Nic
się pozornie nie dzieje i wokół tej sennej formuły ponownie Alexander Payne opowieść snuje.
Zdążył on już mnie do swojego charakterystycznego stylu przyzwyczaić
dotychczasowym dorobkiem, zatem takim obrotem spraw zupełnie nie czuje się
zaskoczony. Jednak kiedy Spadkobiercy z 2011 roku wymęczyli mnie niemiłosiernie,
tym razem Nebraska skutecznie w swój klimat wciągnęła. Zaletą najnowszej
propozycji w równym stopniu uchwycenie nostalgicznej, ciepłej narracji oraz niewymuszonego poczucia humoru. Kiedy trzeba na wzruszenie i głęboką refleksje sobie
pozwoliłem, by innym razem poczuć klimat zabawnych sytuacji. To zupełnie
niehollywoodzka produkcja, tak bardzo odbiegająca od przeładowanych hałaśliwą
ekspresją typowo widowiskowych dzieł kina amerykańskiego. Perełka niezależnej kinematografii, ukazująca życie za wielką wodą z zupełnie odmiennej perspektywy.
Głęboka prowincja tu na równi z pierwszoplanowymi postaciami bohaterem, a
dokładnie szeroka paleta osobliwości ją konstytuujących. Starszy człowiek, jego
obsesje z wiekiem związane oraz rodzinne zależności wyłącznie pretekstem by istotę jego życia w barwnym tle zwykłej egzystencji
odnaleźć. I to właśnie ta przyziemna wegetacja w smętnej codzienności liczne
wyjaśnienia przynosi, gdzieś między wierszami odpowiedzi na fundamentalne
pytania o sensie istnienia daje. Rodzimy się, dojrzewamy, rodzinę zakładamy,
obserwujemy jak latorośle w mgnieniu oka z gniazda wyfruwają – wszystko to w
otoczeniu skomplikowanych relacji z bliższym i dalszym krewniactwem oraz bezposrednim środowiskiem życia. Lata lecą, czas bezlitośnie z każdą mijającą chwilą
przyspiesza i nadchodzi starość, a co za tym, podsumowania okres. Bilans jego często
druzgocący, popełnione błędy czy zwykłe zaniechania już swoje zdążyć zrobiły.
Jak tu naprawić to, co nie tak poszło, jak sił brak, a i przyzwyczajenia z
nawykami zupełnie władzę nad działaniami przejęły. Wtedy nadzieja pozostaje, że
bliscy mimo wszystko wyrozumiali się okażą - istotami takimi jak my ze
świadomością ludzkich ułomności będą. Może to nadinterpretacja, zbyt
esencjonalne zrozumienie sensu lub z pewnością zwykłe niewyczerpujące tematu
spojrzenie na wieloaspektową istotę w tym obrazie zawartą, ale takie odnoszę
wrażenie, że to film o wyrozumiałości, która jako jedyna szansę na lepsze
relacje przynosi. Wspaniale, że on o czymś ważnym traktuje, a jego leniwa
forma, piękne pejzaże - wyjątkowo urodziwie kamerą uchwycone i z wyczuciem
muzycznie spowite, solidną dawkę dojrzałej wiedzy dostarczają. Z pewnością
odpowiednio zinterpretowana moją często zwykłą, szarą codzienność wzbogaci, a i
na pewne oczywistości lekceważone czy bagatelizowane akcent odpowiedni położy.
niedziela, 2 marca 2014
sobota, 1 marca 2014
The Wolf of Wall Street / Wilk z Wall Street (2013) - Martin Scorsese
Katalog przysłów i złotych myśli po seansie z Jordanem Belfortem mi się nasuwa. Korzystając zatem z ich obfitości, kilkoma z nich się podzielę i w kontekście najnowszego obrazu mistrza Scorsese ich użyje. Widowisko na speedzie, niemal trzy godziny konkretnego napędu, miejscami obscenicznej, wulgarnej, do bólu bezpośredniej, odjechanej jatki. Dynamicznej akcji, osobliwych postaci, błyskotliwych, bezpośrednich dialogów i niegrzecznego poczucia humoru, finalnie zamkniętych w hedonistycznej dewizie sex, drugs and rock'n'roll. Klasyczne show w konwencji firmowej dla hollywoodzkiego guru, bez moralizatorskiej cnotliwości, cenzorskiej troski czy wyraźnie zaznaczonej granicy między czernią i bielą. Bo życie w żadnym wypadku jednowymiarowe nie jest, a szczególnie kiedy dotyczy tych co szczęścia za pieniądze kupić nie są w stanie, jednak posiadając fortunę mają przed sobą masę możliwości. Pokusy wokół nich tak intensywne, że Horacego sentencja, chwytaj dzień w dosłownym znaczeniu spostrzegana. Łapią więc tą chwilę, wyszarpują z życia co możliwe, co już wkrótce może wyłącznie wspomnieniem się stać. Trzymają łapczywie wszystkie sroki za ogon, sięgają po ten mityczny róg obfitości. Żyją szybko, umierają młodo - spalają się gwałtownie, intensywnym płomieniem, pozostawiając niejednokrotnie po sobie wyłącznie zgliszcza. Kapitalnie Scorsese w pigułce ukazał zasady jakimi kierują się niedojrzali emocjonalnie, pieniądzem sterowalni karierowicze. Ludzie których osobowości czy psychiczne predyspozycje podpowiadają działania ryzykowne, a przez co pompujące do organizmu życiodajną adrenalinę. Jest ryzyko, jest zabawa - kto nie ryzykuje ten szampana nie pije, by sugestywnie podkreślić co mam na myśli. :) Jednak nie pouczając, bez tandetnego moralizatorstwa w sposób bezpośredni, wszelkie ciemne strony życia na krawędzi także miejsce swoje tutaj odnalazły i dla inteligentnego widza nader wyraźnie są widoczne. Potrzeba ludźmi steruje, ona najbardziej prymitywne instynkty w człowieku uwalnia i na dno często sprowadzić potrafi. Ona do działania zmusza, zrealizowana satysfakcje przez chwile daje by za moment kolejne implikować. Ten kurs cynicznie wszelacy manipulatorzy z oratorskimi zdolnościami wykorzystują, a ich ofiarami czy uzależnionymi niewolnikami często życiowi nieudacznicy z nadmiernymi ambicjami się stają. Szanse wykorzystać się starają bez względu na koszty, czy trupy jakimi ich droga do kariery usłana. Niestety zdalnie sterowani jesteśmy, zawsze i wszędzie, w drobnym jedynie stopniu zdając sobie sprawę z rozmachu manipulacyjnej machiny. :( Kolejne wyśmienite rozdanie w twórczości mistrza, świetna zabawa przed ekranem, gorzka refleksja po seansie - zwiń grosze będziesz złodziejem, kradnij miliony będziesz bohaterem! :(
P.S. I kolejny majstersztyk Belforta - sprzedać swoją historie za pokaźną gotówkę. Ale do takich działań w dzisiejszej medialnej rzeczywistości chyba się już przyzwyczailiśmy. ;)
czwartek, 27 lutego 2014
Her / Ona (2013) - Spike Jonze
To piękne i pasjonujące studium psychologiczne - skomplikowane i złożone w cudownej poetyckiej formie zamknięte. Pełne głębokich wątków skłaniających do indywidualnych refleksji, akcentowane znakomitą warstwą muzyczną, obfitymi dialogami i wybornym warsztatem aktorskim. Gładko za rączkę poprowadził mnie Spike Jonze wkręcając skutecznie w nietuzinkowy obraz futurystycznej wizji relacji "międzyświadomościowych". Jego odbiegająca od potocznego rozumienia przyszłości percepcja skupia się na detalach, gdzie człowiek w centrum zainteresowania pozostaje. Nie przez pryzmat potrzeb materialnych, a duchowych jest spostrzegany. Emocjonalne pragnienia stanowią istotę jego egzystencji, a wieloaspektowy sposób ich zaspokajania oraz trudności w ich realizacji najłatwiejsze drogi podpowiadają. Niestety na tym szlaku pozornie doskonale przygotowanym, zupełnie nieprzewidywalne zakręty się pojawiają - byty dla człowieka skonstruowane w zaskakującą stronę ewoluują. Zacierają się granice, pewien przełom następuje - człowiek tworzy "istoty", które w niewiarygodny sposób zmieniają jego życie. Nieuniknione wejście na kolejny poziom w tej cywilizacyjnej drabinie, a z nim zupełnie nowa rzeczywistość z jaką się zmierzymy nadchodzi. Prędkość rozwoju technologicznego już od czasu jakiegoś trudna do kontrolowania, a nadal przyspiesza i w żadnym stopniu nie zamierza zwolnić. Byleby to co już przesądzone z emocjonalnej perspektywy nas nie ograbiło. Z tego punktu widzenia jękliwy typ wrażliwca, pozbawiony atawistycznych cech męskich jakim jawi się Theodore, finalnie nie wywołuje uśmieszku politowania, a jedynie nadzieje daje. ;)
P.S. Jak się cholera cieszę z takiego spojrzenia na jutro - bez tej całej spektakularnej otoczki jaka od zawsze w tej tematyce w kinie dominuje!
