piątek, 29 sierpnia 2025

Buffalo '66 / Oko w oko z życiem (1998) - Vincent Gallo



Kompletnie pozbawiony cukru, romans dwóch udręczonych, samotnych serc. Cierpiących w inny sposób, ale jednak obojga potwornie złaknionych miłości, troski. Ona Layla (Christina Ricci) z romantyczną wyobraźnią opiekuńcza, o której przeszłości niczego się z fabuły nie dowiemy, ale sporo możemy się domyślić, gdy doświadczenia, intuicje bogate oraz psychologiczny nos czujny i on Billy (Vincent Gallo) - biedny typ, który najpierw Cię irytuje, a potem okazuje się że jest Ci go żal, bo geneza tego kim jest i skąd to miejsce w jakim się miota, powiązane wprost z trudnym, pośród nieczułych, egoistycznych toksyków dzieciństwem - świetni, bo groteskowo odpychający Anjelica Huston i Ben Gazzara. Rzecz jasna Gallo jest znakomity i zaskakująco rewelacyjna Ricci, w roli jak myślę doskonale ją przygotowującej do tej w Monster. Obraz zasysający, archaicznie magnetycznie wystylizowany, w dodatku w wersji którą w necie znalazłem z kapitalnym lektorem, więc gdy historia opowiedziana poruszająco i aktorsko w punkt autentyczna, to seans naturalną emocjonalną przygodą, z wciągającym kinem. Koncepcja operatorska ciekawa, nawiązująca do archetypicznej formy jaka kojarzy mi się z kinem nieco nonszalanckim z lat siedemdziesiątych. W brutalnie surowym dramacie bardzo życiowym, w którym wspomniany romans, a w tle rodzinna historia traumatyzująca. Podana raczej od strony merytorycznej dziwacznie, nawiązując być może fragmentarycznie do surrealizmu Lyncha (scena wokalnego występu ojca, czy tańca bohaterki w kręgielni) oraz na finał alternatywny, poniekąd do specyfiki Tarantino podobny. Dziwaczny w taki hipnotyzujący sposób i pulsujący urokiem uszkodzonych dusz, w rzeczywistości skrywających kolosalny oddania potencjał, pod fasadą tak z bólu i opryskliwości. Pomyślałem w trakcie, iż szkoda że Vincent Gallo mało reżyserował/reżyseruję, choć w sumie przy tych kilku próbach to tylko Buffalo 66 wypadł wybornie i odcisnął się w pamięci filmowych krytyków. Za między innymi cudowną, czułą scenę “łóżkową” i muzykę w szczególe i w ogóle za zatopiony w brudnych, niewyraźnych tonach każdy osobny kadr oraz całościową koncepcję i sposób oddziaływania, ja go właśnie pokochałem, dziwiąc się gigantycznie jak to się stało, że do tej pory nie poznałem.

czwartek, 28 sierpnia 2025

Together (2025) - Michael Shanks

 

Together to świetny przykład komediowego kina grozy i wielka w tym zasługa Franco i Brie, którzy kipią skrajnymi emocjami na ekranie, a chemia między nimi wyczuwalna jest na kilometr. Fakt, że są parą poza planem, jeszcze bardziej napędza erotyczny, zmysłowy, niepokojący i wybuchowy klimat dziwaczności, w jakim widz ma przyjemność uczestniczyć, a może i nawet się w nim zatracać. Byłem na wstępie sceptyczny, lecz nie będę na wstęp właściwy tekstu już zajmował stanowiska zdystansowanego, gdyż prawie natychmiast zostałem przez dość szybko przewidywalny, a mimo to ciekawy koncept Together przeciągnięty na stronę „za”, z kierunku startowego, co najwyżej „ani ziębi, ani grzej”. Kupił mnie autor scenariusza, bowiem zamiast skupić się na częstych dla mnie wadach stylistyki body horrorowej (wykręcanie mi gęby w poczuciu niesmaku), ja szybko rozkminianie rozpocząłem, zastanawiając się, co stoi w kwestii filozofii refleksyjnej za romantycznym motywem znalezienia przysłowiowej „drugiej połówki”. Dziwne oczywiście zdaje się łączenie wymienionych gatunkowych charakterów, bo przecież trudno sobie wyobrazić jeszcze bardziej skrajne estetyczne przeciwieństwa, gdy z jednej strony dostajemy podkreślone maksymalnie akustyczną stroną udźwiękowienia efekty specjalne przyprawiające o dreszcze i co najmniej lekkie wymioty, z romantycznym obliczem wzniosłej filozofii zakochiwania po uszy - jak zobaczycie, dosłownie do kości. Oczywiście trzeba na to spojrzeć podejściem zdystansowanym, przez zmrużone oczy, ale tego właśnie wymaga z pewnością pomysłodawca i nie obraziłby się stawiam browarka, gdy jego produkcja zostanie określona jako komediowa. Broń bosze jednak abym widział w Together jedynie bekę, a to dlatego, iż dostrzegam w tym mainstreamowym (całkiem spore szanse za sukces komercyjny) obrazie sporą głębie, jaka sięga aż poważnej interpretacji metafory, w szerszym spektrum sedna. Nie zamierzam teraz wyjaśniać co dokładnie wychwyciłem, gdyż może nadinterpretowałem, a być może byłyby owe wytłumaczenia uznane za spojlerowanie. Polecam gorąco i sam się sobie z deczka dziwiąc, cieszę się że zostałem nakręcony na takie kino z uśmiechniętym pazurem. Kino efekciarskie, a jednocześnie mądre i przemyślane.

P.S. Zmieniając zdanie w/s spojlerów, dodam z drugiej perspektywy połowicznie spojlerowo, iż nie od dzisiaj wiadomo, że miłość to rzecz nader skomplikowana i niełatwa, a ta prawdziwa to już w ogóle armagedon. Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie jej części składowe i idealne ich połączenie, czyli dwoje staje się jednym, zarówno duchowo, jak i cieleśnie, to mamy do czynienia z magią. Piękne, to prawda, ale biada tej dwójce, jeśli choć jedna składowa tej relacji ułudą i niepewnością się okaże - potwornym to końcem stać się może. Rzecz idzie przecież o najpiękniejsze uczucie, jakie istnieje na tym ludzkim padole. Uczuciu, które podlega tak wielu próbom, wyzwaniom, oczekiwaniom.

środa, 27 sierpnia 2025

Code inconnu: Récit incomplet de divers voyages / Kod nieznany (2000) - Michael Haneke

 

Niedokończona opowieść o kilku podróżach”, czyli Haneke w formie, nie bardzo dla swojego stylu jak się okazało praktycznie przyjaznej - mozaikowej narracji - gdzie losy obcych osób łącząc się za sprawą zbiegu okoliczności, ze sobą wiążą w ciąg przed i po konsekwencji. Zasadniczo dla obyczajowych najczęściej dramatów w kręgach koneserskich zasłużonego kinowego twórcy, taka opcja rozpisania sposobu opowiadania powinna być usłużna, a tu się okazuje, że niby to gra, ale żeby jakoś na emocjach silnie grało, to śmiem twierdzić, że licho, tudzież jedynie połowicznie. Surowy, golusieńki montaż, krótkie zasadniczo, miałkie, mało konkretami treściwe, podobnie jednocześnie ascetyczne wizualnie sceny i jedynie długie, zamaszyste i niestety pomimo użycia muzycznego tła w rytmie złowróżbnym, jak na siłę ekspresji sztuki Haneke’go rozczarowujące emocjonalnie ujęcie finałowe. Ujęcie podsumowujące, lecz bez siły wyrazu jakiego powinienem się po takim specu od systematycznego wydłubywania pod powierzchnią ukrytego i na koniec pozostawiania wręcz w paraliżu spodziewać. Kod jest wiadomo o czymś ważnym, ale jest też raczej bezpłciowy opowiadając o świecie niespełnienia, frustracji, lęków, niezrozumienia czy wprost już te ćwierć wieku temu dostrzegając, pulsujących ostrzegawczo problemach natury emigracji. Rodowici Francuzi z własnymi, nie różnymi od innych zachodnich nacji, czy ogólnoludzkimi psychologicznymi współczesnej egzystencji troskami. Środowisko afrykańskiej skomplikowanej historycznie emigracji i biedniejsza od zachodu wschodnia Europa – próbująca od około dekady skorzystać z otwartych względnie granic. Haneke zszywa i posługuje się stereotypami by w sumie wytłuszczać oczywistości, którym nawet jeśli sobie je uświadamiamy często pod wpływem emocji ulegamy. Korzystając ze sprężyny z pozoru błahego incydentu, opowiada o osobnych życiach i ich tak kulturowych, środowiskowych, wreszcie indywidualnie jednostkowych genezach, które się w jednym momencie zetknąwszy, wywołują proces wymykający się empatycznemu postrzeganiu. Zadaje być może też w całej społecznej dyskusji pytanie fundamentalne - pytanie o kwestię poczucia szczęścia z samym sobą i zadowolenia z własnego miejsca w życiu. Pytania trafne i docierające w miarę praktycznie do jądra problemu, ale czy ten mentorski ton deliberujący o niezrozumieniu i upokorzeniach nie jest raz za mdły, a dwa jednak zbyt sterylny przez aktorstwo nazbyt jak na świat naturalny teatralne? Mnie ono przeszkadzało, w takim samym stopniu jak babranie się w gęstym temacie i wyciąganie z jego lepkiej konsystencji rąk mimo to czyściutkich. A może za mało zrozumiałem i zbyt krytycznie pochopnie oceniam? Tudzież jeszcze gorzej - na gwałt potrzebując tekstu, poddałem się teraz tendencji do mądrowania?

wtorek, 26 sierpnia 2025

Chłopi (2023) - Dorota Kobiela/DK Welchman, Hugh Welchman

 

