sobota, 17 marca 2018

Roman J. Israel, Esq. (2017) - Dan Gilroy




Bohaterem człowiek totalnie na pracy zafiksowany, funkcjonujący w izolacji dziwak, szeregowy pracownik biurowy, znaczy gryzipiórek. Prawnik aktywista, który ostatnie trzy dekady spędził w czterech ścianach kancelaryjnej kanciapy, pod stosem papierów, owładnięty idealistyczną obsesją. Relikt przeszłości, niedostosowany do współczesności, wleczący mozolnie potężne przygarbione cielsko z szerokim kuprem, zaniedbany w ulanej marynarce, za luźnych spodniach z afro i oprawkami niemodnymi od więcej niż ćwierćwiecza. Poddany po latach oddziaływaniu teraźniejszej mentalności, zderzający się ze ścianą społecznej obojętności, gdzie ludzkie odruchy radykalnie zminimalizowane. Przechodzi on na zewnątrz wyraźną metamorfozę, stając się dopiero teraz paradoksalnie swoim wykrzywionym w zwierciadle odbiciem. Osiąga status praktyczny, zmienia oblicze pod dyktando nowego celu, pod potrzebę zaspokajania własnych pragnień. Ale to tylko pozór, bo pod tym kamuflażem splecionym z rozczarowania, z rozgoryczenia i bezradności nic się właściwie nie zmieniło, a tylko burza przemyśleń i refleksji inspirowana splotem wydarzeń i zachowań  doprowadza do jednego kluczowego wniosku. Że to nie on w tej nowej skórze, że ta pragmatyczna poza nie pokona wewnętrznych przekonań. Ale jest już za późno, mleko się rozlało, konsekwencją zaprzedania przekonań i w chwili słabości złamania prawa jest strach i będzie dyscyplinująca kara zadana samemu sobie. Zupełnie formalnie inny to film niż Nightcrawler, czyli poprzednia super efektowna produkcja Dana Gilroya. Tym razem bez wizualnych fajerwerków, szokujących obrazów i rozkręconej dynamiki. W tym układzie świadomych założeń, to stonowana opowieść utkana z subtelności, bez dominujących szarż i permanentnego wrzącego napięcia, za to z żywym bohaterem, którego przemiana sednem i sensem opowieści. To w pewnym sensie podobny zamysł ogólny, ponownie opowieść o adaptacji, reorganizacji mentalnej ale zupełnie różną metodą ukazanej. Seans z każdą minutą nabierający wartościowego znaczenia i refleksyjnej wymowy, a puenta mimo swojego tragicznego oblicza nie okazała się jedynie gorzką kwintesencją splotu ekranowych wydarzeń z wyrazistym pytaniem, czy w tym dzisiejszym świecie czystość naprawdę nie ma szans na przetrwanie? Niech niesprawiedliwość nas rozjusza, ale nie niszczy, stwierdza w pewnym momencie Wielebny Roman – to chyba jednak budująca rada.
  
P.S. 1 Staram się to przesłanie odnieść do naszych rodzimych obecnych okoliczności i nie mam z tym najmniejszego problemu. Jest w nim głęboka uniwersalna prawda i celna istota także polskiej, nie tylko politycznej rzeczywistości.

P.S. 2 Napiszę jeszcze to, co akurat ciężko mi przez klawiaturę przechodzi, bo uczciwość do tego zobowiązuje, chociaż odrobinę podmywa do tej pory stabilne fundamenty na których od lat przekonanie o aktorstwie Denzela Washingtona buduję. Jestem pod sporym wrażeniem tej kreacji, lecz nie popadam w hiper zachwyt, tylko w poczuciu satysfakcji podkreślam, iż jak Denzel wyłączy autopilota to potrafi sterami nieźle się posługiwać. 

piątek, 16 marca 2018

Turbowolf - The Free Life (2018)




Chyba nie bardzo się spodziewałem, że The Free Life tak bardzo mi w głowie namiesza i tak intensywnie zagości w mojej świadomości. Two Hands sprzed trzech laty wprowadził mnie w świat dźwięków jakie kwartet z Bristolu na swój specyficzny sposób tworzy, zapewniając masę dobrych wrażeń muzycznych i przede wszystkim świetnej, uroczo barwnej zabawy. Zatem prowadząc logiczne rozumowanie przyczynowo-skutkowe nie powinienem być zaskoczony, iż mam ochotę ogromną na kolejną porcję ich radosnego retro grania. Jednak co innego usmiechnąć się z satysfakcją podczas pierwszego kontaktu z The Free Life, po czym przełączyć na inną nutę, a co innego zapetlić album na kilka co najmniej kolejnych i wpaść w obłęd polegający na rytmicznym podgrygiwaniu w takt muzyki. Usiądę na chwilę, wyrównam oddech i napiszę, iż to kapitalny krążek w mojej ocenie, w swym kolorycie cholernie oryginalny na współczesnej rockowej scenie, bo wykorzystujący częstokrość klasyczne, z przełomu lat 70-tych i 80-tych gitarowe rozwiązania, żeniąc z finezją punkową dynamikę z rockowym pazurem i popową przebojowością. Bez megalomańskiego nadęcia, czy przekładania kilku fakultetów z muzykologii na kompozycyjne universum, tylko z lekkością i bezpośrednią ofensywnością w kierunku bezpretensjonalnej rozrywki na wysokim aranżacyjnym poziomie. Dynamicznie, energetycznie, z polotem i dystansem, ze sporą ilością figlii, igraszek i czystej frajdy z grania. Tym razem jeszcze bliżej "tanecznego" popu, harcując na rozkręconych potencjometrach i rozgrzanych wzmacniaczach oraz lejąc syntezatorowe plamy na ten lepiący się do ucha kolorowy, rytmiczny (nie wiem, może nawet narkotyczny) lot. Z kilkoma, dla urozmaicenia zaproszonymi gośćmi, fajnymi obrazkami do singlowych numerów, prowokując mnie do wyjazdu na Wrocławski koncert, chociaż okoliczności do takiej wycieczki niezbyt sprzyjające.  

czwartek, 15 marca 2018

Black Moth - Anatomical Venus (2018)




Nie na darmo w sieci od czasu do czasu myszkuję, różnych ciekawych zjawisk muzycznych z uporem poszukując. Nie zawsze trafiam na rzeczy przełomowe, częściej są to dość świeżo podane, ale jednak stylistyczne mariaże dźwięków już mocno wyeksploatowanych. Nie zrażam się jednak i czerpię satysfakcję nawet wtedy, gdy młodość w pewnym sensie zadowala się rolą epigonów. :) Z rzadka też idę w ciemno za sugestiami w nazwie się kryjącymi, częściej zaś jeśli nazwa dotychczas o ucho mi się nie obiła, zainteresować mnie może wyłącznie oprawa graficzna. W przypadku Black Moth obrazek z koperty nie należy do kategorii, która uwagę moją by przykuła. Logo z wyświechtaną czernią też nie mogło być czynnikiem decydującym, a brak jakiejkolwiek wcześniej zarejestrowanej w pamięci wzmianki o tej ekipie, skazywał ją właściwie na zatonięcie w morzu, czy nawet oceanie lepszych bądź gorszych bandów z kategorii stoner/doom. Nie rozumiem więc totalnie skąd impuls, by przekleić zlepek dwóch słów do wyszukiwarki youtube'a i poświęcić absolutnej anonimowości kilka minut. Nie rozkminiam jednak ponad potrzebę genezy mojej reakcji, w podświadomość się nie zanurzam, bo to z zasady działanie ryzykowne, tylko cieszę się przeokrutnie, że podejmując kroki niezrozumiałe trafiłem na młodych Brytyjczyków, których nieodkrywcza twórczość cholernie intensywnie mnie pochłonęła. Na jak się okazuje ich trzecim długograju przebój goni przebój, znaczy oczywiście w tym postsabbathowym rozumieniu tego znienawidzonego przez underground określenia. Numery są bezwstydnie chwytliwe, z miejsca wpadające w ucho ale i kopią konkretnie, nie dając jednocześnie powodów do utyskiwań na zbytnią banalność konstrukcji. Anatomical Venus nie pretenduje w żadnym stopniu do bycia wymagającym dziełem sztuki, świat rockowo metalowy nie padł na kolana przed jego majestatem, tym bardziej oddechu nie wstrzymywał przed jego premierą, a magazyny opiniotwórcze nie zabiegały i nie zabiegają jeszcze o wywiady z tymi dzieciakami, ale (i tutaj zawieszam głos na sekundkę), nie jestem przekonany czy w przyszłości nie będą o nie zabiegać. Bowiem w porównaniu do kontynuacji debiutu, czyli krążka sprzed czterech lat (tak, zrobiłem już prewencyjne odsłuchy) Anatomical Venus to spory krok w przód w kwestii warsztatu kompozytorskiego i zapewne mentalnego nastawienia do scenicznej kariery. W dziesięciu utworach, równych jak grządki działkowca na emeryturze, czuć skupienie i dyscyplinę, a wrażliwość muzyczna zatopiona w emocjonalnej stronie dźwięków nie ogranicza się li tylko do topornej aranżacji. Na tej żyznej, bo utalentowanej i pełnej pasji glebie wyhodowali spory potencjał zainteresowany korzystaniem z bogatego dorobku w ogólności stoner rocka i doom metalu, z nieco mniejszym udziałem heavy harmonii czy punk-rockowego szaleństwa (Pig Man). Dysponując ponadto wokalnym klejnotem w postaci głosu Harriet Bevan mają naprawdę uzasadnioną szansę na wyjście poza ograniczoną gatunkiem, dość mizerną rozpoznawalność. Czego z tego miejsca im szczerze życzę i wracam do wyśpiewywania tekstu z Severed Grace i nie tylko z niego.

