Anders Jensen Thomas posiada zafiksowanych na punkcie swoich projektów fanów, a ja dopiero się z jego absurdalnym i niekoniecznie tylko ekscentrycznym sposobem przedstawiania trudnych oblicz ludzkiej natury i reakcji owych na otoczenie docieram, w tym miejscu że spośród tego nielicznego co już widziałem, Ostatniego Wikinga uznając akurat za najsilniejszy powód do poświęcenia reżyserowi wzmożonej mej uwagi. Przede wszystkim to się klei, mimo iż składa się z mozaiki estetycznie teoretycznie nieskładnej - wzorów i kolorów pozornie bałaganiarsko zestawionych, a jednak finalnie efekt tej szalonej metody posiada magnetyzm większy niż doszukiwanie się logicznych dziur w fabule. Rzecz w tym przecież naturalnie, że kino absurdu zastosowanego by docierać do empatii widza należy traktować z przymrużeniem oka na poziomie formy, natomiast w pełni poważnie w kwestii treści przesłania. Ostatniego wikinga trzymają w garści EMOCJE i nie mówię tutaj o akcji, jaka przecież jest szalona i jej zwroty zaskakują nieomal co chwilę, bowiem kluczem jest wspomniana powyżej EMPATIA. To jest gigantyczny walor tej opowieści, że z kina zarówno brutalnego wizualnie, z niemniej szorstkim humorem efekt płynie niezwykle wartościowy, przez co napisanie iż Ostatni wiking bez względu na uczucie bólu jaki potrafi wywołać, to feel good movie - przekorne. Przekorny i trafiający w miękkie koncept, bo te emocje i ta empatia, to pod warstwą obłędu scenariuszowego, być może odpychającego purystów estetów, szczerość i prawda, więc wartości wszystkie w jakie szczególnie wierzę, gdy nie są traktowane jako podstępne narzędzie wywoływania określonych uczuć metodą perfidnej dosłowności. Mnie banały smucą i najczęściej reaguje na nie alergicznie, tak jak szantaże moralne i podobne. Oddaje serce więc zawiłościom i nieoczywistościom - labiryntom uczuć do odkrywania poprzez wzmożenie intelektualne i zdystansowanie poczuciem humoru ironicznym. Mówię tu o sytuacji podobnej, gdy pod twarzą zaciekle sarkającą, czy ogólnie aparycją złożoną z maski, zbroi, ekstremalnie jadu, kryje się kruchość zabezpieczana przed skrzywdzeniem. Z traumami bądź słabościami radzimy sobie sposobami różnymi, często jest to najzwyczajniej oszustwo - większa mniejsza gra, uciekając w błazeństwo, zwijając się w kłębek do bańki czy innością kłując zwyczajnych po ślepiach. Jak nie wyprzesz to się rozpadniesz! Często niestety za udziałem kompletnie pozbawionych czucia ludzkich potworów.
piątek, 21 listopada 2025
czwartek, 20 listopada 2025
Bugonia (2025) - Yórgos Lánthimos
Potężne cios, bądź ukąszenie w nos. Oglądasz człowieku z rozdziawiona gębą, stałym wlepieniem gał w ekran i podziwiasz przekozackie aktorstwo i całą wieloznaczną koncepcję perfekcyjnie zestrojoną z realizacją, a na finał jeszcze dostajesz przekąsem prztyczka w ten pieprzony nadęty, już nabrzmiały kinol, który tak samo jak ofiar rycia beretów jest niepodważalnie przekonany o wyższości własnego stanowiska wobec tego i tamtego. Trzeci ostatnio film ogólnie w podobnej tematyce świata nowej realności prawd i post prawd - manipulacji poprzez tworzenie teorii spiskowych kreujących alternatywną rzeczywistość. Funkcjonowania w kabinie pogłosowej - efektu, w którym członkowie środowiska lub ekosystemu są wystawieni na przekonania, które wzmacniają ich wcześniejsze poglądy poprzez komunikację i powtarzanie informacji wewnątrz zamkniętego systemu. Eddington i Jedna bitwa po drugiej, je mam na myśli, a praca Lánthimos wydaje się idealnym dopełnieniem tego swoistego, nieintencjonalnego tryptyku, bowiem każda z tych opowieści jest w formule zupełnie innej, więc i do ogólnego obrazu wnosi swoją indywidualną wartość i spojrzenie z zupełnie rożnego gatunkowego oblicza. Bugonia odnosi się wprost do teorii starożytnej, zakładającej że z martwego wołu mogą wykluć się pszczoły (AI podpowiada), która to z kolei (wysilam intelekt) sugeruje, że tylko z kompletnego rozkładu może narodzić się nowe czyste życie - a wszystko to w kolejnym cyklu. Lánthimos bierze archeologiczną zdawałoby się teorię i dopisuje do niej mięsistą historię, łącząc wiele (także absurdalnych wątków) w bardzo spójny proces analizy i syntezy obserwacji rozwijającego się w zastraszającym tempie świata wielotorowej dezinformacji. W Bugonii nietrudno doszukać się uderzania w liczne konkretne wykorzystujące słabe jednostki w kryzysach akcje ideologiczno-propagandowe i w instytucje czy naturalnie korporacje wyzyskujące pracę ludzką i bezrefleksyjnie eksploatujące środowisko, ale też mistrz Lánthimos staje w opozycji do oczywistych zdawałoby się zdroworozsądkowych przekonań, ironicznie dając do myślenia w finale - przewracając tylko pozornie dotychczasowo rozwijaną optykę, bowiem od początku czuć, iż nie traktuje swoich bohaterów w jednoznaczny sposób i nie wartościuje bezpośrednio ich toku rozumowania i zachowań. To nie jest przecież w taki oczywisty sposób zaangażowane społecznie, czy tym bardziej politycznie kino, tylko raczej prowokacja intelektualna, ukryta pod powierzchnią doskonałego thrillera. Kapitalnego, przemyślanego i błyskotliwego kina, które absolutnie nie traci walorów doskonałej zabawy, mimo że jest tragikomiczne, gorzkie i właściwie bez happy endu, bo trudno przecież liczyć na to że nie zmierzamy ku samozagładzie. Zmierzamy i może im szybciej, tym lepiej. :)
środa, 19 listopada 2025
Elskling / Być kochaną (2024) - Lilja Ingolfsdottir
Film osobisty, intymny - boleśnie szczery, o terapeutycznym oddziaływaniu. Typowy wrażliwiec dla wrażliwców. Naturalnie, skromnie i autentycznie o rozstaniu, bólu, braku zrozumienia, samoakceptacji, próbach ratowania tego, czego uratować się już nie da. Główna bohaterka w roli przewodnika po emocjach, niewypowiedzianych słowach, kontrastowych komunikatach, niespełnionych oczekiwaniach, braku zrozumienia w związku, rozpaczliwego poszukiwania siebie, gorzkich prób naprawy relacji z bliskimi. Ciężka i przykra to przeprawa ku prawdzie, poprzez odnalezienie własnego ja, w kierunku zrozumienia i akceptacji. Szczególną uwagę zwracają sceny z terapeutką, które koją ciepłem i nadzieją, które są światłem w ciemności oraz drogowskazem dla zagubionego, przestraszonego człowieka, jak i ujęcie przełomu w zaakceptowaniu i pokochaniu siebie, patrząc z trudną empatią w lustro - potęgowane przejmującą muzyką Susanne Sundfør. Skrajności ukazane w filmie, wywołują potężną dawkę emocji, dlatego też mocno zapadają w pamięć. Widz jest świadkiem rozmowy bohaterki z matką - bolącej, gorzkiej, nie dającej spokoju i tak potrzebnego ukojenia, aby po chwili przenieść tegoż widza na wygodną kanapę w przytulnym gabinecie terapeutki, nakryć go ciepłym kocem, otulić serdecznym słowem i pogłaskać po skołatanej głowie. Zakończenie filmu przynosi swoistą ulgę, jest złapaniem oddechu, zarówno dla bohaterki, jak i widza. Otwarta dłoń, otwarty umysł, otwarte serce, gotowe na nową miłość i szczęście, ale pod jednym warunkiem - aby pokochać, musi pokochać samo siebie. Niewielu tak jak Skandynawowie potrafi opowiadać zniuansowanie przełamująco o emocjach na finał zostawiający w ciszy, by się przeskanować i przeskanować kogoś kocha się kocha, próbując zrozumieć i sprostać oczekiwaniom. Bowiem OTWIERAJĄCA oczy zmiana przychodzi poprzez oświecenie i zrozumienie - poprzez taki terapeutyczny sztos, który przemeblowuje moje postrzeganie terapii, a związane jest to z jakością i błyskotliwością udzielania pomocy.