środa, 26 lutego 2014
Pearl Jam - Vs. (1993)
W 1991 roku takim debiutem odpalili, że jego echo nawet z perspektywy długoletniej słyszalne. Zwyczajnie kult i milczeć - jeżeli ktoś się nie zgadza. :) Jednakowoż tak wysoko poprzeczkę zawiesili, że oczekiwanie na następce przemieszane obawą i nadzieją na coś wielce spektakularnego było. I nadeszła ta chwila, ponad dwa lata po osiągnięciu szczytów za pośrednictwem Ten, kiedy Vs. światło dzienne oficjalnie ujrzała. Ocena tego krążka z perspektywy ponad dwudziestu lat bardzo wysoka, bo pomimo, że odrobinę mniej przebojowa to nadal bogata w cechy, które debiutowi towarzyszyły. W szczegółach i ogólności trochę niespodzianek i fundament klasyczny dla bezpieczeństwa. Numery co jednocześnie chwytliwością do nucenia porywają jak i intrygują ciekawymi rozwiązaniami aranżacyjnymi. Drugi ówcześnie album w dorobku, a już taka dojrzałość, jaką z wytrwałością i precyzją inni przez lata budują. Świetne kompozycje i tyle! Szczególnie, że znając dalsze losy grupy, jej poczynania stricte muzyczne, w sensie jakości już nigdy nie wzbili się równie wysoko. Próbując zmodyfikować formułę, zbytnio w eksperymenty czy w następstwie zbyt folkowo-akustyczne brzmienia zawędrowali. Zamiast łamać kolejne bariery, na marginesie wielkiego show biznesu się ukryli, a gwiazda jaka jeszcze chwilę wcześniej błyszczała, nieco zbladła. Fakt, że to nadal sporej klasy było granie, lecz już nie tak atrakcyjne i przede wszystkim dla mnie zbytnio pazura pozbawione. Wniosek jeden końcowy! Ostatni to naprawdę wyjątkowy album grupy i chociaż ich wytrwałość do dziś mój szacunek budzi, muzycznie od tej pory nie byli i nadal nie są w stanie do siebie w pełni przekonać. Nie zmienia to faktu, iż z dumą nadal koszulkę z ich logo zamierzam nosić! Przecież w duszy grają mi już na zawsze Ten i Vs.!
wtorek, 25 lutego 2014
Pantera - Far Beyond Driven (1994)
Start i
kopniak w miękkie podbrzusze wszelkich nadwrażliwców precyzyjnie wymierzony!
Tak oto kolejny rozdział w tej wtórnie za pośrednictwem Cowboys from Hell
zainicjowanej historii zostaje otwarty. Pędzą tu na początek na złamanie karku by za chwilę zwolnić i w pełnym groovu stylu pobujać
kapitalnym riffem - piskami i sprzężeniami pikanterii dodać. I tak przez cały
krążek, płynnie mieszają soniczny rwany gwałt z chwytliwymi zwolnieniami, przy
każdym niemal numerze wyjątkowo szerokiego banana przyklejając mi do mordki.
Szczerzę zębiska w zadowolenia grymasie ale i także w bojowym manifeście, jaki
maniera wokalna Anselmo wywołać potrafi. Pięści zaciśnięte pewność siebie demonstrują, buńczuczną arogancje, że niewielu mogło podskoczyć Panterze w jej
ówczesnej formie. Posiadali ci goście wówczas autentycznie powód by takie
postawy prezentować, gdyż Far Beyond Driven to album wyborny. Pełen
dramaturgii, umiejętnym stopniowaniem napięcia formowanej, świetnych riffów
made in Dimebag Darrell, basowo-perkusyjnego doładowania, gdzie
charakterystyczne punktowanie Vinniego dominuje, a bas Rexa dodatkowej
przestrzeni całości dodaje. Jeszcze jeden walor podkreślenia godny, co na
szpicy umieszczony. Nim szaleńczo buzujący testosteronem o niewyparzonej gębie
Filipek z mokradeł pochodzący. Jego ekspresja wokalna wyjątkowej mocy, przez co
efekt uzyskany wyśmienity. Taki typ frontmana, co prosto z buta,
bezkompromisowo o swoje walczy, a orężem jego szczęśliwie muzyka i doskonałe
umiejętności wokalne. Zwierzę sceniczne zwyczajnie, w takim środowisku,
otoczeniu, naturalnie dominujące. Taką właśnie zawieruchę w tym składzie
czynili, a w srebrnym krążku zamknięte to studyjne dokonanie, namacalnie dowód
sugestywny na prawdziwość tej tezy daje. Far Beyond Driven to kawał soczystego
mięcha, wyłącznie dla tych, co zwierzęcej naturze poddać się podczas
konfrontacji z muzyką potrafią! Szczęśliwie nadal mam ku temu jeszcze
predyspozycje. :)
niedziela, 23 lutego 2014
A Late Quartet / Późny kwartet (2012) - Yaron Zilberman
Nostalgiczna
opowieść o przełomie, spowita zwiewną mgiełką wytrawnej oprawy muzycznej i
osadzona w pełnej klasy współczesnej scenografii. Historia pasji, której niemal
wszystko podporządkowane, wokół której życiowa proza skonstruowana, pozornie w
pełni kontrolowana i przewidywalna. I chociaż od strony technicznej nie
ma się do czego przyczepić, bo świetnie zagrana, zrealizowana w ogólności, to
ja się nią zachwycić tak do końca nie potrafię, gdyż zwyczajnie seans dosyć
przyciężkim, męczącym był doświadczeniem, a leniwa narracja skupiająca się
wyłącznie na aspektach psychologicznych w relacjach bohaterów z samymi sobą jak
i otoczeniem zbyt mało atrakcyjna. Może ja prostakiem jestem, że docenić tak do
końca zamysłu reżysera nie potrafię – stwierdzę zatem, oddając mu z przekąsem,
względnie obiektywnie sprawiedliwość, iż dla miłośników tego rodzaju
rzemieślniczej kameralnej estetyki zapewne to rozkoszne przeżycie. :)
piątek, 21 lutego 2014
System of a Down - Mezmerize / Hypnotize (2005)
Serj
Tankian i jego barwna trupa w ostatnim jak dotąd tchnieniu studyjnym bohaterem
poniżej wypowiedzi - w łabędzim jak się zdaje śpiewie, jednako nie finałowym
akcie kompozytorskiego talentu tych gości. Wyborny debiut solowy Tankiana
przykładem i uzasadnieniem tezy, że potencjał artystyczny jeszcze w przede
wszystkim liderze formacji ogromny. Rozwinął Serj pewną atrakcyjną i
wartościową estetykę, a mnogość inspiracji i szerokie spektrum działalności
artystycznej każe czekać na kolejne kapitalne dzieła – może nawet pod szyldem
SOAD? Kto wie co przyniesie przyszłość. Ona tajemnicą, a że wróżenia z fusów nie
praktykuje stąd stojąc twardo na ziemi oprzeć się na faktach z przeszłości
zamierzam, refleksje odnośnie Mezmerize i Hypnotize spisując. :) Ówcześnie po
Toxicity, co światem cięższych nieco brzmień wstrząsnęło czas przyszedł na
cios, co ponownie na kolana pośle zwolenników takiej estetyki - omamiały
odrobinę gatunek ocuci. Tu niespodzianki wielkiej nie było, gdyż z pewnością
krążki wrażenie spore zrobiły, jednako bardziej chwytliwe, mniej surowe się
okazały. Ich zaletą pewna spójność, komplementarność formuły, jaką udało się
zachować. Mezmerize i Hypnotize przenikają się nawzajem, tworząc zwartą
całość hojnie obdarzoną bujną wyobraźnią stylistyczną, gdzie zabawa dźwiękiem i
jego szlifem brzmieniowym fundamentem. Bez ograniczeń korzystanie z licznych
wielogatunkowych cytatów, sprawnie wtłoczonych w firmowy styl istotnym walorem,
wraz ze specyficzną słodko-gorzką percepcją rzeczywistości. Jest zabawnie, ale
i jednocześnie poważnie, lirycznie z nutką nostalgii jak i patosu dawką. Tyle,
że ta podniosłość ma zupełnie inny posmak – to nie nadęcie, tylko głębokie
przeżywanie nut! W tych bliźniaczych krążkach zawarty magnes, co nawet w miarę
upływu czasu nadal mnie skutecznie przyciąga, tajemnicą jego sukcesu nie
rewolucja, a ewolucja w obrębie charakterystycznego kanonu. Po cholerę
niszczyć, by nowe od podstaw budować, kiedy to jeszcze potencjał nie do końca
wykorzystany. Pytanie tylko, kiedy wyczerpanie formuły następuje? Ale to już
cecha tylko największym immanentna, by moment na bardziej gwałtowne przesilenie
wyczuć i z powodzeniem nowe rejony eksplorować. System of a Down wszystkich