środa, 14 marca 2018

I, Tonya / Jestem najlepsza. Ja, Tonya (2017) - Craig Gillespie




"Ona jest Tonya", to nie jest wykalkulowana dla romantycznego, napompowanego patosem efektu, typowa droga od zera do bohatera. Żadna to wypolerowana do przesady bajeczka w rodzaju spełniającego się “american dream”, tylko pełna ostrych wiraży, bezkompromisowa, ale podana w groteskowym anturażu, nieprawdopodobnie chwytliwa opowieść z rodzaju “true life” bez happy endu. Nie jestem akurat świeżo po jej lekturze, kilkanaście dni od premierowego seansu już minęło, ale świeżość formuły, w jaką historia życia pyskatej awanturnicy ubrana, nie pozwala by o walorach produkcji Craiga Gillespie tak z marszu zapomnieć. Z marszu to ja akurat tutaj wymienię cały szereg argumentów udowadniających, że już dawno nie widziałem równie odjechanej biografii i morda uśmiecha mi się szeroko kiedy o nich pomyślę. Fakt, że jakby sam materiał nie był odpowiednio atrakcyjny i sam w sobie nie budził nie tylko wizualnie emocji, to i wszelkie próby uszycia z filcu szorstkiego, w intensywnym świetle połyskującego szałowego wdzianka, nie miałoby szansy powodzenia. W tym przypadku jednak jedno i drugie szło w parze, bo osobliwa postać Harding w wyrafinowanym łyżwiarskim świecie i pomysłowość scenarzysty oraz reżysera, to żadne nijakie czy szablonowe powielanie wytartych schematów, tylko ostra jazda błyskotliwe wiążąca częstokroć skrajne tematy. W niej dziewczyna z pasją, absolutnie niepasująca do lansowanego obrazu łyżwiarskiej księżniczki. Pochodząca z prostactwa, brutalna w słowach i gestach, z fizycznością pozbawioną subtelnego wdzięku i z wrażliwością estetyczną cyrkowego clowna, wreszcie z jedną niepodważalną przewagą nad konkurentkami. Nią ten cholerny potrójny axel, którego skakała jak na zawołanie i nomen omen żadna inna pełna gracji i obycia rywalka, nie mogła jej w tym skakaniu podskoczyć. Tylko co z tego, jak hasanie w przykrótkiej spódniczce po tafli zamarzniętej wody ku uciesze estetów, to sport w ocenie niewymierny, całkowicie uzależniony od subiektywnego spojrzenia sędziów i jeszcze kanonów, jak się okazuje opartych bardziej o wdzięk niż walory gimnastyczne. Zatem kiedy wiesz, że zrobiłaś wszystko co powinnaś, że wyżej i lepiej od ciebie nikt nie skacze, a nie godzisz się pokornie z faktem, że wyżej już nie podskoczysz, bo problem tkwi zupełnie gdzie indziej, a w tej kategorii nie poradzisz wymaganiom. Hmmm... to stajesz dziewczyno pod ścianą i sfrustrowana szukasz wściekle pozasportowych dróg oddziaływania. Niestety wokół ciebie, w tym twoim najbliższym, ciasnym ograniczeniami mentalnymi otoczeniu, zbyt sporo ludzi (zrezygnuję z eufemizmu) zdrowo pierdolniętych, o kompletnie, do sześcianu zrytych beretach, którzy cel rozumieją w kategoriach zero-jedynkowych, a metody jego uzyskania zawsze bez względu na ofiary w ich oczach są usprawiedliwione. Tą antybohaterką w pierwszej kolejności matka psychopatka, zimna wyrachowana suka, której nota bene sportowo skuteczna strategia, w ujęciu psychologicznego wpływu na młodą osobowość, to nic innego jak potężny kamień zawieszony na wątłej dziecięcej szyi - nie udźwigniesz i kropka. Z tego szereg konsekwencji wyraźnie z impetem po psychice się rozpełzających. Kładących się "po całości" mrocznym cieniem na kolejne etapy życia. Od fundamentalnej nieumiejętności radzenia sobie z własnymi emocjami, stresem, złością itp., po absolutnie niezaskakujące wybory np. partnera idealnego do morderczego, bo toksycznego związku. Dokładnie wszystko ma tutaj swoje logiczne, racjonalne uzasadnienie i jest wypadkową masy błędów, wynikających nie tylko z braku ciepła czy elementarnej wrażliwości, tudzież przerostu ambicji, ale także topornego, prymitywnego rozumienia określenia sukces. Rozbita, poobijana i okaleczona osobowość Harding versus oczekiwania w kwestii kariery sportowej, jak i wielki sport w kontrze do prozy życia. Cholernie wysoko postawiona poprzeczka, katorżnicza praca treningowa i mur nie do przebicia, bo wykluczenie i uprzedzenie nie te szlachetne progi dla charakternej, ale niestety wieśniary. Twardej dziewczyny, której charakter wykuty w ogniu konfliktów, ale absolutnie nieprzystający do wymogów tańca na lodzie. I wreszcie punkt kulminacyjny, czyli w tej dramatycznej ale i żenującej błazenadzie krwawy motyw Bogu ducha winnej Nancy Kerrigan, jako wynik wszystkiego złego. Całego splotu wydarzeń i bajzlu emocjonalnego, nakręcanego systematycznie przez popieprzone otoczenie Toni, w którym zza pleców swoją kluczową rolę odegrał pewien tłusty psychol, mieszkający mimo już dojrzałego wieku wciąż z rodzicami. Zawodowy konfabulant, tłuk niepospolity odgrywający przekonująco ćwiczoną przed lustrem rolę. Świr kompletny i jak się okazuje, bądź nie okazuje (bo tutaj tkwi też moc filmu Gillespie'go) główny architekt czynu godnego potępienia. Ta siła o której powyżej wspominam, tkwi w porzuceniu poszukiwania jednej prawdy i potrzeby zbudowania mniej lub bardziej racjonalnej tezy, wokół której konstruowana jednostronna argumentacja. Tego sprytnie Gillespie unika, nie osądzając jednoznacznie samej Harding, kapitalnie wykorzystując potencjał tkwiący w kompletnie niespójnych zeznaniach głównych aktorów tej tragifarsy. Historii absurdalnej, która wydarzyła się w rzeczywistości i wstrząsnęła ówcześnie amerykańskim sportem, odbijając się medialnie echem na całym świecie. Okoliczności kuriozalnej jak treść filmu nie tylko między wierszami sugeruje, takiej która powinna bardziej urodzić się w wyobraźni scenarzystów, niż zostać przez życie napisana. Ale czy to pierwszy przykład sytuacji, kiedy rzeczywistość wyprzedza wyobraźnię speców od mocno naciąganej społecznej fantastyki.

P.S. Kadziłem sporo powyżej, poklepywałem z uznaniem, szczerym gestem chwaliłem, a nie skomplementowałem aktorskich popisów, które szczególnie w przypadku Margot Robbie i Allison Janney są tak bezpośrednio ujmując, przezajebiste! :)

czwartek, 8 marca 2018

Napalm Death - The Code Is Red... Long Live the Code (2005)




Przekaz będzie zwięzły, idealnie dopasowany do charakteru jedenastego długograja Brytoli. Swego czasu zdefiniowali grindcore, w chwilę później zorientowali go na death metal i z każdym kolejnym krążkiem udoskonalali formułę, która już dawno przyniosła im status legendy. Może nie zawsze podejmowane kroki były na miarę ich wielkości, ale nigdy też totalną kichą nie obrazili swoich fanów, poziom wysoki niczym niemiecka motoryzacja utrzymując. The Code is Red...Long Live The Code to jeden z największych powodów do dumy, album rewelacyjnie zaaranżowany, kontrolujący w mistrzowski sposób hałas intensywnie generowany. Jadowity, energetyczny, wręcz tryskający adrenaliną - jak spore grono komentatorów zauważało, ze sporym udziałem punkowych korzeni w strukturach kompozycji. Świeży, pomimo iż nie przynoszący przecież znacznych zmian, nieco urozmaicony (Morale) i przez ponad trzy kwadranse w mistrzowski sposób emocjonujący. Ciekawy kontekstowo i zaangażowany społecznie, z błyskotliwymi i racjonalnymi przemyśleniami zawartymi w dosadnych lirykach. Nie zbaczając z obranej drogi, nadal stanowiąc niewyczerpane źródło inspiracji, w szybkich pociskach skumulowali całą esencję wielu lat doświadczeń, zasługując na ogromny szacunek. Gromkie brawa!

środa, 7 marca 2018

Mastodon - Leviathan (2004)




Spoglądając z pozycji każdego kolejnego aktu muzycznej aktywności, jakich do tej pory Mastodon od momentu pojawienia się Leviathana w ilości sztuk pięciu zaliczył, myśl zasadnicza się przed szereg wysuwa. Mianowicie, że on był ostatnim albumem na którym przede wszystkim siarczysty sludge we względnie pierwotnej formule dominował, a głos każdego z równoprawnych wokalistów do masywnego ryku li tylko się ograniczał. W sensie ewolucji wokali w przyszłości znacznie śpiewniej z każdym wydawnictwem się robiło, natomiast instrumentalnie wpierw wpadli w objęcia gęstniejących struktur przeładowanych skomplikowanymi motywami, aby już od Crack the Sky systematycznie obierać kurs na dźwięki pomimo swej programowej wielopłaszczyznowości, na charakterystyczny mastodonowy sposób chwytliwe. To co powyżej wypisuję to oczywiście uogólnienie, bo epickości w wielu fragmentach, jak i ciężaru na albumach powyżej Leviathana nie brakuje. Niepodważalnym faktem jest jednak stan mnie akurat satysfakcjonujący, że muzyka stała się bardziej transparentna z zachowaniem charakterystycznego dla Amerykanów rdzenia. W przypadku krążka będącego w tym miejscu tematem moich refleksji, więcej w nim afirmacji muzycznego prymitywizmu, dusznego klimatu, dosadnego brzmienia, w których kluczową rolę odgrywa bezpośrednia moc i siła. To rodzaj masywnego walca przetaczającego się zaskakująco żwawo przez narząd słuchu, tylko doraźnie proponującego aranżacyjnie, ponad normę złożone odjazdy czy dryfy w stronę lżejszej stylistyki opartej o quasi akustyczne brzmienia. Jest jednak w tych dziesięciu kompozycjach już wyraźnie słyszalny argument decydujący o wyjątkowości stylu grupy. Bowiem w tym monolicie czuć progresywne zacięcie, a łamane przez wielorękiego Branna Dailora perkusyjne popisy nie pozwalają się nudzić tak jak to zazwyczaj bywa, gdy typowe sludge'owe dźwięki wypełniają krążki po granice ich pojemności. To album bez wątpienia wymagający i potrzeba czasu oraz zdrowego uzębienia, aby przegryźć się przez ten sypiący się tonami gruz. Aby docenić umiejętności techniczne i kompozytorskie zawarte w tej awangardzie wagi super ciężkiej. 