wtorek, 18 listopada 2025
Funny Games (1997) - Michael Haneke
Oryginalne Funny Games w kinowej odsłonie, czyli chyba z rozdziewiczeniem najbardziej kontrowersyjnego obrazu Haneke'go podświadomie tyle lat czekałem, aby spróbować go rozgryźć jak już zostanie przez wszystkich możliwych rozgryzaczy rozgryziony i to właśnie w okolicznościach dużego ekranu, z perspektywy nieomal już lat trzydziestu od premiery. Doświadczenie (pomimo próby czasu) wciąż jednak o mocy potwornej, nękający widza eksperyment reżysera od startu do samiutkiej mety. Od chwili gdy totalny jazgot muzyczny (ja to lubię takie a'la pattonowe odjazy coraz bardziej) wyprowadza widza ze strefy komfortu i biedaczysko jeśli nieświadome spieprzać z fotela do lobby kinowego jak najszybciej pragnie, po moment zamknięcia tej nieśmiesznie groteskowej próby odporności tymi samymi ekstremalnymi dźwiękami z przekornie wpatrującą się we mnie mordko-mordką niewinną jednego z oprawców. Rzecz w europejskim kinie wówczas nowa w formie narracyjnej (te mrugnięcia oka twórcy) oraz bezpośrednio przekorna, jak i wprost sadystycznie przegięta aby uzmysłowić/uświadomić jakim to fenomenem jest fascynacja poddawania się świadomego torturom - patrzenia na pozbawioną naturalnie nie tylko wartości jakiejkolwiek ale i po prostu sensu przemocą. Człowiek patrzy na "zabawę" sadystów i jest zniesmaczony, za chwilę wręcz wstrząśnięty i zdruzgotany, ale jednocześnie ciekawi go dalszy rozwój sytuacji - być może licząc że wszystko skończy się jednak happy endem (bo często się kończy), bądź co najmniej scenarzysta wymyśli jakiś twist, który nie pozostawi w stanie porażającej bezradności. Funny nie jest funny - jest mega nie funny. Ocean cierpienia, intensywnej bezsilności - sadystyczna orgia z minimalnym udziałem wizualnej bezpośredniości. W tym tkwi też geniusz przekazu Haneke'go, że nie musiał posuwać się do epatowania krwią i flakami by porządnie pierdo-Lnąć i zryć psychikę. Sprytna, treściwa prowokacja intelektualna level mistrz, ale i niebezpieczna próba charakteru, bo tu nie tylko myślę o brutalny gwałt na widzu chodzi. Tu widza się sprawdza - także w wymiarze niepodatności na nęcący posmak zdobywania przewagi i nią dręczenia. Także metaforycznie.
P.S. Czy Haneke świadomie tworząc ten film jako niemieckojęzyczny, dawał mi coś jeszcze do zrozumienia? ;)
poniedziałek, 17 listopada 2025
Pętla (1957) - Wojciech Has
Wojciech Has w temacie otchłani, czyli „reżyser zwolnionego rytmu, nastroju, skupienia i kontemplacji - artysta o malarskiej wyobraźni”, we własnej interpretacji, na podstawie opowiadania Marka Hłaski - „podporządkowując materię tej prozy, własnej problematyce i własnemu stylowi”. Alkoholika artysty godziny ostatnie, w wymiarze czysto egzystencjalnym. Z sugestywnie, lecz ascetycznie zarazem ukazaną, kluczową figurą kobiety opiekuńczej (Aleksandra Śląska młodziutka). Kochającą słabego pijaczka miłością ekstremalnie trudną (Gustaw Holoubek) - zmarnowanego, wyjałowionego postępującą desperacją. Z obyczajowością ówczesnej Warszawy, jako miasta powojennego, pełnego mroku i desperacji. Zmian przeistaczających ją i sugerujących wagę i kontrast przemian ustrojowych. Świeże wciąż, powojenne rozliczenia z samym sobą, w towarzystwie nawiedzających demonów niedawnej przeszłości. Paradoks tylko pozorny - przeżyć wojnę by utopić się w szklance gorzały. Totalna deprecha, przerażająca opcja upadku, rozsmarowania sobie wrażliwej gęby na krawężniku w rynsztoku - z kluczowym dla finału poruszającym monologiem postaci granej przez Tadeusza Fijewskiego. Kino prawdziwej grozy, a żaden przecież horror!
niedziela, 16 listopada 2025
Gruz 200 / Ładunek 200 (2007) - Aleksiej Bałabanow
Na podstawie prawdziwych wydarzeń (zostało to dwukrotnie podkreślone), więc jak na kaliber historii wprost niewiarygodne, gdyby nie czasy i miejsce - nie mentalność i pochodzenie. Gruby temat podany jakby nasz Smarzowski z Bałabanowem z tej samej szkoły filmowej się wywodzili i tworzyli nie tylko rodzaj gatunkowy zbieżny, ale i obaj opowiadali z podobnym bezpośrednio surowym, ironicznie makabrycznie zacięciem, bowiem nie trudno dopatrzyć się w Ładunku 200 cech kojarzących z Domem złym czy innymi wizjami naszego dyżurnego specjalisty od gruchotania widzowi kości. Ta sama patologia alko i to samo zepsucie moralne. Może tylko w Kapitanie Żurowie więcej lodowatego, perfidnego psychola, niż w postaciach ze Smarzowskiego. Ogólnie jak dla osoby poznającej w pierwszej kolejności szokujące prace Smarzowskiego, wygląda praca Bałabanowa bardzo bliźniaczo i zarazem różnie, kiedy powgryzać się jednak dogłębniej. Przytoczony Dom zły przykładowo jest zaiste bardziej wizualnie sterylny, niż Ładunek kręcony współcześnie, a wyglądający niemal jak jeden do jednego - jakby w czasach sowieckich byłby powstał. Taki bardziej tutaj Bałabanow autentyczny i przez to jeszcze intensywniej obraz degeneratów dotknięty realizmem zepsucia moralnego i totalnej beznadziei, a najbardziej anty ducha epoki. Niby okres totalitarnej siły władzy, a zarazem anomijnego obłędu, gdy można sobie pod okiem prawa pozwolić na to czego Żurow bez mrugnięcia okiem dokonał. Gigantyczne brawa dla aktora w tą chorą postać się wcielającego, gdyż to absolutnie najbardziej wiarygodny zwyrol obok największych pato-kryminalistów z historii kina. Dodam jeszcze, iż takie same uczucia odpychająco-wymiotne podczas seansu miałem tylko, gdy na Złotą rękawiczkę Fatiha Akina, na którą z polecenia przez kumpla z obrzydzeniem i chorą fascynacją, chowając wzrok za palcami się gapiłem. Myślę, że Ładunek 200 to te właśnie kierunki, czyli najwyższy poziom ludzkiego spierd*****a i makabry plus najwyższy sugestywnej oprawy wizualnej, podbitej tu akurat u Bałabanowa fenomenalnym wykorzystaniem treści muzycznej. Ohyda i obłęd, a w tym wszystkim realizm. Realizm historii i realizm jej opisania, arcy dosadnym językiem kina.
P.S. Mocne, mega mocne „ładunkowe” doświadczenie, tylko że to takie emocjonalne obciążenie które jednak nie przeszywa, zatem nie boli, więc dusza nie cierpi - tylko ono szokuje i wzbudza respekt, tak dla uzyskanego efektu pracy zespołu i tegoż odporności na wpływ działania przy takim totalnie poje****m projekcie.