Ludzie i namiętności - w ujęciu folklorystyczno-reymontowsko-noblowskim. Mimo to uniwersalnie przecież o miłości, wszystkich jej pochodnych i powiązanych uczuciach, pośród których najsilniejszej i najintensywniejszej zazdrości i zawiści. To co Reymont stworzył, to kult sam w sobie i basta! Niezwykła, a zarazem posiadająca wciąż walory uniwersalne kolosalna historia-epopeja. Ona całość na wyżyny wynosi, a sposób wizualny jej obróbki, to tylko dodatek - śmiem wbrew powszechnej (nie bez podstaw przecież umówmy się) opinii, w moim subiektywnym odczuciu uznawać. Podobny przypadek z “Vincentem” nie tylko co podkreślane względem technologii zastosowanej, ale też, iż w obu odsłonach pomysłu wizualnego pozornie pierwszoplanową, a zasadniczo wtórną rolę w stosunku do scenariusza tenże optyczny sznyt odgrywa. Scenariusza jaki sam by się przecież doskonale w tradycyjnie aktorskim wydaniu obronił, gdyby nie kombinowano z malarskimi wizjami i nie sugerowano przy każdej okazji jak plastyczny koncept istotny, a wręcz kluczowy. Ja z tego pół animowanego OBRAZU, jakkolwiek nie byłby atutem (to chcę dać do zrozumienia jasno), iż nie robię zalety nadrzędnej, gdyż upieram się, iż historia reymontowska Chłopów niesie sama i porywa – wyrywając ze mnie serducho i duszę. Bowiem jestem też oczywiście pod wrażeniem pulsu wizualnego, ale bardziej intensywnie wpływała na mnie akcja sama w sobie oraz aktorska najwyższa jakość, poczynając od charakternego uroku Jagny, po zaciętą minę Antka i cech zinterpretowanych każdej z postaci, w tym nader wszystko fundamentalnie dramacie majstersztyku. Dodatkowo świeżo, dynamicznie zinterpretowanym, jak i podkreślę fenomenalnie zagranym i fantastycznie jakbym nie pomniejszał znaczenia opakowanym. Nie wyłącznie pod względem plastycznym, lecz także, a może jeszcze bardziej wyraziście muzycznie, idealne wkomponowanym dźwiękiem nasączonym.

P.S. Usprawiedliwiam się przy okazji, że późno i poniekąd za sprawą przypadku obejrzałem i mam w tym miejscu żal do Raczka, że mi natychmiastowy seans swoją recką z łba wybił, jak i pretensję do samego siebie, iż zdarza się, że jeszcze słucham podszeptów kompetentnych postaci telewizyjnych z młodości. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2025

Le Conseguenze dell'amore / Skutki miłości (2004) - Paolo Sorrentino

 


W czubie (precyzyjnie na pudle) tego co najlepsze w maksymalnie subiektywnej opinii od Sorrentino, Skutki miłości nie namieszały, lecz nie znaczy to że jak donoszą koneserzy, ten właśnie przełomowy obraz w jego karierze na mnie wrażenia nie zrobił. Jak zazwyczaj u włoskiego współczesnego mistrza scenografia sterylna - zimna ona, zimne przedmioty/atrybuty i bohater pozornie bez duszy, martwy w środku. Wyniosły, zdystansowany, a zarazem smutny, przegrany człowiek, żyjący (egzystencja nie na pełnej życie) w dostatku, niemal luksusie, ale zniewolony - pozbawiony wszystkiego co było w jego byciu ważne. Zamordowany za życia i w tej roli Toni Servillo wypada znakomicie - jakby aktor szyty na miarę roli. On w byciu bez bycia pogrążony, jak sam stwierdza nigdy nie kochany, bowiem sprawdziany pozbawiły go złudzeń. Nie zabiegał o miłość ani intensywnie, ani skutecznie. Został mimo obudowania duszy zauważony, lecz los, tudzież może precyzyjna akcja prewencyjna jego zakamuflowanych prześladowco-opiekunów w spełnieniu przeszkodziła. Historia jego i w szerszym kontekście mafijna zawiła, a zarazem przejrzysta, gdy się skupić i połączyć kropki według podpowiadanej metody. Snuj filmowy, od którego bije ekstremalnie wspomnianym na początku chłodem, nakręcony z inspiracji autentycznym wydarzeniem, rzeczywistymi zachowaniami jakich był świadkiem Sorrentino, który chciał i skutecznie zrealizował swoją motywację, ukazania innego oblicza mafii. „Zarówno jej okrucieństwa, jak i rządzących nią mechanizmów i zasad” - w zgadzam się że od strony technicznej „audiowizualnym cacku”, którego się nie ogląda - je się w manierze zdystansowania wchłania.Nigdy nie lekceważ skutków miłości” - nigdy nie bądź pewny, iż to na co patrzysz z lekka nieobecnym wzrokiem, nie wywoła w tobie konsekwencji. :)

niedziela, 24 sierpnia 2025

Sorry, Baby (2025) - Eva Victor

 

Bez nadPRETENSJI opowiastka. Z zagadką przez chwilę do rozczytania opowieść - na przystawkę wyłącznie naprawdę zabawna. Inteligentnie ironiczna komedia obyczajowa jedynie na starcie, zmierzająca ku tajemnicy dramatycznej w rozwinięciu subtelnie właściwych reżyserskich intencji. Z kilkoma ujęciami/odsłonami z potencjałem na zapamiętanie - szczególnie tą (niechronologicznie zauważę) raz, piękną, wrażliwą i budującą sceną ataku paniki i jej konsekwencjami oraz dwa, z domem obserwowanym z zewnątrz o zmierzchu, która wywołuje sugestywnie pytanie „co się wydarzyło, że tak bohaterkę w roztrzęsieniu tłumionym pozostawiło?”. Bardzo poważnie, ale z idealnie wyważonym poczuciem humoru kąśliwym, aby pozbawić temat nadPOWAGI. Bo to o dramacie w pełni, w rzeczywistości jednak dość groteskowej, mimo że autentycznej na maksa. Gorzko i nieofensywnie feministycznie w tonacji śmiechu przez łzy, bowiem traumatyczne przeżycia wywołują z bezsilności dość abstrakcyjne reakcje. Inaczej, znaczy bez bezpośrednich wytartych formuł o gwałcie, co absolutnie nie oznacza, iż mniej niż koncepcje ofensywne wstrząsająco i poruszająco. Także o mądrej, oddanej przyjaźni, bezinteresownym wsparciu w drodze do powrotu do równowagi psychicznej. Dlatego bardzo mi się pod względem fabuły i formuły podobało, że taki prawdziwy, nie nadmuchany nadWRAŻLIWOŚCIĄ, a Evę Victor jako aktorkę i reżyserkę nie tylko pochwalę, ale nawet zauważę, iż w obu rolach przejawia dyspozycje, charakter i kierunek stylistyczny podobny Grecie Gerwing. Co spostrzegam jako konkretny komplement.

sobota, 23 sierpnia 2025

Naked / Nadzy (1993) - Mike Leigh

 

Dwa uczucia mi towarzyszyły. Dwa odczucia odmienne - choć nie wprost skrajne. Jedno w trakcie, drugie po wybrzmieniu i zagospodarowaniu tego czego doświadczyłem. Obydwa uczucia względem Nagich złożone - nie łatwo opisywalne. Pierwsze nieprzyjemne, odpychające wręcz i tak samo powiązane z estetyką obrazu, jak i z charakterem środowiska oraz osobliwościami przyklejonymi do postaci. Drugie emocjonalnie bardziej stonowane, jakby związane z osadzaniem się koncepcji obrazu i treści we mnie i docenianiu pomysłu oraz realizacji, mimo że będac odrobinę złosliwym, to nie mam ochoty odszczekiwac pierowtnych mysli, że obejrzałem artystycznie nabrzmiały, a zarazem surowo-brutalny komediodramat, jaki w założeniu z groteską zapewne nie miał nic wspólnego, a wywoływał u mnie reakcję konsternacji z zagubionym usmieszkiem na gębie. Zwyczajnie wyszło rezyserowi szanowanemu i Szanownemu bardzo upiornie i na pół gwizdka wręcz amatorsko technicznie, a to może i zaleta jak i wada efektu. Najgorsze że nawet gdy dojrzałem do zauważenia tychże cech/walorów jakie krytyki uwagę na plus przykuły, to dotarło równolegle do mnie przekonanie, iż w tym dużo było aktorskiego nakręcenia, starania się wydobycia prawdy, dotarcia do problematyki rdzenia, lecz/ale zero przeżytych emocji (muzyka w wykorzystanej tonacji nie pomogła, ona jeszcze banalnie działania pogrążyła) co wyklucza ostatecznie szansę, bym postawił Nagich w okolicach, gdzie filmy dla mnie znaczące archiwizuję. Zdaję sobie sprawę, iż piszę o obrazie ze statusem wysokim i mam do rozpoznanie tematykę dołującą i ta autopsja upodlonych i upadlających, nadwrażliwych cynicznie nadaktywnych, różnego pochodzenia osobowościowego i dyspozycji psychicznych toksyków, w brutalnym świecie pozbawionym uwagi zawieszonych, to punkt spojrzenia wartościowy, tylko że jak zaangażowani artyści dwoją się i troją, może nawet popisują i nie dają rady odcisnąć większego niż teoretycznego, a praktycznie śladowego emocjonalnego na mnie piętna, to pozostaję naturalnie ostatecznie rozczarowany. Bez względu że detale pojedyncze podchwyciłem i zapamiętam przykładowo te poddane działaniu wilgoci plakaty wówczas jeszcze undergroundowego Therapy? sprzed zaistnieniu szerzej dzięki przebojowi Diane. No! No bo co, jak inaczej? A może jeszcze zmienię zdanie, bowiem coś mi tam pulsuje we łbie dając do zrozumienia, że może niekoniecznie się nie mylę. ;) Tak czy inaczej, mocno pomieszane mam odczucia, co też całkiem nieźle jednak dla Nagich na przyszłość wróży. Bo to nie jeden tytuł na pierwszy dłuższy rzut oka odrzucałem, by jak czas zrobi swoje, nie zmieniając o 180 stopni zdania, przepchnąć z marginesu w kierunku względnego kultu. 

piątek, 22 sierpnia 2025

Dies Irae - Sculpture of Stone (2004)

 