wtorek, 6 marca 2018

Aus dem Nichts / W ułamku sekundy (2017) - Fatih Akin




Każdy artystyczny komentarz do politycznej rzeczywistości może wybrzmieć tendencyjnie. Można przecież wypaczyć znaczenia pojęć i zmanipulować sens, bo jest się w temat zaangażowanym emocjonalnie i w ten sposób perspektywa zostaje mniej lub bardziej świadomie zniekształcona, a w konsekwencji wypowiedź merytorycznie sfałszowana. Ale można też pokazać sedno sprawy, ukazać sytuację wiarygodnie, nie popadając w pułapki subiektywnego spojrzenia. Można uczynić to przekonująco z autentycznym zrozumieniem istoty rzeczy, poruszyć i wstrząsnąć. Tak właśnie Fatih Akin opisuje zmorę współczesnych bogatych europejskich społeczeństw, którą stała się spirala bezsensownej przemocy na tle rasowym, ideologicznym czy religijnym. W wielokulturowym tyglu wielkich metropolii, pomiędzy sąsiadami, ale i pośród rodzin przez skrajne poglądy wewnętrznie podzielonych. Robi to z wykorzystaniem ogromnej bystrości i jaskrawymi barwami wyraziście kreśli socjologiczno-psychologiczny portret problemu przede wszystkim w skali mikro, nie przesłaniając jednocześnie właściwego społecznego tła. W jego narracji dominuje zdrowy rozsądek, a przesłanie piętnuje każdą nienawiść na tle rasowym czy światopoglądowym. Ten dosadny komentarz opleciony jest mądrze na fundamencie tragicznej historii kobiety tracącej w zamachu bombowym syna i męża. Historii zaprzeczającej stereotypowemu myśleniu i pochopnemu określaniu w tym piekle roli postaci przez pryzmat koloru skóry, narodowości czy przez wzgląd na ich wiarę. W trzech wyraźnie oznaczonych aktach, przedstawiających w ogólności drogę do sprawiedliwości oczekiwanej przez ofiary. Poprzez szok, rozpacz, załamanie, wreszcie walkę z bezduszną machiną sądową, która w swej poniekąd zrozumiałej bezemocjonalności staje się zakładnikiem procedur i paragrafów, po czystą wendettę w obliczu bezsilności. Czyni to wykorzystując sugestywne symboliczne paralele (finał), paraliżujące ujęcia (podcięte żyły), ale też nieco zgrane chwyty, bliskie popadania w czarno-białą optykę (obrońca podczas rozprawy). Nie przekracza jednak tej granicy, za którą brak autentyzmu, czy żenująca stronnicza łopatologia, bo wszystkie te działania prowadzone są z dużą wrażliwością i nieprzesadzonym jednak podpieraniem się technikami psycho-manipulacyjnymi. Dzięki temu W ułamku sekundy nie tylko przemawia do sumień i szarpie widzem konkretnie, ale uzmysławia tak bezpośrednio, wprost, że nienawiść mieszka w nas bez względu na nasze pochodzenie.

P.S. Nie mogę nie dostrzec, że to właściwie film jednego aktora, znaczy aktorki. Diane Kruger wspina się tutaj na wyżyny i absolutnie nie rozumiem, dlaczego z tego eksponowanego miejsca nie została zauważona przez amerykańską krytykę. A może rozumiem, tylko nie chce mi się w tym miejscu teraz wykładu robić w temacie amerykańskiej wybiórczej wrażliwości.

poniedziałek, 5 marca 2018

Toni Erdmann (2016) - Maren Ade




Zaległość filmowa bardzo obowiązkowa, zatem najwyższa już pora była aby ją nadrobić i w towarzystwie pochwalić się znajomością współczesnego europejskiego kina, które światowe laury zbiera. Toni Erdmann to jak się bez wielkiego zaskoczenia okazuje świetna gorzka satyra, oryginalnie opowiedziana i do bólu realistyczna. Celna diagnoza korpoludkowego niby życia, kondycji mentalnej i moralnej szczurzych sprinterów, po stanowiska, po kasę, tak właściwie to po ch** wie co? W ich luksusowym życiu ustawiczny stres, napięcia, presja, zimne relacje biznesowe, samotność pośród ludzi i w kontrze puste przyjemności rekompensujące, nawet niepołowicznie deficyty bliskości. W tle usankcjonowany prawnie system wyzysku, działalność międzynarodowych korporacji na świeżym wschodnioeuropejskim rynku - grube pieniądze robione na garbie młodych demokracji. W tym świecie pozbawionym duszy, śmiertelnie poważnym, morderczo precyzyjnym w swej autodestruktywnej formule, pojawia się błaznujący turbo dziadek. Cholernie inteligentny, przenikliwy i przebiegły, który osobliwy plan w życie wprowadza i nie pozostawia swej pierworodnej córce, będącej modelowym przykładem korposzczurzycy, na zignorowanie błyskotliwych podtekstów i sugestii. W tym pajacowaniu jest metoda, w nim jest prawdziwa miłość i głębokie oddanie - zdroworozsądkowa empatia i ambitna prowokacja. Obraz Maren Ade, gdyby nie przedobrzone rozmiary i pewne mankamenty narracyjne, to okrutnie niebanalny,  piekielnie dobry film o rzeczach najważniejszych.

piątek, 2 marca 2018

Lunatic Soul - Walking on a Flashlight Beam (2014)




Nie znam czarno-białego dyptyku, nie było okazji, zabrakło być może czasu, może chęci tudzież odpowiedniej wówczas potrzeby? Nie poznałem także jak dotąd Impressions (trójeczka w dyskografii), a swoją przygodę z Lunatic Soul rozpocząłem przed momentem niejako, czyli dopiero za sprawą Fractured. Stąd zawartość Walking on a Flashlight Beam rorozpoznaje jedynie przez pryzmat powyższej, osamotnionej jeszcze płyty i w tym ujęciu dostrzegam pomiędzy czwórką i piątką dość znaczące różnice, które niemniej jednak nie zmieniają radykalnie charakteru muzyki Lunatic Soul. Muzyki przede wszystkim ilustracyjnej, w przypadku Walking on a Flashing Beam wielowątkowej, ambitnie rozbudowanej, z mnóstwem niuansów do wielokrotnego fascynującego odkrywania. Ekstatycznej i eterycznej równorzędnie, z mnóstwem subtelnych i gorących emocji, zarówno na wierzchu jak i pod powierzchnią kumulowanych. To zarazem przyciągająca uwagę chwytliwa fasada, jak i wzbudzająca analityczne zainteresowanie głębia. Gatunkowo spójna, w ogólności elektronika, flirtująca zarówno z rockiem progresywnym, muzyką klasyczną i hipnotycznym ambientem. Owinięta wokół finezyjnego basowego rdzenia, wielowarstwowa, przebogata aranżacyjnie, zwarta otulina, spleciona drobiazgowo z najwyższej jakości materiału. Inaczej mówiąc, koronkowa to robota. :)

P.S. Jak Mariusz Duda wówczas, kiedy płyta na rynek wchodziła w wywiadach wspominał, inspiracje czerpał z książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Portret podwójny - rzecz o Zdzisławie i Tomaszu Beksińskich". To w osobliwym emocjonalnie Tomku odnalazł pierwotyp swojego bohatera. W nim dostrzegł idealny materiał dla lirycznej zawartości czwartego krążka swojego projektu i mam przekonanie, że jeżeli “świętej” pamięci Nosferatu miałby jakimś metafizycznym cudem szansę poznać Walking on a Flashinglight Beam, to z pewnością tenże byłby w jego przekonaniu uzasadnionym tematem jednej z jego audycji. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że ten mariaż new romantic z progresywnym rockiem trafiłby prosto do serducha Beksińskiego i nieźle by w nim namieszał, a genialny Gutter maniakalnie byłby w trójce promowany, doprowadzając Tomka za każdym razem do słownej ekstazy. Mam też wrażenie, że pomiędzy Dudą, a Beksińskim istniałaby przejmująca więź, oparta o podobną wrażliwość muzyczną. Podobne przecież klimaty w ich duszach pulsowały, w tych samych rejonach dźwiękowej strawy bez wątpienia by dzisiaj poszukiwali. Pewnie przyjaźniąc się, łącząc pasją dwa pokolenia - gdyby tylko Tomkowi chciało się jeszcze żyć. 

środa, 28 lutego 2018

Phantom Thread / Nić widmo (2017) - Paul Thomas Anderson




Uwielbiam filmowy styl Paula Thomasa Andersona, jego hipnotyzujący sposób narracji, emocjonalną grę półsłówkami oraz doskonałą symbiozę obrazu i muzyki. Każdorazowo przekonująco uzasadniony artystyczny szlif, merytoryczną perfekcję i wreszcie inspirujący wpływ na aktorów jaki wywiera. Jego filmy intensywnie się odczuwa, nimi się wręcz oddycha, one nieprawdopodobnie angażują i wpijają się w podświadomość, pozostawiając widza na długo po zakończeniu projekcji w zadumie. Zrozumiałe są zatem moje uniesienia kiedy Phantom Tread okazał się wzorcowym przykładem drobiazgowego wypełnienia każdej przestrzeni dwugodzinnego dzieła powyższymi walorami. Ten kunsztowny obraz stanowi płynącą wolnym, lecz absolutnie nie monotonnym nurtem opowieść o cenionym projektancie mody, w którego uporządkowanym, pełnym codziennych rytuałów życiu pojawia się na jego własne życzenie kolejna kobieta, która niespodziewanie wprowadza nie tylko zamęt uczuciowy, ale przejmuje inicjatywę i kontrolę nad tym wydawałoby się silnym osobowościowo mężczyzną. Trudna symbioza między bohaterami we frapującym odkrywaniu słabości partnera zostaje odnaleziona, oparta na fundamencie różnicy podobieństw, a finalnie zręcznie komponowanej harmonii w kluczowym zaspokajaniu potrzeb partnera. Za pomocą środków niepospolitych i kontrowersyjnych, z pełnym namaszczenia pietyzmem dokonując bolesnej psychologicznej wiwisekcji. To z pewnością film absorbujący, lecz wyłącznie dla widza świadomego i gotowego na intelektualny wysiłek, bo jego konstrukcja jak i treść wymaga wnikliwej obserwacji i analizy wszelkich niuansów. Stanowi arcydzieło w którym wyborna gra aktorska pełna jest ukrytych znaczeń - w gestach, spojrzeniach, w mimice, w całym fascynującym teatrze wizji i fonii. W każdym z ogromną pasją przygotowanym ujęciu, wypielęgnowanym kadrze, w wybornych dialogach i symbolicznych zachowaniach postaci dramatu. W będących emocjonalnymi gejzerami scenach posiłków, w tych fragmentach gdzie krawiectwo staje się czymś więcej niż tylko precyzyjnym rzemiosłem. We wszelkich wyrafinowanych inscenizacjach uchwyconych poetycko, w których ruch nabiera cech niemal metafizycznych. Z ekspresywną muzyką, wizualną estymą i werbalną finezją, jako doskonale zaaranżowanymi, integralnymi elementami wirtuozerskiej kompozycji. 