czwartek, 13 listopada 2025
Frankenstein (2025) - Guillermo del Toro
Zero w sumie zaskoczenia, wszystko według oczekiwań, lecz czy zaspokajając je? Nie bardzo mam powody by czuć spełnienie, bowiem taki del Toro to del Toro kradnący mi już niemal ostatecznie w jego jako artystę perfekcyjnego wiarę - nazbyt sterylny i tanim CGI przesiąknięty (a są tacy, to nie żart, którzy piszą, iż „to jest wizualna uczta, ale nie taka komputerowo nadmuchana”). Jakby się nie starał, to się nie jednak nie postarał, gdyż nie boli najbardziej, fakt iż taka wizja „jaskrawo kolorowa” kłóci się myślę z koncepcją do fundamentu romantycznego filmu grozy od początku istnienia kinematografii przyspawanego, że on powinien emocjonalnie robić wrażenie i dotykać, a nie pieścić swoim mrokiem, a wstyd mi za del Toro, że najzwyczajniej jego pomysł realizacyjnie kuleje, bo (nie wiem) brakło funduszy, bądź co gorsza pracowitości i wytrwałości. Pomysł Guillermo jest poza tym bardzo dzisiejszy, więc raz współcześnie szablonowy, dwa skupiony na estetyce barwy pobłyskującej, a to nie to co mnie może od środka przeszywać. Ja nie potrzebuje obróbki graficznej sterylnie higienicznej, tylko szczerości surowej, a tu jej brak kompletnie, co odbiera możliwość przeżywania na rzecz w jakimś stopniu wartego uznania, ale jednak oszukiwania wzroku. Być może to właśnie twórcy chcieli osiągnąć, iż historia Wiktora i “Potwora” przybrała formę baśni dla wszystkich z popularnymi gustami optycznymi, stąd też kompletne (to jedynie revolta) uczłowieczenie możliwie najdalej posunięte bohatera tytułowego (mega przystojniak pokiereszowany, to jednak wciąż mega przystojniak). Mnie ani świat wykreowany przez scenografów i grafików, jak i nowe, przystojne oblicze Franciszka nie trafiło i nie ma mowy bym w jakikolwiek sposób mógł tą interpretację stawiać obok tej najznakomitszej w adaptacji Kennetha Branagha. Bez względu na podpowiadany mi fakt obiektywny, iż ona najbardziej wierna literackiemu oryginałowi oraz zatopionemu w treści wartościowemu, głęboko humanistycznemu przesłania oryginału. Dla mnie ten FrankenFranek, to powód jeden z najsilniejszych, by przestać już wierzyć, iż kiedykolwiek Guillermo del Toro sięgnie jeszcze nieprzeciętnego poziomu Labiryntu Fauna i Kręgosłupa diabła. To jest ładnie niedopracowane i nie ma szans na dłuższe zapamiętanie, choćby Franek był cud miód, a dekoracyjność i przepych kostiumowy oczopląs powodowały.
P.S. Pomyślałem co napisałem z początku, a potem (taki pozorny twist) dałem się pomimo to wszystko co powyżej, jednak trochę wciągnąć, tej tylko na pozór bardzo przemyślanej czy dopracowanej wizji, którą jedni widzę się zachwycają, a inni nie są (delikatnie pisząc) nią oczarowani.
środa, 12 listopada 2025
Izgnanie / Wygnanie (2007) - Andriej Zwiagincew
Dostałem do wciągnięcia teoretycznie czystej wody filmowe arcydzieło i ono pozornie dość jałowo z początku na mnie wpływając, ostatecznie w praktyce przemieliło (prze-memłało) mnie i wypluło kompletnie osłupiałego, ale i zarazem z wrzącymi w umyśle odkrywczymi, przełomowymi, krytycznymi wobec własnej ignorancji i arogancji samczej przemyśleniami. W mimice i między wierszami w ciągu kolejnych surowych i jednocześnie poetyckich ujęć mnóstwo wymowy pouczającej, lecz nie ofensywnie dydaktycznej treści. W długich ujęciach milczenia, tyle samo co w dialogach i gestach zawartości, jaką dopiero quasi epilog retrospekcyjny światłem wyjaśniającym rozjaśnia - wstrząsając i uprzytomniając. Tej treści nie podanej wprost, a sączonej z wolna, przelewanej świadomie oszczędnie bezpośrednio, a obficie niedosłownie. Sprawdzian z nieoczywistej męskości zostaje tutaj w punkcie kulminacyjnym totalnie oblany, a miało być prosto i dobrze - ona miała być ich matką, a on ojcem. Pomimo i dla, bowiem „pomimo” ukłucia tam gdzie honor faceta mieszka i „dla” dzieciaków w kontekście dorastania w rodzinie pełnej, gdyż naturalnie odpowiedzialności za dorosłych decyzje, traumy i frustracje, ponosić nie powinny. Wstrząsający portret cierpienia w milczeniu, z różnych perspektyw do wnikliwej jest tutaj obserwacji i ciąg decyzji podejmowanych w emocjonalnym uścisku i bezradności - ku osądowi moralnemu wszystkich głównych postaci dramatu, poddawana dawka obfita. Oblicze do przejrzenia duszy kobiecej, zbolałej pod wpływem przyduszenia bezradnością i niezrozumieniem w samotności - obciążenia potwornymi konsekwencjami biernej, nieświadomej męskiej toksyczności. Przejmująco-hipnotyzująca, niezwykle gorzka to historia, osadzona w realiach ponurych i malowana operatorsko tonami wyblakłymi. Dzieło które w formule emocjonalnej kolorystyki przygaszonej, przetacza się po sercu jak walec, a przecież nic w nim nie jest sztucznie dla efektu potęgowane, bowiem scenariusz nie zakłada manipulacji uczuciami. One są w nim skondensowane z natury, tak jak w powściągliwym, pozornie bez życia aktorstwie. To jest jakaś gigantyczna obszerność. Nie do przecenienia, totalny jeb w mój ślepy i głupi męski łeb!
wtorek, 11 listopada 2025
Salto (1965) - Tadeusz Konwicki
To w Salcie też znakomity Cybulski wyskakuje z pędzącego pociągu i historia za zaledwie półtora roku (tak jak przede wszystkim z wcześniejszą - Pociąg Kawalerowicza) pośrednio powiąże tą scenę z jego śmiercią w fatalnie głupich okolicznościach. Wprost natomiast samej treści Salta odniesienia wielorakie, odmienne jego interpretacje. Ono rozbudowanym snem na dla zaangażowanego artysty, nieprzyjaznej owego poglądom jawie. Myślącego nieszablonowo - funkcjonującego w skupionym wszechświecie osobistych doświadczeń i bez dosłowności żadnej przelewającego je na papier. Filmowo doskonale zagranym, bogatym głęboką opisową metaforyką subiektywnych skojarzeń przykładem intelektualnej akrobatyki wrażliwego literata, scenarzysty i reżysera - myśliciela. Przesiąkniętym dramatycznie w poetyckim tonie wojenną traumą, romantycznie intelektualnym, deklamacyjnym i filozoficznie refleksyjny zbiorem przemyśleń, jakie mogą być mało zrozumiale z punktu spostrzegania współczesnego widza i pokoleń nie dotkniętych cierpieniem psychicznym, powodowanym wspomnieniami lęku, stresu ogniotrwałego. Dla mnie w tym kontekście tajemniczym, trudnym do odpowiednio głębokiego strawienia, ale na swój sposób hipnotyzującym i dającym mocno do myślenia oraz odkrywania za rzadko otwieranymi drzwiami intrygujących mnie własnych potencjalnych pokładów subtelności. Chociaż estetyka emfazy nie jest mi przyjazna, tutaj potrafiła mnie przejąć, a bardzo pomagały w tym intelektualnym tragizmie, tak niezwykle sugestywne, interesujące, enigmatyczne postaci, jak jednak uniwersalne wciąż prawdy o naturze ludzkiej i proste środki ekspresji, na wysokim poziomie zaangażowanej intensywności zaserwowane. Zapamiętam nie tylko aurę, ale rzecz jasna scenę wirowania w tańcu i pląsów finałowych. Salta i walczyka choreografię, plus wspaniałych, już ikonicznych aktorów czar - z urzekającą kreacją Wojciecha Siemiona i prześliczną buzią młodziutkiej Pani Marty Lipińskiej.
poniedziałek, 10 listopada 2025
Presence (2024) - Steven Soderbergh
Zastanawiam się co i jak - albo w sumie nie, bo nie ma nad czym prężyć zwojów, gdyż to tylko poprawnie zrealizowany technicznie, z użyciem współczesnej technologii operatorskiej zaawansowanej, film multipleksowy typowy, jaki ni ziębi ni grzeje. Przelatuje w momencie i nic nie pozostawia, poza poczuciem obcowania przez chwilę właśnie z kinem rozrywkowym, wypełniającym czas wolny. Takie reżyserskie skorzystanie z ogranej formuły i dopieszczenie jej wspomnianą techniczną zabawą kamerą, w celu uzyskania produktu jaki jest ładny, niby posiada wartościowe, jednak niezbyt ambitne przesłanie, ale też skupienie na jego treści nie przeszkadza we wciąganiu odpowiednio posolonej porcji maślanego popcornu. Fabuła jest akurat mocno naciągana, mimo to raczej sumiennie narracyjnie poprowadzona i w sumie nie dziwi obrót spraw taki jaki ma miejsce, bo jakiś chociaż pół twiścik w dużej mierze przewidywalny w mainstreamowym kinie o duchach być musi. Jedyne prócz rozczarowania miałkością finalną pracy Soderbergha, jest zdziwienie że ktoś z dorobkiem zasłużonym musi kręcić rzeczy pozbawione pazura, a nawet tożsamości w ilościach niemal hurtowych, by może utrzymać się w branży - lub chociaż być w niej jeszcze jakoś pamiętany. Nie znam specyfiki hollywoodzkiej dzisiejszej, ani nie znałem naturalnie jej z przeszłości, ale czy nie sprytniej, a na pewno bardziej zasługując na szacunek, byłoby nakręcić coś co huknie, trafi i rozłupie raz na kilka lat, niż wystrzeliwać takie ślepaki co pół roku?