Gdy nabieram smaczka na polski death metal, to nie sięgam po krążki najbardziej utytułowanego w stawce Vadera, ani w sumie żadnej z innych kapel jakie swego czasu zbudowały legendę polskiej sceny śmierć metalowej, tylko kładę łapska na czymś do czego swoje większe i mniejsze trzy grosze dorzucał Jacek Hiro. Z pełnym szacunkiem rzecz jasna dla tych wszystkich muzyków z naszego ojczyźnianego łez padołu, którzy metalowy sound zdominowali gęstym, wypieszczonym klasycznym rodowym death'em, w brzmieniu tak charakterystycznie wykręcanym przez rodzime studia, to jednak niekoniecznie czuję się komfortowo gdy rąbanka raczej antymelodyjna do moich steranych uszu dociera. Kręci mnie soczyste mielenie, ale niepozbawione waloru chwytliwego, a tego na Sculpture of Stone absolutnie nie brakuje. Pełnoprawny i suwerenny organizm, a nie jakiś efemeryczny projekt muzyków związanych z Vader (tak pisano o nich w 2004 roku) zasługiwał już od niemal początku istnienia na największe zainteresowanie, bowiem prezentował za każdym razem gdy wydawał nowy album tak intensywnie, jak oryginalnie i dojrzale, a najbardziej to idealnie wiązał w sobie agresję, brutalność i przejrzystość aranżacyjną z melodyjnym sznytem, jaki z pewnością sprawdzał się znakomicie w warunkach koncertowych. Bił z tego sterylny chłód północy, inspiracje wiadomego pochodzenia sceny goteborgskiej, lecz słychać było wyraźnie również tak samo akcenty brytyjskiego biegania po gryfie i wycinania wspomnianych idealnych do headbangingu riffów złożonych nie tylko z rytmu jak i melodii, ale i nie brakowało puszczania oczka w kierunku europejskim holenderskim (groove), czy amerykańskiej specyfiki gatunku - gęsto, intensywnie. Taka niby hybryda wpływów, która posiadała jednocześnie akcenty produkcyjne specyficzne jedynie dla polskich warunków studyjnych, przez co nie było mowy aby gdzieś na zachodzie fani stylistyki na pełnej w temacie nie wyczuli skąd ten żywioł przybywa. Żywioł jaki bez chwili zawahania na polskim podwórku określam rodzajem all star bandu, bowiem wiosłowali w nim najlepsi/najbardziej wówczas rozpoznawani, na basie zapier***** i darł ryja niczym w-Kurwiony wieprz człowiek też ze statusem, a bębnił u swego (jak się okazało) schyłku nieodżałowany/pożegnany mistrz/legenda fachu i fan dobrej zabawy na granicy życia i śmierci, więc ekipa zaiste była to tak godna jak i z potencjałem. Z potencjałem który się rozmył, bądź przez losowe okoliczności po prostu sczezł i tyle. Pozostały dwa krążki w ich stylu i jeden na jakim jeszcze ten właściwy wyrazisty koloryt się wykuwał. The Sin War i Sculpture of Stone zaliczam do ekstraligi naszego death'u, co nie jest zaskoczeniem skoro może i one mnie nie ukształtowały, ale na pewno ustabilizowały moje kierunkowe gusta. Słuchało się tego niegdyś znakomicie - słucha się tego doskonale i dzisiaj!

czwartek, 21 sierpnia 2025

Only Lovers Left Alive / Tylko kochankowie przeżyją (2013) - Jim Jarmusch



Jak zauważać zwykłem - kino "dżarmusza" MaryJusza raczej nie rusza, choć bywa że zdarzy się tak iż jednak trafi i odpowiednie struny poruszy. Najczęściej jednak objaw z nim kontaktu, sprowadza się do przekonania, że to kino osobne i w niezrozumiały sposób jednakże intrygujące, lecz żeby podczas z nim kontaktu przeżywać wybitne emocje to to, to nie. Szanuje ale nie kocham - coś dla siebie zazwyczaj w tym co już posmakować zdążyłem znajdę, jednako abym po tym co skosztowałem wpadał w entuzjazm nie do powstrzymania, bo mnie ściśnie i ono wyciśnie, a może najzwyczajniej sprawi mi nieokiełznaną przyjemność - to powtórzę, iż to to, to nie. Pobuja ale na więcej jak dotąd, to wyrażając się bezpośrednio, a więc dosadnie wulgarnie - ni ch**a szans nie ma/nie było! :) Dlatego seans z Kochankami odbieram poniekąd jako wyjście z dość mocno obudowanego moimi stereotypami przekonania i stwierdzam, że tak tak, to było dobre i na swój sposób lajtowo mroczny i zblazowany piękne, tak jak piękne było w kontekście dark romantic. Na klimat nie mam co narzekać, bowiem ma to to nastrój w którym można się zatopić, a jak ktoś podatny na czar "gram na lirze w klimaty wampirze", to zapaść się w tym mu rozumiem nie było trudno. Poza tym humor "dżarmuszowy" gdzie ironia przenika się ze wspomniana blazą i gdzie intelektualna błyskotliwość (czasem wprost, czasem intensywnie metaforyczna) na własnych odrębnych zasadach funkcjonuje, ma prawo zjednywać sobie sympatię artystycznych jednostek z dużą dozą ambicji kojarzenia z nietuzinkowością. W tym przypadku mniemam, iż Jim postawił bardziej na urok niż rozkminę, nie rezygnując nazbyt mocno mimo wszystko z tego drugiego - poddał się fali nostalgicznego przypływu, bądź pozwolił pulsować popkulturowemu światłu od którego rzecz jasna kultura wampirza stroni, jak i głównie opowiedzieć długą historię miłosną, w której mit krwiopijczy wizualnie poetycko-praktyczny (ta oto mitologia obudowana rytualnością) naprawdę fajnie rezonuje. Bez względu na fakt krytyczny narracyjny (łyżka tego na dz), a sprowadzający się do niekoniecznie w maksymalnym stopniu spójnej tejże, jaki nieco męczyć może. 

środa, 20 sierpnia 2025

Bird (2024) - Andrea Arnold

 

Bolesny, ale jakże budujący seans. Naznaczony traumą, przemocą i smutkiem, ciepło zatopiony w magicznym realizmie, podkreślającym jego metafizyczny wymiar. Historia Bailey (znakomicie pyskata chłopczyca Nykiya Adams) - dorastającej dziewczyny o gołębim sercu i poetyckiej duszy, nie znajdującej zrozumienia wśród otaczającego ją świata. Przełomem jej życia, jak i przełomem całej opowieści Andrei Arnold, staje się Bird - niespodziewana, dziwaczna i urocza nad wyraz postać w falbaniastej spódnicy czyli smutnooki Franz Rogowski. Bird, który zmienia bieg wydarzeń i uczuć. Postać uskrzydlona, uskrzydlająca, choć sama z podciętym skrzydłem. Film, który napawa nadzieją pośród beznadziei, który drąży duchowe korytarze i ogrzewa od środka serducho. Zostaje tam na zawsze! 

P.S.1. Inaczej baśniowo o patusach w klimacie realizmu magicznego, z roztrzęsioną kamerą z łapy, zaskakująco poetycko, kapitalnie zszywając obrazy z dźwiękami, z gigantycznym udziałem duchowego zaangażowania w surowym, szalenie mimo bezpośredniego społecznego przekazu emocjonalnym tonie, gdy właśnie rozprawia się odważnie na ryzykownej, grubo niespasowanej teoretycznie granicy szorstkiego realu i metaforycznego fantasy o marginesie, który nierzadko kocha i opiekuje się bardziej lojalnie najbliższym otoczeniem niż niejeden szanowany i podziwiany biały kołnierzyk.

P.S.2. Za Rogowskiego ptasiego bym „birdmanowo” człowieka ozłacał i osrebrzał bym Keoghana grającego właściwie (ponoć) siebie samego (gdyby nie fart wejścia na drogę aktorskiego sukcesu) oraz będę prócz osrebrzającego-ozłacania twarzy znanych, też komplementował gdzie bym w temat Birda towarzysko nie wpadł całą ekipę naturszczyków, na czele naturalnie z przezajebistą PYSKATĄ CHŁOPCZYCĄ!

P.S.3. Kto w nietuzinkowej nucie siedzi, dostrzeże też niebagatelny wpływ na flow całości nuty brytyjskiej romantycznie łobuzerskiej (Fontaines D.C.) oraz w epizodzie mordkę typa ze (he he) Sleaford Mods.

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Backxwash - I Lie Here Buried with My Rings and My Dresses (2021)

 

Trafiłem na nią (będąc przez niekrótką chwilę przekonany że to on), gdy swoje trzy wokalne grosze dorzuciła gościnnie w numerze Algiers, bądź może i wcześniej (raczej wczesnej), gdy o jej niecodziennym performansie wokalnym na którejś z płyt informował na swoich nieodżałowanych łamach Noise Magazine. Wówczas nie podszedłem do tematu wymagająco poważnie, bo i hiphopowe u fundamentu nawijanie niekoniecznie mnie interesowało, ale że donos dostrzegłem i został mi we łbie, to i postać już później nie była całkowicie obcą/nową. Tak tak, bywam tak samo często skrupulatny jak uparty, zatem zerkam do dokładnie numeru 35 wspomnianego i sprawdzam co Redaktor Demiańczuk aby mnie i nie tylko rzecz jasna mnie przekonać, tudzież na zachętę zainteresować. Trawestując jego słowa z którymi obecnie i od czasu gdy się w temacik wkręciłem zgadzam - I Lie Here Buried with My Rings and My Dresses, to krążek jeszcze mocniejszy, bardziej osobisty i bezlitosny od tego co wciąż ostrożnie, ja odkrywam na dwójce. Prywatne piekło i do niego wyprawa w gęstych oparach trapu, industrialu, noise'u i oczywiście hip-hopu zatopionego w (rymy to rymy, ale podkład to podkład) trip -hopie. Jeśli gadamy o hip-hopie to naturalnie pogadajmy o przemycaniu w treści treści, a tu w tej treściwej treści mroku po korek - koszmaru osobistego w formule manifestu radykalnego. Krytycznego spojrzenia na ogólnie kwestie nietolerancji (eufemistycznie ujmując), a dosadnie wkuR wu na wszelkie przejawy homofobii i pokrewnej transfobii. W tonach balansujących na granicy chyba niepoczytalności, wykrwawiania się podczas wybebeszania, w towarzystwie zaproszonych na nagranie gości o których nie będę kręcił, nie wiem nic. Gdyby podeprzeć się słowami samej zainteresowanej z punktu widzenia dzisiaj - "Muzyka z tamtego okresu była surowa, prawdziwa, a czasami brzydka. Ale taki był cel. Chodziło o uchwycenie moich uczuć w danym momencie, bycie autentyczną i oddanie tego w brzmieniu. Kiedy tworzyłam te albumy, liczyło się tylko to, co czułam w danej chwili albo stan umysłu, w jakim się znajdowałam. Dlatego muzyka wyszła właśnie taka". Taka taka - dodam ja. Niby pozornie skręcona z oczywistości, ale jednak zinterpretowana szaleńczo w osobisty sposób. Zszyta nie tylko z wymienionych powyżej proweniencji stylistycznych, ale też z zaszczepioną naturą kultury z jakiej pochodzi i w jakiej dorastała i dojrzewała do swoich poglądów Zambijka osiadła w Kanadzie. Co dodatkowo nie mogło się odbić na jej wymiarze duchowo-religijno, antyreligijnym. Bowiem to mocno skomplikowana nie tylko pod względem interpretacji artystycznej przeżyć i poglądów, ale też z mocno intrygującymi dyspozycjami psychicznymi niecodzienna artystka.