piątek, 23 lutego 2018

The Snowman / Pierwszy śnieg (2017) - Tomas Alfredson




Sytuacja wygląda następująco! Kiedy kilka miesięcy temu The Snowman miał wchodzić do kin, to ja nerwowo nóżkami przebierałem, gdyż za sterami tej produkcji Tomas Alfredson zasiadł, który swoim poprzednim ekscytującym dziełem ogromne we mnie oczekiwania co do jego przyszłych osiągnięć wzbudził. Fundament dla jego pracy też wydawał się nie byle jaki, bo akurat Jo Nesbø to jak donoszą znawcy tematu pisarz obecnie sporą karierę robiący, wykorzystując swoisty trend na skandynawskie kryminały. Niestety tak jak na starcie entuzjazm był we mnie intensywnie rozpalony, tak w mig został zgaszony, gdy pierwsze opinie przedpremierowe w sieci się pojawiły nie dając naiwniakowi nawet odrobinki nadziei. Niemal gremialnie łacha darto z Pierwszego śniegu, wytaczając argumenty największego kalibru, że on widza w bałwana robi, a Alfredsona, jako reżysera na śmieszność wystawia. Stąd aby głupiej miny w kinie uniknąć i przez kilka godzin po seansie nie roztrząsać, że tą kasę lepiej było wrzucić do skarbonki córki niż kieszeni producentów po prostu wartościowo wątpliwy seans sobie odpuściłem i banknocik bez wahania w śwince umieściłem. :) Nie musiałem zbytnio uzbrajać się w cierpliwość oczekując na premierę pozakinową, pozwoliłem sobie by zapomnieć o tym tytule i teraz wreszcie gdy hula już na domowych nośnikach sprawdzić, czy nie poddałem się może nieuzasadnionej histerii. Pierwsze ujęcia były zachęcające, ogólnie co do operatorskiej roboty nie zgłaszam pretensji. Ekstra panoramy, szerokie spektakularne ujęcia, trochę podpierania się nowoczesną technologią i kilka może nie nowatorskich ale z rzadka goszczących na ekranie dość ciekawych pomysłów na spojrzenie kamery. Piękne okolice Oslo i Bergen, urokliwa wizualnie norweska zima, malownicza i przeszywająca chłodem nie tylko od temperatury, ale przede wszystkim powściągliwych emocji. Dobrze odnajdują się w tych okolicznościach kluczowe cechy charakterystyczne obrazów Alfredsona, których na szczęście nie zatracił. Nimi budowanie napięcia minimalną ilością dialogów, malowanie przestrzeni powolnym jednostajnym ruchem, korzystanie z roli pauz by widz skupić mógł się na detalach. Udało mu się dzięki tej umiejętności w miarę przekonująco oddać mentalność Skandynawów i pokazać w wystylizowanej formie, w interesujących kadrach norweską architekturę i dizajnerską prostotę form podporządkowanych użyteczności. To tym razem nad czym ubolewam strasznie jedyna zaleta jego reżyserskich starań i zastanawiam się teraz, gdzie tkwi właściwie wina, że od strony merytorycznej The Snowman to tania bajeczka (kompromitujący finał), ubrana jedynie w atrakcyjną wizualnie formę. Nie czytałem powieści Nesbø, więc nie wiem czy problem tkwił w fundamencie literackim, czy może w przekształceniu scenariusza na potrzeby formy kinowej, która napędzi komercyjny sukces. Sam zatem nie pokuszę się o odpowiedź, brak mi obecnie odpowiedniej wiedzy, więc ograniczę się do oceny tego co z ekranu próbowało do mnie przemówić, a od strony treści zupełnie mnie nie przekonało. Nie miało bowiem szans jeśli pozbawione było bardziej wymagającej intelektualnie zagadki, podwójnego dna, fascynującej puenty i angażującego przesłania. Ograniczało się jedynie do standardowej gonitwy, umęczonych własnymi demonami śledczych za zabójcą o osobowości spaczonej traumą z dzieciństwa. Bez psychologicznej głębi, wyrazistego społecznego kontekstu, bez właściwie żadnej idei która za filmem stoi. To obraz w próżni, złożony z elementów technicznych dobrze spasowanych, ale nietworzących systemowej całości. To jak stolik z Ikei, niby praktyczny, nieźle wizualnie się prezentujący, na tyle stabilny, że kubek z kawą z niego nie spadnie, ale produkt masowy, bez cech indywidualnych, nie mówiąc już o duszy lepionej starannie latami. Bez tej intrygującej historii, która za nim stoi, której był niemym uczestnikiem. 

P.S. Tak sobie teraz myślę, że poniekąd bardzo podobnie odebrałem Dziewczynę z tatuażem w adaptacji Davida Finchera. 

poniedziałek, 19 lutego 2018

The Post / Czwarta władza (2017) - Steven Spielberg




To nie był tylko ten seans, który oprócz najnowszego obrazu Paula Thomasa Andersona dawał jeszcze nadzieję na szersze uratowanie wysokiej jakości stawki w biegu po tegorocznego Oscara. To był też, a może przede wszystkim seans ratujący w moich oczach, w ostatnich latach mocno wątpliwy (Most Szpiegów, Czas wojny, Przygody Tin Tina) dobry smak filmowych produkcji sygnowanych nazwiskiem Spielberga. Szansa była duża, bo temat taki po linii zainteresowań Spielberga - odpowiednio stylizowany, nośny i sam w sobie będący samograjem. Dający sposobność, by nie korzystając z eksperymentalnych praktyk, li tylko skupiając się na klasycznej formule fascynujący film nakręcić. Znów u mistrza blockbusterów w obsadzie Tom Hanks zagościł - który to już raz Steven Spielberg go angażuje? Tuż obok Meryl Streep mu towarzyszy, a ona nie tylko w założeniu zagra zawsze doskonale, ale za każdym razem w praktyce zrobi to inaczej, tak iż postać nabiera cech indywidualnych, a jej kreacja wyjątkowości pośród dotychczasowych. The Post jako całość okazuje się nie tylko przez wzgląd na aktorskie sławy produkcją odpowiednio dynamiczną i wyrazistą. Sporo się dzieje za sprawą każdego składnika filmowego rzemiosła. Tajemnica vel afera przejrzyście jest podana, chociaż gdybym chciał się czepiać, to ten dramatyczny ton w z zaangażowaniem wygłaszanych kwestiach, w wyretuszowanej oprawie zatopiony nieco się w tej konfiguracji gryzie. Toczy się na ekranie poważna gra z władzą, która w obliczu strachu nie zamierza używać półśrodków - znaczy cackać się, bo postawiona pod ścianą naprawdę dupskiem trzęsie. Ryzykuje więc otwarte starcie z czwartą władzą, by publikację związaną z wyciekiem powstrzymać, aby kompromitacji i zwłaszcza sprawiedliwości uniknąć. Po drugiej stronie barykady dziennikarscy pasjonaci nie śpią i węsząc dla siebie szansę z dylematem w rodzaju być albo nie być się mierzą. Czy będą sobie pluć w brodę, iż milczeli i z okazji nie skorzystali - że po stronie prawdy właściwie się nie opowiedzieli, być może życia kolejnych ofiar w pozbawionej sensu wojnie nie uratowali? Czy może konsekwencje odważnej decyzji ich przerosną i żałować będą, że gęby na kłódkę nie trzymali jak potężni politycy i równie wpływowi na kasie łapska trzymający bankierzy od nich wymagali? Jest w tej dla Ameryki pryncypialnej historii obowiązkowo szablonowo uwypuklony wątek natury etycznej, typowo po jankesku potraktowana kwestia odpowiedzialności za milczenie, stawianie kariery ponad przyzwoitość, może zaprzeczenia prymatu łatwiejszej drogi nad tą wymagająca poświęcenia. Jest też ona jak można było się spodziewać peanem wychwalającym siłę amerykańskiego systemu prawnego, z podkreślaniem w co drugim zdaniu niezawisłości sądownictwa oraz ponad wszystko istoty i znaczenia pierwszej poprawki do Konstytucji. O konkretach przedstawionej w filmie autentycznej sprawy nie będę z encyklopedycznymi detalami tutaj wyskakiwał, bo ona żadną ściśle już chronioną tajemnicą państwową. Jak czytelniku trzeba ci na tacy wyłożenia co to za autentyczne wydarzenia za fundamentem filmu Spielberga stoją, to masz zatrzęsienie materiałów w necie, a i niemal wszyscy którzy zresztą piszą o Czwartej władzy w recenzjach wyłożyli mam pewność dokumentnie o co chodzi, że to o początku końca Nixona i etc. Ja tylko podsumowując to co zobaczyłem podczas seansu skrojonego w charakterystyczny dla Spielberga sposób, idealnie wyważający kinową rozrywkę z ambitną ale jednak sensacją dopowiem z niekłamaną niepowstrzymywaną satysfakcją, że w tym momencie na czoło rywalizacji do filmów McDonagha, Nolana i Wrighta akurat w tym rozdaniu w końcu zasłużenie obraz Spielberga dołącza. Nie stanowi rewelacji, nie przynosi niczego czego już bym w tego rodzaju gatunkowej estetyce nie widział i nie pozostawia w większej konsternacji. Jest konstrukcją klasyczną, wypełnioną od początku do końca sprawdzonymi chwytami, a mimo tego ogląda się The Post jednym tchem jako naprawdę przedni dziennikarski dramat, może polityczny thriller. Jeszcze jeśli tylko Nić Widmo będzie udane, a wszystko na to wskazuje, to ponad pięćdziesiąt procent nominowanych tytułów na ten potężny komercyjny kop od Akademii zasłuży.

niedziela, 18 lutego 2018

Type O Negative - Life is Killing Me (2003)




Nie miał ten krążek zbyt dobrej prasy tuż po premierze i po latach także nie doczekał się entuzjastycznych opinii. Domniemam sobie, iż to ta płynąca z kompozycji szerokim strumieniem łatwo przyswajalna chwytliwość za ten fakt odpowiada. Muzyka która przybrała charakteru wyraźnie piosenkowego, epickim rozmachem dodatkowo w wielu istotnych fragmentach obficie oblana. To te linie melodyczne cholernie śpiewne, ciepłe harmonie i formy dźwiękowe skocznie podrygujące, kontrowane tylko w warstwie tekstowej markowym dla Type O ponuractwem w nostalgiczno-melancholijnym gęstym sosie depresji. Ale Life is Killing Me to w moim przekonaniu, pod tą fasadą przyjazną dla uszu, także doskonale przemyślany konstrukcyjnie pomost pomiędzy kilkoma okresami twórczości grupy. Słychać patos, desperacje, jest gotycko, jesiennie i żałobnie po trosze, ale ten ogień uzyskany z rockowego łomotu i melodyjność wzmożona powodują, że pierwszy plan zbyt skutecznie przykrywa detale grubą warstwą, nazbyt nachalnego brzmieniowego ciepła. To mimo swoich słabości bardzo udany album, będący w głównej mierze kalejdoskopowym odzwierciedleniem inspiracyjnej triady - The Beatles/Black Sabbath/Duran Duran. Przynajmniej ja tutaj słyszę dominację konstelacji tych właśnie gwiazd.