P.S. Plus pośród tej nijakości i załamki może jeszcze taki, że Soderbergh wie chyba co to taka Puma Blue muzyczna. Jeśli to od niego ta sugestia.
niedziela, 9 listopada 2025
Daddio / Nocą w Nowym Jorku (2023) - Christy Hall
Głos Lalu w pełni od połowy startowego długiego zdania oddaje, bowiem poddałem się i tyle mam do powiedzenia ile utrzymałem się przed telewizorem w skupieniu w miarę, i ile mniej więcej wychwyciłem, a to za mało by osądzać, gdy ta nocna przejażdżka to taki trochę słodko-gorzki trip z łyżką dziegciu, lecz odrobinę zbyt prosty, by stać się intelektualnie pociągającym (słabe dialogi? Możliwe), ale ale... nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo i tematyka dość poważnie życiowa, zamknięta w taksówkowej przestrzeni, i finał zaskakująco dobry, i kto wie, co się zdarzy po zatrzaśnięciu drzwi i po pożegnalnym uścisku. Duet Dakota-Penn celnie dobrany - ona pogubiona, zakochana, ufna młoda kobieta kontra podstarzały „fafarafa” i on, wujek „dobra rada”, może chwilami zbyt obleśny, pokiereszowany jednak również mocno życiem, próbują pomóc sobie nawzajem. Mają sporo czasu, dystans spory na rozkminy, i takowe się dzieją, eskalując poprzez zabawę do dramatu. Gra w „kotka i myszkę” niepokojąco zmierza ku odarciu tej dwójki z wszelkiej dumy i godności, skutecznie rozbija ich bezpieczną skorupkę, odziera z wszelkich złudzeń, odkrywa ukryte, ujawnia tajemne, koi bolące, łagodzi zapalne, zmienia stałe, przynosi końcową ulgę, tylko czy poza wnętrzem taksówki również? Obiecuję Lalu i sobie, że luknę jeszcze jaki to ten finał między innymi zaskakujący. Wypadałoby!
sobota, 8 listopada 2025
Honey Boy / Słodziak (2019) - Alma Har'el
Autobiograficzna prawda z fikcją zmieszana. Quasi biografia i zarazem terapia ratująca doświadczoną trudnymi przeżyciami sprzed lat psychikę znanego hollywoodzkiego aktora. Specyficzne aktorskie dzieciństwo bohatera to raz, ale ta analiza niezwykle dojrzała, skupiona zostaje przede wszystkim na relacji z ojcem burzliwej - którego odważnie sam tu Szaja gra, przez co spotykają się dwie perspektywy w jego interpretacji. W drugiej zdecydowanie kolejności (raczej wyłącznie) w tle wpływ za wczesnej, dla jedynie zarobku kariery jest rozpatrywany, fakt iż od lat dziecinnych w branży i odpowiedź na pytanie jak odłożyło się to cieniem na jego kondycji mentalnej. Dominuje poruszające, momentami wstrząsające wybebeszanie, totalna intymność wywalona z flakami, niezwykle uczciwie. Kilka scen to wręcz emocjonalny sztos, wybitne doświadczenie podskórne, potężny szok - gdy konfrontuje się ojca zasadnicza trauma, nieporadność czy często nieprzepracowana agresja, z dzieciaka lekcją zbyt szybkiego dojrzewania do odpowiedzialności. Ojciec wrażliwiec, outsider i niestety przemocowiec, autorytatywny frustrat po przejściach. Nie radzący sobie z własnymi demonami i przerzucający w konsekwencji to co w nim nie do zaakceptowania, na wątle barki smarkacza. Pomimo wielu wad, ojciec jednak potraktowany w scenariuszu wyrozumiałe i dojrzale - jako postać niejednowymiarowa, pełna nerwowej sprzeczności. Znakomity w ten sposób powstał film osobisty - gigantycznie poniewierający serducho. Wieloznaczny, głęboki, autentyczny. Klejnot pośród obrazów o jakich istnieniu gdzieś głęboko w świadomości wiedziałem, ale w zatrzęsieniu bieżących premier zapomniałem. Nagle łup - dostałem namiary i tak tak, dziękuje Lalu - wielkie thx za czwartkową inspirację. :)
P.S. Poza tym w temacie. Ten synek (Noah Jupe) kapitalny po całości i to dzięki niemu i uwodzącej chemii z LeBeoufem efekt tak dogłębnie angażujący. Jaki natomiast Lucas Hedges - on niestety jakby z innej bajki obsadzony. Być może świadomie, z premedytacją, ale spójności przez to pomiędzy bohaterem dzieckiem, a młodym dorosłym nie było. Co jednak da się znieść bez większego problemu, bowiem wszystko co ważniejsze odbywa się w bezpośredniej konfrontacji syna z ojcem, na wcześniejszym poziomie chronologicznym.
piątek, 7 listopada 2025
After the Hunt / Po polowaniu (2025) - Luca Guadagnino
Niekoniecznie to dobrze wróży, gdy reżyser macha film po filmie, nawet jeśli w fachu jest biegły i w swojej historii ma obrazy wręcz genialne. Guadagnino to elitarna firma, ale nie wszystko jego kopie równie zamaszyście, więc gdy w istotnie zwartym czasie puszcza do kin Challengers, Queer, a teraz After the Hunt, to waham się czy warto, bo mam obawy o jakość w stylu. Tyle z obaw, ile z nich już po kwadransie pozostało, że po tych piętnastu około minutach cała ona wyparowała i byłem wkręcony - misternie historią opowiadaną opleciony. Bowiem Po polowaniu żyje klasycznym kinem, jakie moje skojarzenia prowadzi ku filmom sprzed około 40 laty, z tajemnicą obficie na podłożu relacji opartą. Jestem skory brawami Luke nagradzać, gdyż stworzył coś bezpiecznego i intrygującego zarazem, z arcy dobrze rozwijającym się suspensem - bez zbędnych fajerwerków psychologiczne widowisko, w doskonałej oprawie aktorskiej, swoją często nadmiernie wrażliwą optyką uchwycił. Gdzie prawda w morzu kłamstw, rzeczywistości pozorów? Sztuczności na pokaz, ukrywających skrzętnie prawdę o egocentrycznych snobach intelektualistach z poczuciem wyższości i misji - straumatyzowanych w nieznanych i traumatyzujących w odkrywanych na bieżąco okolicznościach. Liczne smaczki wplótł z gracją Luka, podporządkowując się klasycznej linii narracyjnej, w której nadrzędnym jest wzbudzać niepewność w wydawaniu wyroku, osądzaniu na podstawie tak stereotypów, jak współczesnej poprawności politycznej. Tu się tropi indywidualnie, jest się sprowokowanym skutecznie do wytężonej analizy na podstawie obserwacji odsłanianych danych, które niełatwo zinterpretować celnie, bez wątpliwości. Innymi słowy miałem tu do czynienia zgodnie z środowiskowymi namiętnościami (film o uczelnianych intelektualistach), z przeniesieniem teoretyki akademickiej na grunt praktyki zdarzeń, by pozbawić suche dywagacje zarzutu o bez znaczenia paplanie humanistów jajogłowców. Skonfrontowaniem się ich z żywym organizmem prawdziwych konsekwencji - jak się okazuje pozorami tylko ku zmyłce karmionych. Aktorsko bosko - kapitalna, kontrolująca ekspozycję, pomimo zmian szczególnych twarzowo-okołotwarzowych Julia, lecz mnie tu A. Garfield aktorsko najmocniej zaimponował i jeszcze z innej beczułki nutą Trent Reznor ze wsparciem zrobił bardzo dobrze. Dialogi obfite w intelektualizm to jazda aktorska najwyższej próby, dając konkretnie kameralnie czadu, bez względu i wpływu Stuhlbarga grającego (jeju) Robina Williamsa dosłownie, bowiem robi to gość przeuroczo. Bardzo obraz klasycznie wyrazisty, mimo że obraz w ujęciu treści mglisty - tak w jednym zdaniu, bym jego złożony charakter podsumował.