sobota, 16 sierpnia 2025

Lorde - Virgin (2025)

 

Złapałem się na tym, że z czasu perspektywy poprzedni album nie zostawił we mnie trwałego śladu pozytywnego, gdy myśląc o nim wyżej z pamięci oceniałem jednoznacznie dwa startowe krążki. Kiedy jednak wróciłem do sprzed (no nie do wiary) czterech już lat właściwej oceny refleksyjno-recenzenckiej, to okazało się, że Solar Power mi się jednak podobało. Trafiłem pracą z nim systematycznie uskutecznianą do miejsca w którym doceniłem wtedy tą nową jak się zdaje twarz Lorde, a dzisiaj dokonując któregoś już odsłuchu najnowszej propozycji, łapę się na odczuciu, że Lorde zrobiła poniekąd stylistyczny krok wstecz i Virgin bliżej do tak Pure Heroine, jak i po trosze Melodramy, mimo iż w niektórych fragmentach nowego albumu słychać iż takie zmieniające kurs Solar Power jej się jednak po drodze przytrafiło. Mam jak widzę jednako przekonanie, iż więcej przyjemności mnie akurat daje obcowanie z Lorde z obfitszą dozą nieco bardziej klubowej/triphopowej elektroniki, tym samy bardziej w brzmieniach dalszych od akustyczno gitarowych w przypadku Lorde gustuje. Doceniam (tak mi lektura własnej refleksji z roku 2021 podpowiada) twarz wokalistki bardziej organiczną, ale najlepiej mimo wszystko czuję się w jej towarzystwie gdy syntetyczne walory jej nuty są na przedzie. Taki właśnie przebojowy, lecz i stonowany w kierunku syntezatorowego klimatu i pulsowania nieco mechanicznym vibem (umownie najbardziej GRWM i Broken Glass) jest Virgin, gdzie bit zasysa, a dość zwyczajny, raczej mało wybitny głos Nowozelandki, stanowi idealne niekonfrontacyjne dopełnienie faktury dźwięku instrumentów i wokalu. Nie ukrywam że obawiałem się odlotu Panny Lorde właściwie jej imiona i nazwiska to Ella Marija Lani Yelich-O’Connor) w albo dziwactwa brzmieniowe, tudzież na drugim biegunie spopowienia kompletnego, nie wierząc wcale, iż robiąc krok wstecz będzie potrafiła wyznaczyć ten w sumie chyba najbardziej oczywisty dla niej i według mnie najbardziej udany szlak mało akurat rozwojowy. Mam już teraz dużą słabość do numerów z Virgin, bo robią mi one bardzo dobrze - czuje że mają na mnie odpowiedni wpływ relaksujący. Thx E.M. L. :)

P.S. Jeszcze wsłucham-wczytam się w teksty - w jej przypadku intymne emocjonalne doświadczenia jak wcześniej pamiętam.

piątek, 15 sierpnia 2025

Restless / Niespokojni (2011) - Gus Van Sant

 

Uroczy, kameralny, zabawny. Mądry, klimatyczny, autentyczny. Pomimo wymienionych budujących (pozytywny mimo całe to gówno od losu wymiar życia) cech, Restless to na smutno odbierana obyczajówka, będąca dramatem jaki właśnie ogólnie przygnębia, ale zdławia jak może ludzkim ciepłem ponurą atmosferę. Sympatyczni młodzi bohaterowie oddają swoje bogate wnętrza do wglądu, a los łącząc ich wrażliwe dusze/osobowości poddaje ich próbie najtrudniejszej. Przyjaźń zmierzająca ku miłości konfrontowana ze śmiertelną chorobą. Niby teoretycznie szantaż emocjonalny, a w praktyce przekonującą naturalnością i ciepłem opowieść jaka bez emfazy celowanej wzrusza. Pomagają w tym tak przeurocze postaci jak i aktorzy którzy grają tak że ma się wrażenie, iż nie ma w tej grze nuty gry - tylko oni, zrośnięci z postaciami. Obraz bez nuty fałszu, przesiąknięty wyłącznie pozytywnym oddziaływaniem na rozbudzanie w widzu wartości tkwiącej w obcowaniu ze szlachetnymi bytami oswajający za życia nieuniknioną śmierć. Dzielę się tu teraz moją słabością do tego akurat i kiedyś do podobnych surowych i poetyckich zarazem filmów.

czwartek, 14 sierpnia 2025

Weapons / Zniknięcia (2025) - Zach Cregger

 

W planie seansu nie miałem, raczej zamierzałem zlać, gdyż (tłumaczę się) trailer kinowy mnie nie zachęcił - mniej pomysłu na dobry film, więcej marketingowej strategii w nim dostrzegłem. Ostatecznie trafiłem na 15 fotel w 10 rzędzie w chwili gdy Weapons na ekran był rzucony, bowiem na zmianę decyzji wpływ był decydująco rekomendujący ze strony towarzyszki filmowej doli i niedoli, która z entuzjazmem sale kinową po swojej sesji z tytułem opuszczała. Poza tym fanka obrazów z kategorii „wyobraźnia lekko sfiksowana nie ma granic” może być stronnicza, ale argument w postaci przychylności krytyki raczej w klimatach ostro odjechanych się nie lubująca, to już ostatecznie obiektywne wstawiennictwo. W tym miejscu za zachętę wielotorową dziękuję, bo nawet jeśli koncepcja Waeapons w konfrontacji wymagała sporej ode mnie elastyczności gustu, a scenariusz jaki świetny jednako z mocno popuszczonymi wodzami fantazji (swoją drogą, to musi być mega fun pisać takie rzeczy), wyrozumiałości też oczekiwał, to przyznaję, że od strony technicznej najwyższej klasy była to produkcja. Niskie ukłony wobec ekipy fachowców która zmontowała fenomenalnie to dynamiczne jak cholera widowisko, zgrane dodatkowo idealnie z kapitalnie wciskającą się w głowę nowocześnie spostrzeganą oprawą dźwiękową Kino brutalne w rozwinięciu, na koniec wręcz opętane wścieklizną, po trosze szalone i przerażające przez pryzmat tego co w głowach twórców mieszka, ale kino potężnie wciągające - po nitce do kłębka tajemnicy płynnie za rączkę prowadzące. Z wprawą żonglujące licznymi około „horrororowatymi” i nie tylko konwencjami, kapitalnie zagrane (James, Paul i oczywiście Gladys wygrywają), sprzedane widzowi zarówno w atrakcyjnym opakowaniu, jak i z wysoką kalorycznością efektu finałowego i wykorzystanych składników. Hollywoodzkie Mount Everest zmieszania zgrozy i zgrywy - jeśli człowieku nie masz alergii na raz hybrydy, dwa amerykańską pokusę dynamicznego przeładowywania efektami (nie tylko upiorne mordy obłąkańców) oraz po trzecie - oczojebne koktajle z czarnego poczucia humoru. Hi hi!

środa, 13 sierpnia 2025

Crippled Black Phoenix - White Light Generator (2014)

 

Gdyby nie poszarzałe i bardziej szorstkie riffy, to White Light Generator można by wprost uznać za w stu procentach inspirowany młodszymi albumami z Pink Floyd dyskografii - taki jest w nim odczuwalny kierunek na rozwijanie atmosfery i podążanie ku punktom kulminacyjnym, czyli progresywny sznyt. Posiad ten sznyt charakter floydowy, lecz jest raczej metalowy niżli rockowy, mimo że mega daleko WLG do brutalności skojarzonego z nim gatunku. Może to jakaś sugestia która zagnieździła się w moim łbie i podpowiada scenę z jakiej pochodzi Greaves - może tak być poniekąd. Poniekąd być tak jednak tym samym nie może, bowiem jak wbija coś bardziej w rytmice kroczącego i mniej rozmytego, a w dodatku towarzyszy tej wyrazistości epicko-hymniczny mrok, to rzeczywistość jasno daje znać, że czuć to co czuje i wypisuje powinno być usprawiedliwione. Krótko! Potrafią grający z Greavesem muzycy dołożyć do pieca, rąbnąć stanowczo (na przykład w Black Light Generator), ale i kreślić pejzaże jak na starcie krążka między innymi. To co łączy poszczególne wymiary wtłoczone w WLG, to stała muzyczna melancholia, zdołowana mimo wszystko na poziomie średnim niżby wysokim oraz lokowanie się w obszarze kompozycyjnej przejrzystości, gdyż nawet jeśli siódemka w dyskografii CBP uderza w tony artyzmu, to zbudowana jest z łatwo przemawiający do mniej arcy ambitnego rockowca/metalowca. Nie ma zatem w muzyce ekipy Greavesa czegoś wyjątkowego, ani w strukturach utworów, a ni też samych numerach, jakie brzmią najzwyczajniej dość na swój quasi floydowy sposób chwytliwie - szczególnie gdy wokalnie kierownik tego zamieszania stara się chyba poudawać lekko Watersa. Tego czego mi brakuje aby ten i jeszcze nie tylko ten krążek byłego pałkera Electric Wizard zawiera się w nazbyt monotonnej jednak prostocie aranży, ich schematyczności, bez względu że przecież melodie i riffy potrafią mnie schwytać w sieć i gdzieś nie na siłę jednak oczarować. Sporo mógłby ten band u mnie ugrać, gdyby nie to co powyżej i tendencja do przeładowywania ilością samej muzyki, bo ponad siedemdziesiąt minut, jak w przypadku rzeczonej, to wymiar nazbyt obfity by go dźwigać tak, by mieć ochotę płytę zapętlać.  