kart na stół nie wyłożył, a działania solowe jego członków każą przypuszczać,
że jeszcze sporo z ich wzajemnej współpracy kapitalnych albumów mogłoby
powstać. Może kiedyś będzie mi dane się o tym przekonać. ;)
czwartek, 20 lutego 2014
Gravity / Grawitacja (2013) - Alfonso Cuarón
Ktoś tu sobie niezłe jaja robi, po znajomości promocję producentowi realizuje, nominując Grawitacje do Oscara w kilku prestiżowych kategoriach. Ja rozumiem, że film to pod względem sposobu realizacji przełomowy, ale żeby przy okazji pewnej nowatorskiej technologii budować wokół obrazu aurę niemal kultową, to już gruba przesada. Być może mój prywatny problem związany z percepcją najnowszej produkcji Alfonso Cuarona to przede wszystkim zupełnie niezaspokojone oczekiwania odnośnie zawartości "treści w treści" - że sparafrazuje pewnego klasyka. Ona istotą tutaj w założeniu być powinna - samotność w przestrzeni kosmicznej i walka o przetrwanie przecież kapitalnym materiałem do stworzenia wyjątkowego szkicu ludzkiej psychiki. Niestety zamiast przekonującego studium umysłu i duszy, otrzymałem sztucznie naciąganą, banalną konstrukcję, spłyconą dodatkowo wątpliwej jakości grą aktorską Sandry Bullock. Założenie pierwotne twórcy padło nie tyle pod naporem efektów specjalnych, które nota bene jednocześnie robiąc wrażenie, uśmieszek politowania okolicznościami w jakich umieszczone wywołują. Ono uśmiercone nieumiejętnym ukazaniem wielu złożonych procesów emocjonalnych i zupełnym brakiem wiarygodności przebiegu akcji. I tu "czarna dziura" co efekt zakładany pochłonęła się znajduje, bo jak docenić starania aktorów, speców od plastycznej strony realizacyjnej, gdy cała uwaga skupiona na tym cholernym, nieodpowiedzialnym zestrzeleniu satelity co w konsekwencji taką rozpierduchę czyni! :) Pęka w rezultacie ten nienaturalnie nadęty balonik - grawitacja ściąga w dół intencje Cuarona.
P.S. Faktem, że oprócz dominujących przez pryzmat bardzo wysokich oczekiwań licznych wad, sporo jest tu na co najmniej zadowalającym poziomie, a poniekąd poetycka w swej wymowie scena bujania Stone w stanie nieważkości w pozycji embrionalnej, zaiste sugestywna i zwyczajnie piękna w swojej archetypicznej formie. Jednak to chyba mało, by tak głośno o Grawitacji było? :(
środa, 19 lutego 2014
Zaytoun / Mój przyjaciel wróg (2012) - Eran Riklis
Męczennik, słowo klucz i nieistotne, jaka
kultura, czy religia, zawsze tam gdzie się pojawia zarzewiem jest dla wzniosłej
ideologii granice budującej. Czy postawa ta bodźcem, czy reakcją już
nieweryfikowalne sie zdaje, ona w zaklętej pętli przyczynowo-skutkowej
zniewolona. Cynicznie zaprzęgnięta przez architektów naszej rzeczywistości do
manipulowania ludźmi - rząd nad duszami sprawujących. Ludzkie życie w realiach
tych żadną wartością, śmierć matką sukcesu, ojcem karcącym - bezmyślne
zdyscyplinowanie. Bliski wschód liderem praktyk indoktrynacyjnych wobec
młodych, bezkrytycznych umysłów się zdaje. Dzieci już nader dorosłe,
dojrzewające w poczuciu lęku i nienawiści, karmione wewnętrzną propagandą i
codziennymi tragicznymi doświadczeniami stracone bezwzględnie dla dialogu się
zdają. W tym właśnie miejscu, przez Boga zapomnianym, gdzie paradoksalnie
wszystko w imię jego czynione rodzi się zwykła ludzka relacja, w przyjaźń
ewoluująca. Zderzenie dwóch światów na froncie człowieczeństwa, dwóch biegunów
pomiędzy którymi we krwi skąpana ziemia - barierą twardą, a tak kruchą
jednocześnie do sforsowania. Poruszająca historia, pełna egzotycznych
okoliczności, obrazów, miejsc, postaw. Z tej perspektywy, dla nas współczesnych
obywateli wolnej, względnie stabilnej i bezpiecznej Europy życie tam wygląda
zupełnie nieprawdopodobnie!
P.S. Nic o technicznej stronie obrazu nie napisałem, bo wszystko tu merytorycznym obliczem zdominowane, jednako obok solidnego rzemieślniczego potraktowania aspektów realizacyjnych, jeden detal niezwykle istotny rolę równorzędną tematyce pełni. To kapitalny w głównej roli kilkunastoletni chłopiec – brawa ogromne dla El Akal'a!
wtorek, 18 lutego 2014
Mastodon - Crack the Sky (2009)
To nie jest zwykły band, to
zjawisko na scenie umownie rockową nazywanej. Tam gdzie dla wielu możliwości
kompozytorskie ze ścianą się spotykają, tam właśnie Mastodon swą podróż w
otchłań dźwięków rozpoczyna. Unikając szerokiego rysu historycznego
działalności formacji, bezpośrednio do sedna przechodzę, jakim w tym miejscu
Crack the Sky. Progresywny majstersztyk, dzieło kompletne, gdzie mnogość
tematów, nietuzinkowych rozwiązań poraża, a ich spójność budzi zachwyt i
szacunek. Rąbią z klasą ten swój pulsujący nerwowo, nieszablonowy i oryginalny
melodycznie hałas. Realizują z wyczuciem receptę na jednocześnie; przebojowy
aranżacyjnie i wytrawny instrumentalnie chaos, tak zmyślnie kontrolowany.
Wszelka nuta ma tutaj swoje uzasadnienie – w tym konglomeracie zgrzytów,
pisków, wywijasów, subtelnych pasaży, porywających solówek i
wokalnej różnorodności. Każda kompozycja to wyjątkowy, wielowątkowy efekt
nieograniczonej twórczej wyobraźni, jednak trudno uciec od przekonania, iż osią
całości czteroczęściowa suita The Czar, będąca bez ogródek tworem doskonałym w
swej prostocie i złożoności jednocześnie – esencją tego, czym jest Mastodon.
Ona centralnym punktem, a finałowym The Last Baron z pełnym pasji rozbudowanym
zacięciem zamykający album. Mój nałóg, moja obsesja! Trudna do zrozumienia
potrzeba obcowania z tą na swój sposób dziwaczną estetyką – dla laika zupełnie
nieakceptowalną porcją muzycznego zgiełku, dla mnie natomiast prawdziwą wytworną
porcją rozkoszy!
niedziela, 16 lutego 2014
12 Years a Slave / Zniewolony (2013) - Steve McQueen
Ludzie o stalowych charakterach tu bohaterami, ofiary białego człowieka co wyższość swą w tak prymitywny sposób ówcześnie zamanifestował! I tyle by było w temacie, merytorycznej przedmowy do konfrontacji z tym obrazem, bo temat już wielokrotnie na ekranie przerabiany i chyba tylko dla półgłówków, którym się wydaje, że Afroamerykanie z Harlemu pochodzą, ;) obcy czy zaskakujący. Historia oczywista, jednak w sposób niezwykle sugestywny ukazana. Bez żenującego, tandetnego patosu czy taniej ckliwości z istotą w centrum, znaczy meritum sprowadzonego do ludzkiej udręki, cierpienia znoszonego pokornie, które i tak gwarancji na przeżycie nie dawało. Frustracja tak łatwo przelewana na istoty z definicji w tych okolicznościach bezbronne na tyle intensywna, że wszelka ich słabość, czy jakiekolwiek nieposłuszeństwo bezwzględnie karane. Bez perspektyw, bez szans na realną niezależność, w muzyce odnajdowali szczątkowe poczucie wolności. Nie dziwi zatem, że tyle serca i emocji w tych rdzennych "czarnych" dźwiekach zawarte. Kapitalnie uchwycił to Steve McQueen czyniąc je bohaterem równorzędnym postaciom. One oszczędne, często na równi z wymowną ciszą egzystujące, sprowadzone zarówno do kilku prostych, niepokojących akordów jak i subtelnej, wrażliwej, czy też pełnej wewnętrznej siły wokalnej ekspozycji. W detalicznie z precyzją przygotowanej autentycznej scenografii wstrząsający dramat się rozgrywa, on tak wyrazisty, iż ból, cierpienie dotkliwe - fizycznie niemal odczuwalne. Siła sugestii ogromna by na widza to poczucie przenieść!