czwartek, 6 listopada 2025
A House of Dynamite / Dom pełen dynamitu (2025) - Kathryn Bigelow
Niewiele minut do początku końca świata, w trzech odsłonach, czyli gapimy się bezradnie jak piony decyzyjne dają duuupy, więc świat się prawie praktycznie pali i wali, licząc oczywiście iż demokratyczni kierownicy są w godzinach sprawdzianu rozsądni, a zanim przyjdzie powiedzieć sprawdzam też zaradni i przygotowani. Niczego w zasadzie (jakbyśmy nie byli wyrozumiali) takiego jednak nie obserwujemy, bowiem dominuje zaskoczenie, lęk i powściągliwa, ale jednak proceduralna panika, stąd jak net donosi netlifxowemu do tematu podejściu autorstwa Kathryn Bigelow dostało się od rzeczywistych bohaterów dramatu. Pentagon i Biały bodaj Dom oburzeni, krytykują - nie potwierdzając iż wykażą się jedynie przerażającą bezradnością. W gestii mojej (jako nawet nie ważnego pioneczka w tej grze globalnej) pozostaje jedynie posiadać fundamentalnie naiwną nadzieję i skupić się na ocenie wartości filmowo-rozrywkowej produkcji zasłużonej dla gatunku polityczno-wojennego reżyserki. Twierdzę stanowczo, iż Bigelow robiła to niegdyś znacznie lepiej, intensywniej, a tym razem tylko poprawnie - dostosowując się do schematu, jakby sposób perspektyw trzech różnych nie próbował owej schematyczności przełamywać. Nie pomagają być może właśnie one, gdyż są nierówne i ku mojemu ubolewaniu, gdy wydaje się że można w miarę kameralnie surowo teoretycznie o zagładzie nuklearnej bez nadmiaru wzruszu, to mega ostatnie spojrzenie doprowadza do poczucia obcowania z typowo amerykańską nabrzmiałą patosem formą. Ogólnie nie było trudno przebrnąć, lecz daleko do oklasków. Dobry tytuł tak w ogóle i to największa Domu pełnego dynamitu zaleta, bowiem uderza kalką oczywistości i niestety gdyby nie czasy w jakich żyjemy i realne zagrożenie, ten strach który miał wywołać, nie generowany filmową fikcją, a lękiem w realu. A to żadna zasługa przecież Bigelow i spółki.
środa, 5 listopada 2025
Lunatic Soul - The World Under Unsun (2025)
Zgadzam się i sprzeciwiam się zarazem! Kuriozalnie, może paradoksalnie waham się w co przez kontekst uczuć wierzę teraz bardziej - wierząc sobie! Mam bowiem na uszach krążek (a w zasadzie dwa i w tym problem), który jest jako całość (bez filetowania jeszcze) ogólnie znakomity i podaje dłoń, przybijam piątkę, zbijam żółwika z każdym kto twierdzi, iż Mariusz Duda nagrał rzecz wyśmienitą. Tylko że ja z zasady jestem na NIE, gdy artysta daje się ponieść własnemu egU i tworzy sztukę w przesadnej ilość, nawet jeśli jest ona na wyjątkowym poziomie. Zwyczajnie uznaję iż lepiej mniej niż choć odrobinę za wiele, a tu prawie (jeśli dobrze piszę) dziewięćdziesiąt minut dość mimo wszystko jednorodnej w konsystencji, bez względu iż przekrój ingrediencji całkiem szeroki potrawy. To dla mnie osobiście ponad oczekiwania i ponad możliwości utrzymania aż tak długo skupienia na muzyce właśnie lekko się powtarzającej. Tym bardziej że spora część The World Under Unsun to spokojne klimaty, raczej senne, uspokajające - w objęcia Boga snu wciskające, a nawet jeśli jest dynamiczniej z drapieżną elektroniką, to nie trudno uznać, iż w większości każdej z kompozycji przebija się etniczne transowe bujanie, a ono uspokajając może też znużyć. Dlatego szanując wszystko co Mariusz na nowym materiale zechciał zmieścić, bo popeliny taki wytrawny kompozytor wprost to nie wciska. JEDNAK twierdzę całkiem stanowczo, że ja bym sobie nową porcję tej nuty oględnie pisząc przykrócił i postawił na numery bardziej żywe, mniej powiązane stylistycznie z dotychczas ostatnia płytą, jaka niekoniecznie po latach zostaje ze mną i we mnie. Wolę LS we wdzianku poniekąd nowofalowym o kroju zimnej fali spotykającej new romantic i sznyt progresywny, tudzież art rockowy, czyli chronologicznie LS z przed i przedostaniej płytki, gdzie basik cudnie pulsował, a kawałki przywoływały skojarzenia z ejtisami. Które to akurat wejścia na The World Under Unsun tak bym przyporządkował, to każdy raczej elementarnie ogarnięty fan projektu bez problemu wyczuje. Folkowe wycieczki bym raczej pominął, epickie rozwinięcia jedne przytulił, inne oddał komuś bardziej zafascynowanemu w dobre ręce, a sentymentalne quasi ballady też w zależności która - zostawił jako kontrast lub umieścił na jakimś dodatkowym wydawnictwie, być może a'la akustycznym. Problem jednak spory leży w fakcie, że znacząca reprezentacja analizowanych utworów potrafi mieć w sobie każdy przywołany stylistyczny kierunek, a też te z bajki mojej NIEbajki po prostu zaczynam coraz bardziej lubić (serio) i wciąż trudno mi się jeszcze konkretnie zdecydować, co zostaje, co odpada. Jeśli wciąż będzie trudno - to TRUDNO! Dam sobie spokój z majstrowaniem. Dając sobie póki co na wstrzymanie he he jeszcze.
P.S. Ja pierdzielę! Dotarło do mnie w kilkadziesiąt minut po spreparowaniu tekstu, że TWUS ma w sumie niewiele wspólnego z tymi albumami które w dyskografii Lunatic wolę, a coraz bardziej mi się podoba, co oznacza... Hmmm... oznacza że albo go kompletnie nietrafnie diagnozuję, albo etniczne akcje Dudy mi się w gust wkręcają.
wtorek, 4 listopada 2025
J'ai tué ma mère / Zabiłem moją matkę (2009) - Xavier Dolan
Właśnie zamknąłem reżyserski dorobek Dolana i paradoksalnie uczyniłem to oglądając jego debiut powstały gdy wizualny wieczny smarkacz był zaledwie dwudziestolatkiem, a już wtedy wstrząsając krytyką w Cannes, zdobył sobie uznanie - tym samym stając się tak najmłodszą, jak i poniekąd największą reżyserską nadzieją. Pierwszy film Dolana w formule quasi biograficznego kameralnego dramatu, z perspektywy jego dalszych dokonań, a szczególnie wziąwszy pod uwagę genialną Mamę, nie robi tak potężnego wrażenia jakbym zakładał, póki się z nim zdążyłem z gigantyczną obsuwą zapoznać. Zmienić to faktu jednakże fundamentalnego nie jest zdolne, że jak na startowy obraz nie obejrzany zaraz po powstaniu (z perspektywy świeżości), ślad pozostawił i mógł zasadnie dać chłopakowi kopa w postaci wiary w siebie (w swój talent i wrażliwość), gdyż opowieść treściwie surowa, lecz obudowana wizualnie formułą ubogaconą, mnie i dzisiaj w skupieniu i lekkim wstrząsie pozostawiła. Udało się wchodzącemu wówczas w okres dojrzałości artyście zauważyć i uwypuklić to co ważkie, poprzez opisanie historii nie tylko skomplikowanej, rozemocjonowanej, a wręcz wybuchowej relacji pomiędzy synem i matką, ale zarazem podpowiedzieć diagnozy przyczynowo-skutkowe takiego stanu rzeczy. Bohater to zaburzony, bezradny w stanach podnieceń egocentryk, labilny/niestabilny w uczuciach, miotający się i chyba zrzucający podświadomie winę za stan rodziny na matkę, bądź ośmielony przekraczać granicę - przesuwając ją konsekwentnie, bez praktycznie korygującej reakcji. Mnóstwo ekspresji, słowotoku i napięć wewnętrznych eksplozji, a pod warstwą nadrzędnej jego frustracji brak elementarnej wyrozumiałości/empatii i wewnętrzny niepokój permanentny. Może tu problem tkwił w tym, iż osobowości postaci poniekąd tak bliźniacze i reakcje podobne - brak akceptacji dla siebie, powodowały ekstremalnie krytykę wobec bliskiego? Miłość i nienawiść w pętli dysfunkcjonalności w konwencji pamiętnika - rodzaju narracji złożonej, formalnie nie jednowymiarowej. Poza tym ten film, to jednocześnie kameralny dramat, jak i wizualnie, scenograficzne historia z precyzją i smakiem opowiedziana. Dolan reżyser niekonwencjonalny, młodziutki ponad standard i Dolan aktor ekspresyjny, wystarał się skutecznie opowiedzieć i wyjaśnić z dozą zawartej w tytule prowokacji metaforycznej zależności i jestem bez względu na minimalne niedosyty jak zwykle pod wrażeniem, ile w takim gołowąsie już mega dojrzałych przemyśleń i błyskotliwego odszukiwania się fundamentów. Świadomości już wówczas wybitnej, w inteligentnej treściwie i artystycznie ciekawej formie filmowej. Mimo że wciąż obecnie jeszcze młody człowiek kopać głębiej, jeszcze emocjonalnej i dla oczu finezyjniej - udowodnił w przyszłości iż potrafi.