wtorek, 12 sierpnia 2025

Small Things Like These / Drobiazgi takie jak te (2024) - Tim Mielants

 

Panu Bogu nie podoba się droga Panno jak żyjesz. Pan Bóg wolałbym abyś żyła tak jakby wymagały siostrzyczki, jego ziemskie służebnice, podług urojonych zasad, kompletnie oderwanych od niewybaczających błędów naiwności realiów, a tym samym miast mentalnej chłosty, wymagających empatii elementarnej. Dobre, oj dobbbrrre i oddane kobiety, które wiedzą doskonale jak wprowadzić dyscyplinę jaka złamie wolę i przetrąci młode kręgosłupy oraz przede wszystkim uwolni rodziny zagubionych panienek przed wstydem noszonego w łonie bękarta. Taki obok niżej za moment wytłuszczonego, ukryty i przekornie złośliwy wniosek z tła opowieści z trudnych mrocznych czasów z brudno szaro-brunatno-zielonej Irlandii płynie. Historii która zahacza sugestywnie o mało chlubny, wręcz najpodlejszy z możliwych okres irlandzkiego przywiązania do zasad surowego katolicyzmu, stanowiąc wyraźną przestrogę na przyszłość (bo historia kołem się toczy) i grozi palcem tym, którzy wciąż usprawiedliwiają wszelkie podłości czynione w imię Boga czy dla dobra zagubionych owieczek. Głównym jednak bohaterem wokół którego narracja opleciona, człowiek prostego życia, poczciwina z mocno traumatycznym (śmierć matki) dzieciństwem ale w niefarcie bezdyskusyjnym, mimo wszystko z fartem życia jako bękart (chyba można się tego domyślić) i sierota pod troskliwymi skrzydłami życzliwych ludzi. Fabuła oparta na autentycznych bodaj wydarzeniach i jak często bywa gdy życie losy pisze, niezwykle wymowna i wiążącą w sobie proste wątki w skomplikowane powiązania. On wie gdzie by skończył gdyby nie pojawił się mały uśmiech losu i on nie pozostaje głuchy na cierpienie innych, gdyż został wychowany w empatii i wrażliwości, ze świadomością jak wielu jemu podobnych nie miało tyle co on szczęścia. Aktorsko poziom najwyższy i reżysersko oraz pod względem wizualnego charakteru obrazu jakość potężna. Przerażająco zimna Emily Watson i cudownie skupiony Cillian Murphy we wspólnych interakcjach, konfrontacjach z ciarkami. Opowieść mroczna i pomimo pozytywnego ludzkiego wymiaru (to drobiazgi czynione przez BOHATERA dosłownie i w przenośni) bardzo przygnębiająca. Zatopiona w ciszy, wspomnieniach, refleksjach i spojrzeniach, ubrana w cichy film który k**** krzyczy i oplata. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2025

The Life of Chuck / Życie Chucka (2024) - Mike Flanagan



Trochę przetańczyli, sporo głównie głosem tajemniczego narratora przegadali i w zasadzie w moich oczach i mojej ocenie intelektualnej (może za tępy jestem) nic poza podrasowanymi na potrzeby blockbusterowej ochoty na sukces kasowy zaserwowanymi i posklejanymi abstrakcyjnie scenami z mądrościami babcinymi i dziadkowymi (pióra Kinga) nie uzyskali. Sugerowane jako kino niemalże wybitne, Życie Chucka okazało się czymś na podobieństwo ambitnej na pozór i w związku z tym przekombinowanej próby sprzedania banałów w atrakcyjnym opakowaniu, tylko że z drugiej mańki zawartość niby dla średnio już rozgarniętych oczywista, ale i wiadomo - człowiek w sumie się cały czas uczy, że coraz mniej człowieczeństwa we współczesnym człowieku, więc może i trzeba przypominać o rzeczach najbardziej duchowo fundamentalnych. Tylko po co tak tutaj nawijając familijnie o sensie istnienia namieszano z tymi chaotycznie przekornie zastosowanym podziałem na rozdziały, które sugeruje intelektualny pomysł kreatywny, a pod nim czai się realnie w treści rzeczona naiwność jaka (zgadzam się) stanowi tak samo cnotę jak i wadę Flanagana obrazu. Wyszła ciepła, popularnie wrażliwa i przede wszystkim rzewna, zatem dla liczniejszej niż zwykle kinowej frekwencji o marzeniach i zwykłym życiu wzruszająca czytanka w formule audiobookowej (też się zgadzam) narracji, gdzie sceny tańca miały być chyba najsilniejszym magnesem i bodaj mydleniem oczu, aby nie dostrzec rozłażącej się w szwach tak treść jak i formy (kolejna zgoda wyrażona) - co by może chcieć od pomysłu więcej, ale przyjąć pokornie to takim jakim się okazało. Okazałe teoretycznie pląsy pod tym względem też ponad jakąś tam poprawność nie wzleciały, bo Hiddlestone to nie Gene Kelly, a jego partnerka nie jak podaje sztuczna inteligencja w necie, na przykład roztańczona z ikoną-amantem Cyd Charisse. Być może mnie też merytorycznie nie porwało, bowiem przespałem z otwartymi oczami istotne wątki, to i docenić mnie nie było sposób, ale czy to moja wina iż zamiast z rozdziawiona gębą gapić się na anonsowane jako dzieło kino, to ja ustami robiłem, no wiecie - takie wygibasy-grymasy przez prawie dwie godziny. Poproszę mi tu odpowiedzieć na to pytanie ad hoc, albo nie słuchać gadki zniechęcającej, tylko ruszyć (może i nawet) tanecznym krokiem w kierunku multipleksu, by sobie osobiście zweryfikować i oświecać, gdybym błądził. 

niedziela, 10 sierpnia 2025

Airbag - The Century of the Self (2024)

 

Okazało się dni zaledwie kilka temu, iż przegapiłem w swym zawieszonym gapiostwie premierę zeszłoroczną kolejnego albumu progresywnych Norwegów. Gości co w swojej nucie jawnie nawiązują do ejtisowo-najtisowego okresu w dyskografii floydowej ikony. Biorąc pod uwagę iż poprzednik w odróżnieniu od wcześniejszych albumów jednoznacznie mnie zachwycił (polecam refleksję, ale jeszcze bardziej sam A Day at the Beach), czym prędzej, w te pędy itp. odpaliłem stream i mam mocno mieszanie-pomieszane uczucia ale jednak rozczarowanie silniej się poprzez nie przebija na powierzchnię, zatem krótko będzie raczej ogólnie bez entuzjazmu. Kiedy otwierająca Dysphoria posiada jeszcze na fajnym basowy szkielecie momenty i jest w całość porządnym, absolutnie nie przynudzającym, mimo iż ponad 10-minutowym numerem, a Tyrants and Kings wciąż milutko basowym vibem potrafi czarować, to Awakening smęci potwornie, po czym przekornie wbija najbardziej atrakcyjny (baaasss) w moim przekonaniu Erase. Niby spoko, piszę że mam poczucie zawodu, a okazuje się iż na 5 rozbudowanych kompozycji, to 3 mnie kupują, a w dodatku do finałowego utworu też jestem w stanie się przekonać, to czuję że na dłużej przy The Century of the Self nie zakotwiczę. Powodem dziwne jego rozmycie, rozbicie kompresji na jaka liczyłem, a jaka stanowi najmocniej o charakterze wspomnianego Dnia na plaży. Tam był kapitalny flow, tutaj on tylko bywa.

sobota, 9 sierpnia 2025

Bring Her Back / Oddaj ją (2025) - Danny Philippou, Michael Philippou

 

Oglądam bez trzymanki „tuningowane” brutalne kino i zamiast się detalami ekscytować, myślę o tym, iż smarkacze grają tu w ostro pojechanym horrorze – czy to etyczne, czy poprawne politycznie, gdy oddziaływania budowanego na potrzeby sugestywnego odbioru klimatu mogą te jeszcze kształtujące się nadwrażliwe psychiki, mimo że to fikcja kinowa nieźle pokręcić? Można by się w tej kwestii pedagogiczno-psychologicznej pospierać, popuścić wodze fantazji jak to w praktyce (na marginesie) odnośnie scenariusza zrobili bracia Philippou, tudzież stąpając mocno po ziemi (czego raczej bracia unikają) wprost podnieść alarm, że proszę wybaczyć, ale na taki „artystyczny” sadyzm wobec małolatów to nie można się zgadzać! Grubo pieprznięta historia, makabrycznie zobrazowana tak że wręcz nieznośnie mi ryj wykrzywiało - twarz tego łebka to tylko wstęp (zobaczycie, przyklękniecie z wrażenia). Jakieś je-bnięte rytuały do rozpracowania merytorycznego, których poziom sadystycznego turpizmu czy wręcz gore zniesmaczenia, jak dla mnie (estety niekoniecznie, ale znajmy granice) najwyższy. Przez ponad połowę z tych prawie dwie godziny nie rozumiem co mi bracia chcą powiedzieć. Starałem się z szacunku dla osobnych (tak ich się ocenia) artystów rozwikłać pojawiające się w głowie powiązania, zadając sobie między innymi pytanie - jakie dno ma ta pełna po korek okrucieństwa fizycznego i psychicznego historia? Swoją drogą ciekawe czy ktokolwiek na sali kinowej domniemał, zrozumiał, wiedział? Potem gdy się sfinalizowało, to się wyjaśniło co chorego dziwnie niepokojąco umotywowanego się tu we łbie braciszków, którzy stworzyli przygnębiająco-tragiczny rys psychologiczny kluczowej Laury (Sally Hawkins) odwaliło. Mnie jednak bardziej niż dojmujące uczucie potężnego smutku, zagadnienia rodzaju wpływu traumatycznego na uwolnienie demonów ekstremalnej choroby głowy, gnębiło dodatkowe, marginalne myślę, gdy idzie o efekt przyciągający do kin zapytanie - dlaczego te dzieciaki trafiły pod opiekę totalnej psycholki? Kto tam w tej jankeskiej opiece społecznej do cholery pracuje?