P.S. Życie go konsekwentnie zabijało, na krawędzi systematycznie utrzymywało, a jak się ta cała tragikomedia zakończyła już od prawie ośmiu lat wszyscy fani żelaznego Piotrusia wiedzą doskonale. Przekorny to był skurwiel, sarkastyczny i groteskowy, wrażliwy romantyk, w takim samym stopniu jak psychotyczny świr - cholernie pewny siebie dominator, liryczny mędrzec i zagubiony chłopczyk w jednym potężnym gabarytowo ciele. Przynajmniej tak w skrócie go otaczający świat "rozrywki" zapamiętał i tak go opisuje, nie osądzając jednocześnie, bo ten gość prostej ocenie nie może być poddawany, bowiem masa w nim sprzeczności, wad nieznośnych i zalet wartościowych. Doskonały przykład potwierdzający zasadę, że każdy inspirujący artysta dla środowiska, to zarówno błogosławieństwo jak i ściągający w otchłań ciężar. Każdy wrażliwy na sztukę indywidualista, to burza emocji, piekielny tygiel, w którym ścierają się charakterologiczne bieguny - nieokiełznane wiatry nim targają, wciskając niemal zawsze w łapy uzależnień pomagających tylko pozornie poradzić sobie ze skomplikowaną rzeczywistością pełną pokus, obłudy i wreszcie pozbawionej niemal doszczętnie empatii dla nosicieli brzemienia tego rodzaju psychologicznych osobliwości. Powyższe post scriptum wymuszone zostało gorzką konsternacją, że coraz częściej słucham płyt, na których głos denatów z zaświatów do mnie przemawia. To nie jest chyba przypadek.

piątek, 16 lutego 2018

Tribulation - Down Below (2018)




Zanim opasły, bezdyskusyjne w założeniach merytorycznie bogaty tekst powstanie, zadaje sobie myślę zasadne pytanie. Czy aby nie obrażę muzyków Tribulation, jeśli napiszę że ich nowego albumu słucha się dobrze, sprowadzając jego zawartość do wyłącznie dość banalnej, chwytliwie metalowej estetyki? Pytam, bo zakładam że to ambitni artyści i na Down Below zamieścić nie chcieli wyłącznie muzyki łatwej i przyjemnej. Problem w tym tkwi właśnie, że to krążek tak wymuskany iż aż przez tą perfekcję zwyczajnie mało autentyczny - zbytnio nawet brzmieniowo wypolerowany jak na stylistykę, jakby nie było agresywną. I chociaż brak ostrego pazura nie dodaje mu charakteru, to dzięki fantastycznym aranżacjom profesjonalizmem bije od niego z daleka. Tym zawodowym blaskiem płyta intensywnie oślepia i czy to sama muzyka doskonale, niemalże w symfonicznej formule wymodelowana, czy okładka wyborna ocenie zostanie poddana, to cudne to wszystko - urokliwe takie, w swej na szczęście mocno mrocznej konwencji. Bo akurat kompozycje w szablonowej do bólu heavy estetyce, z licznymi klasycznymi pomysłami kojarzącymi się z filmową muzyką poważną (przyłapałem się podczas odsłuchów na dyrygowaniu :)) to pomost rozpostarty pomiędzy Mercyful Fate, a Ghost Papy Emeritusa - z wizerunkiem scenicznym kojarzonym z niewyszukanym gotyckim black metalem, spod znaku przykładowo Cradle of Filth. Te przyjazne dla uszu harmonie, te gitarowe rozbudowane solówki, te klawisze katedralne i obok nich ten warkot złowieszczy w trupim anturażu. Tak jak pisałem przy okazji The Children of the Night, wokal topornie jednostajny to jedyny element, który w tej układance mnie się z resztą nie skleja. Zresztą wiem, że jakby Johannes Andersson potrafił czysto śpiewać, to już by na Down Below wszystko się idealnie kleiło. Tak, to ta nowa odsłona jest tylko i wyłącznie bardzo sprawnie skrojoną, naturalnie konsekwentną próbą udoskonalenia metody przyjętej przed trzema laty. Bardzo udaną nie zaprzeczę, kapitalnie gitarowym kunsztem rzeźbioną, ale nie wnoszącą żadnego pierwiastka zaskoczenia. Co jest oczywiście zarówno wadą, jak i zaletą. Zależy jaka para podmalowanych czernią oczu, na Down Below spogląda. 

środa, 14 lutego 2018

Paradise Lost - Faith Divides Us – Death Unites Us (2009)




Jak to skrupulatnie wyliczyłem, korzystając wyłącznie z własnej pamięci, to był wówczas dwunasty pełnoczasowy album sygnowany logiem Paradise Lost. Drugi natomiast po niemal dekadzie fascynacji elektroniką, zapoczątkowanym ciekawym, lecz absolutnie oderwanym od wcześniejszych dokonań albumem Host, który tak właściwie gdyby został nagrany pod innym szyldem to dzisiaj mógłby być może zdecydowanie inaczej spostrzegany. Bo wtedy to na jego obiektywnie sporą wartość muzyczną, nie kładłby się cieniem doom-heavy metalowy dorobek Anglików. Było jednak inaczej i jest teraz tak jak jest, czyli Paradise Lost jako Depeche Mode się nie przyjął, a grupa rozczarowana tym faktem, z każdym kolejnym albumem zwiększała rolę gitar kosztem elektroniki, by dzisiaj za sprawą Medusy pozostawać tak głęboko zanurzona w przeszłości, że obecnych dokonań nie porównuje się z Icon czy Draconian Times, tylko co najwyżej z Shades of God. Mielą sobie współcześnie rasowy doom, który swoje inspiracje czerpie z tych najwcześniejszych lat paradajsów na scenie i zdaje się, jak wynika z komunikatów dawanych w muzycznej prasie, są tym faktem co najmniej usatysfakcjonowani. W roku 2009-tym natomiast byli na początku „właściwej” drogi i z perspektywy czasu, jak odsłuchuję sobie z przyjemnością sporą Faith Divides Us - Death Unites Us, to mam przekonanie, iż to zasadniczo bardzo udany krążek. Z niezłym wyczuciem sytuacji i bez zbytniej paniki, płynący równym nurtem, w stronę zwiększonej mocy i intensywności brzmienia. Bez porzucania udziału sampli i klawiszowej ornamentyki na rzecz wyłącznie surowej gry potężnym riffem. Z wysmakowanym wyeksponowaniem rzewnych partii wiosła Gregora Mackintosha, którego charakterystyczna łkająca maniera stanowi przecież najważniejszy walor muzyki Brytyjczyków. Mocne, bardzo klasyczne otwarcie w postaci As Horizons End i epickie zakończenie hymnem In Truth, a po drodze osiem równych kompozycji, z których najmocniej w moją pamięć zapadły, melancholijny, z doskonale rozbudowanym tematem gitary Last Regret i momentami intrygująco rozedrgany Living the Scars. I jeśli już mam spotkać się z innym prócz Icon i Draconian Times krążkiem Angoli, to przyznam szczerze i swej szczerości się nie powstydzę, najczęściej właśnie wracam do Faith Divides Us - Death Unites Us, kosztem przecież nie słabszego Tragic Idol, czy zdecydowanie już legendarnego Shades of God.

wtorek, 13 lutego 2018

Get Out / Uciekaj! (2017) - Jordan Peele




Recenzja będzie szorstka i krótka. To całkowicie nie moja bajeczka, bo akurat na ekranie taka sytuacja książkowa, kiedy skomplikowana dla efektu historia tak naprawdę niewiele w sobie treści przynosi. Stanowi popis fajerwerków, efektownych zagrań, kiwek entuzjastycznie przyjmowanych, które zasadniczo pusty przekaz niosą. Bez głębszego dna, większego wpływu i zaangażowania, jakie mogłaby we mnie wywołać. Im dalej w ten las, to tym większe poczucie zażenowania, tym mniej w tym logiki i więcej rozrostu chwastów wokół motywu przewodniego. Zakładam że nim problem rasizmu, w zdominowanej przez białego człowieka cywilizacji zachodu. Tyle że ten temat tak grubą czcionką opisany, tak ociekający tuningowaną wyobraźnią, że aż żałośnie przejaskrawiony. Typowa popcornowa amerykańszczyzna, z dziurawym, nielogicznym scenariuszem i fatalnie napisanymi postaciami, sztucznie w większości odegranymi. Nieudolnie z wysokimi ambicjami skojarzona próba straszenia, nie wiem, może zapuszczenia się do podświadomości i zrycia bani? Sen na jawie, jawa we śnie? Członkom akademii odbiło? Za co te nominacje? Nie rozumiem, w moim odczuciu, to ich działanie promocyjne zupełnie pozbawione jest sensu! 

poniedziałek, 12 lutego 2018

Loving Vincent / Twój Vincent (2017) - Dorota Kobiela/DK Welchman , Hugh Welchman