czwartek, 30 października 2025
Soulfly - Chama (2025)
Chame Max otwiera bardzo obiecującym intro i nie spuszcza z tonu przez te krótkie trzydzieści z małym okładem minut jej trwania, bowiem konstrukcja najnowszej płyty Sopulfly jest mega skompresowana - co poniekąd przypada mi do gustu i poniekąd spełnia moje oczekiwania. Poniekąd niestety, gdyż wszystko co kiedyś najlepsze w dyskografii projektu starszego Cavalery, to były krążki wielowymiarowe, gdzie spotykała się surowizna z odlotami kompletnie jedynie teoretycznie niespójnymi z brutalnym uderzeniem. Chama zasuwa od startu do mety na agresji i nie jest to jedynie agresja prymitywna, bo dzieje się tutaj naprawdę dużo i szczególnie ciosy startowe ciekawie są wyprowadzane i nie brakuje w ich zwartych strukturach finezji. Podejrzewam (żadna odkrywczość), iż efekt finalny osiągnięty jest wypadkową tak bieżących fascynacji Maxa, których pochodzenie czuć najbardziej intensywnie w projekcie Go Ahead And Die oraz ciągotek wciąż (cieszę się) ku urozmaicaniu o wpływy z zupełnie innej bajki rytmicznej. Chama pomimo że jest bezpośrednia, więc przyrządzona na ostro, to wzbogacana o naprawdę fajne pomysły - przyprawy dosmaczające struktury poszczególnych numerów. Problem jednak w tym, że jako pełnowymiarowy album jest jakby niedokończona - rozczarowująca pod względem czasu trwania. Być może nie ma tego złego co by na dobre Chamie nie wyszło, gdyż bywało w niedawnej przeszłości, iż pośród znakomitych kompozycji na płytę głównodowodzący wciskał najzwyczajniej marne wypełniacze i czas się zgadzał, lecz odczucia satysfakcjonujące już nie bardzo. Może najlepszym kompromisowym wyjściem byłoby, gdyby Max się tak w kwestii systematyczności wydawania materiałów nie spieszył i dał sobie tyle przestrzeni aby wszystko zaskoczyło i zagrało jak należy? Chyba że kłopot tkwi w prozaicznych wyborach obsadowych Pana Kierownika i ograniczenia towarzystwa raczej do sprawnych, ale jednak tylko wyrobników, miast poszukać bądź zatrzymać wokół siebie ludzi z szerokimi inspiracyjnymi sugestiami. Kierownik jest świetnym kompozytorem, ale może za bardzo się na różnych frontach już wypśtykał i potrzebuje wsparcia. Tak czy inaczej Chama ma sporo momentów (kilka najlepszych od lat numerów) i coś w niej interesującego POMIMO żyje.
środa, 29 października 2025
Spiritual Cramp - RUDE (2025)
Lubię tych zadziornie wyluzowanych typków i ich archaicznie najtisowe podejście do tematu, przez co lubić też się staram ich punkrockową nutkę o korzeniach właśnie w sentymentalnych latach dziewięćdziesiątych. Kto pamięta te zamierzchłe czasy i ekipy spod znaku The Offspring czy Green Day oraz kilka innych logotypów bliższych popowej stylistyce niż punk rockowego "gitarzenia", ten bez znajomości muzyki Kalifornijczyków wyobrazi sobie co i jak mogą grać. Sprawdzą zainteresowani, zleją zdegustowani, a ja w ramach szybkich przemyśleń (nie ma nad czym głęboko dywagować), napiszę, iż RUDE niczym zasadniczo i wprost od debiutanckiego krążka się nie różni. To po prostu zbiór skocznych, podbitych fajnie basowym filingiem i zaśpiewanych z charyzmą (wokalista jest bardzo jakiś i sympatię swoją smarkatą łobuzerską prezencją wzbudza) piosenek, które do niczego wyższego prócz dobrej zabawy na scenie i pod sceną na ich gigach nie aspirują. Są tylko i nic poza tym po to by wyrzucić z siebie czystą energię i antyestablishmentowe poglądy. Skrytykować biało-kołnierzykowe cwaniactwo i dać upust złości, która tak naprawdę nie posiada cech negatywnych, a napędza bardziej niż w kierunku frustracji, ku artystycznej kreatywności i dystansowi wobec nakręconemu na pieniądz niewolnictwu. Chłopaki grają myślę tak dosłownie jak myślą o życiu i jak na co dzień funkcjonują. Mają ochronną powłokę z poczucia humoru oraz inteligentne, błyskotliwe zmysły, lecz pozbawieni są pretensjonalnych mega-ambicji intelektualnych. Zdrowe podejście i fajna, nie odkrywcza, za to zagrana z biglem nuta, jaka mnie nie boli, mimo że często się niegdyś zdarzało, iż zbytnia banalność buntownicza w dźwiękach około punk rockowych mnie odrzucała. Polecam szczególnie na przełamania tym co wciąż tak mają jak ja miewałem niegdyś. ;)
P.S. Gdyby się przysłuchać bez konieczności wytężania uszu, to prócz jajcarskiego punk rocka sporo tutaj lajtowych odprysków tak reggae oraz ska, czy ogólnie rockowej sceny brytyjskiej z lat siedemdziesiątych na równi z zachodniego wybrzeża surfing rocka wpływami - moi kochani. :)
wtorek, 28 października 2025
Testament - Para Bellum (2025)
Kolejny, pośród współcześnie mocnych, lecz bez znamion geniuszu albumów Testament, rozpoczyna się z przytupem, nie tylko brzmiąc jak mocarny death/thrash, ale sięgając mam odczucie po wręcz bliższe mainstreamu niż piwnicy black metalowe inspiracje (momentami maszynowa, sterylna perkusja, skrzekliwe wokalizy i epickie zacięcie), więc na starcie jestem z jednej strony bardzo zainteresowany, bo lubię kiedy potrafią klasycy pierdyknąć i skojarzyć się z fenomenalnym wciąż The Gathering. Dwie otwierające kompozycje mają w sumie wszystko czego bym oczekiwał od wciąż żywej legendy, a i trójka bardziej w klimacie skolnickowego riffu (kto zna ten rozumie o czym piszę) - ona też po swojemu trzyma poziom bliski ekscytacji. Tylko że po wymienionych ciosach wbija balladzisko i ono zmienia kompletnie stylistyczną wyrazistość Para Bellum - przenosząc ciężar z uzbrojonego w pazur riffu, na banalnie sentymentalne plumkanie w klimacie najbardziej nieznośnych wzorców "kołysanek", jakie w jankeskim thrashu, a też przecież w historii samych zainteresowanych często i gęsto, mało to na pewno nie było. Meant to Be jest takim właśnie numerem, który łatwo wpada w ucho i bardziej niż zirytować kompletnie niezaznajomionego z metalowym hałasem, o grymas bólu przyprawi każdego zahartowanego w bojach odsłuchowych fanatyka brzmień bardziej brutalnych. Takie to epickie pitu pitu, ze sznytem który przypadnie do gustu oldschoolowego maniaka heavy metalu, ale żeby mogło kupić przychylność pełnokrwistego thrashera, to mowy myślę nie ma. Tym bardziej kompletnie nie spina się z całą resztą zawartość Para Bellum, gdyż tu się prócz tych kilku minut zupełnie innej bajeczki, łupie na całkiem przyzwoitym wKu-Rwie, jaki wiąże agresje surowego thrashu z (uwaga uwaga) wycieczkami w kierunku (słyszę będąc szczerym i zmartwionym przykłady) kopiowania części zagrywek niemal z symfo-mechanicznego stylu Dimmu Borgir (dzisiaj i jeszcze trochę kiedyś w ich działalności). To że nadęta balladka wysysa prawie z samego początku całą energię z krążka, to jedno, bo gdy on się po niej znowu nieźle na nowo rozkręca, to wówczas pojawia się wesolutki niemalże glaml w postaci Nature of the Beast i na ten moment już tracę kompletnie nadzieję, iż Testament nagrał coś więcej niż tylko następną płytę z kawałkami niekoniecznie ekscytująco skomplilowanymi pod względem stylistycznych kombinacji. Do końca nie usłyszałem już w sumie niczego naprawdę rozbrajającego, ale rozczarowania totalnego nie zaznałem i uważam czternasty bodaj album ekipy z Bay Area za dowód, iż bez względu na charakter raczej dzisiaj już skamieliny, nie przestają udowadniać jak bardzo cieszy ich samo granie i komponowanie. Szkopuł w tym, że żadna z wielu ostatnich prób urozmaicania nie wspięła się powyżej najzwyczajniej kompilowania i Para Bellum absolutnie nie zaprzecza tejże tezie, za co poniekąd największą winę zrzucam na Skolnicka, gdyż to jego powrót na łono macierzy upierdzielił Testament potężne klejnoty.