P.S. Sally Hawkins zmienia tu swoje aktorskie oblicze w kierunku ekstremy – przyznaję iż bardzo przekonująco. Szokers, szokers!

piątek, 8 sierpnia 2025

Hot Milk / Słone lato (2025) - Rebecca Lenkiewicz



Mocno przygnębiająco i flegmatycznie o uwolnieniu głowy poprzez uwolnienie ciała (jedna z kobiet, głównych bohaterek) i o NIE-uwolnieniu ciała, bowiem nie potrafi się uwolnić głowy (druga z kobiet, głównych bohaterek). Zimny, sterylny ale w ciekawym znaczeniu uzyskanego efektu chłodu. On niczym tafla lodu pod której kruchą odpornością na rozbijanie kłębią się zagęszczone emocje. Emocje jakie są pozornie skutecznie powstrzymywane i emocje kumulowane jakie wpływ na codzienne relacje wywierają wręcz bezpośrednio destrukcyjny, gdy bez erupcji także krzywdzić w relacjach jest możliwe. Matka i córka dorosła w tym dramacie w centrum i jeszcze tajemnicza kobieta będąca rodzajem symbolicznego uwolnienia pragnień ze zranionej duszy. Sofia (córka) utwardzona pozornie, ale skrzywdzona i krzywdząca się na domiar złego systematycznie wytrwałością w okazywaniu praktycznej troski, ukrywająca własne wewnętrzne cierpienie, a może wręcz nienawiść przemieszaną z toksyczną miłością. Klasyczny ze strony matki (Rose), symptomatyczny brak wdzięczności gdy opieka wydaje się od wieków bezwarunkowo okazywana. Jej egoizm w formie przesadnego dramatyzowania, związany z funkcjonalnym kalectwem ciała, które możliwe iż w finale (mocna strona tego obrazu) okaże się powiązana z psychologicznym oddziaływaniem na fizyczną niepełnosprawność. Kompletne poczucia winy, matki sumienia pozbawienie, manipulacyjne praktyki ohydne stosowane, choć prawdopodobne iż nieuświadomione, powiązane z traumą odrzucenia/porzucenia i finalnie przeniesione na córkę. Brak uczuć empatycznych, wieczna konsekwentna drobna krytyka uporczywa, więc szklanka z goryczą wewnętrzną się kiedyś musi przepełnić, a wcześniej w drodze do katharsis zbroja pęknąć pod wpływem troski z zewnątrz uzyskanej.

P.S. Być może nie trudno doszukać się fachowemu oku (ja jestem raczej z zasady ślepy) w tej debiutanckiej reżyserskiej pracy scenarzystki oscarowej Idy pewnych warsztatowych niedoskonałości, przez co efekt uzyskany może być nieco dyskusyjny, lecz jeśli koneser mógłby kręcić nosem, to ja za klimat miejsca, aktorstwo przednie, muzyczny motyw istotnie niepokojący oraz właśnie finał doskonały gdyż szczwanie otwarty, jestem gotów w starciach z krytykami GORĄCEGO MLEKA, wręcz zażarcie bronić.

czwartek, 7 sierpnia 2025

Cult of Luna - Somewhere Along the Highway (2006)

 

Tak sobie niegdyś przypuszczałem, może zakładałem, że poniżej Eternal Kingdom w dyskografię Cult of Luna się nie zapuszczę, gdyż miałem przeświadczenie, iż im bliżej współczesności nuta Szwedów bardziej przystępną się stawała, a to co u zarania, bądź około zarania powstawało przez trudność elementarną ambicjonalnie trudnego materiału tworzenia mnie nie zasyśnie. Jaki człowiek bywa czasem niemądry (mam teraz takich kierunkowych myśli pulsowanie), gdy czwarty studyjny album post-sludge metalowców z Umeå mózg mój słońcem podmęczony świdruje, że sobie tak bez większej wiedzy spekuluje i nie bierze pod uwagę gdybania elementarnego, że jak nie sprawdzisz to się nie przekonasz i jest ryzyko, iż stracisz sporo emocji wysokiego stężenia do przeżycia. Ja wiem to teraz dobitnie, wcześniej rzecz jasna miałem świadomość że takie historie jak opisywana się zdarzają - nie można ich wykluczyć. Daje tym samym do zrozumienia, że w tym momencie to co się kręci, to mnie bardziej nakręca niż to co znam już z Eternal Kingdom i nie będę ukrywał, iż cieszy mnie to gigantycznie. Początek krążka trafia do mnie prosto i bezpośrednio, a przecież nie jest z rodzaju banalnej nuty przebojowej, tylko wymagającego wysokiego skupienia stuffu, poniekąd głowę gnębiącego. Atmosferycznym, progresywnym i ciężkim graniem to co słyszę obiektywnie nazywam, a subiektywnie dodam, iż ono posiada tak doskonały szlif melodyki do zgłębiania, że nic tylko się zapadać i zapadać pierwotnie wciąż i wciąż i wtórnie nadal i nadal. Wraz z jako czwarty zaindeksowanym And With Her Came The Birds przychodzi jednak lekka konsternacja, ale to efekt szybko przemijający, bowiem takie półakustyczne smęcenie idealnie równoważy moc gitarowej ściany większości numerów i dodaje płycie pożądanej dramaturgii. Jest tutaj jej sznyt i przede wszystkim hipnozy klimat, najbardziej prawdopodobnie w tężejąco uspokajającym i co jakiś czas rozmywającym się Thirtyfour dziesięciominutowym. Ponowne zaskoczenie przychodzi wraz z Dim - przez te przez większość czasu bardziej post rockowo niż post metalowo brzmiące motywy. Kiedy na finał tak słucham/wciągam zamykający album kolejny kolos, to chyba już w półsenności, półpłynności pomiędzy jawą i snem lewitując, uśmiecham się do siebie wymownie i błogo - szepcąc coś z głębi jaźni o nieprzewidywalności procesu rozwoju Cult of Luna i samokrytycznie o nietrafionej intuicji na sto procent wobec Somewhere Along the Highway. Albowiem nie przypuszczałem absolutnie iż ten materiał wyrośnie na mojego faworyta w dyskografii Szwedów - tuż po A Dawn to Fear, przepychając/rozpychając się na drugim stopniu pudła z zupełnie jak czuję innym w szczegółach (doskonałym, ale innym) Vertikal.

środa, 6 sierpnia 2025

Paddleton (2019) - Alex Lehmann

 

Paweł i Gaweł w jednym stali domu. Paweł na górze, Gaweł na dole - ale się nie kłócili, oni się przyjaźnili, bowiem to nie postaci z bajki Fredry, a współcześni bohaterowie filmu tandemu Lehmann/Duplass - Michael (Mark Duplass) i Andy (Ray Romano) Nie są gejami (zero podejrzeń), a spędzają ze sobą mnóstwo czasu, prawie każdą jedną wolną chwilę. Grają w biedną, wymyśloną autorsko odmianę squasha (paddletona), oglądają ten sam w kółko, nikomu nieznany i przez wstydliwą gatunkową przynależność celnie kompletnie niezrozumiały film i nawet układają puzzle - ale głównie to gadają. Gadają o wszystkim i o niczym i pięknie gadają bez słownej waty. Rzecz jest jednak nie tylko w tym że fajnie gadają i wzorcowo się przyjaźnią (dialogi pomiędzy nimi są wręcz zajebiste), ale że jednemu z nich przytrafia się to s-kurwielstwo raczyskowe i nic w zasadzie nie zmieniając, między nimi zmienia pieprzone choróbsko wszystko co było po prostu beztroskie - mimo dojrzałego wieku chłopięce. Życie proste, bezpretensjonalne i wbrew mało reprezentacyjnego materialnego charakteru szczęśliwe, stawia pod ścianą. Śmierć wbija się pomiędzy nich bezlitosna, nieunikniona, ale w jakim poruszającym najbardziej emocjonalne struny towarzystwie na własnych zasadach jest przyjęta na klatę. Snują w tej relacji chłopaki ciekawe filozofie i poczuciem humoru lotu wysokiego inspirują - w słowach i myślach inteligentne ironie przemycając. Urocze abstrakcje w dialogach sympatię zjednują, a historia głęboka zasadniczo niezwykle smutna, jednak inaczej niż zazwyczaj przygnębiająca. Historia niby prosta, a przekornie dramaczysko w tonie feel good movie potężne - w kameralnej oprawie zaserwowane. Autentycznie bardzo odegrana historia, oni naturalni, jakby się ich znało, po sąsiedzku, fajni są tak zwyczajnie niezwyczajni. Smutny, jednakowoż pokrzepiający seans na idealnie wyważonym balansie wzruszu. „Jest w tym obrazie wszystko to, co być powinno - sens, prostolinijność, ciepło i jakiś taki wewnętrzny urok i wdzięk. Po prostu chce się mieć takiego kumpla jak Andy, chce się prowadzić takie rozmowy, chce się spotykać takich ludzi.”