P.S. Wiem! Tu biały nie tylko w roli kata występuje, a nawet proporcje na korzyść w miarę prawych białasów się przechylają. Co jednak mam zrobić, że stężenie tych negatywnych postaw tak monstrualne, że takie druzgocące odczucia finalnie wobec bladolicych we mnie wzbudzone - a może utwierdzone!
piątek, 14 lutego 2014
August: Osage County / Sierpień w hrabstwie Osage (2013) - John Wells
Taka smutna okoliczność nas tu
sprowadziła! Usiądźmy zatem przy stole i porozmawiajmy podczas posiłku. ;)
Granat został odbezpieczony i siła jego eksplozji tak potężna, że reakcja
łańcuchowa jaką wzbudził nie do powstrzymania. Ona wszelkie opory, bariery
zmiata, a krajobraz jaki po sobie pozostawia – zaiste przygnębiający. Kalejdoskop
osobowości, rollercoaster emocji, porywająca drama, co nawet na moment oderwać
uwagi od wydarzeń rozgrywających się na ekranie nie pozwoliła. Pochwyciła za gardło w
żelaznym uścisku i trzymała do samego finału! Żadna to banalna produkcja, jak
ci nadęci krytycy spod znaku intelektualnej sraczki próbują określać. Ona
autentycznie, bez makijażu, tony pudru i innego badziewia, co obraz rozmywa i
upiększa rzeczywistość ukazuje. Za pośrednictwem dosadnych, pełnych emocji
dialogów żwawo narracje prowadzi, błyskotliwie w trafne i przenikliwe do bólu
refleksje uzbrojona. Jej siłą perfekcja aktorska całej plejady zacnych nazwisk,
jednako ich niekwestionowaną królową, co uwagę na sobie ogniskuje Meryl Streep, z pewnością. Taka rola, taka historia – takie DZIEŁO!
P.S. Przyznam zdecydowanie (oj
tak, tak!) szerszą próbę analizy wątków podjąłem, jednako ich mnogość i istotne
znaczenie nawet najdrobniejszego detalu, ku z góry zakładanej porażce mnie
poprowadziła. Chciałem rozplątać ten węzeł gordyjski, bardziej dla własnego
użytku refleksje uporządkować, czy zwyczajnie elokwencją się popisać. :) Poległem i zaskoczenia
w tym być nie mogło, nie pierwszy i nie ostatni raz. :) To kluczowy powód by Sierpień
w hrabstwie Osage prawdziwie życiowym obrazem określić! Taką lekcją dla tych,
co znaczenie pokory poznali, co życie już z tej wieku perspektywy postrzegają.
czwartek, 13 lutego 2014
Lamb of God - Ashes of the Wake (2004)
Rok 2004-ty i znikąd wtedy w
postrzeganiu moim uderzenie formacji, co ożywczy podmuch do skostniałej
thrash/deathowej niszy wtłoczyła. Wiem, żadna to rewolucja gatunkowa w
wykonaniu Lamb of God była, bo inspiracje tej załogi nader jasno w dźwiękach
wyeksponowane. Pantera przede wszystkim i około thrashowe, groovem nośnym
przesiąknięte ekipy, jednak baranek czy owieczka inaczej ;) przetrawiła je i
wydaliła jako nawóz dla całej masy modern thrashowych wynalazków. Raz
lepszych, innym razem gorszych, jednako zawsze urozmaicających gatunek.
Pamiętam dokładnie co w pierwszym kontakcie wzrokowym z Ashes of the Wake mnie
zaintrygowało – to grafika z koperty o wyjątkowej urodzie sięgnąć po płytę
kazała. Niełatwo wszelako było oryginalnego cedeka z albumem przechwycić, gdyż
po macoszemu potraktowana grupa, w stajni zupełnie niemetalowej egzystująca na
naszym rynku słabo dystrybuowana była. Na marginesie wspomnę, iż do łez śmiechu
mnie doprowadziły wytwórniane próby sklasyfikowania łomotu przez Lamb of God
firmowanego, bo jak inaczej rozpatrywać żart, jakim nazwanie progresywnym
metalem dźwięków z popiołów zbudzonych. Taka już fachowa znajomość produktów
przez majorsów na rynek wrzucanych! ;) Zakotwiczyli Amerykanie w świadomości mojej dzięki przede wszystkim muzyce i do
dzisiaj ku mojej radości łupią sobie z sukcesami ten swój soczysty, chwytliwy
łomot – jak dotąd zawsze produkt zacny mi oferując. Pewnie spora w tym zasługa "adehadowca" w osobie Randy Blytha. Typ na laurach nie spoczywa, w koncertowym
obliczu obłędne zaangażowanie z publiczności uzyskując. Krzesa iskry na lewo i
prawo, drąc ryja z klasą i mocą. Taki frontman wspomagany przez zwinnych i
kreatywnych instrumentalistów to skarb niewątpliwie. Co będę więcej pieprzył!
Kto nie w temacie, a surowego i przebojowego żywiołu sonicznego chce zaznać
musi z rozdziałem pt. Ashes of the Wake niezwłocznie się zapoznać?
P.S. I ta nazwa formacji – strzał
prosto w sedno.
środa, 12 lutego 2014
Paradise Lost - Draconian Times (1995)
To ostatnie prawdziwie szczere
tchnienie Paradise Lost! Pozbawione sztucznego nadymania się, pozy co o braku
wiarygodności świadczy, bez pustych gestów, maniery drażniącej. Piję tu rzecz
jasna do ostatnich, tak podkręcających naciągany sentyment do klasycznych
wydawnictw, a według mojej wrednie spostrzegawczej natury – tak grubo,
kwadratowo ciosanej, nieudolnej próby zbicia kapitału na uznanej formule.
Oczywiście pomijam krążki, co miały zapewnić Brytolom szczytowanie na listach
przebojów. One były, w przeszłości obiektywnej szczęśliwie zaginęły i niech ci,
co ich zalety docenili, radość z ich towarzystwa nadal w sobie pielęgnują – ich
sprawa, o gustach innych nie zamierzam tu rozprawiać. Skupiam się
egocentrycznie na sobie i własnej dupie, znaczy guście. :) Mnie one wyłącznie
krótkotrwale swoją chwytliwą naturą omamiły, wszelako fartownie ten zwodniczy
czar prysł, a ja wolny od lukrowanej kremówki, co mdłości pozostawia jestem.
Draconian Times tak daleko od tych pierdół egzystuje, że zupełnie w innych
kategoriach stylistycznych klasyfikowana. Otwarcie z pianina sekwencją bramę do
tego raju dźwiękami malowanego otwiera, a wyśmienita artystycznie, rozmyta
charakterystycznie olejnymi farbami grafika klimat dla muzycznej esencji
sugeruje. Nigdzie tym smutasom z wysp się tutaj nie spieszy, nawet kiedy
bardziej dynamicznie instrumenty okładają – to jednak żadne zapieprzanie na złamanie
karku. Z podniesionym czołem bez depresyjnego doła, aczkolwiek z melancholią w
oczach sączą klimat z gracją, prują przestrzeń charakterystyczną gitarową
manierą Gregora Macintosha. Zniewalają solówek emocjonalną naturą, leniwym,
nieskomplikowanym perkusyjnym tłem oraz jeszcze ówcześnie kapitalnym wokalem
wiecznie niezadowolonego (taka poza?) Nicka Holmesa. Może ja i trochę do
retro-współczesnego oblicza tych klasyków jestem uprzedzony, jak jednak mam się
do niego przekonać, kiedy cała ta wyreżyserowana cynicznie koncepcja powrotu do
łask starych fanów przez pryzmat topornej muzyki oraz siłowego nienaturalnego
wokalu spływa fałszem. A może to nie fałsz, tylko pomimo prób podejmowanych,
zanik umiejętności aranżacyjnych, jakimi Icon i Draconian Times zręcznie
doprawione były. Cholera to wie? Ja dzisiejszego raju utraconego w takiej
formie nie kupuje! Wracam jednako z wypiekami na twarzy do tandemu, co w
pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych wyniósł ich do poziomu gwiazd
heavy-gotyckiej :) niszy - jak ją zwał, tak zwał. Icon i Draconian Times dla mnie wyłącznie
istnieje i hołd zaklętej w nich sztuce oddaje. Niewielu przecież potrafi prostotę w tak
szlachetnej formie ukazać!