poniedziałek, 27 października 2025
Eddington - Ari Aster
Eddington Eddington, tutaj zdania są mocno podzielone, a i krytyka lubująca się w promowaniu prymatu bełkotliwej psychologicznej ambicji nad dobrą zabawą, (rozrywką przede wszystkim, a w drugiej kolejności wyższej wartości intelektualnej), podnosi głosy, iż z Astera zrobiono nader wysoko trzymającą głowę młodą nadzieję, a on pod wpływem sugestii o własnej wybitności, mocno się w niezrozumiałej dla masowego widza, a może pozbawionej rdzenia, czy rozmytej twórczości właśnie zafiksował. Chyba już podobną opinię tej przebijającej się właśnie obecnie sugerowałem na wysokości Midsommar i jeszcze wyraźniej Beau Is Afraid, a teraz ponownie idąc raczej pod prąd zauważę (max max subiektywnie), iż Eddington mnie wkręcił dla odmiany i okazuje się w moim przekonaniu najbardziej zrozumiałym, znaczy przejrzystym obrazem pośród powyżej wymienionych. W tym przypadku przypisana do stylu Astera szarża aż tak nie boli, a nawet w tym satyrycznym ujęciu i o cechach gry aktorskiej Phoenixa bardzo mi leży. Fakt oczywiście podkreślę, że gdyby nie charyzmatyczne, specyficzne, a najbardziej przyciągające uwagę ku wrażeniu zabawnemu aktorstwo, to być może całość nie zostałaby mi tak w głowie, ale i to co za sprawą Eddington chce mi reżyser powiedzieć, nie jest tak silnie powyginane analitycznie, że jasny wydaje się przekaz o kierunku w którym zmierza współczesna Ameryka, a być może często nieodporna na jej oddziaływanie reszta globu. Covidowe realia i echa prawicowego oszołomstwa, w politycznie naturalnie puszczającym oko do w zachodni sposób postrzeganych lewicowych przekonań quasi manifeście politycznym, istotnie satyrycznym - ironicznym, a może pod powierzchnią ironii tak naprawdę poprawnie politycznie napuszenie przewrażliwionym. W tytułowym miasteczku i postawach bohaterów, jak w soczewce kumulujące się wszystkie obecne społeczno-polityczne procesy myślowe i praktyczne ich reperkusje, a Aster zbiera je i oczywiście odrobinę interpretacyjnie nimi manipulując, dając do wchłonięcia widzowi pozorny chyba tylko chaos, w którym zwarcie pomiędzy teoriami spiskowymi i zdrowym rozsądkiem, jak i między nieco lekceważącym możliwe niebezpieczne skutki dystansem i troską zahaczającą o psychiczną obsesję - wszystko w postaciach na pierwszy rzut jednowymiarowych i łatwych w ocenie, w głębszym kontakcie wielowymiarowo zeschizowanych i trudnych jednak do jednoznacznego osądzenia. Podsumowując - ja bardziej na tak niż w ostatnich dwóch ekspresjach Astera, ale może jednak się odrobinę waham czy to nie dzięki doskonałemu graniu aktorskimi pauzami, mimiką i ruchem wspólnie współegzystującymi, a nie dlatego że to analityczna perełka, bo tutaj nie spotyka się jednak geniusz interpretatorski z analityczną i filozoficzną błyskotliwością. Porządne, bardzo mięsiste kino, estetycznie jak to u Astera wyjałowione z większych emocji, o kierunku bardziej wstrzemięźliwym w sensie nie puszczonego w samopas obłędu. Fajnie, ale poza tym nic więcej.
sobota, 25 października 2025
One Battle After Another / Jednak bitwa po drugiej (2025) - Paul Thomas Anderson
Co ja będę tu kręcił! Podeprę się zdaniem z jakim się zgadzam! Kapitalna uczta filmowa! Bez trzymanki jazda! Warsztatowo spójna, aktorsko na najwyższych obrotach, reżysersko ciekawie wizjonerska. Brawa wielkie dla pana Andersona za znakomity misz-masz gatunkowy i za celująco dobraną obsadę. Trójka wielkich aktorów na ekranie, oślepia talentem, ciesząc czujne oko kinomana. Leo DiCaprio pobudzony, z młodzieńczym błyskiem w oku, emocjonalny, będący Bobem, a nie odgrywający Boba, charakterystycznie przygarbiony, poruszający się niezdarnie jak dorastający nastolatek (a przecież to nie jest już Arnie Grape), w ciągłym transie, z nieodłącznym koczkiem i uroczą podomką a'la szlafroczkiem, robi tak dobrą robotę, że można i śmiechnąć i uronić łezkę. W paaastiszu świadomym, a potrafiącym bardziej wzruszyć niż niejeden z założenia dramat przeARCYpoważny. Sean Penn w zenicie, czyli świetnie odegrany kawał niezjadliwego mięcha, służbista, z zaciętym grymasem i charakterystycznym symulującym pewność, a jednak zmęczonym chodem (na podwyższonych butach), słabowity jednak wobec wdzięków czarnoskórej rewolucjonistki - postać groteskowa i na serio straszna w swej wymownej wyrazistości. Benicio del Toro dla kontrastu osobowość spokojna, opanowana, „fala oceanu” niezwykle ciepła i sympatyczna. Dojrzały, doświadczony i zaradny w każdej sytuacji. Takiego przyjaciela i kompana do walki chciałby zapewne każdy. Panowie ekstraklasa, ale Panie też bomba, z naciskiem na najmłodszą, pełną zahartowanego przekornego wdzięku najmłodszą z nich. Wszystko tutaj bez dyskusji gra, wszystko hula jak należy. Dźwiękowo, wizualnie, duchowo. Nietuzinkowy spektakl, gwarantujący świeżość, dobrą zabawę i wzrusz. Dynamika plus muzyka i brylantowe aktorstwo pod przywództwem mistrza Andersona, inspirującego ekipę i nakręcającego aktorów do wyjątkowych roli. Zabawa przednia na poziomie stałej ekscytacji. Najprawdziwsza prawda, iż "najkrótszy film trwający prawie trzy godziny”. A niech mnie! Pierwsza trójka filmów tego KOZAKA!
piątek, 24 października 2025
Chopin, Chopin! (2025) - Michał Kwieciński
W porządku, tak bardzo bardzo okej wyszło. Powiedziałbym że starannie trzymając się krytykowanej depresyjnej konwencji założonej - spójnej w niespójności postaw bohatera. Dlatego dla odmiany zamierzam chwalić realizację i interpretację świetnie scentralizowanej wokół Fryca historii jego dobrej miny do złej gry, czyli etapu schyłkowego dość krótkiego życia pośród merkantylnie wykorzystywanego snobistycznego uwielbienia możnych i magnetycznego oddziaływania wrażliwej, utalentowanej postaci na płeć piękną. Czerpania z obu zysków, spożytkowania sławy i uniesieniami fizycznymi z damami się napawaniem. Niestety wszystko co budujące, w obliczu ukrywanej skrycie depresji, jaka wiąże się ze świadomością końca - życia finalizowania w męczarni gruźliczej. Dramat człowieka który odchodzi gdy mógłby w pełni jeszcze żyć obficie, przez co jeszcze trudniejszy do pogodzenia wyrok losu, bowiem on czuje co traci, a traci w panice niemal wszystko. Geniusz przewrażliwiony, pracoholik i egocentryk, skrywający za maską śmieszkowania lęk powodujący skrajne jego miotania. W szalonym tempie przyspieszonego bycia, chaotyczne realizowane potrzeby własne i niekompatybilne najbliższych oczekiwania. Przyjmując co raz nowe ciosy od losu, zamiast zamykający się w skorupie rozczarowania, niepogodzony i z wyboru, odrzucając przyjaźnie osamotniony - w niemal obłąkaniu korzystający z możliwości, zachłystując się skompresowanym czasem jaki pozostał. Chopin odarty z mitu polskiego, bo Chopin z sercem patrioty Polaka, ale z apetytem na ciekawszy, rozrywkowy świat. Interesujące i bardzo smutne (z kina wypełzłem w przygnębieniu) było to zmierzenie się z życiorysem bohatera romantycznego. Od strony merytorycznej nie unikające kontrowersji odzierania postaci z mitologicznej aury, a tym samym oddawania mu należnych cech ludzkich - paradoksów i niedoskonałości. Technicznie wrażenie szczególnie robi scenografia, dekoracje raz pompatycznie bogate, innym surowo ascetyczne - swą surowością ograbiające z nadziei. Bardzo malarskie ujęcie miejsc i ich charakteru, podkreślone doskonałym okiem speców od charakteryzacji i kostiumów. Sceny koncertowe znakomite, bo Kulm doskonały, a w dodatku z instrumentem jak piszą od lat obyty. Dużo podniosłej, docierającej do serca i docenionej muzyki mistrza, mniej tej w teorii niezrozumiałej której jak się sugeruje nie pozwolił pozostawić dla potomnych i ku równowadze samo tło dźwiękowe kontrastowo współczesne, co zagrało, a było ryzyko że nie zagra. Dla odmiany i w kontrze ta nowoczesna elektroniczna oprawa muzyczna - taka koncepcja, która pykła, a podejrzewałem że szans by z narracją się zespoliła wielkich jej nie dawano. Podejrzewam że podjęte decyzje odnośnie kierunku interpretacyjnego oraz postawienie na rozmach dekoracyjny plus trafiony wybór Eryka Kulma oraz większości obsady (w mym odczuciu porywająca Joséphine de La Baume w roli George Sand) sprawiły, iż obraz przez lata będzie dojrzewał, nabierał wartości, stając się w przyszłości wyżej oceniony niż dzisiaj. No chyba że ktoś zdecyduje się przewrócić ten obecnie za sprawą Kwiecińskiego lekko drżący stół na którym spoczywa życiorys Chopina i wstrząsnąć emocjami widza jeszcze mocniej, z jeszcze wyrazistszą obsadą. Nie jest niemożliwe.
