwartym albumie ekipy, w której skład wchodzi bieżąca sympatia Nicke w osobie Johanny Sadonis. Głosu jej akurat nie uznaję za mój ulubiony i wyżej stawiam właściwości i możliwości kilku innych Pań, które w retro rocku, czy ogólnie w szeroko rozumianym bardziej mrocznym rocku się udzielają. Stąd każdy kolejny album Lucifer nie jest dla mnie wydawnictwem z góry skazanym na komplementowanie, bo aby tak się zdarzyło jakość kompozycji musi wysuwać się ponad manierę wokalną Johanny, lub zwyczajnie doskonale z nią korespondować. Czwórka nie różni się jakoś dramatycznie od wszystkiego czego do tej pory pod tym wyrazistym szyldem nie wydali, ale też nie jest li tylko kolejnym powtarzalnym zbiorem piosenek, akurat szybko bo w dobie pandemii napisanych. Z marszu IV wydali, a ona już przez wizualna oprawę sugeruje, iż więcej okultyzmu, a mniej rock'n'rolla w klimacie nowego albumu przemycą. Lucifer od startu wprost komunikują kim z przeszłości się inspirują i mam (oczywiście jak na swoje ograniczone z taką klasyką osłuchanie) przekonanie, że właśnie na najświeższym albumie są najbliżej tych wzorców. Także, a może zwłaszcza w kwestii archaicznie organicznego brzmienia.

wtorek, 1 lutego 2022

Le locataire / Lokator (1976) - Roman Polański

 


Polański od startu specjalizuje się w kinie psychologicznym i często też znakomicie radzi sobie w thrillerowych klimatach, stając się w takiej akurat połączonej stylistyce mistrzem niekwestionowanym. Lokator jednak mimo że te dwa gatunki intrygująco splata, to też oprócz walor kina do najgłębszej rozkminy posiadając, ma też wadę techniczną, którą nieznośnie skrzekliwe brzmienie głosów postaci. To trochę przeszkadza w skupieniu się na treści, więc ta obserwacja rodzącego się i błyskawicznie przybierającego na sile obłędu bohatera zakłócana jest takimi niby drobnostkami. Poza tym tajemnica którą niby rozwikłuje finalny quasi twist, jest faktycznie dość przewidywalna. Lokator to takie dziwadło w stu procentach „polańskie" i dziwadło przez to nie takie w stu procentach też proste do zinterpretowania, choć dodatkowe wyjaśnienia czy naprowadzenia nie są dla trafionego adresata jakieś konieczne. Postaci jakie interpretując powieść Rolanda Topora Polański wykreował, to też w jego stylu niezwykle niezwykłości, nie tylko charakterologicznie, ale wręcz wizualnie jakby wprost z cyrku pokazującego osobliwości natury. Dosadne rysy, przesadny makijaż, przerysowane pozy. Jest tu mnóstwo detali, małych smaczków które uatrakcyjniają i uzupełniają główny kurs nakręcanej intrygi. Jak niegdyś wspominał Tomek Beksiński, Lokator to wampiryzm w najgorszej postaci, w pozbawionym romantycznej teatralności z epoki anturażu. Bez krypt, peleryny i połyskujących w świetle księżyca kłów. Wokół ludzkie hieny, żerujące na słabościach i wrażliwości. Wyrywające ochłapy z jeszcze żywego organizmu, bądź właśnie jak wampirze istoty wysysające z niego życiową energię - pożywiające się instynktami z egoistycznym poczuciem ciągłego nienasycenia. Uciekasz więc, zamykasz się, zasłaniasz zasłony, ale budzisz się pewnego dnia i uświadamiasz sobie że wyrwano ci ząb, a może serce i nim się zorientujesz już stoisz na parapecie. Lokator zapewne nie zrobiłby na mnie tak ogromnego wrażenia, gdybym nie zapoznał się wcześniej właśnie ze wstrząsająco osobistym tekstem Beksińskiego. Nie wszystko bowiem Polańskiemu udało się przekazać tak wyraźnie, aby ktoś kto z bohaterem nie poczuje więzi identyfikacyjnej, bez problemu dostrzegł psychologiczno-socjologiczne zawiłości. To dzieło dla przeciętnego widza raczej pokraczne, dzieło na pozór niemal wyłącznie odpychające, jednak pod grubą warstwą groteskowej wręcz maniery, kryje się głębia dla wrażliwca poddawanego permanentnie ponad jego siły obserwacji i czynnej psychicznej inwigilacji, bez problemu wyczuwalna. Każdy inny może mieć z tym kłopot i w poczuciu niezrozumieniu treści poprzez niedostrzeżenie całej istoty skwituje Lokatora grymasem przerażenia lub aroganckiego zlekceważenia. Chyba że spojrzy na niego oczami Tomka. 

Drukuj