To jest ten moment, kiedy rozkoszna duma mnie rozpiera, kiedy pochodzenia się nie wstydzę, bo Polska na arenie międzynarodowej z ludzką wrażliwością i artystyczną pasją jest kojarzona, zamiast budzić uzasadnione poczucie zażenowania ideologicznymi kontrowersjami. Dziękuję więc Dorocie Kobieli, za to pozytywne wzmocnienie, poprzez pozytywną promocję i oczywiście za absolutnie wyjątkowe dzieło, dodatkowo w koprodukcji z liderem zgniłego europejskiego zachodu, we przyjaznej współpracy stworzone. Jestem pełen uznania dla ogromu pracy jaką setka malarzy wykonała, ale ona bez kapitalnego scenariusza niezwykle zgrabnie skonstruowanego i misternie skoncentrowanego na człowieku, byłaby tylko zbiorem artystycznie przepysznych, ale bez sugestywnej i pięknej w swej idealistycznej prostocie treści. Ta historia bowiem to ocean wrażliwości, morze psychologicznej przenikliwości, jezioro tragizmu i tylko stawik banału. Ogląda się ją niczym rasowy kryminał napisany piórem najlepszych specjalistów od klasycznych zagadek. W dodatku osadzony w niepozowanych okolicznościach, oparty na autentycznych wydarzeniach i tak mocno poruszający, że trzeba być absolutnie pozbawionym człowieczeństwa, by nie uronić łzy obserwując ludzki dramat pędzlem malowany. Liryczny, poetycki, malarski i wreszcie doskonale muzyką Clinta Mansella dopełniony. Doceniając kunszt wizualny tego dzieła, mam jednocześnie przekonanie, że gdyby zrezygnować z animacyjnej formuły i ubrać temat w typowo aktorską stylistykę, walka o Oscara w kategorii najlepszy film, w tym roku pomiędzy Trzema Billboardami za Ebbing Missouri, Dunkierką i właśnie Twoim Vincentem powinna się rozegrać. 

niedziela, 11 lutego 2018

Call Me by Your Name / Tamte dni, tamte noce (2017) - Luca Guadagnino




Przyroda robi swoje, za zgodą oraz na życzenie reżysera i scenarzysty, bo jest w filmie Guadagniniego odczuwalny silnie wpływ Jamesa Ivory’ego. Przyroda oddziałuje na zmysły naturalnie i sugestywnie, ma swoje niepoślednie znaczenie i wraz z urokliwą architekturą tworzy tło magnetyczne. Wiatr delikatnie omiata soczystą zieleń liści, letnie słońce rozlewa żar, strumyk szumi romantycznie, morze głębokim błękitem zniewala i ptaszki w ogrodzie podczas posiłków na łonie natury ćwierkający koncert dają. Malownicze uliczki i czarujące zaułki przyciągają wzrok, pomieszczenia surowym pięknem efekt odprężenia w zestresowany umysł wlewają, a wszystkie te naturalistyczne efekty mają jeden zasadniczy cel. One mają wywołać u widza wrażenie rekonstrukcji wakacyjnych wspomnień, ulotnych chwil z młodości, co z pewnością udaje się Guadagniniemu i jako tło dla namiętnych przeżyć bohatera doskonale się w założonej konwencji mieści. Niestety, kiedy jednak zawodzi wyrazistość i konsternację wywołuje motywacja postaci, a sama koncepcja sprowadza się do fascynacji błahostkami z ich życia, urastającymi do rangi wydarzeń przełomowych, a poza wyrafinowanymi ale i uparcie eksponowanymi pretensjami do sztuki wysokiej nie ma w scenariuszu jakiegokolwiek napięcia bez seksualnych wyłącznie podtekstów. To mnie to zwyczajnie nuży i żałuję tylko czasu poświęconego na obcowanie z obrazami aspirującymi do natchnionych uniesień kosztem samej historii, która zdaje się nawet nie kontrowersyjna, ale po prostu mało autentyczna i z punktu widzenia samca heteroseksualnego niezrozumiała. Przyznaję, że mimo iż to kino z głęboką i subtelnie podaną treścią, to też równolegle kino mocno przynudzające. Doceniam w nim światopoglądową odwagę i w pewnym stopniu zamysł pochwalę, choć niekoniecznie w pełni rozumiem przyjętą metodę realizacji. Absolutnie po seansie zachwycony artyzmem Call Me by Your Name nie będąc, dostrzegam jednak walory u początku tekstu podkreślone, które sugestywnie na zmysły oddziałują. Nie odczuwam, co mnie zaskakuje absmaku obcując z dyskusyjną treścią, nie czuję też choć próbuję jej wyjątkowości, którą spore grono krytyków podkreśla. To tylko ładny wakacyjny obrazek, będący dekoracją dla kulawego homoseksualnego romansu. W mojej osobistej ocenie, ograniczonej typowo gruboskórną atawistyczną wrażliwością, to takie flaczki z olejem, w wyrafinowany i artystycznie wysublimowany sposób w gejowskiej knajpie podane. I nie wstydzę się tego ostatniego zdania, bo faktycznie pisząc te kilka wcześniejszych mam dominujące już przekonanie, że powinienem sedno sprowadzić do tego ostatniego. 

piątek, 9 lutego 2018

Black Label Society - Grimmest Hits (2018)




Dobra muza to nie wyścigi, chociaż aby była ciekawa i wymagająca dla słuchacza, a przez ten fakt pozostawała w głowie na dłużej niż kilkanaście przesłuchań i wracała do niej po latach, jako rzecz wartościowa ponadczasowo, to trzeba by muzycy coś atrakcyjnego napisali, ale i potrafili to co sobie na papierze założą, odegrać czysto i z pasją na żywca. Zdaje się, iż Zakk Wylde od zawsze z nikim się nie ścigał, bo jakby nie patrzeć na albumy Black Label Society, to nigdy nie były to krążki przełomowe, łamiące zasady czy wytyczające świeże terytoria do eksploracji. Jednak to cholernie klasyczne, a może i zachowawcze granie, od strony wykonawczej było pierwszej klasy, wysokoenergetycznym wykopem. Faktem jest przecież, że Zakchary wirtuozem instrumentu może być nazywany, bez obaw jakichkolwiek, bez względu na to iż to jego wiosłowanie poza schematyczne w technice, ale i autorskie w feelingu szarpanie strun nie wychodzi. Znalazł gość dla siebie spore terytorium i tą zagarniętą przestrzeń od wielu już lat zagospodarowuje kolejnymi płytami z taką samą zawsze zawartością, a mimo to bardzo przyjazną dla uszu formułą rubasznego rocka, z odrobiną zadumy w balladowych odsłonach. Wstęp przydługi, a rozwinięcie i punkt kulminacyjny z puentą treściwą, może nazbyt zdawkowe, ewidentnie rzekłbym nieefektowne. Bo co ja mogę napisać o kolejnym albumie Wylde’a, oprócz tego, że mnie cieszy zwyżka formy po naprawdę bezbarwnym Catacombs of the Black Vatican. Jednakże nie ma na Grimmest Hits żadnego zaskoczenia, jest wszystko to za co cenię brodacza i niestety wszystko to, co powoduje iż za każdym razem zastanawiam się dlaczego ma on u mnie taką taryfę ulgową? Robi to co zawsze, prawie jak zawsze wzbudza poczucie niedosytu, a ja i tak na kolejną porcję jego riffów oczekuje niecierpliwie. Tym razem z większym optymizmem patrzę w przyszłość, gdyż te dwanaście nowych odsłon ma w sobie więcej ognia, surowej i ponurej aury, aranżacyjnych urozmaiceń i w tych prawie akustycznych fragmentach, co najbardziej raduje, męskiej zadumy, a nie banalnego łkania, niż lichota sprzed czterech lat. To tak po prostu fajny album, bez fajerwerków, ale i szczęśliwie bez miałkiego plumkania. Zbiór bardzo dobrych kompozycji, których największym atutem dojrzałość w wykorzystywaniu samczej melancholii, ubieranej w skóry, ćwieki i naszywki. Przepoconej, nieogolonej, może i po kilku już browarach. Jadącej na potężnym Harley’u, pośród pustkowia, w stronę zachodzącego słońca. :)

P.S. Puenta, puenta, puenta, ona być musi, jak ją odważnie zapowiedziałem. To bardzo dobra odsłona w dyskografii Zakka, ale mimo tego na krakowski koncert nie pojadę. Poczekam (a może się złamę) aż forma wzrośnie do poziomu Mafii! 

środa, 7 lutego 2018

Plan B (2018) - Kinga Dębska




Plan B Kingi Dębskiej, czyli chyba trzeba mieć na życie alternatywę, taki pomysł awaryjny, bo ono różne pisze scenariusze, figle płata i lepiej nie obudzić się z ręką w nocniku? I wszystko byłoby fajnie w tym komediodramacie, gdyby nie niedopracowany scenariusz, przedramatyzowane, nieautentycznie ekspresyjne sceny, nie do końca dobre wybory castingowe, niepotrzebne aktorskie skojarzenia z poprzednim wielkim filmem reżyserki i ten irytujący fason jakby wprost z TVN-owskich seriali. Bo może nie jedynie, ale znacznie w moim odczuciu odbiór całości ratuje zrobiona pod wymogi radiowego hitu interpretacja klasycznego tekstu Wojciecha Młynarskiego. Przyznaję, bardzo przyjemnie spinająca wątki, dodająca za sprawą oczywiście geniuszu mistrza puenty, głębokiej nostalgii, mądrości oraz podkreślająca pozytywne przesłanie, jakie finalnie płynie z tego zbioru nowelek. Zastosowania w tym przypadku grubo ciosanej formy mozaiki, znaczy przecinających się w fabule losów kilku równorzędnych pierwszoplanowych postaci, która niemal zawsze posiada w sobie ogromny potencjał na zbudowanie historii, tak samo poruszającej jak przesłaniem dojrzałym bogatej. Szkoda tym bardziej bolesna, że po Kindze Dębskiej sporo więcej wyczucia psychologicznej materii się spodziewałem, a z tym planem A na okolicznościowy hicior, bardzo daleko jej do poziomu Moich córek krów. Choć, aby być uczciwym i nie zniechęcać to napiszę, że dawno nie widziałem tak ambitnej historii na Walentynki i z czystym sumieniem polecę ją jako alternatywę, zamiast ostatecznie ostatecznego finalnego finału erotycznych zabaw z gentlemanem G. 