czwartek, 23 października 2025
Tatami (2023) - Zar Amir Ebrahimi, Guy Nattiv
środa, 22 października 2025
Zamach na papieża (2025) - Władysław Pasikowski
Nie rozumiem kompletnie z jakich popartych obiektywizmem chociaż fundamentalnym powodów, mogło się w miarę podobać, ale wiem że tak jest. Moim (nie)skromnym zdaniem bowiem to po całości nieudany, żenująco przeforsowany, irytujące schematycznie, posiłkujący się groteskowo charakterystycznymi cechami filmów Pasikowskiego gniot. Większość obsady puszczona bez kontroli, bez wyczucia czy krytyki, bądź (a może może?) z premedytacją tak poprowadzona, że zamiast wiarygodności otrzymałem powód do konsternacji - węszę auto sabotaż. Ponadto trudno się znosi totalnie tutaj nietrafioną muzyczną oprawę z kluczowymi (wiadomo jakie skojarzenia) dęciakami. Aż trudno pojąć, iż Pasikowski (podobno to ostatnie podejście reżyserskie) potrafił tak skrajnie raz dobrze (znajdę przykład w filmografii) i innym razem tak kulą w płot, w sensie formy warsztatowej. Nie zauważyłem podczas owego wieczoru straconego pozytywów, ale postaram się może dostrzec z dobrej woli maksymalnie wytężonej jeden - szeroko otwieram oczy, wypatruję. Widzę jeno dno, być może oprócz momentów, kiedy „zamach” nie rozchodzi się w szwach zamaszyście i nie żal czasu na seans. W sytuacjach z jedynym tutaj wybornym aktorsko Irkiem Czopem, dzięki któremu broni się najlepsza scena w łódce. Ten gość ratuje wyłącznie honor, gdyż zawsze jest doskonałym aktorem, z osobistym kompasem, inaczej wyczuciem przeginki. Rambo Linda dla odmiany bez czuja, okrutnie antypatyczny w swoim aktorskimi mundurku, w który właśnie Pasikowski go lata temu wcisnął i tak jak cześć z tych ich staroci dzisiaj jest dość trudne do zniesienia, tak właśnie powielanie tejże koncepcji dzisiaj jeszcze bardziej słabe. Lipne jest także (zdarzały się mimo to na plus zaskoczki w kwestii charakteryzacji) stylizowania peerelowskie, bo za mało w tym przeszłym świecie autentyzmu, a zbyt wiele anty realistycznej wypolerowanej sterylności. Lipa lipna, lipna lipa męcząca, nieskładna i bosze ratuj! Klucha która chyba aspiruje do jakiejś grubszej nostalgii w kierunku „pasikowszczyzny”. Kompletne zero ekscytacji z takiego obrotu sprawy i nawet nie chce mi się już więcej znęcać. Żegnam!
P.S. Gdyby się fatalnie to co u góry czytało, to sorki - nie przykładałem się! ;)
poniedziałek, 20 października 2025
Splitsville / Skomplikowani (2025) - Michael Angelo Covino
niedziela, 19 października 2025
The Smashing Machine / Smashing Machine (2025) - Benny Safdie
Udać się do kina, kiedy najzdrowsza tkanka społeczeństwa lata od rana na ścierze, to zaiste ekstrawagancja, fanaberia nieodpowiedzialności w pełnej krasie. Bowiem poranek i sobota, to tradycyjna domowa porządkowa robota, więc gdy w największej sali kompleksu kinowego dwie góra rozpostarte w czerwonych fotelach sylwetki - sytuacja nie dziwi, nie dziwi. To nie pora na zbytki, nawet jeśli okazuje się (akurat bez zaskoczenia), że na dużym ekranie bezdyskusyjnie filmowy czub tegorocznej tabeli - choć obrazów znakomitych spora konkurencja. The Smashing Machine z Zapaśnikiem Aronofsky’ego i Wojownikiem Gavina O’Connora z natury budzi skojarzenia, lecz poniekąd niedaleko mu też przez właśnie pryzmat okładania po ryju do Fightera Davida O’Russella czy najbardziej archetypicznie sprzed wielu laty bokserskiego majstersztyku Scorsese - choć u Benniego koloru nie brakuje. Krótko pisząc obejrzałem rezygnując arogancko z sobotnich obowiązków dramat IDEOLO. Dzieło w swoim gatunku szczytowe - ciary wielokrotnie zapewniające. Obserwowałem w trzymającej w uścisku akcji nie tylko buzujący testosteron, ale i zajebistą parę aktorską damsko-męską, pomiędzy którą chemia mega mega i takie sceny, jakie mają realnie szansę stać się dla współczesnego kina niemal ikoniczne. Miłość i nienawiść w jednym, z frustracjami i zarazem dowodami oddania bezinteresownego, czyli życie gdy pomiędzy jest siła magnetyczna gigantyczna, lecz trudno okiełznać własne i partnera osobowościowe predyspozycje, wrażliwości słabości, postawy, zachowania często autodestrukcyjne. To kino z właściwym wyczuciem nakręcone, przez życie bez cenzury napisane i zinterpretowane z błyskotliwością kompleksową, w którym klimat narracji wciąga, a gdy akcja przenosi się na ring/oktagon, to dodatkowo prócz kapitanie zrealizowanych wizualnie sekwencji wpier Dolu, dźwięk i nuta z tła miażdży jak w tytule. Łysy chwalony zasłużenie daje z siebie wszystko i nie zdziwi mnie gdy ku wściekłości co roku o laury zabiegających, on zgarnie co najmniej oscarową nominację, a może sprzątnie sprzed nosa największym aktorskiego Gralla. Gra na najwyższych obrotach (fantastycznie inspirowany zapewne przez reżyserskie wizje i podpowiedzi) o dobrym serduchu, pozorom przeczącego inteligentnego, świadomego swojej siły i odpowiedzialnego za krzywdę gigantycznego fizycznie człowieka. Filozofa o posturze byka, absolutnie zarazem o charakterze wykutym w ogniu, jak i pod grubą skórą wrażliwca nieodpornego na ból fizyczny i egzystencjalny. On to jedno bombowe, porywająca u jego boku Emily drugie, ale podkreślę już wprost że bez oka, łapy i lustra Safdie'go zapewne trudno byłoby przede wszystkim jemu wejść na ten poziom, dlatego wytłuszczam jak bardzo reżyser potrafił wydobyć z materii najbardziej intymne emocje. Pokazał (wstrząsnął, poruszył i wzruszył) falującą w rytmie realistycznym historię człowieka pośród mnóstwa naprężonych mięśni, ścięgien nabrzmiałych, żył pulsujących, emocji i zaangażowania. Nieoszlifowany diament w tandemie z braciszkiem nakręcony dawał nadzieje na świetne kino, byłem więc nastawiony pozytywnie i czuję się już po fakcie bez uwag w stu procentach zaspokojony, wyrażając uznanie.








.jpg)
