wtorek, 11 lutego 2014
American Hustle (2013) - David O. Russell
W znacznym skrócie - obsesyjnie ambitny, niezrównoważony psychicznie agent, kontra para finezyjnych, bystrych kanciarzy z ikrą! A w tle niejednorodny świat polityki oraz bezwzględnej ale i lojalnej jednocześnie mafii. Kto kogo w tym pasjonującym pojedynku przewiezie, a kto przewiezionym zostanie - pytanie zasadnicze się pojawia. Jednak jego rola drugoplanowa, bo Russell pewną woltę kosmetyczną w konwencji wykonał. Łącząc klasyczną manierę opartą o nietuzinkowy narracyjny sznyt Martina Scorsese z czymś na pozór podobnym do kultowego Żądła, skupił się przede wszystkim na wykreowaniu genialnie wyrazistych postaci. I tutaj istota tej produkcji tkwi, gdyż tak kapitalnie napisane role zarówno pierwszo, jak i drugoplanowe podkreślone zostały wybitnymi kreacjami Bale'a, Adams, Coopera, Lawrence i całego drugiego szeregu aktorskich doskonałości. Pod tym względem jest to majstersztyk, który sprawnie ogarnia wszelkie niuanse o charakterze psychologicznym czy relacji międzyludzkich. Koncertowa parada gwiazdorskiego hollywoodzkiego zacięcia i kiczowatego blichtru lat siedemdziesiątych wybornie uchwycona, wespół z dosadną porcją muzycznych standardów z epoki. Intensywny film, co jednoznacznie w tytule zasugerowane, w którym szalone tempo i słowna woltyżerka może odrobinę przytłacza. Trzeba jednako przebijając się przez tą obłędną skorupę spróbować docenić jego siłę, poczuć w pełnej krasie wartość płynącą z obcowania z błyskotliwym aktorstwem i gęstą emocjonalną zawieruchą. Energiczna, inteligentna zabawa, którą z pewnością będę sobie od czasu do czasu z przyjemnością do krwiobiegu wtłaczał.
poniedziałek, 10 lutego 2014
The Lovely Bones / Nostalgia anioła (2009) - Peter Jackson
Dookoła drugą odsłoną trylogii o Śródziemiu zainteresowanie zauważalne, a
ja dużo bardziej zaabsorbowany tym co Peter Jackson pomiędzy ambitnym od strony wizualnej,
obsesją reżysera śmierdzącym Władcą Pierścienia, a Hobbitem zaproponował.
Oczywiście mając szacunek do spektakularnych ekranizacji tych dwóch trylogii,
to jednak Nostalgia anioła wtłoczona pomiędzy te superprodukcje na mnie silniejsze
wrażenie wywarła. Nie porównam oczywiście tych zgoła odmiennych biegunowo
realizacji, bo zwyczajnie w różnych gatunkach filmowych funkcjonując nie dają
się wymiernie skonfrontować. Przejdę tylko bezpośrednio do tych walorów
Nostalgii anioła, które mnie ujęły, nie unikając jednakże kwestii,
co w jakimś sensie nie do końca przekonują - chociaż pewnie z punktu widzenia
charakteru filmu one usprawiedliwione. To niemal "familijne" kino ze zbrodnią w tle,
co stanowiło dla Jacksona dosyć karkołomne wyzwanie, z którego w mojej opinii
wyszedł z tarczą. Stosując plastyczną, wyrazistą scenografię oraz atrakcyjne efekty
specjalne osiągnął rezultat
kontrastowego wizualnego zestawienia subtelnej, naiwnej wrażliwości dziecka ze
światem obłędu szaleńca. Może w zbytnio trywialny sposób, jednak w swoim barwnym,
atrakcyjnym dla oka stylu pozwolił bym zatopił się w tej opowieści, otworzył
się na prostą wrażliwość oraz co niemniej fundamentalne niż plastyczny wymiar, dał poruszyć się jej aspektowi
duchowemu. Te przeżycia rodziny, choć tak oczywiste, autentycznie wzruszają, a rozwijający się
wątek kryminalny w żadnym stopniu nie nudzi. To wysokiej klasy przede wszystkim kino rozrywkowe
z wartościowym, prostym przesłaniem oraz rzemieślniczym aktorstwem w niczym
podczas seansu nieprzeszkadzającym. Lubię zwyczajnie co jakiś czas, spędzić
dwie godziny w towarzystwie tego obrazu, chociaż trudno mi tak naprawdę sprecyzować,
co takiego wyjątkowego mnie do niego przyciąga. :)
sobota, 8 lutego 2014
El Laberinto del fauno / Labirynt Fauna (2006) - Guillermo del Toro
Hiszpańskie kino ma się wyśmienicie co potwierdzają coraz częściej pojawiające się w kinowym mainstreamie produkcje
o tym pochodzeniu. Ich jakość wysoka, niemniej jednak Labirynt Fauna to obraz,
co wszelkie najwyższe standardy pokonał. Niespotykana forma hybrydy baśni i
brutalnego kina jednocześnie, porywa w swe objęcia. To arcydzieło bez
wątpienia - wstrząsające, tajemnicze, równie urzekająco piękne, co przerażająco
okrutne. Poruszające do głębi z sugestywną, malowniczą scenografią,
klimatycznymi wnętrzami, surową i plastyczną przyrodą oraz warstwą muzyczną
idealnie podkreślającą wszelkie walory pojawiających się obrazów. Wszystko
razem spójnie spięte w fascynującą konstrukcję, wzbudzającą autentyczny zachwyt. Jej kośćcem fabuła oparta o lawirowanie dziecka pomiędzy rzeczywistością, a
światem wyobraźni. W ponurych, bezwzględnych realiach ucieczka w fantazje,
jedyną szansą na unikanie konsekwencji traumatycznych przeżyć kształtujących osobowość - wpływających decydująco na przyszłą egzystencję. Jej finał pozbawiony happy
endu, szczere łzy z oczu wyciskający.
piątek, 7 lutego 2014
Grand Magus - Triumph and Power (2014)
Przyznam, że kiedy J.B. zasilił
szeregi Spiritual Beggars i swoją kapitalną barwą uszlachetnił wyborną muzykę
żebraków, ochoczo zapoznawałem się z dorobkiem Grand Magus z którego to
wychwycony przez Amotta został. Ta chwytliwa, nieskomplikowana heavy maniera trzymała mnie przez chwilę w silnym uścisku wikingowych ramion. Siłą
rozpędu z naostrzonym mieczem na kolejne wyprawy tych wojowników czekałem, aż
do The Hunt którego misja podbijania terenów nieudana się okazała. Wtedy to
porzuciłem wiarę w siłę ekspansywną ekipy Christofferssona i na stałe rozbrat
wziąłem z ich niestety wtórną z perspektywy czasu działalnością muzyczną. Nie mając jakikolwiek
oczekiwań, czy nadziei na powrót do łask moich takiego podniosłego heavy
mielenia, chwilę jakąś temu spostrzegłem wśród nowych wydawnictw Triumph and
Power i z obowiązku sprawdziłem co tam mężni Szwedzi toporami wyciosali.
Standardowe jeno, marszowe lub gwałtowniej galopujące hymny ku czci męstwa. Takie,
co przez uszy przeleciały i poza przebojowością i patosu tonażem, nic ciekawego
nie zaoferowały. Topór ten stępiony rzemieślniczym wykorzystaniem, bez krwi z
niego spływającej. Miast ścinać nim głowy, korpusy przebijać, poddańczy mores wprowadzać,
on tylko drewno do chałupy rąbie. Tak, wiem nie moja to już estetyka, zatem
milknę i pieśni te wciąż aktywnym wojownikom heavy metalowej idei pozostawiam.
Oni z pewnością ryki i zaśpiewy wznosić wraz z brodatym J.B. będą - zachwyceni
tą tłustą biesiadą. Lepiej by z takimi towarzyszami to robili niżby w olejku do
ciała upaćkani wraz z prężącymi torsy amerykańskimi rysunkowymi herosami.
Szczęśliwie Grand Magus to nie Manowar!