P.S. Posypuję teraz głowę popiołem, przyznaję się iż w błędzie byłem uważając Dorocińskiego za aktora mało wyrazistego, najczęściej na autopilocie jadącego. Tym razem kapitalny, cholernie sympatyczny Dorociński, wraz z muzyczką nasuwającą skojarzenia z dobrym polskim kinem komediowym z lat sześćdziesiątych, sprawił mi sporą wizualną przyjemność i był najważniejszym powodem, by nie żałować późno wieczornej, mroźnej wyprawy do kina. :)

wtorek, 6 lutego 2018

Corrosion of Conformity - No Cross No Crown (2018)




Dziwna to zaiste, a na pewno niecodzienna sytuacja, że bez jednego ogniwa w składzie zespół całkowicie zmienia tożsamość. Jak pośród muzyków Corrosion of Conformity Pepper Keenan zaistnieje, to z miejsca numery pełne są tej południowoamerykańskiej duszy, bujają i w stronę stonera się zwracają? Kiedy zabraknie Peppera, zrazu muzyka skręca na tory hardcore’owe z punkowym sznytem i zamiast kapitalnego groove’u dostajemy totalną surowiznę. Jest to poniekąd zrozumiałe, bo każdy fan grupy wie, że zanim lata temu gość do grupy dołączył, to ona surowym łojeniem się parała, a stery w łapach innego wodza były trzymane. Inną sprawą jest zaś to, iż każda rejterada Peppera zmienia formułę muzyczną, ale pozostawia ten sam szyld i finalnie, co kilka lat ukazują się na przemian krążki w poszerzonym i zubożonym składzie. Chociaż nie wszystko to co z Keenanem nagrali okazało się złotem, to nie mam wątpliwości, iż filozofia grania z nim dużo bardziej mi pasuje i te właśnie klasyczne albumy w rodzaju Deliverance i Wiseblood cenię dużo bardziej od wściekłych Eye for an Eye, Animosity czy też tego, co spłodzili w okrojonym składzie już w XXI wieku. Cieszy mnie zatem okrutnie fakt, że No Cross No Crown, to jawny ukłon w stronę grania z tego okresu i jest dla mnie on tym większym zaskoczeniem, że za cholerę nie spodziewałem się tak kapitalnie luzackich i przez to niewymuszenie przebojowych numerów. To niby te same chwyty, te same pomysły na aranżacje, ta sama witalna chemia pomiędzy muzykami, ale jednocześnie że tak niespodziewana, to tak bardzo świeża. Niby nic nowego, czasem nawet nieco topornego bo klasyka rozwiązań dominuje, ale w jakiś sposób magnetycznego przez co nienużącego. Bo swoje robi też konstrukcja krążka, znaczy powrzucanie pośród numerów z twardych riffów zbudowanych, miniaturek istotnie album urozmaicających. I nawet zamykający cover (tak Queen) idealnie wpisuje się w tą intuicyjną linię, pasuje w tej formie doskonale do całości, zamykając No Cross No Crown” z klasą. Cóż, Down śpi obecnie, to i Corrrosion of Conformity wykorzystując tą ciszę, w tej gatunkowej przestrzeni króluje. :)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Lady Bird (2017) - Greta Gerwig




Napiszę wprost, nie ukrywając swojego rozczarowania i nie doprowadzając też do przesadnego utyskiwania. Spodziewałem się po zapowiedziach wizualnych, także kilku notatkach informacyjnych zupełnie innej formalnie produkcji - szczególnie, że manifestowany po amerykańsku zachwyt tamtejszej opiniotwórczej krytyki taki ognisty. Zakładałem naiwnie, że w debiucie reżyserskim charyzmatycznej Grety Gerwing będzie jakikolwiek dramatyzm, względnie przemyślanie wkomponowany ekscytujący punkt kulminacyjny i wreszcie, że ta trudna nastolatka (jak ją materiały promocyjne opisywały) w katolickiej szkole edukowana, to będzie prawdziwie zacięta dziewucha, w konfrontacji z ultra konserwatywnymi zakonnicami. Okazało się jednak, że to kino mętnie nijakie, poprowadzone jednym słabnącym tchem, aspirujące absurdalnie przez brak wyrazistości do miana wyjątkowości. Ciepłe kluchy takie, gawędzenie bez nerwu, często przynudzanie o (w największym skrócie) życiu codziennym nastolatki z kolorowymi włosami, mieszkającej po “niewłaściwej stronie torów”, która to niby dysponując magnetyzmemm i elokwencją, zabiega o względy szczeniackiej elity towarzyskiej, a jak już się znajdzie w jej zasięgu, to rozczarowana jej poziomem mentalnym i wartością moralną powraca na margines, gdzie odrzucone osobliwości dają jej poczucie bezpieczeństwa i intelektualnej satysfakcji. Jezusssie, zaprawdę wam powiadam brawurowo nieszablonowa to konstrukcja scenariuszowa! Z obowiązkowym wykorzystaniem w fabule, dla zwiększenia pikanterii (znak zapytania), poziomu zatroskania (znak zapytania), samozadowolenia reżyserski (znak zapytania) intelektualnych wykwitów na poziomie zbuntowanej nastolatki, tudzież pomysłów rodem z nastoletniego kina, bardzo "moralnego niepokoju", które odkrywczością i sztucznie potęgowana dramaturgią wywołują wyłącznie powstrzymywany dobrym wychowaniem uśmiech politowania. Bez jakiejkolwiek reżyserskiej werrrrwy narracja jest prowadzona, bez większego podniesienia ciśnienia, konkretnego tąpnięcia emocjonalnego, które opadające ze znużenia powieki by uniosło. Nie byłem w stanie dać się wciągnąć w ten zaproponowany klimat i dostrzec tkwiącego w skrypcie przesłania. Ono po prawdzie jest, ja wyczuwam jego obecność, ale ono tak bezbarwne i niepobudzające do bardziej ekspresyjnych refleksji, że mnie się nie chce rozwijać jakiejkolwiek szerzej naciąganej interpretacji. Wyszło Gerwing słabo, przytłaczająco miałko, a zapewne miało być oryginalnie i angażującą. Nieznośnie jałowo, bez iskry i ikry, tylko w założeniach charyzmatycznie. W tym skupieniu na szczerych, nieprzejaskrawionych dla efektu emocjach, jest walor wartościowy, ale i totalna nuuuda. Jak nie ma w pomyśle nic prócz klisz przyozdobionych błazenadą, to jest zachowawczo i żenująco. Spodziewałem się sporo więcej, a może problem mój z akceptacją w tym, że spodziewałem się zdecydowanie inaczej. 

niedziela, 4 lutego 2018

Darkest Hour / Czas mroku (2017) - Joe Wright




Kino jednego aktora, bo jakby nie doceniać kunsztu wszystkich kreacji, to jednak naturalnie światła jupiteròw skupiają się w założeniach, a także w praktyce na osobie Winstona Churchilla i brawurowym odebraniu roli przez Gary’ego Oldmana. To sytuacja w której zdaje się, iż aktor po fachowej charakteryzacji i przyswojeniu oczywiście odpowiedniej wiedzy merytorycznej w temacie charakterystycznych cech i zachowań odgrywanej postaci, z miejsca staje się nią samą, z daleko idącą identyfikacją. Nic dodać, nic ująć, to zdanie powyższe w pełni oddaje bowiem wartość warsztatową pracy Oldmana. Dla jej spektakularnego efektu warto z filmem Joe Wrighta się zapoznać, choć cała produkcja nie tylko i wyłącznie jedną zaletą w osobie Oldmana stoi. To dość kuriozalna sytuacja, kiedy film wpisując się w standardową koncepcje kina biograficznego, zdający się przybierać postawę zasadniczo dość bezpieczną względem formuły i treści, jest jednocześnie czymś dość odmiennym, od tego co w ostatnim czasie uznaje za szablon. Po pierwsze w kwestii akcji i jej rozpiętości w czasie, jest to podejście dość minimalistyczne, ale merytorycznie bardzo bogate. Spojrzenie ogranicza się do kilkunastu krytycznych dni w życiu Churchilla, jest rodzajem kroniki, też lekcji historii i nie ma w nim żadnej nawet minimalnej retrospekcji, próbującej przez pryzmat przeszłości tłumaczyć osobliwych dyspozycji psychicznych i cech osobowościowych. Pomimo że psychologia postaci jest rozbudowana, a kreacja Oldmana rewelacyjnie uwypukla jej niuanse, to jest to dramat polityczny, w którym podstawową kwestią wpływ na losy Europy okoliczności i decyzji podejmowanych przez człowieka pełnego wewnętrznych sprzeczności i wątpliwości. Po drugie, wizualna strona robi wrażenie, bo dość wyraźnie odstaje od typowej. To taka w moim odczuciu perspektywa malarska, kojarząca się z klasycznymi portretami, artystycznym modelowaniem ujęć, kolorystyką czerpiącą inspiracje z magii brązu w różnych odcieniach i korzystającą z nastrojowego operowania światłocieniami. Także teatralna inscenizacyjność, mimo swoich formalnych ograniczeń i formuły przede wszystkim opartej na statycznych rozbudowanych dialogach, nie pozbawia całości dynamiki i dramaturgii. Faktem jest, że charyzma Churchilla i jej mistrzowskie odzwierciedlenie w sposobie gry Oldmana ma znaczenie decydujące i determinuje tempo i charakter tego spektaklu. To jednak bez dobrego, odpowiednio zbilansowanego scenariusza i frapująco zaadaptowanej teatralnej metody zdobnej w wizualne tricki, działania Oldmana pozbawione byłyby elementu przyciągającego oko i ciekawość - tej scenicznej scenografii i interesującej bazy merytorycznej. Przyznaję, iż w tej koncepcji najbardziej podobała mi się właśnie ta symbioza tła i dominującej postaci z pierwszego planu. Malarska wrażliwość, teatralny sznyt i w centrum prawdziwy koncert Gary’ego Oldmana. Jak mniemam oscarowego pewniaka. :) 