P.S. Jesteś i Cię nie ma, życie toczy się dalej - bo ludzie to epizody.

wtorek, 5 sierpnia 2025

La passion de Dodin Bouffant / Bulion i inne namiętności (2023) - Anh Hung Tran

 

Ślinka cieknie gdy tak archetypicznie biegłych w sztuce kulinarnej, się przy rytuałach obserwuje. Apetycznie wielce, kaloryczne wysoko, żarcie tu wygląda, bo przyjemnie wizualnie w świetle ono skąpane, dzięki czemu też kompozycja dla wzroku i podniebienia taka sugestywna. Jednak obraz jest nie tylko o jedzeniu ale też i o miłości, bo myślę, iż owszem często w parze idą te dwie podstawowe człowiecze namiętności. Oczywiście mowa o miłości też do potraw, bowiem one trochę tłem i trochę na przodzie koncepcji dramatu w klimacie pozornie przez moment melodramatycznym, w którym wyTŁUSZCZONY zupełnie miniony już świat, jaki posiadał uroki których brak temu zasadniczo współczesnemu. Jedno co można uznać za pocieszające i za główną pośrednią KONSTATACJE tutaj swoje przemyślenia wystukującego, to kierunek w jakim dzisiejsza zawodowa ogólnie kuchnia podąża, stając się sztuką na nowo samą w sobie, szczególnie gdy ta zmiana w naszej wschodnioeuropejskiej rzeczywistości po latach „byleby pełnej michy” jest dostrzegalna. Kucharze dzisiejsi młodzi, to nie pierwsi lepsi rzemieślnicy, gorzej od innych zawodowych fachowców traktowani, a eksperci szerzej kompetentni. Pasja ich napędza i potrzeba udoskonalania się w fachu oraz myślę satysfakcja tak ambicjonalna jak i powiązana z dostarczaniem innym ludziom szczęścia lub przynajmniej jego pozorów, gdy szamiąc zapomina się o troskach codziennych - kosztując smaki i nasycając oczy kulinarnymi wspaniałościami. Bulion itd., to jak się okazało dużo pary dosłownie i dużo pary chyba nie w gwizdek. Proponowana pod rozwagę filozofia nie nasycania się wyłącznie, tylko filozofia dominującej przyjemności. Niestety tak apetyt bohatera, jak i pośrednio mój gaśnie, bowiem zmienia się ton opowiadania, gdy żałoba następuje, a ja takiego kierunku się akurat w scenariuszu nie spodziewałem. Powraca jednak narracja na ścieżkę sztuki niemal poetyckiego opisywania doświadczanych doznań smakowych, więc ostatnia KONSTATACJA będzie jak na początku optymistyczna. Przynajmniej wprost optymistycznie-refleksyjna i banalna, że uczynić z pracy pasję i dzielić obie z kimś ważnym, to jakby poniekąd znaleźć sposób na pokochanie nie tylko poniedziałku. :)

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Sterben / Symfonia o umieraniu (2023) - Matthias Glasner

 

Odcinkowa niemal, a formalnie długometrażowa (dosłownie - ponad trzy godziny) forma w rozdziałach. Te części jako osobiste perspektywy ludzkie, zaangażowanych w układ szeroko rodzinny postaci. Rozmiary jak na „symfonię” gigantyczne naturalnie, ale temat tak gruby i obszerny w detale i poszlaki, że czas konkretny po brzegi wypełniony. Dramat społeczny, bez pędu ku artyzmowi, w sposób surowy rozbudowany (tak tak, Haneke być może by się nie powstydził) - wnioski potwornie z niego do wydestylowania przygnębiające. Mnóstwo życia zwykłego i tym samym skomplikowanego w samym sobie, naznaczonego traumami przeszłości i teraźniejszości, w sensie starości wyzwaniami. Rozmów trudnych (najmocniejsze sceny), lecz koniecznych, a im ludzi więcej dokoła, tym przecież jak uczy praktyka, obciążający ponad możliwości ciężar odpowiedzialności za znalezienie kompromisów i smak goryczy z porażek bardziej przytłaczające. Ludzkie obsesje, frustracje, doły, izolacje radykalne. Ludzie pod pancerzami słabi i zagubieni - zmieniający się przez doświadczenia w pozbawione empatii woskowe ciała, jakim okazać czułość w stosunku do najbliższych jest nie do pokonania twardego oporu, ekstremalnie trudno. To straszne ale i zrozumiałe (przetrwać przecież trzeba, obudowując się zbroją), że nic nie czujemy w stosunku do osób jakie stanowiły o fundamencie naszego dalszego życia. Zapewne wydrenowanym może łatwiej nieść swój pieprzony krzyż? Wiemy to, rozumiemy! Potwornie zimne trzy godziny wyszarpane z mojego życia! Tym bardziej intensywne im bardziej w tej historii odnajduje się fragmenty własnej przeszłości czy teraźniejszości. Poza tym bez miejsca by skumulować to całe cierpienie i bez siły by je unieść nie podchodzić! Ostrzegam! Nie ważyć się! Chyba że Ty to skóra, kości, tłuszcz - nic więcej.

P.S. Film okrutny, dla wrażliwej duszy być może ponad siły, ale też ze sceną jedną wyłącznie. Sceną makabrycznego poczucia punkowego humoru. Może od czapy, a może i nie.

niedziela, 3 sierpnia 2025

Follemente / Follemente. W tym szaleństwie jest metoda (2025) - Paolo Genovese

 

Co się odwlecze to na długo nie uciecze i bardzo dobrze, czyli współczesne italiano kino romantico w delegacji niesłużbowej przyjęte do serduszka w okolicznościach towarzyskich z prowincji damsko-męskiego tandemu lądującego na ziemi warszawskiej. Zwięźlej i wprost, to Follemente w stylowej Kinotece ze współredaktorką blogaska (tak mam wsparcie) z poślizgiem kilku tygodniowym obejrzałem, gdy seanse lokalne domowe mi uciekły - kiedy akurat na wybrzeżu z baJkiem grasowałem. Wstępniaka jeszcze lekko przeciągając dodam, iż po mocno powyżej normy popularności kina włoskiego w opinii publicznej funkcjonującym Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie, dalsze w kolejności powstawania filmowe losy Paula Genovese mnie akurat nie porwały i gdy mocne noty obok dzisiaj rozkminianej produkcji się pojawiły, to podszedłem do nich z lekkim dystansem, ale też z ciekawością, bo jednak wiara i nadzieja na coś znów znakomitego we mnie zniknąć w temacie Genovese nie zdążyła. Mam zatem teraz raz dobrą dla siebie wiadomość że warto było trwać lojalnie, bowiem swojego entuzjazmu wobec Follemente się nie powstydzę i dwa będę tutaj mocno tytuł popularyzował, a swoje przekonanie oprę przede wszystkim na bardzo wysokiej ocenie samego pomysłu i błyskotliwie napisanego scenariusza - do śmiechu, wzruszu i do inteligentnej analizy zarazem. Paolo Genovese wrócił z równie jak jego największy dotychczasowy hit błyskotliwą komedią, w której oryginalnie i równocześnie z niepodkoloryzowanym autentyzmem oraz intelektualnie nawija o relacjach międzyludzkich i o tym, co w każdym z nas jako indywidualnym przedstawicielu płci z drugą zasadniczo od fundamentu po szczegół kłopotliwie mało kompatybilną siedzi. Dwójkę głównych bohaterów spotykamy na pierwszej randce, a ona staje się areną, na której lęk i niepewność mieszają się z oczekiwaniami, potrzebo-pragnieniami i motylim zauroczeniem. Włoski reżyser i autor scenariusza głos bardzo ilustracyjnie wyraziście parce daje i swoje racje w myślach się kłębiące pozwala wyrazić, niczym w popularnym niby dla dzieci/młodzieży, a nie tylko, dwu już częściowym hicie o rodzajach emocji oraz powiązanych z nimi typach osobowości. Dyskutują one zatem, spierają się i wspólnie z osiąganych celów cieszą, a ja za takie lekkie ale niebanalne kino wraz ze współredaktorką płci przeciwnej Panu Genovese dziękuję, bowiem bawiłem się tak na płaszczyźnie poczucia humoru i głębokiej analizy doskonale, czując że nie jestem w tą opowieść wkręcony solo. Milusio łechcące uczucie - seans z rodzaju „zostanę z Tobą MarJuszku w tej fajnej emocjami pamięci”.

wtorek, 29 lipca 2025

American Honey (2016) - Andrea Arnold

 

Swego czasu pominąłem, ale jak widać nadrobiłem. Nie przypadkiem tuż przed seansem Bird, nowego filmu Andrei Arnold. Trochę brytyjsko-amerykański Honey jawi się teraz jako kino pod obecnie nagradzanego Seana Bakera, z jego The Florida Project mi się poniekąd kojarząc, a scenariuszowo z... (zaraz sobie przypomnę...) tak, Dinner in America (nie zakodowałem nazwiska reżysera) - jeśli dobrze spamiętałem. Kadrowane z łapy oczywiście, estetycznie na żywioł, bez wymazywania tego co wstydliwe i ubarwiania tego co nośne. Postaci z tła codziennego bohaterami - naturszczycy i raczej odszczepieńcy, niż ktoś kim można by się w kontekście dumy narodowej pochwalić. Bowiem jaka taka tu ta rzeczywista w ogromnym stopniu Ameryka. Ameryka mało reprezentacyjna. Ameryka u fundamentu smutnego życia/żyć - być może często z wyboru, ale i Ameryka życia beztroskiego, znaczy wyborów podejmowanych świadomie uciekających od jakiejkolwiek odpowiedzialności i przywiązania do miejsca czy przedmiotów. W centrum zainteresowania nieźli ściemniacze, kitów i prenumerat wciskacze, utrzymujący się z mało szkodliwego procederu wykorzystywania naiwności politycznie poprawnego stereotypowego myślenia klasy dominująco-nadrzędnej, tudzież dobrego serca wrażliwców czy innych mniej lub bardziej skomplikowanych or podszytych dobrymi bądź podłymi intencjami motywacji. Bieda tak tutaj też zatem żeruje na innych mało majętnych ofiarach kapitalizmu, prócz wykorzystywania bogatszej klasy średniej, choć w minimalistycznym stopniu wyrównując rachunki jakie ekstremalnie niesprawiedliwy podział dóbr czyni. Zatem mamy obraz z racji publicystycznej z gruntu o wymowie społecznej, ale też gatunkowo film drogi oraz coś co współgra stylistycznie z dalekim od romantyzmu, realistycznie wybijającym z łba wiadome mrzonki romansem podbitym (a jakże) zazdrością. „18-letnia Star o niczym bardziej nie marzy niż o wyrwaniu się z małego miasteczka, gdzie mieszka z ojczymem i młodszym rodzeństwem. Po kolejnej domowej kłótni porzuca dotychczasowe życie i dołącza do przypadkowo spotkanej grupy rówieśników, którzy wspólnie krążą po Ameryce. Łączy ich poszukiwanie przygody i łatwych pieniędzy. Włóczęga jest ich codziennością, motele ich domem, a życie - niekończącą się zabawą w rytmie popularnych hitów”. Pod swoje skrzydła bierze Star Jake, a ich relacja przeradza się w fascynację i uczucie wystawione na próbę, więc emocji jest pod dostatkiem, bo wrze i się kotłuje, ale żeby przez ponad grubo dwie godziny obserwować kino gigantycznej dramaturgii, to raczej nie w tym przypadku. Czegoś poza tym brakuje i może to być powierzchowne podnoszenie wielu wątków, bez skupienia odpowiedniego tak na portretach psychologicznych postaci czy rozgrzebaniu ponurej rzeczywistości poprzez rozdrapywanie ran-wad świata przedstawianego, więc nie wnosząc w sumie niczego odkrywczego do analizy, jest mimo to doświadczeniem całkiem płynnego wchłaniania odprężającego jego nastroju. Bowiem właśnie klimatem ta przyziemna historia stoi.  