P.S. Za cholerę nie mogę zrozumieć,
dlaczego Spiritual Beggars dla takiej wioski przez J.B. Christofferssona porzucony.
czwartek, 6 lutego 2014
Behemoth - The Satanist (2014)
O sataniście napisze coby słupki odwiedzin na blogu podciągnąć. ;) Taki już czas nadszedł, że o pomorskiej bestii, inaczej jak o supergwieździe, superligii czy nawet celebryckim szatańskim nasieniu trzeba by rozprawiać. Nie narzekam, nie ganie - wyłącznie fakt stwierdzam, a jakie refleksje czy wnioski z tym związane każdy z osobna z miejsca usadzenia swoich szanownych czterech liter wysnuje! Cieszyć się może trzeba, że ten zmanierowany posłaniec wolnej myśli, przebijając gruby mur salonowego mainstreamu wszedł tam i zamieszanie jakiekolwiek poczynił, a dyskusja czy aby w sposób oczekiwany i sensowny ścieżkę lewej ręki tam prezentuje, subiektywne rzecz jasna. Ważne, że tam jest! Tyle w plotkarsko-filozoficznym tonie, teraz co - jądro, znaczy sedno, istota czyli dźwięki zawarte na dziesiątym ataku formacji. Jest ewolucja co cieszy niezmiernie i nareszcie jakiś symptom fascynacji Darskiego korzennym rockiem czy innymi gatunkami gitarowego łomotu w bardzo niewielkim stopniu z black/death metalem kojarzonych do sonicznego gwałtu wbity. Brzmienie, struktury, a już z pewnością pewna filozofia spojrzenia na muzyczną materię uległa przepoczwarzeniu. Przesilenie to czuć i jego smakowanie wkręciło mnie, diabła wyłącznie na pokaz ;) względnie skutecznie. To już nie skompresowana ściana gitarowej magmy, wokalnego podmuchu nuklearnego i odhumanizowanej perfekcji okładania perkusji. Nareszcie to co spod łap członków Behemotha na światło dzienne się wyrywa ma w sobie sporo świeżego ożywczego powietrza (w sensie rozwoju), bo zatęchła woń czarnej sztuki jest tu oczywiście bezwzględnie wyczuwalna. Zrzucił Nergal przyciężką zbroję pętającą jego ruchy, pozwolił muzyce wyrwać się z więzów wyłącznie groteskowej groźnej miny, przez co moja surowa do tej pory ocena jego umiejętności kompozytorskich uległa transformacji - tu mnie gość zaskoczył i zdanie kazał zweryfikować. Wzniosłem się ponad własne dzisiejsze muzyczne preferencje spoglądając na współczesną odsłonę behemothowej sztuki przez pryzmat wieloletniego obcowania z gitarowa młócką, z perspektywy pełnej o szerokim zasięgu. Nie będą jednak pomimo tej odświeżonej formuły zbyt często ścian rezydencji mojej wypełniać te nuty, bo zwyczajnie to już nie moje klimaty. Jednego natomiast o tym krążku nie powiem, że jest odbębnieniem pańszczyzny. To już nie rzemieślnicza produkcja naczelnego wolnomyśliciela celebryckiej masy, znanego także jako prywatny wróg Ryszarda Zbawiciela co sekty zwalcza, sekciarskimi metodami i filozofią. To prawdziwie światowa klasa, szerokie spojrzenie, brak jakichkolwiek kompleksów i wysokie ambicje równe umiejętnościom. Porzucę wiele innych kwestii, tych z wartością techniczną, przygotowaniem warsztatowym muzyków czy wszelkich niuansów zawartych w samych numerach związanych. One gęsto poukrywane i z pewnością każdy, kto fascynacje w nich zawartą odkryje, będzie je z wypiekami na satanistycznym swym obliczu zauważał. Na finał jeszcze jedna konkluzja mi się nasuwa. Ona końcowa, lecz niekoniecznie najmniej istotna - więcej, ona może kluczowa. To pierwszy album Behemotha który się bardziej czuje niż na zimno analizuje! Nigdy fanem nie byłem, nigdy pewnie też nim nie zostanę, dyskografie znam wybiórczo z naciskiem na czasy od kontraktu z Dziubą (R.I.P.) więc żaden ze mnie ekspert w temacie - naturalnie takie moje odczucie.
P.S. Powyższe luźne rozważania bez wielokrotnego kontaktu z materiałem, takie o niezobowiązującym charakterze. Takie usprawiedliwienie w razie ataku radykalnych ortodoksów - bezwzględnych wyznawców blackowej zarazy. Z nimi się nie zadziera - z nimi trzyma przecież ON. :)
środa, 5 lutego 2014
Mustasch - Thank You for the Demon (2014)
Miało być tak pięknie, miało być
tak cudownie! Mustasch miał powrócić do formy, jaką prezentował na początku
swej kariery. Tak sobie to ubzdurałem i z pełnym entuzjazmem na realizacje tego
planu oczekiwałem. Niestety nadzieje moje płonne się okazały, a ta ekipa zza
Bałtyku nieskłonna do spełnienia mych zachcianek. Poszli własną, autorską ścieżką
i kurs na pewną innowacyjność w obrębie wyznawanej, jedynie słusznej ;) rockowej stylistyki
obrali. Przyznać muszę, że pomimo niespełnienia marzenia by solidnie znów
zaczęli łupać soczystego rocka na stonerowym zawieszeniu, oszczędzili mi tak
płaskiego oglądu materiału jak w przypadku Sounds Like Hell, Looks Like Heaven było. Zamiast banalnej,
zbytnio na plagiatach opartej przebojowej do bólu formy, Thank You for the
Demon więcej jadu i surówki oferuje. Rzecz jasna, nadal jest to rock na
oczywistych fundamentach zbudowany, jednako sznyt aranżacyjny jakim pocięty dosyć
skutecznie pewne szablony łamie. To chwytliwa rzecz jasna nadal muzyka, ale na
tyle zręcznie poszarpana, że miałkości skutecznie unika. Doceniam więc tą próbę,
jaką wąs podjął by przerwać zjazd w nijakość, jednocześnie nie deklaruje, że
album ten za czas jakiś będzie mnie jeszcze do kontaktu z nim przyciągał.
Napiszę więcej – jestem niemal przekonany, że tym pierwotnym krążkom nie ma
szans dorównać. Jest w miarę ciekawy kierunek – przełomu i pełnej satysfakcji
jednak brak. Trzeba czekać na kolejną próbę!
poniedziałek, 3 lutego 2014
Take This Waltz (2011) - Sarah Polley
Dosyć systematycznie ostatnimi czasy przy doborze repertuaru na seans, podświadomie wpadam w objęcia romansideł, jednako sprzyjające szczęście lub świadoma intuicja kiczowatych mdłych pierdół w tej niszy mi oszczędza. Bo jak inaczej określić sytuacje, gdy "sercowe" rozterki pozbawione zostają wypieszczonego, przelukrowanego mitu księżniczki i księcia, a odnoszą się kapitalnie do realnego życia zwykłych szaraczków. Tym tropem na kolejny obraz z Michelle Williams trafiłem - aktorką co wybornie role dobiera i równie zjawiskowo w nich się prezentuje. Nie mogę powstrzymać się by nie zwrócić uwagi, że wyrasta ona na prawdziwie dojrzałą warsztatowo, w pełni świadomą aktorkę w przyszłości zapewne o statusie wybitnej ikony (porównanie z Meryl Streep w przekonaniu moim jak najbardziej na miejscu). Może kreacja Margot pozornie podobna nieco do tej jaką stworzyła u boku Goslinga w fenomenalnym Blue Valentine, aczkolwiek detaliczna wnikliwa percepcja pośród pewnych zbieżności symptomatyczne różnice wychwytuje. Zrezygnuje wszak z szerszej analizy tego wątku, bo zbieram się czas jakiś by hymn pochwalny ku czci błękitu spisać, więc i materiał takim ruchem bym sobie ograniczył. :) Skupiam się zatem natychmiast na nieszablonowo odtańczonym walcu w trójkącie emocjonalnym przez Margot, Lou i Daniela. Stosunkowo ustabilizowane szczęśliwe życie młodej kobiety tu osią, jej relacje z mężem oraz przypadkowo spotkanym intrygującym typem. To naturalne zainteresowanie z zupełnie innej perspektywy ukazywać zaczyna sielankę codzienności, ciągłe zapewnienia o niegasnącym uczuciu do męża wrażenie tworzą zarówno kamuflażu, jak i przekonywania własnej osoby o prawdziwej naturze tego uczucia ale i do końca nie odpowiadają na fundamentalne pytanie o jego szczerej czy fałszywej istocie. Broni się dziewczyna, miota pomiędzy uległością wobec instynktownej pokusy, a poczuciem lojalności. Jaka siła w tym pojedynku górą, nietrudno przewidzieć, jednako finał podjętej decyzji już nie tak oczywisty. Kto wie, może w równym stopniu kochać można dwie osoby, choć specyfika tego uczucia różna, a i profity czerpane z niej o zupełnie innych właściwościach. "Nowe szybko się starzeje" jak trafnie stwierdzone w "odważnej" scenie prysznicowej - lepiej gonić tego króliczka niż go pochwycić? ;) Dojrzałe, pełne głębi kino, na świeżo w ocenie mojej pozbawione charakteru dzieła wybitnego, wszelako coś mi podpowiada, że ewoluować z czasem w tym pożądanym kierunku będzie. Muszę je pewnie jeszcze kilkukrotnie przerobić. :)
P.S. Tytuł dla krajowej dystrybucji nietłumaczony, może to i lepiej, gdzie tam - jakie to szczęście! :) Znając finezyjne podejście do tematu rodzimych dystrybutorów, jakiegoż spektakularnego, luźno powiązanego z tematem potworka można by się spodziewać.