sobota, 3 lutego 2018

Nelyubov / Niemiłość (2017) - Andriej Zwiagincew




Cykl w świecie organizmów żywych się powtarza, coś się rodzi, by naturalnie z każdym dniem umierać. Dotyczy to równie silnie biologii jak i relacji społecznych, międzyludzkich stosunków opartych na wzajemności w zaspokajaniu potrzeb partnera interakcji. Zabiegać, żebrać o ich nasycenie, trwać w stanie permanentnego zapętlenia, w węźle splątanych nieporozumień, zaniechań i zaniedbań, po prostu błędów popełnianych często nieświadomie? Czy może uciec w poszukiwaniu miłości i zrozumienia łatwiejszą ścieżką, w kierunku związku nowego, relacji świeżej bez obciążeń? Zdaje się, iż zdecydowanie łatwiej uszyć nowe, niż stare reperować, łatać, cerować, zszywać tam gdzie przetarcia i popękania materiału, biorąc pod rozwagę, iż nieprzechodzone trwalsze się wydaje. Nowe życie, nowa rodzina, lecz czy nie te same błędy, ta sama droga w kierunku podobnej otchłani? Pytanie jest zasadne i jak domniemam po seansie Niemiłości stawiane obok kilku innych ważkich przez Zwiagincewa. Interpretacja trudna, nie oczywista tego co na ekranie, w sterylnie, bez tanich łzawy chwytów jest ukazane. Prolog z dwunastolatkiem łkającym w ukryciu, zagubionym w koszmarze fundowanym przez egoistycznych rodziców. Wprowadzenie do dramatu, precyzyjna, choć wymagająca skupienia charakterystyka głównych jego postaci. Odsłonięcie świata składającego się już tylko z ruin, systematycznie zrównywanego emocjonalnie z gruntem. Subtelna praca kamery, w dopracowanych ujęciach, z grą światła podkreślającego mrok i powagę sytuacji. Doskonała symbioza obrazu, muzyki i zagubionych uczuć w przeszywającej do szpiku kości treści. Ogromny ciężar gatunkowy, obciążenie przygniatające do gleby, miażdżące wnętrzności od środka, zaduszające ciśnieniem, kiedy schodzimy na życzenie reżysera coraz głębiej w rodzinną wielopłaszczyznową tragedię. Dalej zawiązanie akcji dramatu, moment kulminacyjny, zaostrzający perspektywę spojrzenia na dorosłość absolutnie bezradną wobec rozwijającej się, w pomyłkach z przeszłości zatopionej sytuacji. Wzajemne przepychanki, oskarżenia, w zewnętrznych aktach frustracji uwypuklenie win partnera, z jednoczesnym wypieraniem, tudzież podświadomym chronieniem przed obnażeniem w twardej skorupie własnych przewinień. Zwiagincew ostrożnie wątki rozwija, napięcie podskórne nie eksploduje, tylko w przeraźliwej pustce i ciszy narasta. W narracji wręcz czysto dokumentalnej, z przypisami na marginesie, które dostrzegalne wyłącznie dla widza bystrego i wrażliwego. Dając szerokie pole do interpretacji, poruszając właściwe struny w psychice dojrzałego widza, doświadczonego licznymi w związkach zakrętami. Mam przekonanie, iż Zwiagincew z przeszywającą precyzją zdiagnozował świat zwykłej rodziny, skupionej na egoistycznej realizacji własnych potrzeb kosztem wspólnoty i dusz najbliższych. 

P.S. "Niekochanym dzieciom wciąż chłodno, niekochane dzieci tulą misie...".

piątek, 2 lutego 2018

The Shape of Water / Kształt wody (2017) - Guillermo del Toro




Chociaż mam to odczucie, że w Kształcie wody dużo więcej pod powierzchnią mąconej tafli, niż ostatnio w twórczości Guillermo del Toro bywało, to i tak nie jest to absolutnie ten stopień błyskotliwości i przenikliwości, jaki w Labiryncie Fauna mistrz kina niezwykle sugestywnie wizualnego zawarł. Emocjonalnie to zupełnie inny, niższy poziom, bo kiedy ból, cierpienie Ofelii jak i wydarzenia w kontekście historycznym dramatyczne i zintensyfikowane przez bezpośredniość i surowość ekspozycji, ukazane zostały nadzwyczaj poruszająco w kontrastowej baśniowej oprawie, to tutaj przeżycia płytsze i irytująco melodramatyczne, mimo iż temat przecież wartościowy. Zupełnie inne to od strony ambicji podejście do filmowej materii. Rozczarowująco zachowawcze, skrojone dla satysfakcji masowego odbiorcy, który oczekuje w ładnym opakowaniu produktu niewymagającego zbytniego wysiłku intelektualnego, ale niepozbawionego także moralnego drogowskazu i utożsamienia. Zaproponował więc del Toro bohaterów względnie czarno-białych i niestety żonglerkę całą masą stereotypów, wokół których męczące truizmy powciskane. Pod te w sumie niewyrafinowane intelektualnie gusta del Toro się podpina, spektakularną scenografią i urzekającym klimatem kamuflując ubogą filozofię. Mimo, iż obraz alegoriami stoi, to ich symbolika płaska. Chociaż sporo w nim brutalności, to chwilami po prostu w straszliwie żenującą dosłowność ona ubrana. Lata temu umieszczając w baśniowej konwencji świat sadystycznej dyktatury, przemawiał dosadniej i sugestywniej poprzez właśnie bogatą znaczeniowo i dogłębnie przeszywającą symbolikę alegoryczną. Współcześnie jego kino to głównie rozrywka, tylko odrobinę ambicjami w treści uzupełniona. Niby kino o czymś ważnym, ale bez uderzenia w te pokłady ludzkiej emocjonalności, które rysy na duszy pozostawiają. Takie filmy na podobieństwo stylistyczno-designerskich projektów a'la Tim Burton tworzy. Zbliżył się niebezpiecznie del Toro do formuły i metody starszego kolegi po fachu i sporo z własnej tożsamości z początku kariery stracił. Nie napiszę że jestem totalnie zawiedziony, rozczarowany tylko poniekąd, bo zasadniczo czuję, że przez wzgląd na ostatnie jego działania w branży, mogło być zdecydowanie gorzej. Mam wrażenie, iż wychodząc nieco z kryzysu, otrzymując za sprawą Kształtu wody nagrody i wyróżnienia, nie poszedł w tym kierunku jakiego bym oczekiwał. Laury zebrał, zapewne kolejne jeszcze przed nim, ale one bardziej na kredyt w sensie całokształtu, niż za dzieło namacalne przyznane. Gdzieś zapewne krytycy bardzo pragnęli zobaczyć w nim tego pasjonata, który Labiryntem Fauna oczarował i za to ich własne myślenie życzeniowe punkty przyznali. Oby była to dla niego motywacja, a nie sygnał potwierdzający właściwy kierunek, bo to nie jest jeszcze ten od kilku ładnych lat z utęsknieniem, zapewne nie tylko przeze mnie wyczekiwany.

P.S. Niby pieje się z zachwytu dla aktorskich kreacji, ale one przez prosty charakter postaci po prostu nietrudne do odtworzenia. Ja przynajmniej doceniając pracę Sally Hawkins, Michaela Shannona, Michaela Stuhlbarga, Richarda Jenkinsa i Octavii Spencer, widzę ich, pamiętam ich przede wszystkim w bardziej złożonych kreacjach. 

czwartek, 1 lutego 2018

All the Money in the World / Wszystkie pieniądze świata (2017) - Ridley Scott




Lubię sytuacje, kiedy markowy reżyser zabiera się za stylistykę, w której na efekt finalny doświadczenie zawodowe, znajomości w branży i wreszcie pokaźny zasób środków finansowych mają wpływ zasadniczy. Fakt pierwszy, kasa to nie wszystko, ale bez kasy nie ma rozmachu. Fakt drugi, nazwiska podobno nie grają, ale bez nazwisk nie ma magnesu na plakatach i nie ma inwestora z kasą. Fakt trzeci, reżyser znany gwarancji nie daje, że bilans kosztów i przychodów będzie na plus, ale bez ogarniętego w temacie fachowca, drużyna może nie być drużyną i kasa w błoto zostanie lekkomyślnie wyrzucona. Zatem wniosek kluczowy z tej błyskotliwej analizy jeden - pieniądze to jednak wszystko, bo bez pieniędzy to nie ma szans na komercyjny sukces. A taki zdaje się w założeniach Ridley’a Scotta zasadniczą motywacją przy produkcji All the Money in the World. To czuć od początku seansu, pełna profeska, wszystko od strony technicznej dopięte na ostatni guziczek, a najbardziej zachwycający obraz przez naszego rodaka uwieczniony i cała doskonała robota wykonana przez speców od strony wizualnej. Ten klimat ówczesnej Italii urzeka - designersko miodzio, klasyczne pojazdy, przedmioty, ubranka z epoki, lecz przede wszystkim ujęcia uliczek Rzymu, czy też zaułków prowincjonalnego miasteczka, jak i przyrody spalonej słońcem Kalabrii. Ale też charakterystyczne angielskie cechy architektoniczne posiadłości “Ebenezera Scrooge’a” dają sporo przyjemności estetycznej, a dodatkowo ich ogrom przytłaczając, dostarcza też między wierszami odczuwalną pustkę człowieka zatraconego w bezmiernym bogactwie. Człowieka, który o zgrozo posiadając “wszystkie pieniądze świata” żałuje drobnych siedemnastu, siedmiu i ostatecznie czterech milionów zielonych na okup za wnuka, którego podobno kocha ale jednak nie tak bardzo jak świętą panienkę z dzieciątkiem pędzla uznanego mistrza. Nominacja oscarowa dla Plummera uzasadniona, tak jak powinna być także dla Michelle Williams, a jej o zgrozo nie ma. Ona bowiem, co zabrzmi może odrobinę zbyt odważnie (ale, co mi tam) strzeliła taką ekspresyjną kreację, że nawet ta ostatnio uznana za fenomenalną z Manchester by the Sea zostaje w tyle. Świetna aktorka i urodziwa kobitka, w tym akurat dla mnie idealnie pasującym typie. Zatem moja słabość do niej ogromna i przez ten pierwiastek męski w spojrzeniu na jej walory uzasadniona. :) Na koniec dodam jeszcze, że miałem przed sensem obawy. One wprost związane z faktem uskuteczniania żałosnych szopek wokół obsady, z przyczyn poprawności politycznej zmienianej, ale i dosyć chłodnego przyjęcia filmu przez zawodową krytykę, także przez ambitnych ponad stan amatorskich pismaków z sieci. Wylewali oni łzy zawodu lub zwyczajnie czuli potrzebę po dziadku Ridley’u z rozpędu sobie pojeździć, bo co akurat prawdą, nie miał dziadzia ostatnio dobrej passy. Co do pierwszej obawy, nie ma o czym gadać, szkoda sobie pióro ponownie tępić, natomiast w kwestii drugiej, krótko i dosadnie napiszę, że mnie się podobało i nie będę się czepiał, bo niby za co? Za to, że historia oparta na autentycznych wydarzeniach została podrasowana, by bardziej widza kręcić? Może mam skarcić dziadziusia, że nie ma w nim ambicji przekraczania granic, zaskakiwania i zrobił nie dzieło, tylko wykonał wraz ze współpracownikami kapitalną rzemieślniczą robotę? Życzyłbym sobie by ci intelektualni stymulatorzy słowem pisanym, jadem tryskający podczas szczytowania przed monitorem, mając do dyspozycji taką gigantyczna machinę produkcyjną, nakręcili surową etiudę pełną pulsującego między wierszami niepokoju moralnego. Dla satysfakcji artystycznej wyłącznie, nie dla tych śmierdzących pieniędzy. 

Drukuj