poniedziałek, 28 lipca 2025

Hey - ? (1995)

 

Wysoko zawsze oceniałem i nie zmieniłem zdania, mimo że lat od premiery znaku zapytania od groma minęło, a że był to album który miał dorównać debiutanckiemu bestsellerowi i jeszcze bardziej dojrzałemu, a komercyjnie równie udanemu Ho!, to rzec jasna wyzwanie przed ekipą szczecinian stało wówczas mega wymagające. Pragnę (jak pragnę być szczery), aby było w stu procentach prze-jasne, że na trójkę w dorobku Hey nie patrzę wyłącznie sentymentalnie przez wzgląd iż zawiera w sobie najmocniej ze mną rezonujący numer w ich dorobku, bowiem raz Dorosłość jako początek umierania pod każdym elementarnym (muzyka, tekst) i nie tylko względem uznaję za rzecz prze-trafioną, ale każdy z kawałków stanowiących o sile trójeczki jest świetny i zasługujący na wieczne uznanie - w co nie wątpię iż praktycznie tak jest przez fan bazę Hey spostrzegany. Zaczyna się kapitalnie i finalizuje równie doskonale, mimo iż zamykający album Gdy mnie sen zmorzy raczej ucieka skutecznie od po polsku "grandżowego filingu" ekipy Banacha, bowiem przecież cały ten album zasługuje na oklaski szacunku nie dlatego że jest kolejnym świetnym albumem grupy, kontynuując bardzo dobra passe, ale dlatego że stanowi dowód dojrzałego kierunku rozwojowego. Hey zawsze miał to do siebie, gdy patrzeć na ich dorobek, że ewolucja była wpisana jako podstawowy składnik do ich muzycznej formuły i nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek tej tezie zaprzeczył - nie istotne czy tęsknił za klimatami Fire i miał za złe że dość szybko od nich się oddalili, czy naturalnie od początku szedł jak zamroczony po ścieżce ich rozwoju. Każdy krążek jest po prostu odrobinę (czasem bardziej) inny od poprzednika, a jednocześnie nie ma mowy by tracił przyrodzony charakter nuty pomorzan. Mam też przekonanie, iż akurat ? jest zarazem surowo gitarowy, jak i zdradza oznaki inspiracji szerszym kontekstem rockowej alternatywnym, a gdy wbijać się analitycznie w liryki, to czuć iż nosi w sobie jeszcze silniejszy pierwiastek refleksyjny, a on tym samy daje do zrozumienia, że niezależnie od oczywistości w postaci zawsze dojrzałych tekstów Nosowskiej, ona nigdy nie zostawała na dłużej w miejscu w którym jeszcze chwilę temu była, dodając do już od początku wysokiego IQ poetyckiego, kolejne poziomy zachwycające wszystkich wrażliwych na głębie i przez nią reprezentowany ślad emocjonalny. Mógłbym wymieniać mnóstwo sytuacji w lirykach które porażają błyskotliwością wglądu i trafnością wniosków, jednak czy jest to w tym miejscu zasadne, gdy zapewne tekst mój przeczytają wyłącznie zatwardziali fani każdej artystycznej emanacji talentu Kaśki, którzy tym samym czują ją i jej przemyślenia w stopniu najwyższym. Wiedzą tym samym gdzie, w jakich wersach w jej myślach przelanych na papier jest ich najwięcej i które uderzenia w struny wioseł oraz w bębny wywołują w nich ciarrry, a że ja lubię być dla przekory niekonsekwentny to dodam jednak, iż Kropla, R.E.R.E. oraz Musli (mój po latach hymn, przewodnik :)) i Anioł, to te momenty poetyckie po polsku najbardziej prócz "dorosłości" moje, a poza "dorosłością" instrumentalnie to As Raindrops Fell - prze-K-aranż i kropka. Przypominając (a i owszem) że tak jak na początku dałem do zrozumienia - wszystko we wszystkim tu się przecież bezkrytycznie zgadza! 

piątek, 25 lipca 2025

Zapatos rojos / Czerwone pantofle (2022) - Carlos Eichelmann Kaiser

 

Zapraszam Mariuszu głębiej w rzeczywistość kina meksykańskiego i nie tylko i wyłącznie tego które posiada z tego geograficznego kierunku pochodzenie, a przez jakość najwyższa zostało przechwycone przez hollywoodzki przemysł filmowy i na szczęście nie przemaglowany przez jegoż najgorszą komercyjną pokusę. Zapraszam do Meksyku najbardziej charakterystycznego i w objęcia tych twórców tej egzotycznej proweniencji, którzy jeszcze, lub wciąż nie zostali przez północnego sąsiada zauważeni. Mówię tu teraz o przykładowo (ostatnia moja seansowa gigantyczna jednorazowa sesja) o mocno doświadczonym już i akurat flirtującym jak widzę przez moment z filmografią europejską Carlosie Reygadasie (pierwszy kontakt mój potwierdzam, kilka tygodni temu za sprawą mocnego Nuestro Tiempo) oraz dzisiaj właśnie zassanym do wnętrza Zapatos Rojos niejakiego Carlosa Eichelmanna Kaisera - zupełnie dla FilmWebu nieznanego. Zapatos Rojos krótki - zaledwie godzina i dwadzieścia minut z hakiem. Zapatos Rojos z początku bardzo mało atrakcyjny w kwestii scenariusza. Zapatos Rojos bez tempa i Zapatos Rojos budżetowo przeskromny. Zapatos Rojos naturalnie kompletnie bez gwiazd i w ogóle w obsadzie bez niemal nawet nazwisk jakie by FilmWeb rozpoznawał. Zapatos Rojos jednak w finale emocjonalnie fachowo konkretny. Zapatos Rojos po prostu minimalistyczny i dyskretny, intymny, ale też zgadzam się ze skąpymi opiniami z FilmWebu, kataryktyczny!

czwartek, 24 lipca 2025

The Elephant Man / Człowiek słoń (1980) - David Lynch

 

Myślę iż obok zapewne Prostej historii (domniemam tylko, nie widziałem wciąż), najbardziej to ludzki w sensie zwyczajny obraz lynchowy. Łączący w tym przypadku szlachetną kinematograficzną tradycję z momentami rzecz jasna typowej dla Lyncha psychodelii (jak podpowiadają znawcy interpretatorzy jego twórczości) z jego dodatkowo obsesją Czarnoksiężnikiem z krainy Oz. Trudno w kilku scenach nie zauważyć tejże zaawansowanej fascynacji, z jak domniemam najbardziej efektowną w tym kierunku sekwencją z teatru. Niezwykle smutny to też film o elementarnym człowieczeństwie (piękna postać Madge Kendal zagrana przez zawsze zjawiskową Anne Bancroft) w kontrze do ludzkiej podłości, kompletnego upadlania „wybryku natury”. Tytułowy Człowiek słoń, jako postać rzeczywista, to zagubione w świecie niezrozumienia odrzucone dziecko, nieprzystosowane do rzeczywistości, traktowane ze względu na swoje naiwne spojrzenie i deformacje jako w najlepszym wypadku ciekawostka, a w najgorszym jak zagrażające „normalnemu” społeczeństwu, przerażające monstrum, więc tak samo poddawane wizualnej konsumpcji w podrzędnych lunaparkach i szyderczym atakom zapijaczonej gawiedzi, jak i humanitarnie, ale jednak spostrzegane jako medyczny obiekt zdatny z zatroskanymi, mądrymi minami do wymiany opinii pomiędzy intelektualistami z wyższych sfer. Opowieść to zupełnie inna tym samym pod wszelkimi niemal artystyczno-formalnymi względami od Lyncha debiutu i prócz użycia czarno-białej taśmy, zarejestrowanych kapitalną optyką obrazów degeneracji, ja pozornie nie jestem w stanie ich na tej samej płaszczyźnie umieścić. Być może mój problem polega na tym, że Głowa do wycierania bezdyskusyjnie we mnie zrozumienia nie znalazła i totalnie jej zinterpretować po seansie możliwe nie było, więc bez czucia pracy artysty, nie jestem w stanie wyciągać jakichkolwiek merytorycznych wniosków, a tym samym porównywać na tych właściwych, głębokich poziomach analizy. Zupełnie inaczej widzę moją relację z powściągliwą charakterystyką Człowieka słonia, co świadczy o jednym, że wciąż mi nie po drodze z Lyncha wizjami, w których wodze fantazji są maksymalnie popuszczone i niestandardowy sposób myślenia czyni je przeintelektualizowanym bełkotem dla mniej widza inteligentnego. Wskazuję zdecydowanie przede wszystkim paluchem na siebie, tak jak David wskazuje oskarżająco paluchem na nas wszystkich, którym tylko się zdaje że czując się mądrzejsi od prymitywów, natychmiast stajemy się bardziej od nich humanitarni! Tak Panie doktorze Fredericku Trevesie!

P.S. Bardzo dziękuję za obecny trend wprowadzania na ekrany multipleksów klasycznych obrazów, bo zobaczyć na dużym ekranie tytuły jakich naturalnie gdy ich premiery miały miejsce nie mogłem, jak i te jakie mocno odcisnąć się w mojej świadomości przez kinową ekspozycją zdążyły (Seven), to doświadczenie ważne. Zamierzam korzystać!

Drukuj