sobota, 1 lutego 2014
Valkyrie / Walkiria (2008) - Bryan Singer
Telewizja publiczna, program pierwszy, późny wieczór i seans taki odświeżający w pamięci dramat wojenny twórcy kultowych dla mnie Podejrzanych. Okazja do ponownej konfrontacji z Walkirią Bryana Singera się nadarzająca, popchnęła ku spisaniu kilku refleksji luźno orbitujących wokół tego tematu. Do rzeczy! Zamiaru nie mam pozować na detalicznego znawcę historycznej perspektywy opisanych wydarzeń. Inaczej mówiąc Wołoszańskim nie jestem, jednako ta typowo hollywoodzka myśl przewodnia z frontu plakatu wyzierająca "Podczas gdy inni słuchali rozkazów, oni posłuchali głosu sumienia" zemdliła mnie dosłownie. Znaczy mamy tu dobrych nazistów, takich co kręgosłup moralny posiadając, czynnie lub biernie okrucieństwu bezgranicznemu towarzyszyli! Może i kierowali się względnie szlachetnymi ideami patriotyzmu wobec ojczyzny czy zwyczajnie racjonalnym, logicznym rozumowaniem. Jednak sprowadzać tą motywacje do kwestii sumienia, mocno naciągane się wydaje. Jakby to skomentował jeden ze znajomych moich - relatywizowanie historii w wydaniu nie tylko jankeskim trwa! Porzucam tymczasem ze względów merytorycznych tą ścieżkę analizy, choć chciałoby się swą wiedzę poszerzyć, poczytać ze źródeł kilku by w pełni odpowiedzialnie szerzej skomentować powyższą materie. Brak czasu niestety przeszkodą, a dokładniej zbyt wiele intrygujących rzeczy do poznania z filmowej, muzycznej czy literackiej półki (muszę przecież o czymś na łamach bloga się podniecać). Wojskowym drylem spróbuje zameldować wyłącznie! Czysto hollywoodzki obraz - od technicznej strony sprawnie, profesjonalnie zrealizowany. Bez cech arcydzieła, wszelako na tyle interesująco historię ukazujący, że te dwie godziny seansu nie nudzą. Minusem w roli pułkownika Clausa von Stauffenberga obsadzony Tom Cruise - warsztatowo, kwadratowo ciosany w tym wcieleniu, nienaturalnie pozujący na sztywnego nazistę, obniżający przez to wysoki poziom kilku kreacji drugoplanowych, a co za tym idzie, całościowe wrażenie produkcji. Miałem być z dala od merytorycznej istoty, ale że ja mało zdyscyplinowany, łamiąc ten autorygor pytanie banalne, aczkolwiek pryncypialne z cyklu "co by było, gdyby" postawie. Jakby losy Polski w przypadku zrealizowania spisku się potoczyły? Tutaj pole do interpretacji i spekulacji dla ekspertów otwarte. Snujcie teorie, rozwijajcie wątek, ale czy będzie to miało jakiekolwiek teraz znaczenie? Nie oszukujmy się, kogo prócz pasjonatów historii współczesnej i tej garstki świadków epoki jeszcze żyjących to zainteresuje. Życie gna do przodu medialnym dziadostwem siejąc mentalne spustoszenie. Tu pierdoły rządzą, a problemem centralnym dla większości słaba "lajkowatość" samojebki w lustrze. Historyczna perspektywa jedynie przez pryzmat politycznych szturchańców jakie sobie wybrańcy narodu zadają - w takich niezdrowych oczywiście okolicznościach do naszej codzienności się wkrada. Ona pojęcia, postawy wyjątkowe do poziomu dna sprowadza, znaczy jak do kija baseballowego doczepić kawał biało-czerwonego materiału i w tępym amoku prawdziwe patriotyczne działania niszczyć. Te oparte o szlachetną pracę, ludzi skromnych, niekrzykliwych! Tym sposobem do wulgarnej puenty dobiłem. Moi drodzy - W DUPIE JESTEŚMY! I to dzisiaj wyłącznie z własnej winy!
piątek, 31 stycznia 2014
Clutch - Strange Cousins From The West (2009)
Clutch powyżej pewnego, oczywiście wysokiego poziomu nie schodzi i kiedy nawet Strange Cousins From the West z perspektywy ubiegłorocznego, mocarnego albumu nieco bardziej blado wypada to i tak zdrowo buczy i huczy w głośnikach. Gdzie powód takiej niezawodnej formy, ja się pytam :) i natychmiast sobie odpowiedź podaje! Myślę, że w dwóch jasnych punktach on zawarty – rubasznym wokalu Neila Fallona oraz świetnym wyczuciu blues-rockowej formuły. Te dwie fundamentalne cechy twórczości gości będących klasycznym przykładem alter ego dla zmanierowanej muzycznej sceny wszelkiego rodzaju sortu, niosą ze sobą uniwersalną prawdę o wartości muzycznej pasji. Znaczy, że jak się ma talent to nie potrzeba pajacowania, pudrowania gęby, spektakularnych kiczowatych tricków i przypinania naciąganej kontrowersyjnej ideologii. Na pierwszym i jedynym froncie liczy się sama muzyka, spisana i odegrana z pasją w sposób naturalny, niewymuszony. Ona na lata szacunek wśród fanów zdobywa bez względu na przejściowe mody czy trendziarskie chwilówki. Tym szlakiem Clutch podąża, a estyma jaką otoczony nie do uzyskania przez te wszystkie błyszczące tandetą produkty menadżerskiej chciwości. Dzięki takiej postawie, jakość ich albumów uniezależniona od całej tej marginalnej merytorycznie, a tak istotnej promocyjnie w dzisiejszej medialnej rzeczywistości gry pozorów. Egzystują sobie gdzieś na uboczu z armią wiernych i co kilka lat obdarowują ich łaską nowego albumu, czy trasy koncertowej. Tak oto w 2009 po dwóch latach przerwy, poleceni kuzyni z zachodu na chatę moją za pośrednictwem ekipy z Maryland się wbili i pełną chwytliwego blues-rockowego groovu dźwiękową materią za gościnę podziękowali. Niejednego browara w ich towarzystwie od tamtej pory zdarzyło mi się wysączyć, sporo kilometrów w podróży spędzić, a nadal obecność ich systematycznie pożądana. Taki już tego krążka urok, że nudy pomimo prostoty jaką obdarzony zupełnie podczas odsłuchu nie doświadczam. Nieskomplikowana jego natura w żadnym stopniu z tępą nijakością związana, ona wyłącznie z podstawową wartością w szczerych intencjach zawartych utożsamiana. Naprawdę fajnie mieć takiego bezinteresownego kumpla!
czwartek, 30 stycznia 2014
Death - Symbolic (1995)
Gdybym w jakikolwiek sposób podniósł pióro, czy współcześnie klawiaturę :) na to dzieło w akcie samoukarania odrąbałbym sobie dłoń co zdania krytyczne spisała! Myśląc zatem trzeźwo i pozostając wobec przekonań swych uczciwym, uznanie wobec niego wyrażę, dzięki czemu uniknę okaleczeń na mym ciele. W jedynie entuzjastycznym tonie, rozpływając się w zachwycie, ja człek niedoskonały pozwolę sobie zdań kilka koślawych w temacie Symbolic skreślić. Po powyższym wstępie oczywistą oczywistością :) mój poddańczy stosunek do dźwięków zawartych na siódmym albumie Death. Gitary od pierwszego rozpruwającego powietrze riffu tną z chirurgiczną precyzją, nie porzucając tej profesjonalnej maniery, aż do końca albumu. Tak zainicjowany szturm skomplikowanej technicznie kanonady nut z biegłością i finezją rozwijany w postaci dziewięciu wybitnych kompozycji. Faktem, iż melodia rzecz jasna większą rolę w przypadku tego krążka odgrywa, co pewnie radykalnych zwolenników surowizny w wydaniu ekipy Chucka zniechęca. Jednako ona w tak szlachetnej formie do oryginalnej formuły zaaplikowana, iż w w jakikolwiek sposób w przekonaniu moim nie ujmuje jakości finalnego odbioru. Ja zwolennik rozbudowanej maniery aranżacyjnej Schuldinera taki kierunek ewolucji grupy przyjąłem z szerokim grymasem zadowolenia na twarzy. Ona wynikiem nieograniczonej wyobraźni mistrza, wizjonerskiego spojrzenia na muzyczną materię. Tam gdzie naturalna przestrzeń do zagospodarowania została przez maestro zauważona, z sobie wrodzonym kunsztem wplótł on kapitalne, soczyste solowe wiosłowanie z posmakiem zarówno o niepokoju charakterze jak i piękna w najczystszej postaci - takiego magicznego, porywającego słuchacza do krainy spełnienia. Może to w kontekście death metalu nie na miejscu używanie słów o baśniowych konotacjach, ale cóż ja mam uczynić skoro takie moje odczucia. Tej perełce przecież daleko do brutalnej archetypicznej formy metalu śmierci :) - toż to przecież progresywne granie pełną gębą, jedynie przez pryzmat wokalu z death metalem odrobinę kojarzone. Ta soniczna względna agresja dla wielu laików pewnie w nazbyt jazgotliwej oprawie nie do przejścia - mnie ona w tak harmonijny sposób spleciona, oczarowuje i w pełnym zachwytu uniesieniu do bram krainy rozkoszy prowadzi. Z pozoru tak nieprzystające do siebie walory twórczości Schuldinera w postaci surowej agresji, obłędu, pasji, urokliwego wdzięku, artyzmu czy filozoficzno-emocjonalnej głębi na Symbolic splecione w doskonałą jednolitą fakturę. I w tym miejscu muszę podkreślić ten walor co obrazu geniuszu Chucka dopełnieniem. Liryki mam tu na myśli co poezją najwyższego sortu, pełną nieskrępowanych metafor, plastycznych alegorii, czy zwyczajnie trafnych spostrzeżeń z gracją w słowach dojrzałych zamkniętych. Dzieło w pełnym obliczu świadome, w oczach moich wybitne, dokumentnie jednolite od sugestywnej okładki poczynając, poprzez istotę jaką same utwory, po liryczną zawartość, dojrzałość i prawdziwe człowieczeństwo autora udowadniającą. Słuchając od lat systematycznie, niesłabnącą adoracją ten krążek otaczam! W nim idealnie skumulowane wszystko to co w naszym życiu napotykamy, to czego poszukujemy czego unikać się staramy. On w równym stopniu życiem jak i śmiercią, bólem i rozkoszą, pasją i bezsilnością - niegasnącą inspiracją! Pewnie nie tylko dla mnie.
wtorek, 28 stycznia 2014
Frances Ha (2012) - Noah Baumbach
O wszystkim i o niczym jednocześnie - tak to, co przez półtorej godziny na ekranie gościło mógłbym streścić. I ciężko mi silić się na jakąś naciąganą, niezwykle inteligentną interpretacje historii Frances, jak tylko puentą banalną błysnąć, że ludzkie pragnienia, te o naturze przyziemnej często się spełniają tyle, że droga ku nim nierzadko kręta i nieprzewidywalna. Poszukiwanie własnego miejsca, wkraczanie w mentalną dorosłość, porzucanie beztroski braku zobowiązań, a co najistotniejsze zaakceptowanie tych przełomów trudne wszak z czerpaniem satysfakcji o zupełnie innym wymiarze związane. Trzy zdania to może zbyt mało, stąd dodam, iż ta prosta, lekka opowieść z życia wielkomiejskiej bohemy, jednoznacznie z manierą Woody Allena się kojarzy, a galeria postaci, ich życiowe perypetie i wartkie dialogi jakimi okraszone, intrygujący rytmiczny puls do efektu finalnego wtłaczają. Zgrabna to w pigułce zawarta esencja życiowego przesilenia, równie liryczna co zabawna, tyle że ja za cholerę nie kminie na co ten czarno-biały sznyt całości. Rozumiem, że tu ukryte jakieś przesłanie dla tego inteligentniejszego widza. :)
niedziela, 26 stycznia 2014
About Time / Czas na miłość (2013) - Richard Curtis
Richard Curtis jak dotąd, nie do
końca ze swoim dorobkiem w postaci licznych scenariuszy, jakoś wybitnie mi się kojarzył. Jego
specyficzna angielska flegma, czasem nawet pretensjonalność, a przede wszystkim
trudne do zrozumienia z samczego punktu widzenia skierowanie własnej twórczości
na komedie o romantycznym charakterze, ogólnie odpychało. Odbijało mi się tym
słodkawym posmakiem, pomimo, iż specyfika filmów jego zupełnie inna niż ta o
szczeniackim, nastoletnim postrzeganiu procesu chemicznego miłością nazywanego. Chociaż pewna doza często niebanalnego poczucia humoru oraz osobliwe postaci, jakie
bohaterami drugoplanowymi w tle opowieści jego egzystujące walorem
niezaprzeczalnym. Summa summarum jednak efekt sprowadzał się do tego, że to co
obejrzałem nigdy głęboko w pamięć moją nie zapadało – innymi słowy przelatywało
bez echa większego. Do dnia, kiedy to z polecenia znajomego ale i rekomendacji
jednego z popularniejszym programów telewizyjnych o kinie traktującego,
obejrzałem kapitalny film w jego reżyserii, na podstawie autorskiego scenariusza, w jednym słowie - o
szczęściu! Nie mam na myśli tu znaczenia określenia powyższego do farta
zwyczajnego sprowadzonego. Szczęście w ujęciu tutaj najbardziej archetypicznym,
sprowadzającym się do synonimu wyrażenia spełnienie. Nieco naiwna to opowieść,
ale właśnie w tym zabiegu tkwi najistotniejsza zaleta jego. Sprowadza się ona
do ukazania coraz rzadziej w pierwotnym rozumieniu spostrzeganej miłości czy
owocu jej, jaką rodzina. Poszukując w życiu szczęścia sprowadzamy jego sedno do
zaspokajania wyłącznie własnych potrzeb w postaci kariery zawodowej jak i
wszelkich hedonistycznych zachcianek. Taka strategia coraz częściej przez
współczesnych obierana na margines sprowadza sens człowieczeństwa. Podejmowane
przez nas decyzje nie zawsze tymi najlepszymi, a szansa na ich zmianę niesprowadzona
do futurystycznej podróży w czasie. Każdy nowy dzień daje nam szanse na
wprowadzenie zmian, na odnalezienie sensu istnienia czy najzwyczajniej otwarciu
się na to, co w każdej przeżywanej chwili najbardziej wartościowe. Nasze
doświadczenie jakie wynikiem doznań przez pryzmat refleksji i optymistycznej
natury wieść może ku efektywniejszemu zagospodarowaniu lat, które nam jeszcze
pozostały. Jeśli tylko na to pozwolimy! ;)
Wiem, niemal jak kapłan czy pastor z ambony przemawiający zabrzmiałem, jednak
bez obaw nie zamierzam przywdziać szat charakterystycznych i na drogę prawdy
zagubionych kierować. Taki ton podniosły jedynie wynikiem dojrzałej percepcji
otaczającej rzeczywistości, w pewien sposób przez omawiany obraz
zainspirowanej. W pewien znaczy taki, co o pewnych oczywistościach przypomina,
by w pogoni za iluzją wygodnego życia czy w ferworze codzienności o istocie
BYCIA nie zapominać. Porzucam na koniec zatem ton tak prostacko z kazaniem się
kojarzący i odnosząc się do oceny Czasu na miłość, przez pryzmat powyższego
tytułu uwagę zwrócę na sposób, jaki Richard Curtis taką zmianę stereotypowego
spostrzegania swojej twórczości u mnie uzyskał. Wykorzystał tak naprawdę
wszelkie szablonowe dla niego chwyty, jednako przesłanie jakie pozostawił
bardzo daleko od tych wcześniejszych pierdół zakotwiczone. Ono tak dojrzałe i
do refleksji skłaniające, iż myślę, że na długo w mojej świadomości pozostanie.
Powiem więcej, może nawet ono trwałe piętno odciśnie na moim przyszłym
istnieniu. Wyborne kino, takie co w lekkiej formie wielowarstwową, przemyślaną
i dojrzałą opowieść snuje. Polecam tym, co na takie spojrzenie już gotowi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























